Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

 "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", 2007, reż. Cristian Mungiu

Wreszcie obejrzałam film, który wywołał ekstazę w Cannes i oburzenie z powodu pominięcia przy nominacjach do Oscarów. W kilku słowach mogę o nim napisać: dobry, poruszający i świetnie zrobiony. Nie jest to jednak dla mnie w żadnym razie film wielki, jak piszą o nim niektórzy. Po pierwsze sam temat jest już tak na wszystkie strony przemielony i wyciśnięty, że trudno o większe wzruszenia. Wiadomo, dramat kobiety, arogancja i bezduszność tego, od kogo w danym momencie życiowym zależy wszystko, potworny strach i samotność nawet, jeśli ma się koło siebie życzliwą osobę. Jeśli ktoś sobie z tego nie zdawał sprawy przed obejrzeniem filmu Mungiu i dopiero ten naturalistyczny surowy obraz otworzył mu oczy, to cóż, dobre i to. Ja nie dowiedziałam się niczego nowego, a dodatkowo wcześniej widziałam amerykańską produkcję "Gdyby ściany mogły mówić", również podejmującą tę tematykę, no i "Verę Drake".

Trzeba natomiast przyznać, że Mungiu miał świetny pomysł na realizację swojego projektu - akcja toczy się w ciągu zaledwie jednego dnia, towarzyszymy dwóm dziewczynom (choć głównie energicznej, dźwigającej cały ciężar tego przedsięwzięcia Otilii) we wszystkim, co robią. Reportażowy, dokumentalny styl nie pozwala na dystans. I chociaż nie jestem jego entuzjastką, wygląda na to, że - jak wszystko - sekret tkwi we właściwym zastosowaniu tej konwencji. No i przede wszystkim w scenariuszu! Scenariusz jest tutaj idealnie precyzyjny, nic nie dzieje się przypadkiem, każda wymiana zdań jest ważna, każda następna wynika z poprzedniej, wszystko, nawet pozorny brak związku z fabułą, ma cel (jak choćby bezładna paplanina biesiadników na urodzinach matki Adiego). Scenariusz, scenariusz, po trzykroć scenariusz! :) Improwizacja nigdy nie wychodzi filmowi na dobre, bo wbrew zamiarom i celowi, by było jak najbardziej 'naturalnie', wypada zawsze sztucznie i głupio.

Na koniec powiedziałabym tak: tematyka trudna i ważna, ale nowych obszarów nie odkrywa, za to realizacja to majstersztyk.

czwartek, 28 lutego 2008, aniaposz

Polecane wpisy

  • Antychryst

    "Antychryst", 2009, reż. Lars von Trier SPOILERY W prologu, w zwolnionym tempie i czarno-białej stylistyce, widzimy namiętnie kochającą się parę. Ich

  • Filmowe rozmaitości

    Żyć się chce w takie słoneczne dni! A nawet skrobnąć co nieco o zaległych seansach filmowych... Mniejsze niebo (1980), reż. Janusz Morgenstern - niewiele słów,

  • Charlie - moja miłość

    To się zaczęło w zeszłym roku jakoś na początku marca. W pewneniedzielne przedpołudnie włączyłam TVP Kultura i zaczęłam oglądać odniechcenia czarno-biały film.

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/02/28 21:33:47
Ale to nie jest tylko film o problemie aborcji - to też przerażający obraz agonii reżimu Ceausescu, jego wpływu na szarość i beznadziejność życia w Rumunii lat 80-tych.
-
2008/02/28 21:35:17
Ojej, a to już poleciało w kinie i teraz można tylko na DVD obejrzeć. Przeoczyłam zupełnie ten film. Po Twoim poleceniu, zabiorę się do oglądania. Dzięki!
-
2008/02/29 09:06:31
Dla mnie ten film jest ważniejszy niż "Vera Drake" a tym bardziej "Gdyby ściany...", może dlatego że realia bliższe, bloki, ulice, no i rodzinna impreza...
-
2008/02/29 09:40:58
Alexanderson - Tak, masz rację. To, oprócz wglądu w indywidualny dramat, także świadectwo epoki. Tyle że ja zawsze trochę mniej zwracam uwagę na wymiar społeczny/polityczny. Zwykle jest on dla mnie tylko tłem dla pierwszego planu, jakim są losy i przeżycia jednostek. Chyba takie skrzywienie. ;) A poza tym... no, reżim jak reżim, wszędzie mniej więcej podobny, jeśli chodzi o mechanizmy i wpływ w postaci krępowania ludzkich pragnień. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie dostrzegam w filmie elementów podkreślających tę ponurą rzeczywistość totalitaryzmu, one jak najbardziej są widoczne i też doskonale, choć oszczędnie, odmalowane, tyle że nie jest to warstwa, która w moim odbiorze wysuwałaby się na czoło.

Froasiu - film wart obejrzenia bez dwóch zdań! Chyba dopiero co wyszedł na DVD. A zapomniałam jeszcze napisać o świetnych portretach psychologicznych. Postacie są wiarygodne i wyraziste. Jak to Mungiu osiągnął - pojęcia nie mam! :) Miał na to przecież tylko kilka godzin z filmowej rzeczywistości! Ja tam nie widzę aktorów; widzę zdeterminowaną Otilię, zahukaną Gabitę, zagubionego Adiego, cynicznego Bebe. Naprawdę dobre kino, wyrastające z życia, bez silenia się na oryginalność, proste, a jednak wyjątkowe.