Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Filmowe podsumowanie roku 2009

Wszystkich obejrzanych filmów - 325.

Największe pozytywne zaskoczenia:
Północ - północny zachód (1959), reż. Alfred Hitchcock
Gabinet doktora Caligari (1920), reż. Robert Wiene
Stalker (1979), reż. Andriej Tarkowski
Barwy ochronne (1976), reż. Krzysztof Zanussi
Garsoniera (1960), reż. Billy Wilder
Jutro idziemy do kina (2007), reż. Michał Kwieciński
Ich noce (1934), reż. Frank Capra

Największe rozczarowania:
Chinatown (1974), reż. Roman Polański
Przekładaniec (1968), reż. Andrzej Wajda
Sokół maltański (1941), reż. John Huston
Rękopis znaleziony w Saragossie (1964), reż. Wojciech Has
Avatar (2009), reż. James Cameron
Więzień nienawiści (1998), reż. Tony Kaye
Okno na podwórze (1954), reż. Alfred Hitchcock

Powtórki, które najlepiej wytrzymały próbę czasu:
Lista Schindlera (1993), reż. Steven Spielberg
Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott

Najlepsze filmy:
Popiół i diament (1958), reż. Andrzej Wajda
Bękarty wojny (2009), reż. Quentin Tarantino
Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchcock
Cyrk (1928), reż. Charles Chaplin
Pół żartem, pół serio (1959), reż. Billy Wilder
Człowiek z blizną (1983), reż. Brian De Palma
Obcy - 8. pasażer "Nostromo" (1979), reż. Ridley Scott
Dzisiejsze czasy (1936), reż. Charles Chaplin
Światła wielkiego miasta (1931), reż. Charles Chaplin
Butch Cassidy i Sundance Kid (1969), reż. George Roy Hill
Dystrykt 9 (2009), reż. Neill Blomkamp

Najgorsze filmy:
28 dni później (2002), reż. Danny Boyle
Ile waży koń trojański? (2008), reż. Juliusz Machulski
Siedem dusz (2008), reż. Gabriele Muccino
Terminator: Ocalenie (2009), reż. McG
Kolor purpury (1985), reż. Steven Spielberg
Pocahontas (1995), reż. Eric Goldberg, Mike Gabriel
Harry Potter i Książę Półkrwi (2009), reż. David Yates

Wśród najlepszych filmów tylko dwa to obrazy nakręcone w ciągu ostatnich 20 lat. Z kolei najgorsze filmy to w większości XXI wiek. Tylko jedna produkcja jest sprzed roku 1990.

Poza tym mijający rok był rokiem krótkometrażowych animacji. Obejrzałam ich ponad 100. Jedną z najciekawszych jest Równowaga (1989):


czwartek, 31 grudnia 2009, aniaposz
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: blog.eater, 80.50.132.22*
2009/12/31 18:08:35

"Garsoniera" bardzo mi sie podobala. Pierwszy raz obejrzalem ja, jak bylem w podstawowce. Ogladalem u sasiadow, ktorzy mieli telewizor. A najlepsze, ze to bylo w Sylwestra :) W przyszlym tygodniu sprawdze, czy to ten sam film o ktorym piszesz.

A teraz - zycze pomyslnosci w Nowym Roku!
... i oddalam sie od komputera na kilka dni :)
-
2010/01/01 16:56:06
Kurcze, jaki nowy design! Chyba mnie tu nie było jakiś zbyt długi czas. :) Do Siego Roku Kobieto! A co do podsumowań - też robiłam dzisiaj. Dla mnie Lektor to film tego roku. Całuję noworocznie!
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 11:46:14
Sprawdziłem - "Garsoniera" Wildera to ten sam film, który obejrzałem dawno temu (a potem jeszcze kilka razy razy wielu lat później) i który bardzo lubię z powodów sentymentalnych.

Ale traktowałem to jako zdezaktualizowaną staroć, i nie przyszło mi do głowy, żeby dzisiaj mógł na kimś zrobić specjalne wrażenie. Chyba postaram się znaleźć jakieś DVD i obejrzeć jeszcze raz.

A co Ty w nim takiego zobaczyłaś, że umieściłaś go na tej liście?
-
2010/01/03 12:22:15
@Fro:
Dzięki i nawzajem! Żeby ten rok przynajmniej filmowo nie był gorszy od poprzedniego. ;)

@Blog.eater:
Heh, "Garsoniera" to i tak nie najstarszy film, który mnie w tym roku pozytywnie zaskoczył (weź taki "Gabinet doktora Caligari" z 1920r. :)). A "Garsoniera" jest wzruszająca, zabawna, świetnie zagrana, mimo tematu - niebanalna. Uwielbiam taki miks konwencji i motywów. To klasyka komedii romantycznej, a dobra klasyka się nie dezaktualizuje. Wilder w ogóle robił rzeczy, które ogląda się świetnie do dziś - "Pół żartem, pół serio" czy "Bulwar Zachodzącego Słońca".
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 12:41:03
Też ją zapamiętałem jako film zabawny i wzruszający. A przede wszystkim - że "dobrze się oglądał".

Nie miałem pojęcia, że "Garsoniera" i "Pół żartem pół serio" to ten sam reżyser. Dla mnie "Pół żatem ..." mógłby wejść na listę przebojów wszechczasów, gdyby taka była.
-
2010/01/03 12:51:32
Top250 z imdb: www.imdb.com/chart/top - "Pół żartem, pół serio" na 79. miejscu.

Lista oczywiście nie bez mankamentów (zdecydowanie za dużo współczesnych blockbusterów o płaskiej fabule), ale... nobody's perfect. :)
-
2010/01/03 12:53:30
I jeszcze - "Garsoniera" na 98., "Bulwar Zachodzącego Słońca" na 32. :)
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 13:11:17
No proszę, obydwa w pierwszej setce :)
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 13:33:45
"Dwunastu gniewnych ludzi" na ósmym, "Północ - północny zachód" na 33, a "Ptaków" Hitchcocka nie ma. I włoscy reżysezy też chyba nieobecni. Hm.

Najwyraźniej w poszukiwaniach wartościowych tytułów trzeba się kierować własną intuicją oraz opiniami znajomych i bloggerów. Oraz eksplorować linki w Wikipedii itp.
-
2010/01/03 14:37:00
Są Włosi, są. Leone już na 4. z "Dobrym, złym i brzydkim", a "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" na 23. (ja bym zamieniła miejscami, ale to drobiazg). Dalej "Za kilka dolarów więcej" i "Dawno temu w Ameryce". Jest też Benigni i Fellini z "Osiem i pół" i "Nocami Cabirii". Oraz Tornatore z "Cinema Paradiso".
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 15:41:22
Rzeczywiście, Włosi są, w tym Fellini. Znaczy że ja czytałem nieuważnie,
a lista nie jest zła.

Tak przy okazji - zdałem sobie z czegoś sprawę - otóż nie umiałbym ułożyć listy 10 "najlepszych" filmów, jakie widziałem. Listę 10, które bardzo lubię - łatwiej, ale też nie za bardzo. Dziesięć, które zrobiły na mnie wrażenie, lub które zapadły mi w pamięć sam nie wiem dlaczego - byłoby mi najłatwiej utworzyć.

Poniżej rozpisałem się trochę, a wszystko w związku z pytaniem "jaka lista N najlepszych filmów ever byłaby dla mnie wiarygodna - tzn. co powinno na niej być, żeby była zbieżna z moim gustem".

A w ogóle - to mam wielkie luki jeśli chodzi o twórczość współczesną. Bo konieczność zjawienia się w konkretnym kinie o konkretnej godzinie psuje mi komfort oglądania :)

Dlatego lubię śledzić blogi z opiniami i streszczeniami, takie jak ten - żeby wiedzieć które DVD kupić w rok albo więcej po premierze.

Na mojej liście tych, co zrobiły wrażenie lub zapadły w pamięć, czasem z powodów niejasnych, byłyby m.in. (kolejność nieistotna):

- "Łowca jeleni" (ten poszedłby też na listę "najlepszych")
- "12 gniewnych ludzi" (chyba dałbym go też na listę "najlepszych")
- "Most na rzece Kwai" (ale sam się siebie pytam - dlaczego? :)
- "Lot nad kukułczym gniazdem"
- "Co gryzie Gilberta Grape"
- "Przeminęło z wiatrem" (podobno to obciach, ale mi się podoba :) )
- he he - "Północ Północby zachód" zacząłęm oglądać w TV od niechcenia,
i jak doszło do sceny z samolotem, to już wiedziałem, że go nie zapomnę :)
- "Kobieta i mężczyzna" (ale dlaczego?!)
- chyba "Ptaki" Hitchcocka (do zweryfikowania, oglądałem dawno temu)
- "Manhattan" W. Allena - nie pamiętam przwie nic, poza bardzo dobrym wrażeniem :)
- "Rok smoka" - zrobił wrażenie, obejrzany w TV przypadkiem od połowy
w środku nocy. Aż musiałem go zidentyfikować w necie na podstawie
imion bohaterów.
- właśnie "Garsoniera" :)
- "Kasyno"
- "Krupier"
- "Biały Kanion" (w oryg. "The Big Country")
- "Piknik pod wiszącą skałą" (chociaż nie umiałbym streścić jego przesłania)
- "Easy rider"
- jeden film z J. Nicolsonem, w którym żołnierze eskortują trzeciego żołnierza do więzienia, a Nicolson udaje spełnionego zawodowo marynarza ("Rozmawiam z okrętami" - powtarza), a w gruncie rzeczy jest podrzędnym ciurą, sygnalistą na okręcie
- Twój ulubiony "Big Lebowsky" też mi zapadł w pamięci jako coś oryginalnego,
"z jajami"
- kilka filmów Felliniego
- kilka polskich (osobna kategoria)

Pozdrawiam
-
2010/01/03 16:41:53
Ja do kina prawie wcale nie chadzam. Męczy mnie to. Wolę w domu, intymnie i w ciszy. Więc albo wypożyczalnie, albo TV, albo internet. Wyjątkiem był "Avatar" (w domu nie obejrzę przecież w 3D), który mnie zresztą fabularnie wynudził, a wizualnie opatrzył się po kilkunastu minutach.

"Most na rzece Kwai". Jak to dlaczego? Bo to nie banalna wojenna sieczka, tylko znakomite kino psychologiczne i starcie idei. :)

"Lot nad kukułczym gniazdem" - oh, yeah! :)

"Przeminęło z wiatrem" - jaki tam obciach. Świetny epicki obraz z najlepszych czasów Złotej Ery. Rozrywka na najwyższym poziomie.

"Północ - północny zachód" - pisałam o nim w samych superlatywach. Bondy niech się schowają. :)

"Ptaki" - ech, nie lubię straszenia w kinie zwierzętami. Niemal żal mi było tych Bogu ducha winnych ptaszków, z których Hitchcock zrobił demony. ;)

Z Allena wolę inne jego filmy, chociaż też bardzo dawno widziałam "Manhattan", więc może czas na odświeżenie.

"Kasyno" - bardzo lubię. Ale ciut wyżej u mnie plasują się jednak "Chłopcy z ferajny".

Z Twojej listy nie widziałam "Roku smoka", a "Kobietę i mężczyznę" daaawno.

Ale ale... Żadnych dzieł Kubricka, Tarantino, Leone ani Chaplina? Czemu?
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 18:13:40

Ania P. - zaskoczyłaś mnie tym, że prawie nie chodzisz do kina :)

Potwierdziło się, że Autorka jednego z moich ulubionych blogów o książce i filmie ma trochę podobny gust do mojego, no i ucieszyło mnie to.

Bardzo mi miło, że odniosłaś się do mojej chaotycznej listy - dało mi to trochę do myślenia. Może w któryś kolejny weekend zrobię sobie ćwiczenie domowe - wyszukam w Wiki i IMDB nazwiska reżyserów filmów, które z jakiegoś powodu zapadły mi w pamięć.

Rzeczywiście, "Most na rzece Kwai" to starcie idei - no widzisz, uświadomiłaś mi, co mi się w nim podoba.

Dlaczego nie wymieniłem filmów tych innych reżyserów, o których wspominasz?
Bo ja filmy oglądam bardzo niesystematycznie, od przypadku do przypadku.
A po drugie - jestem typem widza trochę naiwnym, bo podchodzę do filmu tak, jakby to była książka na ekranie. Zawsze skupiam się nad fabułą, problemem i bohaterami. Obecność aktorów na ekranie przyjmuję jako rzecz tyleż oczywistą, co przypadkową, i często nie pamiętam, kto grał w danym filmie.

Kiedyś w ogóle nie zwracałem uwagi na nazwiska reżyserów (teraz zwracam). Zawsze sądziłem (po laicku), że najważniejszym "sprawcą" filmu jest autor scenariusza. Dlatego moja znajomość reżyserów jest baaaaaardzo niekompletna i przeterminowana. W związku z tym nawet nie bardzo zdawałem sobie sprawę, że na mojej liście (absolutnie prowizorycznej) nie ma dzieł jakichś ważnych reżyserów.

Ale przede wszystkim dlatego, ta lista to jest absolutna improwizacja, czyli chaotyczny wytwór przypadkowego działania mechanizmów mojej pamięci.

Kubrick - "Odyseja" to rzeczywiście jeden z filmów, które od razu mi się spodobały i chętnie bym znowu obejrzał (nawet go mam na DVD, na insercie kupionym na bazarze :). Ja długo nie wiedziałem, ze o tym filmie świat pamięta. Sądziłem, że miejsce tego dzieła jest gdzieś obok "Barbarelli", tyle że na półce trochę poważniejszej :)

To chyba błąd - nie? (Jadnakże "Barbarella" też ma swoje miejsce na mojej liście fajnych wspomnień filmowych).

Co do S. Leone - generalnie podobały mi się te westerny z Eastwoodem, które obejrzałem ("Powieście ich wysoko" i coś tam jeszcze), więc prawdopodobnie S. Leone jest dla mnie OK. Chyba zdopingowałaś mnie, żebym sprawdził kto jest reżyserem! Przez długi czas sądziłem, że to są drugorzędne historie, podszywające się pod prawdziwy western.

Co do Tarantino - głupio wyszło, ale jak się rzadko chodzi do kina, to łatwo zostać takim ignorantem trochę, no i mi się to chyba zdarzyło ;)

Chaplin - bo ja wiem dlaczego nie? Życiem rządzi przypadek :) "Gorączkę złota" oglądałem, ale pamiętam tylko halucynacje z wielkim kurczakiem (btw. jaka reklama do tego nawiązuje?). Prędzej wróciłbym do "Pancernika Potiomkina" Eisensteina, bo z dzieciństwa z TV pamiętam dramatyzm scen.

Moje własne preferencje i działanie mojej pamięci są dla mnie samego trochę zagadkowe. Dlaczego "Łowcę jeleni" pamiętam, a "Czas Apokalipsy" niby też, ale nie bardzo? Sam się dziwię.

O - coś z trochę nowszych - "Mystic River" - ten był mocny, trudno zapomnieć, na listę z nim! Ale kto był reżyserem? Takim oto widzem jestem niedbałym!

A ze starych - jeszcze dodam "Prawo Bronxu" (praca domowa dla mnie - kto reżyserował).

Rozpisałem się!

Pozdrawiam :)
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 20:25:18

Wczoraj w jedynce obejrzałem (od połowy) film, który mnie zaintrygował. Romans a równocześnie historia zbrodni, tragedia, i trochę jakby anty-kryminał. Historia niby sztampowa, zbudowana na motywach niemalże oklepanych (znanych przynajmniej od czasu "Zbrodni i kary"), ale opowiedziana inaczej! Ktoś znalazł nowy sposób na opowiedzenie zwykłej ;) historii. I ten sposób jest - uważam - niebanalny. Końcówka nieco przewrotna, a równocześnie daje do myślenia.

Uznałem, że to jeden z filmów, które będę pamiętał pomimo, że nie od razu jest jasne, co stanowi o ich jakości (poza tym, że są dobrze zrobione).

No więc sprawdziłem co to za film, i okazało się, że to było "Wszystko gra" ("Match Point") Woody Allena. Nie spodziewałem się po Allenie akurat takiej opowieści!

Taki jakby traktat moralny bez naiwnego moralizowania. W sumie wszystko zostaje trochę niedopowiedziane, i niedomknięte. Chcę obejrzeć w całości.

Zdaje się, że na tym blogu "przerabiałaś" Allena. Ciekaw jestem, co sądzisz o tym dziełku? (nie udało mi się znaleźć w blogu)
-
2010/01/03 21:18:29
No miło mi bardzo, że Cię moje okołofilmowe wyznania pozytywnie zaskoczyły. :) Ale rzeczywiście, ludzie - znając moją miłość do kina - bywają bardzo zdziwieni, gdy się dowiadują, że do kina raczej nie chodzę. :)

Ja wyznaję zasadę, że film to dzieło kompletne, efekt pracy wielu ludzi na różnych etapach i naprawdę trudno powiedzieć kto tu jest najważniejszy. Reżyser - niby tak, wszystko spaja, wszystkiego musi dopilnować, ale przecież dobry scenariusz to bardzo istotny składnik. Może nawet najistotniejszy...? Z kiepskiego scenariusza raczej nie powstanie dobry film, choćby się reżyser dwoił i troił. Za to schrzanić dobry skrypt - trafiało się reżyserom niejednokrotnie. Ale z dobrego skryptu zrobić dobry film, mieć wizję, dobrać odpowiednią obsadę - to wszystko reżyser. Trudno powiedzieć, chociaż rzeczywiście nazwisko reżysera przyjmuje się wiązać z jakością filmu.

No, trochę herezja stawiać "Odyseję" obok "Barbarelli". Ale Tobie wybaczam. ;)

"Powieście ich wysoko" to nie Leone. I Eastwood nie tylko w westernach Leone grał. A oczywiście są westerny i westerny. Leone wyniósł moim zdaniem ten niezbyt wyrafinowany gatunek na poziom sztuki. "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" to skończone ARCYDZIEŁO. :)

Coś mi się kojarzy z tym kurczakiem, ale za Chiny nie pamiętam jaka to reklama. Jaka? Z "Gorączki złota" to jeszcze scena tańca bułeczek i - moja ulubiona - jedzenie buta. :) Chociaż od "Gorączki złota" chyba wolę "Dzisiejsze czasy" i "Światła wielkiego miasta". Ale ja w ogóle jestem w Chaplinie beznadziejnie zakochana. :) Latam ostatnio jak głupia po necie w poszukiwaniu jego wczesnych burlesek. Oglądałam też jego biografię, ale średnie to było. Jakieś takie płaskie, bez żadnej myśli przewodniej, jak notka w encyklopedii, chociaż silące się na humor.

"Rzeka tajemnic" w reż. Clinta Eastwooda. :) Mocna rzecz. Dobrze się oglądało. A "Prawo Bronxu" reżyserował De Niro. :) Jest na mojej rozszerzonej liście ulubionych.

-
2010/01/03 21:29:35
Uwielbiam "Wszystko gra". :) Obejrzałam sobie wczoraj po raz n-ty. ;) Nawet Scarlett, za którą nie przepadam, mi tam nie przeszkadza. Więcej - uważam, że jest idealnie dobrana do roli. Tak, ten film to Allen raczej nietypowy, chociaż nieźle wpisujący się w poważniejszy nurt swojej twórczości. Bardzo podobny motyw znajdziesz we wcześniejszych "Zbrodniach i wykroczeniach". Allen się lubi powtarzać, ale robi to z takim wdziękiem i zawsze w ciut innej konfiguracji, że nie uważam tego za mankament.

"Historia niby sztampowa, zbudowana na motywach niemalże oklepanych (znanych przynajmniej od czasu "Zbrodni i kary"), ale opowiedziana inaczej! Ktoś znalazł nowy sposób na opowiedzenie zwykłej ;) historii."

Dokładnie tak. I ta obrączka, która mogła stać się koronnym dowodem w sprawie (przez chwilę my, widzowie, jesteśmy przecież skłonni tak myśleć), a ostatecznie okazuje się wisienką na zwycięskim torcie Chrisa. :) Allen ma to do siebie, że w banalne historie umie tchnąć nowe życie. Allen, Kubrick, Chaplin. Tak wygląda chyba moja święta trójca filmowców. :) Kolejność przypadkowa.
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/03 22:07:39
O tej porze miałaś jeszcze chęć i zdrowie, żeby mi odpowiedzieć! To miłe, dziękuję :)

Bardzo ciekawe to co napisałaś, zarówno opinie jak i informacje konkretne. Utwierdziłaś mnie, żebym "Wszystko gra" obejrzał w całości (i przy okazji zachęciłaś do "Zbrodni i wykroczeń").

Z tą "Barbarellą" mówisz że herezja? Pewnie masz rację :)

W "Gorączce złota" kurczak pojawia się jako zwid: jeden z bohaterów czeka chory (?) w chacie, aż drugi wróci z polowania. Tamten wraca, ale ten leżący - na skutek głodu - widzi go jako wielkiego kurczaka, wzrostu ludzkiego,w sam raz na duży rosół. Reklama, która mi się z tym kojarzy, leci tak: głodny facet jedzie w korku krętą drogą górską. Przed nim volkswagen-busik z kołem zapasowym z tyłu. Ten głodny patrzy na to koło, a widzi - wielką pizzę przyklejoną na klapie busa.

Pozdrawiam i dobranoc!

(mam postanowienie noworoczne, żeby przesunąć mój dzień na tle doby w stronę godzin porannych)
-
2010/01/03 22:45:46
Bo ja ostatnio prowadzę nocny tryb życia. ;)
-
2010/01/04 09:53:02
I jeszcze mi się coś przypomniało. A propos tych rozważań kto jest w filmie najważniejszy i co jest najistotniejszym składnikiem dzieła. Czasem wybór jest prosty, bo twórcy poszczególnych składowych to jedna i ta sama osoba. :) Chaplin swoje filmy produkował, reżyserował, pisał do nich scenariusze, komponował muzykę, montował i grał główną rolę. Niesamowity facet!
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/04 22:55:19

To rzeczywiście brzmi niesamowicie, szczególnie w naszej epoce. (Na marginesie - być może w tamtych czasach łączenie kilku funkcji było częstsze niż obecnie - ale to tylko moje laickie gdybanie). Najwyraźniej jesteś zafascynowana Chaplinem. Ja po prostu przyjmuję do wiadomości, że to była wielka postać, ale to co widziałem nie zadziałało na mnie w jakiś szczególny sposób - ot, eksponaty z historii filmu (może kiedyś coś mi się zmieni).

A dzisiaj - kupiłem "Kanał" i "Niewinnych czarodziei" :) To trochę pod wpływem Twojego postu o "Popiele i diamencie". Po "Kanale" obiecuję sobie, że teraz, jako duży już chłopiec, lepiej docenię coś, co mi kazano oglądać jako dzieciakowi z podstawówki. Po "Niewinnych czarodziejach" oczekuję, że rozjaśnię sobie trochę sprawę legendy Cybulskiego (do której mam nieco dwuznaczny i chwiejny stosunek).

Co do znaczenia reżysera, autora scenariusza itd - to co napisałaś wydaje mi się rozsądne i trafne. A równocześnie - zawsze ciekawi mnie, czy to reżyser napisał scenariusz, a jeśli nie - to kto. Ta moja ciekawość rozmija się z dość powszechnym zwyczajem, że podaje się tytuł filmu i nazwisko reżysera, a autora scenariusza na ogół nie. Na szczęście zawsze mogę się dowiedzieć z Wikipedii itp, więc już dłużej nie będę marudzić :)
-
2010/01/05 10:23:10
Już-już miałam się rozpisać nt. Chaplina, ale pomyślałam sobie, że może warto mu po prostu poświęcić osobną notkę. :)

"Kanał" widziałam, ale "Niewinni czarodzieje" czekają grzecznie na swoją kolej.
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/05 10:44:34

:)
-
2010/01/05 14:25:33
Jak to "niesamowicie, szczególnie w naszej epoce"? A Carpenter? Cronenberg? Polecam bardziej zagłębić się w horrory klasy B, bo to w 90% produkcje autorskie. :)

Skąd tu tyle staroci? Kiedyś mówiłaś, że nie oglądasz filmów sprzed 1960 roku bodajże. Przemiana, czy mój mózg szwankuje?
-
2010/01/05 15:20:54
Dorzuciłabym jeszcze Allena, który też pisze scenariusze do swoich filmów.

Dobrze pamiętasz, ale kiedyś to było kiedyś. :) Na szczęście ujrzałam Prawdę. :)
-
2010/01/05 15:45:45
Mój Carpenter pisze też muzykę, więc zjada Twojego Allena na śniadanie! Chociaż... Allen gra w swoich filmach - tu ma plusa. Swoją drogą ciekawe, że Allen, będący przecież muzykiem, nie ilustruje nigdy własną muzyką swoich dzieł.
-
2010/01/05 16:21:43
Może jest świadom własnych ograniczeń w tej materii.