|
Blog > Komentarze do wpisu
O zaletach niewrażliwości
- Bywa pan szczęśliwy?
- Pochlebiam sobie, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Zadowolenie z życia bierze się z sumy przyjemności, jakich potrafimy doświadczyć, od tych najdosadniejszych, jak seks czy dobre jedzenie, do najsubtelniejszych, jak przeżywanie sztuki. Szczęście natomiast to poczucie spełnienia w życiu i niezmącona wiara w jego sens i celowość, jak również bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata. W moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Pochlebiam sobie, że nie wchodzi w rachubę. (fragment wywiadu Doroty Wodeckiej z Eustachym Rylskim, zamieszczonego w którymś z lipcowych wydań Gazety Wyborczej)
Ze mną jest chyba podobnie. Z każdym
rokiem zakres mojej słodkiej ignorancji coraz bardziej się zawęża.
Oczywiście, wciąż jeszcze umiem odwrócić wzrok, udawać, że nie wiem
albo z uporem starać się o czymś nie pamiętać, bo bez takich iluzji nie
sposób byłoby normalnie żyć. Ale potrafię też dręczyć się pół nocy
wyrzutami sumienia i katować wspomnieniami własnego lenistwa i egoizmu.
Przeraża mnie ludzka obojętność, chociaż wiem, że w znacznej części wynika ona z niewiedzy i wygodnictwa raczej niż ze złej woli. Czyli z tego wszystkiego od czego przecież i ja nie jestem wolna. Ale kiedy patrzę na siebie sprzed 10 lat i porównuję z sobą dzisiejszą to widzę wyraźnie, że mało mam wspólnego z tą beztroską, wierzącą w sprawiedliwy i dobry świat osobą, której największym zmartwieniem były cotygodniowe spotkania w pracy, gdzie występowała w roli tłumaczki. A przecież nie byłam na tyle naiwna, by nie zdawać sobie z pewnych rzeczy sprawy. Natomiast o wiele skuteczniej umiałam je od siebie odsuwać, wierząc, że jacyś drudzy wyręczą mnie w naprawianiu świata. Może starzenie się polega między innymi na tym, że traci się tę bezduszną odporność, to błogie poczucie wygodnego usadowienia w codzienności? Z drugiej strony - wciąż to usilne pragnienie normalności, zadowolenia, o którym mówi Rylski. Takiego zwyczajnego, bez ciągłego przypominania sobie o tym, co zaniedbaliśmy, albo czego nie zdążyliśmy zrobić. Całe to desperackie sięganie po małe uciechy, które mają zagłuszyć coraz bardziej dojmujące poczucie upływającego czasu i własnej bezsilności wobec praw wszechświata. A więc jutrzejszy wypad do kina na głośny Avatar z A., jego szwagrem i dwoma siostrzeńcami, potem może łyżwy na Stegnach (po kilkuletniej przerwie, czyli łatwo nie będzie). W domu czekają dwie książki - Andrzej Bobkowski Z dziennika podróży i Krzysztof Rutkowski Paryskie pasaże - których czytane w bibliotece urywki zwiastują świetną lekturę. I dzięki temu jakoś udaje się żyć. Odwlekając przy tym ciągle i ciągle te najważniejsze decyzje... Ich niepodejmowanie to też zresztą jakaś decyzja. Nie wiem czy dobra. Szkoda, że nie można zajrzeć w przyszłość. Albo sprawdzić konsekwencji pewnych działań na jakichś symulatorach życia. Kilka alternatywnych rozwiązań i wyskakuje wynik. Dobry pomysł na opowiadanie sf. Chociaż pewnie już ktoś coś takiego napisał. Wracając do Eustachego Rylskiego - cały wywiad jest jednym z najpiękniejszych, najmądrzejszych i najgłębszych tekstów, jakie zdarzyło mi się w życiu przeczytać. wtorek, 29 grudnia 2009, aniaposz
TrackBack
Komentarze
erarchpembrok
2009/12/30 16:11:20
Czemu marwić się razem z tymi, którym jest źle, zamiast cieszyć się z tymi, którym jest dobrze? Wymagać od innych popadnięcia w smutek tylko dlatego, że komuś jest źle, wydaje mi się bardzo perwersyjne z punktu widzenia moralności. Nie chciałbym żyć w takim świecie, gdzie każdy codziennie przeżywałby torturowanie tybetańskiego mnicha na drugim końcu świata.
2009/12/30 22:15:05
To chyba nie kwestia woli, tylko, nie wiem, jakiejś konstrukcji psychicznej, niemożności zamknięcia się na cierpienia świata, a jednocześnie gotowości do pomocy w ramach własnych skromnych możliwości, co też przecież jest nie bez znaczenia.
|