Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Charlie - moja miłość



To się zaczęło w zeszłym roku jakoś na początku marca. W pewne niedzielne przedpołudnie włączyłam TVP Kultura i zaczęłam oglądać od niechcenia czarno-biały film. Jak się później okazało - Dzisiejsze czasy Chaplina. Trafiłam na jedną z początkowych scen w fabryce, gdy Charliego ogarnia szaleństwo i zaczyna mechanicznie powtarzać ruchy przykręcania śrub, które cały dzień wykonywał stojąc przy taśmie produkcyjnej. Zupełnie jak obecnie, pomyślałam. Też można zwariować od natłoku bezmyślnych, automatycznych zadań i idiotycznych poleceń, które nie prowadzą do realnego wzrostu efektywności, pozwalają za to zlecającym poczuć się lepiej. No i wsiąkłam, bo film, choć realizowany w połowie lat 30. XX wieku, to ani trochę nie stracił na aktualności. Niestety.

Ale to jest właśnie siłą filmów Chaplina. Ponadczasowość, uniwersalizm, wieczna aktualność. Bo tak naprawdę tematem jego filmów wcale nie była wielka polityka (Dyktator), ekonomiczne trendy (Dzisiejsze czasy) ani społeczne podziały (Światła wielkiego miasta), tylko ludzka natura. Zaryzykuję stwierdzenie, że te obrazy nigdy się nie zestarzeją, a przynajmniej nie zestarzeją się dopóty, dopóki ludzie wciąż będą ludźmi ze swoimi odwiecznymi słabościami, niegodziwościami, a jednocześnie zadziwiającymi ich samych nagłymi porywami serca. To kino przenikające na wskroś istotę człowieczeństwa. Tak jakby Chaplin widział więcej, dalej i lepiej niż większość z nas.



Charlie Chaplin to jedna z tych wielkich postaci na przestrzeni dziejów ludzkości, która daje odbiorcom ogromnie dużo, której dzieła - nawet oglądane po raz setny czy po kolejnych 100 latach - zawsze będą zadziwiać psychologiczną prawdą, celnością obyczajowej obserwacji i świeżością spojrzenia. Jak komedie Moliera, jak dramaty Szekspira. W jego filmach zachwyca mnie najbardziej nie tyle sprawność realizacyjna, pomysłowość, dowcip, ile mądra refleksja, samoświadomość, klasa i głębokie pokłady humanizmu. A wszystkie swoje wizje umiał przekazać w prosty i zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, sposób. Bawiąc i wzruszając jednocześnie i to bez popadania przy tym w naiwność i sentymentalizm.



Szkoda, że filmowa biografia Chaplin w reżyserii Richarda Attenborough jakością nawet się nie przybliża do wielkości dzieł jej bohatera. Brak jest jakiegoś rysu indywidualnego, jakiegoś niebanalnego pomysłu, który odróżniałby ją od setek innych. Życie jednego z największych geniuszy kina rozłożone na części, złożone ponownie w milusią całość i równiutko przycięte, żeby przypadkiem nic nie wystawało ponad foremkę. Ekscytujące to jak notka w encyklopedii: urodził się, ożenił, nakręcił tyle i tyle filmów, miał tyle i tyle dzieci, kropka. Przekrojowość i powierzchowność zarazem, bo więcej niekoniecznie znaczy lepiej. Dowiedziałam się paru szczegółów z życia Chaplina, ale wcale nie mam wrażenia, że dokładniej go poznałam, że jest mi bliższy. Sporo w tym filmie wykalkulowanych wzruszaczy i uproszczeń. Plusy to parę nawiązań do filmów Chaplina i bardzo dobry Robert Downey Jr. w roli tytułowej. Ale generalnie i tak najważniejszą nauką płynącą z tej biografii jest padająca w pewnym momencie z ust Chaplina kwestia: Jeśli chcesz mnie zrozumieć, obejrzyj moje filmy.



W tym swoim skupieniu na człowieku, uwadze poświęconej jego niedoskonałej naturze, ułomnościom, zaletom i sprzecznościom  Charlie Chaplin przypomina mi dwóch innych podziwianych przeze mnie twórców - Lema i Szymborską, których esencja pisarstwa to również człowiek. Ale podczas gdy Lema charakteryzuje mizantropijny humanizm, jak trafnie określił jego postawę Wojciech Orliński w książce Co to są sepulki, Chaplin w swojej analizie natury ludzkiej jest chyba jednak bliższy pogodnej zadumie.



Stanisław Janicki o Chaplinie: Charles Chaplin

W 2008 roku do repertuaru polskich kin weszły trzy filmy Chaplina: Brzdąc, Gorączka złota i Dyktator, a promujące je świetne plakaty nawiązują stylistyką do najlepszych lat polskiej szkoły plakatu - prosta forma, oszczędna kolorystyka i to, co najważniejsze, czyli pomysł wydobywający samo sedno filmowej opowieści.

środa, 06 stycznia 2010, aniaposz
TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/08 22:38:59
Gdy oglądam stare filmy, to wszystko wydaje mi się wzięte w cudzysłów.

Chaplin niewątpliwie miał zasługi i ludzi wzruszał (kiedyś). Jego filmy do dzisiaj wywołują - jakiś - odzew. Ale... czy jest nam dzisiaj bliższy od Bustera Keatona lub braci Marx?

Dawno temu oglądałem jakieś jego filmy, jakieś fragmenty. W pamięci zostało niewiele. Jak staram się coś z niej wydobyć, to przede wszystkim wrażenie obcowania z czymś archaicznym. Tak jakby to jeszcze nie było kino, tylko utrwalona na taśmie mieszanka gatunków przed-filmowych: kabaretu, pantomimy, sztuki clownów cyrkowych z domieszką sentymentalizmu.

Z całym szacunkiem dla Chaplina (i innych dawnych pionierów sztuki kinowej) - nie potrafię jednak odnieść się do tych filmów inaczej jak do starych fotografii lub wzruszających eksponatów z muzeum techniki. A w każdym razie przewiduję, że byłoby mi bardzo trudno (gdybym jednak zdobył się na obejrzenie).

Dlatego sądzę, że Autorka jest zaawansowanym koneserem, i imponuje mi to :)

Pozdrawiam z sympatią.
-
2010/01/09 00:12:24
Jaka tam ze mnie koneserka, ledwie miłośniczka kina. Przy innych to ja mały żuczek jestem. ;) Ale może to i dobrze, bo co chwila coś dla siebie odkrywam.

Jak chcesz obejrzeć eksponaty z muzeum techniki, to zafunduj sobie seans np. "Podróży na księżyc" z 1902r. ;) Albo "Wyjście robotników z fabryki". :) Chaplin to już naprawdę pełnokrwiste kino - z rozpisanymi rolami, koncepcją, fabułą itd. Oczywiście rozumiem, że kogoś może za gardło nie chwytać. Mnie samą nie chwytało jeszcze przed dwoma laty (zresztą pisałam o tym w notce o "Popiele i diamencie"). I, oglądając kiedyś jakieś fragmenty starych filmów, miałam wrażenie dokładnie takie jak Ty. Aż w pewnym momencie coś mi kliknęło w głowie - już nawet nie pamiętam co było tym brzemiennym w skutki bodźcem, chyba jakiś program w TVP Kultura nt. klasyki filmowej. Wystarczyło kilka scen, żeby mnie wprawić w osłupienie, że te stare filmy mogą być tak dobre. No i potem poszło już z górki. :)

Buster Keaton i bracia Marx to mogliby Chaplinowi buty czyścić. ;) Z całym szacunkiem. :) A tak serio, to w sumie niewiele oglądałam z Keatona i Marxów, więc trudno mi się wypowiadać, ale to, co oglądałam nie było nawet w połowie tak intensywne, głębokie i mądre (przy całym humorze, jakiego wymagają komedie) jak Chaplin.
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/09 00:57:15

Ten komentarz przemawia do mnie lepiej niż sam post oraz dolinkowana audycja, bo wskazałaś konkrety - że akcja jest rozpisana itd. To bardzo ciekawe. Jednak ja nieprędko dojdę do tego, żeby obejrzeć te filmy (jeśli w ogóle). Dzieła przedwojenne są niekompatybilne z moją aparaturą odbiorczą, niestety (albo i stety). Zawsze widzę cudzysłów wokół tych obrazów. Chyba że mi kiedyś coś "kliknie".

A to co piszesz i tak jest ciekawe.

Btw - podobno nastanie kina dźwiękowego stało się dla części ówczesnych aktorów tragedią zawodową. Podobno Chaplin też był niechętny tej "nowince". I podobno Greta Garbo byłą jedną z niewielu (?) gwiazd, które z sukcesem się zaadoptowały. Zaskoczyło mnie to jak usłyszałem pierwszy raz. Pewnie Ty wiesz więcej.

Koneserka czy nie koneserka - imponuje mi Twoja systematyczność w oglądaniu. Ponad 300 filmów w ciągu roku .... to przybiera rozmiar studiów zaocznych, tok indywidualny.
-
2010/01/09 10:05:17
No tak, ale o tych konkretach to w sumie nie trzeba pisać, bo są, że tak powiem, mierzalne, obiektywnie widoczne. Właściwie nawet krótkometrażowe filmy Chaplina miały już jakąś fabułę (i to spójną!), dostrzegalny był jakiś nadrzędny koncept itd. Chaplin nie robił rzeczy 'na kolanie' i nie stawiał (tylko) na gagi w rodzaju kopania się po tyłku. Oczywiście on też ewoluuje - jego początkowe króciutkie burleski to raczej mało wyrafinowanie rozśmieszacze, ale też na samym początku nie miał tej swobody twórczej, co później, gdy dorobił się własnego studia i sam zaczął swoje filmy produkować.

Ale - jak piszę - wszystkie te obiektywne walory to pikuś, bo najważniejsze jest to, co kryje się za dowcipem i fabułą, a czego właśnie brakuje i Keatonowi i Marxom. Jeśli ktoś tego nie widzi, to cóż, bywa. Ja codziennie biję pokłony filmowym bóstwom, że dane mi było dostrzec piękno filmowej klasyki, w tym geniusz Chaplina. No i jeszcze - bardzo rzadko przy współczesnych tzw. komediach śmieję się tak jak śmiałam się np. przy scenie 'płaczącego' męża z podlinkowanego przeze mnie filmu "The Idle Class". :D Przecież do humor najwyższej próby, perfekcyjne zwodzenie widza, precyzyjnie zaplanowany numer, żadne tam rzucanie się tortami czy inne podstawianie sobie nóg.

Jeśli chodzi o udźwiękowienie kina, to faktycznie Chaplin bardzo długo się opierał. Uległ w końcu, ale chyba miał rację, obawiając się dźwięku, bo mam wrażenie, że nie do końca opanował reguły odmiennej narracji. "Światła rampy" są moim zdaniem przeciągnięte, nie mają w sobie tej lekkości, wyczucia kadru, a przede wszystkim są zbyt melodramatyczne, m.in. z powodu dialogów. Chaplin był świetny w opowiadaniu obrazami, mimiką, ruchem. Nie trzeba było słów, by wiedzieć, co nam chce przekazać. Był w tym mistrzem. Kiedy doszło słowo, trochę niezręcznie się nim posługiwał, przyzwyczajony do innego stylu opowiadania - nie wyczuwał zbyt dobrze nowego sposobu komunikacji. Chociaż "Światła rampy" też zaliczane są do jego arcydzieł, osobiście wolę jednak wcześniejsze filmy.
-
Gość: blog.eater, 86-23-n1.aster.pl
2010/01/09 13:20:15
Dzięki za rozwinięcie! Po tych komentarzach mam dużo wyraźniejszy pogląd na jego znaczenie i lepiej rozumiem czemu wielkim artystą był. A przede wszystkim - lepiej wiem, co mogę znaleźć u niego, a nie znajdę u innych, pozornie podobnych.
-
2010/01/09 14:25:30
O Boże, pamiętam tę scenę z przykręcaniem śrubek, masz rację, to niesamowicie przypomina dzisiejsze korporacje ;) Niezłe skojarzenie ;)
-
2010/01/11 13:37:02
Tylko w charakterze śrubek podstawić można dowolną inną aktywność, zależnie od inwencji szefów. ;) U mnie to było na przykład spisywanie protokołów spotkań wewnętrznych, których nikt potem nie czytał.
-
2010/01/11 22:59:30
Charlie Chaplin - wielki twórca. I co ciekawe, bardzo długo przecież niedoceniany przez samych Amerykanów. Jego wkład w rozwój kina jest ogromny, na studiach widziałem prawie wszystkie filmy Charliego, które do dziś znakomicie się bronią.
-
2010/01/12 08:19:49
Ano właśnie. Przecież on nigdy nie dostał Oscara za konkretny film. Zrehabilitowano go, dając mu Oscara honorowego, ale wiadomo jaka jest wymowa takiej nagrody... :/ I tak dobrze, że zdążyli...

A ja sobie wczoraj po raz drugi obejrzałam w całości "Gorączkę złota". Podobała mi się jeszcze bardziej niż za pierwszym razem.
-
2010/01/13 08:45:14
Uwielbiam Chaplina. Ale Bracia Marx to chyba również godne kino. Np. "Kacza zupa". Kiedy to oglądałem, wydało mi się również niegłupie. Ale to było dawno, więc nie biorę za swoje słowa odpowiedzialności i nie przyjmuję reklamacji.

BTW - "Dzisiejszych czasów" nie widziałem, ale scenę znam - to tak jak rakieta w oku księżyca, pocałunek Scarlett z Rhettem albo przewracający się kieliszek na tle piosenki "As Time Goes by" - przewijają się chyba w każdym dokumencie o historii kina. Fajnie nawiązał do niej Disney w swojej propagandowej krótkometrażówce z czasów II Wojny Światowej - Kaczor Donald zasuwał w nazistowskiej fabryce bomb. Fajne to było.
-
2010/01/15 09:42:49
Wgryzienie się w twórczość braci Marx to jeden z moich filmowych celów na ten rok. W ogóle coś mi się widzi, że to będzie rok staroci. ;)

A propos "As Time Goes By" - nie lubię "Casablanki". :)
-
2010/01/15 11:46:37
A to mi się bardzo podoba "Mocny Człowiek" - słynny zagubiony niemy polski film odkryty dopiero niedawno. Pod wersję DVD podłożył muzykę Maleńczuk i zrobił to naprawdę godnie. Bardzo fajny, dekadencki film. Robi duże wrażenie na tle późniejszych idiotycznych muzycznych romansideł z Bodo.
-
2010/01/15 12:12:13
Zaraz zerknę do katalogu wypożyczalni czy mają (ten Maleńczuk to dodatkowa zachęta, bo bardzo go lubię). A w ogóle skoro z Ciebie znawca i miłośnik polskiego kina międzywojennego, to może wysmażyłbyś jakąś notkę o tym? ;)
-
2010/01/15 12:48:50
Ani znawca, ani miłośnik. Byłem na trzech festiwalach kina niemego i tyle. Skądinąd - polecam. Fajne filmy i muzyka na żywo. Ale może rzeczywiście jakąś notkę o tym strzelę.