Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
poniedziałek, 28 marca 2016
Dekada

Tak dawno tu nie byłam, że czuję się niemal jak intruz. A przecież te wszystkie wpisy, od samego początku, to moje życie. Jak bardzo odległe w tej chwili od tu i teraz. Pierwsze notki to końcówka roku 2006. Jakże inne jest teraz moje życie od tego sprzed 10 lat! Jak inne troski, obawy, inna codzienność! Czytam te moje wpisy sprzed lat z rozczuleniem, z sentymentem, ale i z żalem, bo teraz tak bardzo chciałabym się cofnąć w czasie! "Byłam taka szczęśliwa, ale o tym nie wiedziałam".

Ileż bym dała, żeby znów pracować tam, gdzie pracowałam. Żeby w sobotnio-niedzielne poranki słuchać beztrosko Trójki, żeby się zamartwiać nie wiadomo czym i jeździć w weekendy do szwagra i siostry Artura. Żeby Nesca była zdrowa. Żeby wszystko było jak dawniej, gdy potrafiłam płakać z powodu kwietniowego deszczu...

Ja z końcówki roku 2006 i ja z początków roku 2016 to dwie totalnie różne osoby, dwie zupełnie inne egzystencje. 

 

17:08, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 sierpnia 2013
...
Dziś czuję się jak mrówka, gdy
czyjś but tratuje jej mrowisko.
Czemu mi dałeś wiarę w cud,
a potem odebrałeś wszystko?
08:56, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 marca 2013
Evolution
Mija 5. miesiąc mojej znajomości z W. Znajomości, o której już teraz wiem, że nie jest i nigdy nie będzie związkiem, na który czekam. Nie urodziłam się wczoraj, a wciąż zapominam o oczywistościach. Że stan początkowej euforii zaślepia i upośledza racjonalne myślenie. Że aby człowieka poznać, trzeba z nim zjeść beczkę soli, a przynajmniej poczekać ze dwa miesiące. Że dopiero z czasem wychodzą pewne sprawy, których na pierwszy rzut oka się nie dostrzega. Że sama deklaracja miłości (ani też nawet jej dowody) niekoniecznie wystarcza, gdy druga strona ma cechy dla nas trudne do zaakceptowania (tak, wiem, związek to kompromisy etc., ale to też tylko teoria).

Mieliśmy już kilka sprzeczek, padło trochę przykrych słów, ja wyrzuciłam trochę pretensji. I muszę przyznać, że on się stara. Stara się bardzo, nie przeczę. Ale wiem też, że ludzie się nie zmieniają. I albo go zaakceptuję takim, jaki jest, albo powinnam odejść. Love me or leave me. To trudne, bo przecież naprawdę nie jest źle. A może to tylko kwestia braku alternatywy...? I mojej próżności, którą tak doskonale zaspokaja słowami kocham cię...

Z drugiej strony spędziłam ostatnio trzy dni bez niego, oszukując go, że jestem chora. Chciałam pobyć sama, odpocząć, obejrzeć fajny serial. Niepokojące również, że gdy od czasu do czasu rozmawiam z moim eksem, to jemu chcę opowiadać z entuzjazmem o różnych rzeczach, to z nim, nie z W., chcę dzielić się drobnymi radościami i zwierzać z trosk. Przyzwyczajenie po 16 latach? Może. Ale bardziej prawdopodobne, że to A. jest (był) człowiekiem, z którym czuję się dobrze i swobodnie, a przy W. często się kontroluję w obawie przed jego (dziwaczną czasem i nieadekwatną) reakcją.To znamienne, że w tym związku, aby czuć się dobrze i bezpiecznie, muszę wciąż uważać, by zachować dystans. Zbytnia bliskość to emocjonalne samobójstwo. Muszę być cały czas o krok przed nim, ciągle uciekać, żeby zachować psychiczny komfort. Na dłuższą metę to cholernie wyczerpujące doświadczenie. I ze zdrową relacją niewiele ma wspólnego.
14:19, aniaposz
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012
Nieoczekiwana zmiana miejsc
Jak to tak? Po 16 latach związku z osobą, której ufało się najbardziej na świecie i która wydawała się jedyna w swoim rodzaju, nagle, w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, znaleźć kogoś drugiego, z kim też jest cudownie? Z kim mogę się śmiać z tych samych rzeczy, przed kim powoli, ale nieubłaganie się otwieram, komu zaczynam ufać, choć się bronię? Owszem, wiedziałam, że zdołam znaleźć sobie bez problemu partnera na krótko, tak tylko, żeby nie być samej, żeby się czasem spotkać, żeby poflirtować. Ale to, co się dzieje, to coś o wiele więcej i coś, o czym już dawno zapomniałam i w gruncie rzeczy nie wierzyłam, że jeszcze może mi się przydarzyć. To budowanie intymności, bliskości, czułości i wzajemnego zaufania. To doświadczanie ze strony innego (obcego dotąd) mężczyzny takich uczuć, na jakie jest tylko jedno wspólne określenie. I wiem, że tym razem się nie mylę, bo w jego oczach widzę to samo, co widziałam w oczach tych, którzy kochali mnie kiedyś z całą pewnością...
18:26, aniaposz
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 listopada 2012
Expect the unexpected
Życie jest zaskakujące. My sami dla siebie jesteśmy zagadką. Można sobie wymyślać ideały, tworzyć kryteria, wpisywać w nie kolejne poznawane osoby. I niektóre osoby mogą nawet te kryteria spełniać. Ateista, lewicowiec, humanista, kinoman, ma czytywać fantastykę, lubić teatr i poezję. Bo wydaje się, że wtedy będziemy mieli zawsze o czym rozmawiać, nie będziemy się ze sobą nudzić, itd., itp. I nagle okazuje się, że - owszem - w teorii wszystko gra, a w rzeczywistości czujemy się ze sobą nieswojo i na trzecim spotkaniu zbyt często zapada krępująca cisza. A z drugiej strony jest ktoś, kompletnie nieprzystający do ideału (kolejny w moim życiu inżynier, z którym o wierszach Szymborskiej raczej nie porozmawiam...), poznany przypadkiem w klubie, przy kim czuję się tak swobodnie, jakbym go znała od co najmniej kilku miesięcy, z kim wszystko, WSZYSTKO, jest tak cudownie proste i oczywiste. Pijemy wódkę, śmiejemy się, gramy w karty, żartujemy, gadamy bez przerwy albo milczymy (ale daleko temu milczeniu do niezręcznej ciszy), słuchamy radia, wtulamy się w siebie bez końca i kochamy jak wariaci (a po naszym pierwszym razie nie było nawet śladu psychicznego dyskomfortu następnego dnia).

Nie wiem jak będzie, ale póki co najbliżej jest temu wszystkiemu do tego, czego szukałam. Pod każdym względem. Prócz teorii. :)
18:25, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 października 2012
Everybody lies
Whatever happens, I'll leave it all to chance
Another heartache, another failed romance

Queen, "The Show Must Go On"

[...]

Dla minuty tej radości, co będzie,
starczy suknia, którą obłok przędzie.
Ubierz w szale z obłoków nadzieję,
co się pierwej rozchwieje, rozwieje?
Gdzie ta szarfa różowa, złocona?
A gdzież ręka przed chwilą chwycona?

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, "Nokturnik"

Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę. Próbuję mieć się na baczności, nie jestem już przecież naiwną nastolatką, ale pęd ku temu, by wyzwolić się spod władzy P. jest czasem zbyt silny i wpadam z deszczu pod rynnę.

Dla M., gdy postanowiłam być zbyt szczera, okazałam się za skomplikowana. "Ja szukam zwykłej kobiety, która pomoże mi w codziennych sprawach". Trochę mnie tym wówczas zaskoczył, bo wieczór rozwijał się miło. Aż do tamtej rozmowy. I nagle mur obojętności. Zacisnęłam zęby i nie powiedziałam ani słowa, kiedy mnie odwoził do domu. Trochę przykro mimo wszystko, ale dość szybko z tego wyszłam, bo nie byłam szczególnie zaangażowana.

Co innego J. Tu na trzecim spotkaniu prawie straciłam głowę. Zaskoczyło mnie (i zaskakuje do tej pory), że fizycznie może mi być z kimś prawie tak dobrze jak z P. Pocałunki były tym, czym być powinny, a nie zawsze i nie z każdym są. Pamiętam, że byłam tym odkryciem jednocześnie odurzona, przerażona i uszczęśliwiona. Ostatnia środa i następujące po niej dni to klasyczne objawy head over heels. Aż do wczorajszego wieczora, kiedy zdecydowałam powiedzieć "sprawdzam", zaalarmowana pewnymi drobnymi sygnałami, których moja intuicja nie mogła dłużej ignorować. Prawda okazała się gorzka. Przynajmniej mogę sobie pogratulować spostrzegawczości i czujności mimo wszystko. Tydzień na wykrycie kłamstwa i krętactwa to chyba całkiem nieźle? Tylko wciąż nie mogę uwierzyć jak to możliwe, że skoro było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Czy więc rzeczywiście in eros veritas, jak twierdził Woody Allen? Jak, komu, czemu i kiedy w ogóle ufać w tym świecie pozorów i złud?
11:59, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 września 2012
A my tak łatwopalni...
Przeraża mnie, że nie uczę się na błędach. Gdyby On teraz zadzwonił, chciał się spotkać, pobiegłabym na jedno Jego skinienie. Owszem, starałabym się przemyśleć strategię, grać zimną i niedostępną, obojętną, wyleczoną. Może powiedzieć mu parę słów do słuchu, odzyskać twarz, żartować ze swadą i swobodą, ironizować. Ale jak długo bym wytrzymała? Do Jego pierwszego rozbierającego mnie spojrzenia? Do Jego pierwszego dotyku i pocałunku? Zawsze tak było. Nieważne jak bardzo czułam się silna i niewzruszona, wystarczał Jego niespodziewany widok, Jego spojrzenie, by serce zaczynało mi bić jak szalone i krew uderzała do głowy. Miękłam jak wosk w jednej cholernej sekundzie...

Oczy na skrzydłach

Ćmy srebrne, ślepe i ciche, lecą w ogniste sidła,
nie widzą złotego ciernia, który się chwiejnie żarzy.
Lecz czemu ja wpadłam w ogień, czemu spaliłam skrzydła?
Widać mam oczy na skrzydłach, zamiast je mieć na twarzy...

Oczy na skrzydłach nie widzą, choć są otwarte szeroko.
Tęczowe oczy na skrzydłach nie wiedzą, gdzie lecieć trzeba.
I zawsze zmylą drogę. Bo na cóż skrzydłom oko?
Wpatrzy się ślepo w błysk świecy i myśli, że leci do nieba.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
13:20, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2012
Że jest ktoś...
To takie miłe wiedzieć, że jest ktoś, komu zależy. Słyszeć to w jego głosie i czuć w dotyku, gdy głaszcze mój policzek albo wtula usta w moje włosy. Mieć świadomość, że być może w tej chwili myśli o mnie i wspomina wczorajszy wieczór. Że z niecierpliwością czeka na kolejne spotkanie. Jest mi to potrzebne. Ogrzewam się w cieple tych uczuć. Tylko czy to uczciwe z mojej strony? Bo sama chyba nie czuję nawet w połowie tego, co on do mnie. Choć przecież niczego nie wykluczam. Tyle że wciąż i wciąż porównuję go z P. A nie powinnam... Nie wiem co będzie, ale póki co - przynajmniej trwam. 
09:37, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 września 2012
Substytuty
Problemem nie jest brak. Gdybym chciała, mogłabym teraz wybierać spośród sześciu kandydatów na mojego kolejnego faceta. I to kandydatów całkiem sensownych, inteligentnych i na poziomie. Tylko co z tego, skoro żaden z nich nie jest Nim. Co mi po tych wszystkich smsach, telefonach, spotkaniach, jeśli to tylko sposób na zabicie czasu. Kiedy wieczorem wracam do domu wyludnionym autobusem po jednym ze spotkań, ściskam w rękach komórkę i wpatruję się tępo w wyświetlacz.

A jednak te spotkania jakoś mi pomagają. Z pewnością dowartościowują. Zajmują czas i myśli. Sprawiają, że czuję się piękna, kobieca i podziwiana. I za każdym razem mam nadzieję, że spotkam kogoś, kto wreszcie zastąpi mi Jego. Że zakocham się jak wariatka i uwolnię od tego beznadziejnego uczucia do człowieka, który nie zasługuje na nie. Jest bodaj jedynym mężczyzną, któremu powiedziałam "kocham" i jednocześnie tym, który spośród wszystkich moich facetów najmniej jest tego wart.

I czegóż ci nie przebaczę,
uśmiechając się jak gejsze?
Nawet słowa od lodu zimniejsze,
nawet to, że cię już nie zobaczę...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

A jednak jest ktoś, kto mnie w pewnym stopniu intryguje. Artysta. Muzyk. Jest... dziwny. Ale pokazuje mi świat, jakiego mi przez ostatnie lata brakowało. Wczoraj - świetny koncert "Mój Staszewski" w Piwnicy pod Harendą.



Potem spacer z powrotem na przystanek zaułkami Mariensztatu skąpanymi w zamglonym świetle latarń. Nie wiedziałam, że moje miasto jest takie piękne...

A M. posuwa się tak powoli w swojej drodze ku mnie. Tak, że mnie samą to zaskakuje. Dopiero na trzecim spotkaniu odważył się pocałować mnie w usta na pożegnanie. A zaraz po koncercie delikatnie przesuwał między palcami pasma moich włosów...

I tylko czasem boli serce, że ten ktoś, kto siedzi obok mnie w ciemności sali koncertowej, nie jest Nim...

A poza tym wszystkim, poza tęsknotą i poczuciem braku Jego dotyku i pocałunków, jest wciąż ta porażająca i niewiarygodna ulga, że zakończyłam związek bez przyszłości. I cały czas to zdziwienie jak mało boli w gruncie rzeczy. Właściwie... wcale. Wcale, po 16 latach...

Chciałabym, żeby trafił tu ktoś, kto - jak ja kiedyś - szarpie się w nierokującym związku. Żeby przeczytał, co napisałam i żeby zebrał w sobie tę odwagę, której mi brakowało przez tyle czasu...
12:12, aniaposz
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 września 2012
Gość w dom
Ta wolność, o której pisałam, to nie tylko odzyskanie statusu singla. To też doświadczanie zupełnie nowych rzeczy, otwieranie się na nowe doznania. Na przykład odkrywam jak to miło gościć kogoś u siebie. Przedtem zawsze chodziliśmy z A. do jego znajomych, od lat tych samych. Teraz muszę zatroszczyć się o krąg własnych znajomych, których do tej pory nie miałam. Już samo poznawanie nowych ludzi jest fascynującym doświadczeniem (tyle różnych typów ludzkich, tak różne style rozmowy, różne reakcje na te same - podawane przeze mnie - informacje!), choć nie zawsze równie miłym, trzeba przyznać. Ale jeśli trafi się ktoś wart poznania bliżej i jeśli tego kogoś zaprosi się do siebie, by wspólnie opijać nasze smutki, to nawet przygotowania są ekscytujące i pozwalają choć na chwilę oderwać myśli i wzrok od telefonu, który uparcie nie dzwoni...

I oby nie było tak, jak w tym wierszu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Trzy godziny":

Pierwsza godzina czekania to radość i strach z gorączką.
Tu kwiaty, a tu papierosy.... masz, perfum się wylał na marmur!
Lustrzane drzwi szafy skrzypią. Gdzie wstążka? Jak gorąco!
Pokój musi pachnąć i wzdychać, i być pełen, pełen lękliwego charme'u...

A druga godzina czekania to uważne, czujne słuchanie.
Ktoś przeszedł i nie zapukał. Wrócił, zapukał: służąca.
Minuty jak blady makaron leniwie toną w dywanie...
Cisza szepce, że jest za późno i że jest śpiąca...

A trzecia godzina czekania to polip o oczach starca.
Czarna kawa dawno wystygła. Nikt nie przyszedł. I to się zdarza.
Człowiek inteligentny sam sobie wystarcza,
I gwiżdże na wszystko żałośnie, jak wiatr wśród cmentarza.
17:45, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36