Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
poniedziałek, 23 stycznia 2012
E-booki? Nie, dziękuję.
Szwagier A. kupił sobie Kindle'a. Dzięki temu mogłam zweryfikować moje podejrzenia i przeczuwaną zaledwie niechęć potwierdzić w praktyce. Oprócz takich, czysto technicznych, niedogodności jak za mały wyświetlacz (wiem, wiem, można powiększyć czcionkę, ale to nie poprawia komfortu czytania), jest to po prostu coś zbyt odległego od książki, jaką znam i kocham, żeby mogło mi ją kiedykolwiek zastąpić.

Kiedy po raz pierwszy wzięłam do ręki czytnik, towarzyszyło mi oczywiście zaciekawienie, ale jednocześnie też coś na kształt... odrazy. Jakbym była świadkiem dokonywania profanacji na świętym przedmiocie. Książka, która dla mnie nie sprowadza się i nigdy nie sprowadzała wyłącznie do treści, zredukowana została do ciągu literek za szybką. A lektura to również fizyczny kontakt z książką. Z książką, a nie z prostokątnym kawałkiem plastiku. Czytanie to także magiczny moment pierwszego otwarcia okładki, jej faktura i wygląd, zapach papieru, szelest kartek, obserwowanie ile się już przeczytało, a ile zostało do końca, wyczuwanie pod palcami kształtu książki i jej ciężaru. Korzystanie z czytnika było jak lizanie lizaka przez szybkę - czułam dystans, barierę, której nie mogłam sforsować. Tak jakby gdzieś blisko było coś upragnionego, a ja mogłam tylko patrzeć, ale nie wolno mi było wejść i dotknąć.

I jeszcze jedna rzecz: możliwość robienia notatek na marginesach - odręcznie, ołówkiem. Lapidaria Kapuścińskiego mam całe popodkreślane i pozaznaczane, z mnóstwem dopisków. Czytałam je z ołówkiem w ręku i uwielbiałam uzupełniać o własne refleksje, które akurat przyszły mi do głowy podczas lektury. Jak w ogóle porównać ten spontaniczny impuls zaznaczenia szybko jakiegoś fragmentu czy odręcznego skomentowania jakiejś trafnej uwagi z mozolnym, literka po literce, wystukiwaniem notatki na niewygodnej ekranowej klawiaturze?

Mam nadzieję, że nie dożyję czasów, w których zniknie papierowa książka. Ale też, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to prędko nastąpiło (o ile w ogóle). Budująca jest świadomość, że nawet młode pokolenie niekoniecznie przesiada się masowo na e-booki. Znam kilku gimnazjalistów, którzy twardo obstają przy papierowych wydaniach. Kontakt z książką, również jako przedmiotem, jest dla wielu osób po prostu zbyt intymny i wielowymiarowy, żeby mogli się przesiąść na coś tak dalece książki nieprzypominającego.
11:45, aniaposz
Link Komentarze (8) »
Duchem i ciałem
 

Po intensywnym weekendzie - z wódeczką, wizytą w restauracji (to akurat niewypał - drogo i niesmacznie) i nocnymi Polaków rozmowami, potrzebuję wyciszenia we własnym domu i pobycia tylko we własnym towarzystwie. Lubię zarówno jeden, jak i drugi sposób spędzania czasu. I jeden bez drugiego nie miałby takiego uroku.

Wczoraj skończyłam czytać książkę Mary Roach Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego. Moim pierwszym spotkaniem z tą autorką była rzecz o o wdzięcznym i wiele mówiącym tytule Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków. Roach prezentowała tam w zabawny (!) sposób wielość i różnorodność zastosowań martwych ciał, ofiarowanych nauce za życia ich właścicieli. Tu i ówdzie czytałam zarzuty, że styl książki jest nieco zbyt frywolny jak na taką tematykę, ale myślę, że gdyby Roach wzięła się za sprawę poważniej (jeśli chodzi o ton narracji, bo naukowej skrupulatności nie można jej odmówić) nie dałoby się tego czytać. Tylko żart, śmiech stwarzają odpowiedni dystans i pozwalają czerpać z lektury przyjemność bez popadania co chwila w egzystencjalną zadumę.

Idąc za ciosem sięgnęłam po Ducha. Życie pozagrobowe i w ogóle zjawiska paranormalne to temat, w którym tyle jest domysłów, miejskich legend, plotek i fałszerstw, że trudno w tym gąszczu wyłowić jakieś fakty. Czytając pierwsze rozdziały odniosłam wrażenie, że autorka wcale tego nie ułatwia, rozbijając narrację na mnóstwo pojedynczych epizodów, anegdot i dygresji oraz dodatkowo mieszając prawdę z iluzją. Treść wydała mi się za mało merytoryczna i demaskatorska, a styl zbyt sowizdrzalski. Ale kiedy się już do tych cech prozy Roach przywyknie, czyta się szybko i gładko, zwłaszcza, że im dalej, tym ciekawiej.

Od opisów historycznych prób fizycznego poszukiwania duszy w ludzkim (i zwierzęcym) ciele oraz eksperymentów z jej ważeniem (słynne 21 gramów) przechodzimy przez czasy ektoplazmy i wirujących stolików, aż do współczesnych badań wspartych najnowszymi osiągnięciami nauki i techniki. I właśnie te ostatnie zagadnienia są najciekawsze, bo jednak w dużej części weryfikowalne (poza tymi przypadkami, w których badacze są mocno na bakier z metodologią i właściwie nie robią nic ponad potwierdzanie własnych tez w wątpliwych eksperymentach). I wtedy okazuje się na przykład, że wrażenie czyjejś obecności można wywołać poprzez odpowiednią stymulację mózgu, a wizje "duchów" mogą być całkiem prawdopodobną reakcją na nagromadzenie w danym pomieszczeniu fal elektromagnetycznych lub obecność silnego źródła infradźwięków.

Oczywiście i tak pozostaje sporo pytań, ale najogólniejsza konkluzja jest taka, że wciąż nie znaleziono bezspornego dowodu na istnienie jakichkolwiek zjawisk paranormalnych. Jest za to całe mnóstwo fałszywych tropów, zarówno będących efektem świadomej manipulacji, jak i nieświadomych urojeń. Po tej lekturze jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że cały wysiłek rzetelnych naukowców i demaskatorów i tak na nic się nie przyda, bo prawda jest tylko jedna, a fałszerstw, oszustw i bredni całe mnóstwo.
czwartek, 15 grudnia 2011
W XVI-wiecznej Anglii
 

Prześliczny ten grudzień. Wymarzony. Ciepło, słonecznie. Moje koty wygrzewają się w plamach słońca na balkonie. Ja chodzę z gołą głową i bez rękawiczek. Bardzo to rzadkie. Zwykle grudzień to jeden z najbardziej pochmurnych i ponurych miesięcy. Jak dla mnie cała zima może być równie łagodna i bezśnieżna.

Czytam Wieczną księżniczkę Philippy Gregory. O Katarzynie Aragońskiej. Nietypowość perspektywy polega na tym, że według autorki związek Katarzyny i Artura Tudora został jednak skonsumowany, a wszelkie dalsze wydarzenia prowadzące do małżeństwa z Henrykiem to konsekwencja pewnej przysięgi złożonej przez Katarzynę Arturowi. Historycy być może zżymają się mocno na taką tezę, ale czy to znowu takie karygodne uchybienie? Tam, gdzie historia zostawia sporo miejsca na domysły i wątpliwości, można chyba zapełniać luki zarówno w jedną, jak i w drugą stronę...

Opowieść nabiera kolorów i tempa dopiero od momentu, gdy Katarzyna zostaje wdową, czyli w okolicach... 230. strony. Długo brnęłam przez ten rozwleczony początek, a nie zrezygnowałam tylko dlatego, że wciąż mam w pamięci inną książkę autorstwa Gregory - Kochanice króla. Cóż to była za przygoda! Czytałam w domu, czytałam w samochodzie, czytałam w autobusie, w drodze do sklepu i w przerwie między zajęciami fitness. Rodzeństwo Boleynów - Anna, Maria i Jerzy - stało mi się tak bliskie, jakby to byli moi dobrzy znajomi. Powieść ma prawie 700 stron (drobnym drukiem!), a ja żałowałam, że nie jest dwukrotnie grubsza.

Jedna z moich wirtualnych znajomych, czytając (nie tylko moje) zachwyty nad tą powieścią, wyraziła zdziwienie, że takie zbeletryzowane biografie cieszą się aż tak dużym powodzeniem. "To nie lepiej sięgnąć po uczciwą, regularną biografię?" - spytała. A przecież to nie to samo i jedno drugiego nie zastąpi. "Uczciwą regularną biografię" czyta się "na chłodno", by uzupełnić braki w wiedzy czy przypomnieć sobie to i owo. Biografie zbeletryzowane to historia i postacie przefiltrowane przez wyobraźnię autora, to świat stworzony po to, żeby czytelnika nie tylko zainteresować, ale też wciągnąć po czubek głowy. Styl Gregory w Kochanicach króla sprawił, że postacie historyczne ożyły, nabrały własnych indywidualnych cech, a ja mogłam - zależnie od rozwoju akcji - sympatyzować z nimi lub nie.

Po lekturze długo nie byłam w stanie zabrać się za kolejną książkę. Po prostu nic nie wydawało mi się równe dobre. Zresztą nie chciałam przenosić się w inny świat i opuszczać... przyjaciół. Najchętniej zostałabym z Marią Boleyn i jej mężem w XVI-wiecznej Anglii, śledząc dalszy rozwój sytuacji na dworze Henryka VIII. Dopiero dużo później sięgnęłam po - chronologicznie pierwszą - Wieczną księżniczkę, ale póki co młoda Katarzyna pozostaje mi dość obojętna... Gdy skończę, wezmę się pewnie za wydane niedawno Dwie królowe, które zaczynają się tam, gdzie skończyły się Kochanice - to opowieść o dwóch kolejnych żonach Henryka: Annie Kliwijskiej i Katarzynie Howard. Tylko Marii Boleyn będzie mi bardzo brakowało.
piątek, 08 lipca 2011
Ryszard Kapuściński - Podróże z Herodotem


Kapuścińskiego zaczęłam poznawać trochę niekonwencjonalnie, obok głównego nurtu jego twórczości, jakim był reportaż literacki. Wprawdzie podczytywałam kiedyś zamieszczane w "Gazecie Wyborczej" fragmenty "Hebanu", ale na dobre przygodę z Kapuścińskim zaczęłam od "Lapidariów". I wsiąkłam. Zachwyciło mnie wszystko - styl pisania, w którym czytelnik zanurza się i z którego prądem płynie, refleksje, które zadziwiały mądrością, przenikliwością i precyzją sformułowań i stojący za tym wszystkim Autor - bystry obserwator, ciekawy świata dziennikarz i wielki humanista. Zaczynając od "Lapidariów", poznałam najpierw człowieka, a dopiero potem publicystę, reportera, pisarza. Stał mi się bardzo bliski, dostrzegałam wspólnotę poglądów, zbieżność perspektyw patrzenia na rzeczywistość. A mimo to "Podróże z Herodotem" przez długi czas omijałam z rezerwą. Co innego fragmenty znakomitych wykładów, refleksje, przemyślenia, reportaże z odległych miejsc i opisy własnych arcyciekawych przeżyć, a co innego branie na warsztat monumentalnego dzieła historycznego sprzed 2,5 tysiąca lat! Nigdy nie przepadałam za historią, a już za historią wojen, sojuszy, podbojów, układów i intryg - w szczególności. Kapuściński ma wprawdzie niezwykły talent gawędziarza - myślałam - ale chyba nawet jemu nie uda się zainteresować mnie czymś, od czego, wstyd się przyznać, uciekałam w szkole średniej na wagary. A jednak nie doceniłam Autora!

"Podróże z Herodotem" pochłonęły mnie już od pierwszych stron. Tytuł jest przewrotny, dwuznaczny, ponieważ wątki są dwa, prowadzone równolegle, przeplatające się i uzupełniające - pierwszy to opisy początków reporterskiej kariery Kapuścińskiego, podróży, w które zabierał swój egzemplarz "Dziejów" Herodota. Drugi wątek - to podróże, jakie odbywamy my, czytelnicy, wraz z Herodotem, po Europie i Azji połowy I tysiąclecia p.n.e., a przewodnikiem w tych podróżach jest Kapuściński. To on odkrywa dla nas Herodota i ówczesny świat, cytuje fragmenty "Dziejów", komentuje je, objaśnia i dopisuje własne przemyślenia. Jest pełen podziwu dla tego niestrudzonego reportera i kronikarza starożytności, czuje z nim pokrewieństwo dusz. Ma też mnóstwo pytań, którymi dzieli się z czytelnikami - jakim człowiekiem był Herodot, jak zbierał informacje, czy pisał swoją książkę na bieżąco, czy było to dzieło, które postanowił stworzyć pod koniec życia, gdy już nie miał sił na nieustanne wędrowanie.

Z wypiekami na twarzy czytałam o rzeczach i zdarzeniach, które na lekcjach historii kwitowałam ziewaniem albo które wkuwałam ze zbolałą miną, żeby zapomnieć czym prędzej zaraz po klasówce. Wojenne kampanie, taktyka i strategia, przebiegi bitew - to wszystko było najnudniejszą częścią i tak nudnego przedmiotu szkolnego. A tymczasem czytając Kapuścińskiego, nagle wpadam po uszy w VI w. p.n.e. i śledzę z zapartym tchem marsz perskich oddziałów na Scytów! Że o losach wojny grecko-perskiej i bitwach pod Termopilami i Salaminą nie wspomnę. Kapuściński (z Herodotem pod ramię) ożywił dla mnie ludzi i miejsca do tej pory prawie nieistniejące w mojej świadomości. Długo nie wiedziałam, jak to się dzieje, jak to możliwe, że ta sama historia raz może być nużącym ciągiem pusto brzmiących nazw i nic niemówiących dat, a kiedy indziej - pasjonującą opowieścią o ludziach z krwi i kości, których losem mogę przejąć się tak, jakby to byli moi bliscy znajomi. Aż wreszcie kluczem do odpowiedzi okazała się refleksja Kapuścińskiego na temat pisarstwa Herodota: "Pokazuje on historię świata poprzez losy jednostek, na kartach jego książki, której celem ma być utrwalenie dziejów ludzkości, są zawsze obecni konkretni ludzie, konkretny człowiek, człowiek z imieniem, wielki albo marny, łaskawy albo okrutny, zwycięski lub nieszczęśliwy". Otóż to. Perspektywa indywidualna, zogniskowanie uwagi na kimś, kto może i jest królem albo wielkim wodzem, ale przede wszystkim jest człowiekiem ze swoimi słabościami i atutami, przywarami i zaletami. Herodot wraz z Kapuścińskim kierują moje zainteresowanie najpierw w stronę człowieka, sprawiają, że zaczyna być mi on bliższy, lepiej zrozumiały, a dopiero potem wrzucają go w tryby wielkiej historii, ale wtedy już i ja śledzę z zaciekawieniem przebieg wojennych zmagań Kserksesa, bo ów Kserkses przestał być po drodze tylko nic nieznaczącym imieniem.

Przeplatając gawędę o Herodocie i jego czasach opowieścią o własnych podróżach reporterskich, Kapuściński cały czas podkreśla, jak ważne było dla niego odkrycie Herodota - "Dzieje" stały się w początkach kariery Kapuścińskiego zarówno jego wytchnieniem, jak i inspiracją. Zestawia wydarzenia sprzed wieków z tymi dziejącymi się aktualnie i pokazuje, jak w gruncie rzeczy nic się nie zmienia - ludzka natura jest wciąż taka sama. Tę wyrwę w czasie zasypuje dla niego Herodot. Dla mnie - Kapuściński. Dzięki tej lekturze zapamiętam więcej z historii starożytnej niż zapamiętałam z poświęconych jej lekcji w liceum.
sobota, 09 kwietnia 2011
Po roku
Czasem jest mi dobrze. Na przykład w takie chmurno-słoneczne popołudnia wczesnowiosenne, kiedy życie zdaje się stać w miejscu i niczego ode mnie nie wymagać. Kiedy zimne piwo smakuje wybornie, a z głośników płyną ballady rosyjskich bardów. Wtedy chciałabym zatrzymać czas i trwać tak następne 30, 40 lat...


17:17, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010
...

Przecież wcale nie muszę iść spać. Nie muszę leżeć, gapiąc się w sufit i wsłuchiwać w bicie mojego serca. W ogóle nic nie muszę. Mogę tak siedzieć bezsennie całą noc z włączonym telewizorem, tą namiastką i iluzją czyjejś obecności. Nie chcę zasnąć, bo zawsze potem trzeba się obudzić i w pierwszych ułamkach sekund zderzyć boleśnie z prawdą. Wtulam twarz w futerko kota, łzy wsiąkają w sierść, ale on nic nie rozumie, śpi mocno, ufny i beztroski. Niech już ten ból wypali mnie do końca, niech nic nie zostanie, niech będzie już tylko pusta skorupka, która nie czuje, nie ma nadziei i której jest wszystko jedno.
23:59, aniaposz
Link Komentarze (4) »
Zniknąć

Zioła

Dajcie mi
mocnych ziół

Kiedy je wypiję
wtedy przestanie
wypalać mi oczy
georginia
i zamieni się
w czerwony kwiat

Wróbel na balkonie
nie będzie wrzeszczał
przeobrazi się w ptaka
łagodnego

Cisza
zamszowa ciężka
zamieni się
w pełne blasku powietrze

Nawet twoje słowa
nie będą bolały
staną się zabawne
jak skaczące ropuchy
               
                 Małgorzata Hillar


Skupiam się na tym, żeby przeżyć najbliższą godzinę, kwadrans, minutę. Nie planuję, nie czekam. Największym wyzwaniem jest przetrwanie nocy. Niemyślenie. Niewspominanie. Chciałabym przekręcić w głowie jakiś przełącznik i wyłączyć świadomość. Odłączyć mózg od reszty mojego ciała, które jest jednym wielkim krzykiem. Wydobywającym się gdzieś z samego środka trzewi, gdzie zieje ogromna dziura po wyrwanym życiu.

To słońce, te forsycje, ten śmiech dzieci na zewnątrz są jak szyderstwo. Muszę opuścić żaluzje, zatkać uszy i zwinąć się w kłębek tak ciasny, żeby już nie zostało miejsca na uczucia.

W regale szklanka z zaschniętymi resztkami herbaty, oczy kotów, które patrzą na mnie z nieuświadamianym pytaniem, gazety, kupione kilka dni temu, ciśnięte byle jak na stolik, których położenie nie zmieniło się od tamtej pory na milimetr. W tle uroczystości żałobne, poruszająca poezja, przejmująca muzyka i ludzie, którzy stracili coś bezpowrotnie, nieodwołalnie. Tak bardzo, że bardziej nie można. Więc wstyd mi, że śmiem płakać nad sobą w obliczu takiej tragedii. I żal, egoistyczny podły żal, że nie mogę w jego objęciach płakać teraz tylko nad tymi ludźmi. Splata się ten wielki narodowy dramat w jakiś upiorny sposób z moim własnym, osobistym. Splecie się już na zawsze, nierozerwalnie, cokolwiek się stanie.

W tym wszystkim jakieś resztki zdrowego rozsądku nie pozwalają mi na sięgnięcie po alkohol, bo on nigdy w takich chwilach nie pomaga. Następnego dnia jest jeszcze gorzej. Ale nie wiem czy ten zdrowy rozsądek nie ugnie się nagle pod presją ślepej desperacji i przekorną chęcią igrania z autodestrukcją.

A kwiaty na drzewach właśnie rozkwitają... Nie mam nikogo, kto by choć potrzymał za rękę.

I have so much to do, I have to carry on...



13:25, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2010
Inaczej

Nie mam słów, żeby to jakoś oswoić. Próbuję od wczoraj i nie umiem. Spod palców wychodzą same banały, za które zgromiłby mnie cyniczny Boris z Whatever works, drugie wcielenie dra House'a.

Wygląda na to, że tym razem jest poważniej niż kiedykolwiek wcześniej. Czuję się, jakbym wskoczyła głową w dół w zimną ciemną toń, brak mi tchu, nie mam czego się uchwycić. Przeraża mnie waga tego, co się dzieje. Moje koty wariują codziennie, demolując mieszkanie, ożywione coraz mocniejszym wiosennym słońcem, a ja nie potrafię się tym cieszyć tak jak powinnam.

Śmieszne są te wszystkie plany, jakie robimy. Kiedyś miały sens. Kiedyś, z jakiegoś powodu, większość planów się ziszczała. Teraz łapię się na tym, że przestaję odkładać na potem banalne sprawy, jak zwrot książek do biblioteki albo jakiś dalszy wyjazd samochodem. Bo jutro, pojutrze może zdarzyć się coś, co odbierze mi siły nie tylko do przekręcenia kluczyków w stacyjce, ale nawet do zjedzenia śniadania.

W niedzielę rano fascynacja nową lekturą - Pięknem wszechświata Briana Greene'a. Zachłystywanie się odkrywaną na nowo fizyką, ekscytacja zrozumieniem sedna ogólnej i szczególnej teorii względności Einsteina, po drodze mini-serial dokumentalny Atom i ściągnięta z sieci sztuka Kopenhaga o hipotetycznym przebiegu spotkania Bohra i Heisenberga. I ogromna chęć podzielenia się tym wszystkim z A. Po południu - odrętwienie i niedowierzanie, przyglądanie się parkom gołębi na dachu sąsiedniego bloku, żeby tylko zająć myśli czymś innym, skupić się na drobiazgach, a potem jedna z tych okropnych nocy, kiedy za każdym razem po przebudzeniu z płytkiego snu uświadamiać trzeba sobie na nowo, że coś się zmieniło, że nie jest już tak, jak wczoraj. I wydrapywanie ropy z opuchniętych powiek. Puffy eyes. Bardzo plastyczne angielskie określenie.

Boże, jak zazdroszczę normalnym ludziom!
17:46, aniaposz
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 marca 2010
Żółta wstążka



They really don't write them like they used to, mówi Boris, bohater najnowszego filmu Woody'ego Allena Whatever works, słysząc utwór ze swojej młodości. A chociaż jego młodzutka współlokatorka zarzuca mu mówienie banałów, Boris, niezrażony, usprawiedliwia się: Sometimes a cliche is the best way to make one's point. No właśnie. Pasuje jak ulał do piosenki Tony'ego Orlando & Dawn. A ja mimowolnie, zupełnie wbrew deszczowej i wietrznej pogodzie za oknem, wracam myślami do łagodnej wiosny sprzed 20 lat, kiedy po raz pierwszy byłam zakochana. Wszystko było nowe i ekscytujące. Ja - taka naiwna, z głową przepełnioną nierealnymi wyobrażeniami na temat miłości. Trochę żal tamtej beztroskiej dziewczyny. I tamtej wiosny, jedynej w swoim rodzaju. Potem kilkakrotnie spotkałam się z T. i, rzecz jasna, nie odnaleźliśmy już tej magii, zresztą nie szukaliśmy specjalnie. Nie umiałabym się znów w nim zakochać. Ja jestem już inna, on jest inny. Ale wspomnienia naszej wspólnej wiosny na zawsze pozostaną takie same, jakby zamrożone w czasie, odporne na późniejsze konfrontacje.
11:47, aniaposz , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 marca 2010
Antychryst

"Antychryst", 2009, reż. Lars von Trier

SPOILERY

W prologu, w zwolnionym tempie i czarno-białej stylistyce, widzimy namiętnie kochającą się parę. Ich mały synek wydostaje się w tym czasie z łóżeczka, wchodzi niezauważony do pokoju, wspina się na parapet i wypada przez okno. Zajęci sobą rodzice niczego nie zobaczyli ani nie usłyszeli. Dalsza część filmu to zmaganie się z bólem po stracie dziecka i z poczuciem winy, które zdaje się dotykać przede wszystkim kobietę. Wyjeżdżają razem do letniego domku w środku lasu, gdzie mąż, który jest także psychoterapeutą, próbuje pomóc żonie w przezwyciężeniu paraliżującej rozpaczy i nieukierunkowanych napadów panicznego lęku.

Tuż po seansie (zresztą i w trakcie) miałam w głowie mętlik. Poza pewnymi, dość oczywistymi tropami (wyrzuty sumienia, ścieżka ekspiacji przez - fizyczny - ból, czytelne kulturowe nawiązania), nie umiałam odpowiedzieć sobie na pytanie co von Trier chciał tym filmem osiągnąć, jaki jest przekaz. Wszelkie narzucające się automatycznie interpretacje ograniczały się do wyrwanych wątków i pojedynczych scen, których nie potrafiłam sklecić w sensowną całość. Sięgnęłam więc po recenzje i analizy krytyczne. I okazało się, że moja konfuzja jest całkiem uzasadniona, zetknęłam się bowiem z dwiema przeciwstawnymi interpretacjami. Podczas, gdy jedni widzą tytułowego Antychrysta w ulegającej pierwotnym instynktom kobiecie, inni twierdzą, że to raczej mężczyzna ostatecznie ulega złu, mordując żonę, a następnie paląc ją na stosie. Czy zresztą ten akt palenia zwłok nie jest kluczem do całej historii? Czy von Trier nie chce przypadkiem powiedzieć, że od wieków niewiele się zmienia, tak jeśli chodzi o ludzką (kobiecą) naturę, jak i jej społeczny odbiór? Praca dyplomowa, którą pisała wcześniej bohaterka - o prześladowaniu czarownic w średniowieczu - jest pomostem między przeszłością i teraźniejszością. Wszystkie te okropności, które miały kiedyś miejsce skupiają się tutaj ponownie - ona staje się narzędziem w rękach szatana, który jest tożsamy z siłami natury, z ludzkimi instynktami i odruchami, on w pewnym momencie zmuszony jest do morderstwa w imię mniejszego zła,  a przede wszystkim, by oddalić niebezpieczeństwo.

Znamienne są też sceny, w których to kobieta inicjuje zbliżenie, nieomal gwałci mężczyznę, który wprawdzie w pewnym momencie ulega, ale wcześniej skutecznie opiera się własnym popędom. A więc odwieczna opozycja: kobieta - natura, nieokiełznanie, autodestrukcja, mężczyzna - kultura, rozsądek, sublimacja (nie bez przyczyny jest przecież terapeutą). Jeśli tak jest w istocie, to von Trier bardzo mnie rozczarował. Można by się spodziewać, że im człowiek starszy, tym więcej odcieni dostrzega i tym ostrożniej formułuje wnioski. W przypadku jego filmowych wizji zdaje się być odwrotnie. Chociaż prawie zawsze centralną postacią jego filmów jest kobieta, to nigdy nie miałam wrażenia, że próbuje analizować kobiecość. Jego bohaterki były nośnikami idei ogólnoludzkich (tak samo zresztą, jak i u Woody'ego Allena), ucieleśniały ludzkie, a nie wyłącznie kobiece (stereotypowo kobiece) zachowania, wybory i emocje. Może dlatego film do mnie ani trochę nie przemawia... Impregnowana jestem na rojenia o odwiecznej różnicy i ubieraniu tych rojeń we wszelkiego rodzaju kulturowe archetypy, mity i freudyzmy. Jako ciekawostka historyczna, dowód na przemożny wpływ społecznego klimatu i trendów na umysły ludzi kultury - czemu nie, ale brać to na twórczy warsztat i po raz enty w tak banalny, niemal prostacki sposób antagonizować mężczyznę i kobietę? I robi to twórca tak inteligentny, przenikliwy jak von Trier?
 
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to i tutaj reżyser przeszarżował. Mam dość dużą tolerancję na wszelkie okropieństwa, nie zwykłam odwracać wzroku na makabrze, ale scena samookaleczenia kobiety, w dużym zbliżeniu, ze wszystkimi detalami, to jednak dla mnie za wiele. Pytanie też - po co aż taki naturalizm?
 
Von Trier nie kryje w wywiadach, że to film dla niego bardzo osobisty, że powstał w okresie walki z depresją, że bardziej chciał w nim wyrazić własne lęki niż opowiedzieć spójną historię. Ale w odbiorze to nie pomaga. Zgadzam się całkowicie z Tadeuszem Sobolewskim, gdy pisze:
 
W szaleńczym potoku obrazów, w aluzjach do "wiedzy tajemnej", astrologii, buddyzmu, szamanizmu, historii czarownic etc. zostają ze sobą utożsamione: kobiecość, natura, seks, śmierć i szatan. Rodzenie styka się z umieraniem. Obrazem, który von Trier ukazuje jako najbardziej odrażający, jest sarna rodząca martwy płód. Płynie z tego niewesoła myśl: może lepiej było się nie narodzić? Wizja bólu istnienia, nad którą artysta nie chciał lub nie umiał zapanować, powierzona nam na surowo, niestety, nie wstrząsa, nie boli.
 
Ma się ochotę powiedzieć: ból istnienia? Wielkie mi rzeczy! Pozostaje zakłopotane pytanie: co mu się stało? Czego przestraszył się jako dziecko? Jęku rozkoszy rodziców? Ja też go słyszałem i nie płaczę.
14:13, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34