Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 13 stycznia 2007
Po godzinach

  "Po godzinach", 1985, reż. Martin Scorsese

Znów jestem pozytywnie zaskoczona filmem, który nagrałam właściwie przez przypadek, a po 15 minutach niemal stwierdziłam, że nie jest wart dalszego oglądania. Film świetny! Przywodzi na myśl prozę Austera, w której Nowy Jork, a zwłaszcza jego odkrywane przez bohaterów mroczne drugie dno, odgrywa zawsze niebanalną rolę (szczególnie w "Trylogii Nowojorskiej"), a także "Nigdziebądź" Gaimana i jego koncepcję Londynu Pod. Świat znany na co dzień, przyjazny, przewidywalny i solidnie osadzony na fundamentach praw fizycznych, obraca się nagle o 180 stopni, ukazując swój rewers. Jak królicza nora, prowadząca w głąb umysłu szaleńca, jak druga strona lustra, gdzie znane nam prawa przestają mieć rację bytu. Rzeczywistość odkształca się pod dziwnymi kątami i wypacza, przypadek swoją nachalną powtarzalnością udowadnia, że nie istnieje, a najprostsze rozwiązania okazują się nierozwiązywalnymi paradoksami. Uwielbiam fantasy, określoną przez Sapkowskiego w jego leksykonie mianem "jednorożec w ogrodzie" - w stabilnej rzeczywistości tworzy się nagle wyrwa, z której na światło dzienne wydostają sie rzeczy i zjawiska, podważające naszą wiarę w zdrowy rozsądek. Lubię konsternację bohatera i jego dalsze, często wbrew jego woli, uwikłanie w zdarzenia. Jeśli jest to dodatkowo urban fantasy, to już w ogóle piszczę ze szczęścia. :) Zarówno "Nigdziebądź", jak i "Gwiezdny pył" czytałam z wypiekami na twarzy.

Wielkie metropolie nowoczesnego świata mają w ogóle w sobie jakąś magię, fakt ich rozległości już sam w sobie niesie pierwiastek tajemnicy, bo nie da się zwiedzić i zobaczyć wszystkiego, a to, co niepoznane, zawsze kusi, przyciąga i pobudza wyobraźnię. I w takich właśnie miastach-molochach przeciętny mieszkaniec wpada w wir przekraczających jego pojmowanie zdarzeń. Trafia wreszcie na jedno z tych miejsc, których istnienie uzasadniają tylko miejskie legendy i mity. Wpada i nie może się wydostać. W filmie "Po godzinach" takim miejscem jest SoHo, dzielnica Manhattanu, ale bardziej niż miejsce, znaczenie ma pora. Jest "po godzinach", noc, czas, kiedy wszystko jest inne, mroczne, nasze dziecięce upiory wychodzą zza szafy i rzucają nam w twarz całkiem dorosłe już lęki. Upiory Paula Hacketta przybierają postać dziwacznych, absurdalnych i groteskowych zdarzeń, nad którymi nie jest w stanie przejąć kontroli, nonsensy mnożą się i zazębiają, a każdy następny zdaje się go spychać coraz głębiej w absurd, jak gdyby zbliżając do granicy, po przekroczeniu której wręczają (pośmiertnie) nagrody Darwina. Cudowny niepokojący, paranoiczny obraz.

I jeszcze kilka słów o odtwórcy głównej roli, Griffinie Dunne. Znowu jest to przykład świetnego aktorstwa z mnóstwem drobnych gestów i min, które Dunne dodaje absolutnie od siebie, które są jego własnymi autorskimi pomysłami. Jest niezwykle przekonujący - widzimy i czujemy jego rozterki, złość, konsternację, rezygnację, zniecierpliwienie. Dziesiątki ledwie zauważalnych grymasów i gestów: przesunięcie rękami po włosach, przygryzienie wargi, skierowanie wzroku w inną stronę, pokręcenie głową z niedowierzaniem. Podziwianie jego warsztatu to dodatkowa przyjemność płynąca z seansu.

13:45, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
czwartek, 11 stycznia 2007
Historia przemocy

  "Historia przemocy", 2005, też. David Cronenberg

Właściwie to miał być krótki komentarz rozpoczęty słowami: film cienki jak rosół z torebki. Ale zerknęłam z ciekawości na recenzje w GW i Esensji i... zdębiałam. Film, w mojej opinii czystej wody komercja, w dodatku mdła i posługująca się bez żenady zużytymi kalkami, dostaje 5 gwiazdek, a recenzent Esensji rozpływa się w zachwytach nad przemyślną konstrukcją obrazu, jego psychologiczną głębią i genialną grą Mortensena.

Tymczasem już od pierwszych kadrów rzucają się w oczy typowe dla kina komercyjnego sceny. Reżyser prowadzi narrację, korzystając ze zgranych do cna chwytów. Rodzinna sielanka, czyli: namiętne igraszki małżeństwa z kilkunastoletnim stażem z obowiązkowym wzdychaniem we włosy żony "co ja bym zrobił, gdybym ciebie nie spotkał", wspólne śniadanko z parką udanych dzieciaków, poranne buzi na pożegnanie itd. Potem nie jest wcale lepiej - suspensy przestają odgrywać rolę suspensów, ponieważ konstruowane są straszliwie stereotypowo. Wszystko jest tak nieznośnie przewidywalne, że zamiast zaciekawiać, zniecierpliwia. Oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak dokładnie potoczy się akcja, ale domyślamy się, co się mniej wiecej wydarzy. Że teraz tajemniczy mężczyźni w czarnym aucie zaczną prześladować głównego bohatera, że będą chcieli dobrać się do jego rodziny, a już sytuacja z zagubioną w sklepie córką i obserwującym ją człowiekiem w ciemnych okularach zamiast dreszczu napięcia wywołuje drgawki śmiechu nad topornym schematyzmem tej sceny. To tyle, jeśli chodzi o przemyślną konstrukcję.

Nad rzekomo rewelacyjną grą Mortensena rozwodzić się nie będę, bo naprawdę nie ma nad czym. Bartosz Sztybor z Esensji pisze np. "Mortensen z perfekcją wciela się zarówno w Toma Stalla – kochającego męża, domatora i pacyfistę, jak i Joeya Cusacka – płatnego mordercę i psychopatę. Wystarczy spojrzeć na mimikę i oczy aktora, by od razu stwierdzić, kim w danej chwili jest". Może oglądaliśmy inny film? Mortensen zagrał raczej bezbarwnie; poziom jego gry stał zresztą na poziomie produkcji, w jakiej się znalazł. Minimalizm środków ekspresji przy maksymalnej sile emocjonalnego rażenia odnaleźć można np. w kreacji Toma Cruise'a w "Magnolii", Leonarda diCaprio w dowolnym filmie albo Menshikova w "Spalonych słońcem". Błagam, nie zaniżajmy standardów.

I jeszcze kilka słów o głębi psychologicznej. Bo to podobno film zadający fundamentalne pytania. Na przykład jak dalece można się zmienić i czy w ogóle? Czy przeszłość i tak zawsze nas dopadnie? Czy, stawiając jej czoła, możemy znów powrócić na ścieżkę ekspiacji? Tylko, że - tak jak pisałam - Cronenberg zadaje te pytania, obudowując je niestety sztampowymi elementami. Na powierzchni ten obraz jest tak banalny i wtórny narracyjnie, że aż się nie chce zaglądać co jest pod spodem. Nie wciąga mnie opowiadana historia, więc dlaczego miałabym doszukiwać się w niej głębszego sensu? Pytania o własną tożsamość i granice wolnej woli są pytaniami ważnymi, ale stawiane w tak oczywisty i bezpośredni sposób, jawią mi się jako trywializowanie tego problemu. Podobnie rzecz się ma z wybrykiem syna głównego bohatera, kiedy - doprowadzony do ostateczności ciągłymi zaczepkami - wreszcie nie wytrzymuje i bije dotkliwie swojego antagonistę. Co ma niby z tego wynikać? Że zło jest dziedziczne? Aż mi się nie chce wierzyć, że w tak banalny, prostacki wręcz sposób można rozważać ten problem. Skłonność do agresji może, ale nie musi się ujawnić w drugim pokoleniu, a taki żywiołowy, niekontrolowany wybuch był w tym akurat przypadku rezultatem długotrwałego napięcia i strachu przed groźbami kolegów. Każdy ma jakąś granicę wytrzymałości, przekroczywszy którą odwinie się w końcu i strzeli w pysk.

Jedynym atutem filmu jest rola Williama Hurta jako Richiego. Mała, krótka, a jakże wyrazista. Hurt stworzył pełnokrwistą, kompletną i bardzo przekonującą postać, mając do dyspozycji zaledwie parę ujęć i kilka kwestii. Pokłony.

19:59, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Almodovar i ja ;)

Almodovarem powinnam się zachwycać. Jest nonkonformistą, buntownikiem, gejem i prowokatorem. :) W swoich filmach nie owija w bawełnę, nie stosuje subtelnych środków wyrazu; mówi wprost. Często z rozmysłem szokuje i balansuje na granicy dobrego smaku, albo zgoła tę granicę przekracza. Świadomie ociera się o kicz, podnosząc go do rangi sztuki. Żeby być lepiej dostrzeganym i słyszanym, przerysowuje i krzyczy. Wszystkie te zabiegi rozumiem i akceptuję. Nie oburza mnie jego wizja kina. Problem z moim stosunkiem do Almodovara tkwi gdzie indziej. Jego filmy w ogóle do mnie nie trafiają. Kwestie, które w nich porusza, są ważne, często były lub nadal są, społecznymi tabu, doceniam, że Almodovar tak bezpardonowo rozprawia się z obłudą i fałszywą moralnością. Niestety, w moim przypadku nie osiąga celu, który sobie wyznaczył. Postacie z jego filmów po prostu zupełnie mnie nie obchodzą. Są zbyt krzykliwe, zbyt wynaturzone, bym mogła dostrzec w nich żywych ludzi. Pozostają dla mnie zawsze jedynie symbolami problemów, o jakich chce opowiedzieć reżyser. Ich karykaturalność uniemożliwia mi identyfikację. Nie przeżywam opowiadanych przez Almodovara historii, bo są zbyt przerysowane i wyolbrzymione. Mam wrażenie za dużej sztuczności i teatralności, bym mogła gładko wejść w ten świat. Filmy Almodovara są dla mnie ostrą publicystyką, świetnymi obrazoburczymi felietonami, ale nie przeżywam ich tak, jak lubię przeżywać kino.

10:41, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »