Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
wtorek, 29 stycznia 2008
Hannah i jej siostry

 "Hannah i jej siostry", 1986, reż. Woody Allen

Z każdym kolejnym filmem coraz bardziej zakochuję się w Allenie. :) I zastanawiam się czy nie powinnam powrócić do raz już obejrzanych filmów, których kiedyś nie doceniłam. Jasne, może być tak, że moje wrażenie pozostanie niezmienione, ale może w allenowskim stylu opowiadania i sposobie patrzenia na świat trzeba się po prostu rozsmakować. To jak z oliwkami albo z piwem - dopiero po jakimś czasie docenia się ich smak. :) Chociaż też zdaję sobie sprawę, że ostatnio oglądane filmy to po prostu Allen at his best. Z kolei "Klątwa skorpiona", lekka kryminalna komedyjka, przez kinomanów raczej zbywana machnięciem ręki, mnie podobała się bardzo, a oglądałam ją jako jeden z pierwszych filmów Allena w ogóle. A "Manhattan" mnie znudził. :]

"Hannah i jej siostry" trochę inaczej niż "Przejrzeć Harry'ego" ma rozłożone akcenty. Jest zdecydowanie mniej humoru, więcej refleksji - psychologicznej, egzystencjalnej, chociaż ta ostatnia podana właśnie na wesoło (ach, ten Mickey poszukujący wiary :)). Allen ma niewiarygodny dar podawania ważnych życiowych treści w lekkiej formie - między wierszami, w błahym, zdawołoby się, dialogu. Takie kino lubię. W przeciwieństwie do nadętych, poważnych i pękających od symboli i metafor moralitetów. Dochodzę zresztą do wniosku, że dla mnie w kinie najważniejsza jest opowiadana historia. Wszystko inne to bonusy, wartość dodana, która cieszy, gdy jest, ale bez ciekawej historii jako bazy, wszystko to staje się tylko wypełniaczami. Teraz tak sobie myślę, że to jest też przyczyna, dla której intertekstualny "Kill Bill" podobał mi się szalenie, a równie intertekstualny "Death Proof" już nie. W "Kill Bill" była historia, zagadka do rozwiązania. W "Death Proof" fabuła jest szczątkowa, jest pretekstem dla Tarantino, by mógł się trochę pobawić kinem, poza tym zostaje skutecznie przywalona potokiem słów, autocytatami i narracyjną grą.

Allen umie opowiadać. :) I to opowiadać pasjonująco. Przecież "Hannah i jej siostry" to w gruncie rzeczy opowiastki o banalnych codziennych sprawach. Małżeństwo, zdrada, poszukiwania satysfakcjonującej pracy i odpowiedniego faceta plus filozofowanie rozstrojonego nerwowo czterdziestolatka. Ktoś inny zrobiłby z tego niestrawną sztampę. Nie Allen, co udowodnił też ostatnio w "Match Point", mieszając klasyczny motyw zbrodni i kary z historią o fatalnej namiętności i sklejając to w przewrotny obraz ironii losu. :) W filmie "Hannah i jej siostry" zabawy dostarcza bohater Allena, a wzruszeń wątek Lee i Elliota, rozgrywany przy dźwiękach Bacha, niemal liryczny. Tak strasznie schematyczny, a mimo to taki wyjątkowy. :) A poza tym... tak trudno mi się z allenowskimi bohaterami rozstawać. Lubię ich. :)

16:10, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 stycznia 2008
Let's talk about... Oscar nominees

Kolejny, jak mi się zdaje, rok bez znaczącego filmu. Dla odmiany w 2005 żałowałam, że Oscarów nie przyznaje się ex aequo: dwa rewelacyjne obrazy - "Tajemnica Brokeback Mountain" i "Miasto gniewu", które ostatecznie wygrało (zdaniem wielu - niezasłużenie; moim zdaniem - to świetny film nie tyle o rasizmie w Ameryce, ile o mechanizmach i nieuchwytności źródeł uprzedzeń w ogóle). Za to Oscary za 2006 to dla mnie totalna porażka. Nie było żadnej wybijającej się zdecydowanie produkcji, a ostatecznie zwyciężyła efekciarska "Infiltracja", pokonując najlepszą wśród nominowanych, bezpretensjonalną, uroczo prześmiewczą i przewrotną, choć zbyt skromną inscenizacyjnie jak na apetyty Akademii, "Małą Miss". Całkiem dobiła mnie nagroda dla filmu obcojęzycznego, przyznana życzeniowemu i naiwnemu "Życiu na podsłuchu", podczas gdy moim absolutnym faworytem był rewelacyjny "Labirynt Fauna".

Tegoroczne nominacje pokazują, że lepiej raczej nie będzie. "To nie jest kraj dla starych ludzi" Coenów to świetny film - na raz. To bardzo, bardzo dobry thriller. Genialna rola Javiera Bardema, który zasługuje na statuetkę. Może należy się też Coenom nagroda za scenariusz adaptowany. Ale Oscar za najlepszy film 2007 to byłoby zdecydowanie za wiele. I piszę to przy całej mojej sympatii dla braci i całym uwielbieniu, jakim darzę ich dotychczasowe dokonania.

Zastanawia mnie szum, jaki powstał wokół tego filmu. No tak, ja się zgadzam, że poza warstwą sensacyjną, jest i coś ponad. Sęk w tym, że to komunały. "You can't stop what's coming" to stwierdzenie tyleż prawdziwe, co oczywiste. A "This is no country for old men" to ilustracja równie banalnej prawdy o nadchodzącym w pewnym wieku zmęczeniu życiem i narzekaniu na "ten okropny zepsuty świat, bo za moich czasów to, panie, o wiele lepiej było". I - mam wrażenie - krytycy, lekko skonsternowani trywialnością tego przekazu, na siłę próbują kopać głębiej, doszukując się w filmie nawiązań do Biblii, szukając znaczeń metafizycznych, w psychopatycznym mordercy widząc karzącą rękę sprawiedliwości, przebąkują nawet coś o Bergmanie! A nie można by po prostu uznać, że "No Country for Old Men" to bardzo sprawna adaptacja dobrej książki, jeden z najlepszych thrillerów ostatnich lat - i na tym poprzestać?

Kolejnym filmem z nominowanych jest "Pokuta". I znów nie rozumiem zachwytów. Tak, to śliczny obraz. Z relacji tych, co czytali powieść, wiem, że to również bardzo dobra ekranizacja. Cóż z tego, skoro historia banalna, a romans przedstawiony do bólu schematycznie? Ogląda się jak piękny, misternie wykonany bibelot, a potem... odstawia na półkę na pastwę kurzu. Reakcje na FW są dwojakiego rodzaju - albo chóry zachwyconych, wzruszonych i płaczących nad losem kochanków nastolatek (to raczej wątpliwa rekomendacja ;)), albo głosy wyrafinowanych kinomanów, rozpisujących się o przełomie w melodramatach i nazywających "Pokutę" swoistym neomelodramatem. A ja wciąż nie mogę doczekać się uzasadnienia tych ocen. Bo szkatułkowa budowa utworu, opowieść w opowieści, to żadna nowość. A sama realizacja konceptu winy i kary - jakaś na siłę udramatyzowana, nieprzekonująca.

Z nadzieją czekam na "Aż poleje się krew" Andersona, reżysera rewelacyjnych "Boogie Nights" i "Magnolii". Myślę, że świetnym filmem może okazać się "Juno" Reitmana, którego debiutem była błyskotliwa satyra "Dziękujemy za palenie", szerzej nieznana, a szkoda, bo to kawałek dynamicznego, inteligentnego kina w żartobliwym przebraniu (a jaka pomysłowa czołówka!). Myślę, że "Juno" może być odpowiednikiem "Małej Miss" z zeszłego roku - równie odstający stylem od wielkich widowisk i bez bijących po oczach nazwisk. I równie bez szans na nagrodę, niestety. 

O "Michaelu Claytonie" nic nie napiszę, bo nic nie wiem. :) O "Katyniu" też nic nie będzie, bo nie widziałam, a i chęcią obejrzenia niespecjalnie pałałam dotychczas. Teraz trzeba będzie jednak zobaczyć, skoro film już ocean pokonał. ;) A tak na marginesie - czy my naprawdę nie mamy nic innego do zaoferowania światu, tylko filmy z wielką historią w tle albo kino moralnego niepokoju? Nic mniej na serio, żadnej zabawy, żadnych niekonwencjonalnych pomysłów, scenariuszy pisanych lekką ręką? Czegoś jak "Mała Miss" albo niechby i "Guzikowcy" Zelenki?

22:20, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 stycznia 2008
Przejrzeć Harry'ego

 "Przejrzeć Harry'ego", 1997, reż. Woody Allen

W kwestii Allena, którego w mojej wypożyczalni ze świecą szukać, a to co jest, obejrzałam już dawno, mogę polegać na naszej kochanej TV. :) Od czasu do czasu coś rzucą, np "Przejrzeć Harry'ego" w "Kocham kino". Bomba! Tym bardziej, że film mógłby mieć równie dobrze tytuł "Przejrzeć Annę". ;) Oj, poleciał Allen po problemach z przystosowaniem się do tzw. norm społecznych. Dekonstruuje osobowość, którą społeczeństwo jakże chętnie określa jako niedojrzałą (alergię mam na ten termin, bo zakłada istnienie jakiegoś jedynie słusznego wzorca, w dodatku jednoznacznie pożądanego moralnie). Allen nie ukrywa, że jego bohater nie ma w życiu lekko, że na drodze do szczęścia staje mu on sam, że szarpie się ze sobą, oszukuje się, łudzi, żebrze o zainteresowanie. Spotyka się z prostytutką, a tego samego wieczora dzwoni do swojej eks-dziewczyny, jęcząc, że nie może bez niej żyć. Zdaje sobie sprawę ze swojej odmienności, jednocześnie nie chcąc i nie potrafiąc jej zaakceptować. Tęskni do "prawdziwej miłości", nie umiejąc jej odczuwać. He loves women, but he is not able to fall in love with them. :) Ale czy to kwestia jego "niedojrzałości" czy podświadomej chęci wpasowania się w schemat życia "jak Bóg przykazał"? Ostatecznie dochodzi do banalnej prawdy (a jednak strasznie trudnej do realizowania w praktyce), że trzeba siebie po prostu zaakceptować.

Konstrukcja i narracja filmu rodem z "Annie Hall". Bardzo sprawna mieszanina perspektyw: tej rzeczywistej i tej wyimaginowanej. Kilka celnych puent. I nie zgadzam się z Mossakowskim, który pisze, że "to komedia dość nierówna". Bo to nie komedia. Właściwie nie określiłabym tak żadnego z filmów Allena. I to, co dla Mossakowskiego jest "żartami raczej średnimi" dla mnie jest gorzką refleksją, jak np. fragment na temat religii ("Religie to ekskluzywne kluby, utrwalające pojęcie inności, żeby było wiadomo kogo nienawidzić"). Allen jak zwykle wystawia na bicz satyry własne pochodzenie, z jednej strony usprawiedliwiając wyczulenie Żydów na wszelkie przejawy antysemityzmu, z drugiej - starając się pokazać, że nie każdą krytykę przez ten pryzmat należy postrzegać. Świetna rzecz i trzy gwiazdki w mini-recenzji Mossakowskiego to naprawdę niesprawiedliwa ocena.

"Nihilizm, cynizm, sarkazm, orgazm" rulez. ;)

18:06, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Medialne kurioza cd.

Nagłówek w onet.pl: "Wypadek na Heathrow. Są ranni". A w tekście: "Wszyscy ze 136 pasażerów zostali ewakuowani i są bezpieczni. Trzy osoby odniosły w wypadku lekkie obrażenia [...]"

"Przebić tą skorupę"

"Człowiek głębokiej wiary, a jednak homoseksualista. Jak to możliwe, twoim zdaniem?" - pyta Drzyzga osobę z widowni. Ja wiem, że to taka dziennikarska prowokacja, tylko, u diabła, czemu tak do cna pozbawiona sensu?! Mimo wszystko, co ma piernik do wiatraka? Czy to homoseksualizm wyklucza "głęboką wiarę" czy może odwrotnie? 

"Rada" z widowni pod adresem zaproszonego do studia geja w temacie jak "wyleczyć się" z homoseksualizmu: "Za mało się pan modli i tyle."

Kolejna dobra rada: "Niech pan idzie na psychoterapię. Siła psychiki jest tak wielka, że naprawdę można przebić tą skorupę."

piątek, 11 stycznia 2008
No Country for Old Men

 "No Country for Old Men", 2007, reż. Joel & Ethan Coen

Najlepszym określeniem mojego stanu umysłu po tym seansie jest angielskie "totally confused". :) A w takim stanie nie potrafię pisać o filmie. W każdym razie nie potrafię pisać precyzyjnie, nawet nie wiem co napisać. Na pewno nic o fabule, bo ta, choć interesująca, nie jest specjalnie oryginalna. Przypadkowy człowiek staje się posiadaczem 2 milionów dolarów, na jego tropie jest psychopatyczny zabójca, a całą sprawę próbuje rozwikłać szeryf w osobie Tommy'ego Lee Jonesa. Takie tam. Setki razy już było. Ale jak to jest zrobione! Atmosfera gęsta jak melasa, nie pozwala na odwrócenie wzroku, hipnotyzuje, osacza. Javier Bardem - genialny! Psychopata wręcz wzorcowy. Autentycznie przerażający. Mnie wystraszył bez porównania bardziej niż (także przecież bezwzględni i zimni) zabójcy z "Funny Games". Jakoś nie przekonał mnie do siebie wcześniej, ale w tym filmie on nie gra, on po prostu staje się tym nieludzkim typem.

Wielkie brawa dla Coenów, którzy, posiadając przecież swój bardzo rozpoznawalny styl i tym stylem się często posługujący, potrafili zrobić coś tak odmiennego i odstającego od eksploatowanych przez siebie dotąd motywów. Kolejna sprawa - jakiś czasu temu wątpiłam już w dobre kino na styku sensacji i thrillera, które mogłoby mnie jeszcze przerazić. Wszystko letnie i poskładane w znane hollywoodzkie wzorki. Ja już nawet nie zbliżam się do tych wszystkich "Pułapek" i "Bourne'ów". Ostatnio dreszczyku emocji dostarczały mi głównie filmy, z fabułą sensacyjną niemające zgoła nic wspólnego: "Wszystko gra", "Powrót", "Gorzkie gody". Rok temu na "Infiltracji" prawie zasnęłam. ;) A tu proszę - Coenowie i na tym polu rządzą. :)

No, a teraz skąd ta konfuzja, bo na razie piszę tylko o zachwycie i podziwie. Nie wszystko jest dla mnie jasne, ostatnie pół godziny filmu to oczekiwanie na jakieś wyjaśnienia, na wyłożenie co i dlaczego się stało, na rozwikłanie zagadki do końca. A to nie następuje! Chyba, że coś przeoczyłam, że czegoś nie zrozumiałam, ale mam wrażenie (a posiłkowałam się też komentarzami z imdb), że Coenowie celowo pozostawili puste miejsca i nie postawili kropki nad i. No i ostatnia scena, która, gdy się urywa i okazuje się, że to koniec filmu, wprawiła mnie w stan minutowego stuporu. ;) Nie wiem co o tym myśleć, nie wiem jak tłumaczyć sobie pewne wątki, nie wiem czy w ogóle powinnam. I pojęcia nie mam jak ocenić ten świetny film! :)

18:31, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Kilka złotych myśli

Chodzą mi po głowie, zapisuję je czasem na karteczkach, w komputrze. Niektóre to zabawne powiedzonka, inne pewnie jakieś cytaty, aforyzmy, ale nie pamiętam źródła.

To nieprawda, że im więcej z siebie dajesz, tym więcej oczekujesz. Im więcej z siebie dajesz, tym więcej oczekują od ciebie inni.

Zrób coś niemożliwego, a szef zaliczy to do twoich obowiązków.

Szczęście to nic innego jak dobre zdrowie i zła pamięć.

[...] jeżeli człowiek nie może powiedzieć tego, co chce powiedzieć, w ciągu 20 minut, powinien odejść i napisać książkę. (do zawieszenia w widocznym miejscu w każdej sali konferencyjnej :))

Gdy wreszcie przestaje nam zależeć, życie daje nam to, na co czekaliśmy.

niedziela, 06 stycznia 2008
Z tomiku "Dwukropek"

Bal

Dopóki nie wiadomo jeszcze nic pewnego,
bo brak sygnałów, które by dobiegły,

dopóki Ziemia wciąż jeszcze nie taka
jak do tej pory bliższe i dalsze planety,

dopóki ani widu ani słychu
o innych trawach zaszczycanych wiatrem,
o innych drzewach ukoronowanych,
innych zwierzętach udowodnionych jak nasze,

dopóki nie ma echa, oprócz tubylczego,
które by potrafiło mówić sylabami,

dopóki żadnych nowin
o lepszych albo gorszych gdzieś mozartach,
platonach czy edisonach,

dopóki nasze zbrodnie
rywalizować mogą tylko między sobą,

dopóki nasza dobroć
na razie do niczyjej jeszcze nie podobna
i wyjątkowa nawet w niedoskonałości,

dopóki nasze głowy pełne złudzeń
uchodzą za jedyne głowy pełne złudzeń

dopóki tylko z naszych jak dotąd podniebień
wzbijają się wniebogłosy -

czujmy się gośćmi w tutejszej remizie
osobliwymi i wyróżnionymi,
tańczmy do taktu miejscowej kapeli
i niech się nam wydaje,
że to bal nad bale.

Nie wiem jak komu -
mnie to zupełnie wystarcza
do szczęścia i do nieszczęścia:

niepozorny zaścianek,
gdzie gwiazdy mówią dobranoc
i mrugają w jego stronę
nieznacząco.

Notatka

Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi,
łapać oddech na piasku,
wzlatywać na skrzydłach;

być psem
albo głaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniejszej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;

i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

U Szymborskiej lubię prostotę i bezpretensjonalność. Niektórzy czynią z tego zarzut. Że się powtarza, że to poezja zbyt szeroko zrozumiała (jakby hermetyczność miała z jakiegoś powodu stanowić atut!), że wciąż pisze o tym samym takim samym stylem. Z tym ostatnim trudno się nie zgodzić, ale tam gdzie inni widzą słabości, ja dostrzegam siłę. Urzeka mnie łagodna zaduma nad światem i człowiekiem, Szymborska jest mi bardzo bliska, bo jest idealną wyrazicielką moich myśli, mojej perspektywy patrzenia na świat.

19:38, aniaposz , Strofy
Link Dodaj komentarz »
Sztuczki

 "Sztuczki", 2007, reż. Andrzej Jakimowski

"Zmruż oczy" nazwałam kiedyś pseudoambitnym gniotem. "Sztuczki" z kolei usiłują czarować zamierzoną prostotą, ale prostota wykombinowana jest tak samo męcząca jak pretensjonalność. Nie ma w tym filmie ani sensownie poprowadzonej fabuły (znów zlepek scen raczej niż konsekwentnie wynikające jedne z drugich zdarzenia), ani emocji, co zważywszy na temat, jest tu grzechem głównym. Obecność wielu scen czy nawet mini-wątków jest dla mnie zupełnie niezrozumiała, po co np. wątek szukania pracy przez Elkę? Jaki sens ma sprawa sprzedaży/kupna samochodów? Co robi w filmie Joanna Liszowska (zresztą niezła)? Nie wiem jak inni, ale ja bardzo cenię precyzję scenariusza i jestem głęboko przekonana, że bez dobrego przemyślanego scenariusza, nie ma dobrego filmu. A polskim twrócom jakże często się wydaje, że postawienie na improwizację czy nawrzucanie do filmu wszystkiego, co w danej chwili przyjdzie do głowy, jest oznaką twórczej swobody i że "chwyci".

Dziesiątki zdarzeń, spraw, które z punktu widzenia naczelnej idei nie mają żadnego znaczenia - dlaczego Elka uczy się akurat włoskiego, co wynika z jej wymiany zdań z włoskim pracodawcą? Na co cały romans Elki z Jerzym? Może Jakimowskiemu przyśniły się rozmaite koncepty, a po wstaniu z łóżka zapisał je czym prędzej na kartce, zlepiając potem chwytliwym pomysłem, bo przecież czym jak czym, ale dzieckiem poszukującym ojcowskiej miłości wszyscy powinni się wzruszyć. Niestety, nie w tym wydaniu. Jeśli to najlepszy film polski tamtego roku, to boję się siegać po konkurentów.

18:58, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Apollo 13

 "Apollo 13", 1995, reż. Ron Howard

Wstyd się przyznać - dopiero wczoraj obejrzałam ten film po raz pierwszy w życiu. :) Podobało mi się. To kawał dobrej roboty - zgrabny scenariusz, profesjonalna reżyseria, niezłe aktorstwo. Przyjemnie patrzyło mi się na aktorów, których lubię, a których nie mam zbyt często okazji oglądać: Gary Sinise i Kevin Bacon (notabene Gary Sinise to będzie dla mnie już na zawsze przede wszystkim lieutenant Dan :)). Ed Harris po tym filmie trafia do ulubionych. Do Toma Hanksa mam natomiast po prostu słabość. :) Ktoś na forum FW pisał, że to trochę amerykańska propaganda, "ku pokrzepieniu amerykańskich serc" itd. Absolutnie się nie zgadzam. Film oparty jest na faktach, a sukces, jakim było sprowadzenie kosmonautów na Ziemię, to triumf ludzkiej inteligencji i kreatywności, bez względu na to, jakim ci ludzie mówią językiem. Pobeczałam się, gdy lądownik niesiony przez spadochrony pojawia się na monitorach. :)

Niewiarygodne było to zbudowanie filtra CO2 z niczego. :) Przypomina mi się taki żart: Przychodzi MacGyver do sklepu i mówi: "Poproszę sznurek, pół kilo gwoździ i młotek." "Nie ma." "A co jest?" "Pomidory." "To poproszę trzy". :)

Kilka cudownych ujęć w przestrzeni kosmicznej (odpalenie silników, przebijanie się lądownika przez atmosferę), a na mnie to zawsze działa bez pudła. :) Przy okazji - moje największe marzenie to zobaczyć Ziemię z kosmosu. :) Co ja bym dała, żeby znaleźć się w kosmicznej próżni! Ciekawostka - nie cierpię latać samolotami. ;)

W mojej biblioteczce mam kilka książek popularnonaukowych na temat podróży kosmicznych, z których nie wszystkie czytałam. Na swoją kolej czeka m.in. "Piękno wszechświata" Briana Greene'a i "Fizyka podróży międzygwiezdnych" Kraussa. Może wreszcie przyszedł na nie czas? :)

Przy okazji - oglądałam niedawno jakiś program, w którym pewien natchniony naukowiec demaskował wszelkie fałszerstwa w doniesieniach o UFO. Brawo. Ja to popieram, bo nie znoszę nadużyć w nauce. Ale potem szacowny demaskator powiedział coś w tym stylu: "Wiara w UFO to coś takiego, jak wiara w duchy". Kurczę, trzeba mieć niewiarygodny tupet, zwłaszcza jak na człowieka nauki, by twierdzić, że w nieskończonym wszechświecie, z którego dobrze znamy zaledwie mały kawałeczek własnego podwórka, życie poza Ziemią nie istnieje. Naukowy sceptycyzm? Raczej żałosna ignorancja. I buta niegodna miana badacza, który powinien jak nikt inny hołdować zasadzie "wiem, że nic nie wiem".

18:50, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2