Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 23 stycznia 2009
...

Czasami ogarnia mnie dojmująca tęsknota za normalnym życiem. Żebym wreszcie przestała się zadręczać - przeszłością, że nie wróci, teraźniejszością, że zawsze nie taka, przyszłością, że jej nie będzie.

Bardzo źle sypiam ostatnio. Długo nie mogę zasnąć albo budzę się w środku nocy i czuję, jak ucieka czas. Jak go tracę. Uświadamiam sobie w trakcie tych ponurych nocnych godzin, jak bardzo sama siebie blokuję. Jaka jestem bezradna wobec pewnych rytuałów, nawyków i przyzwyczajeń. Gdybym choć miała jakiś talent! Mogłabym czerpać masochistyczną przyjemność z mojego niedopasowania, z mojego szaleństwa, pocieszając się, że wszyscy wielcy byli ekscentrykami. Ale gdzie tam! To szaleństwo bez taryfy ulgowej. Bez żadnej rekompensaty. Cholerny niefart.
sobota, 17 stycznia 2009
Pixar rulez!

Nigdy, nawet w dzieciństwie, nie przepadałam za disneyowskimi bajkami pełnometrażowymi. Wszystko było za słodkie, za proste i za milutkie. Denerwowały mnie wokalne przerywniki, które rozbijały fabułę, spowalniały akcję i... wypadały według mnie bardzo nienaturalnie. To przekonanie zostało mi zresztą do dzisiaj w postaci niechęci do musicali. Lubię muzykę, lubię kino, ale połączenie obu tych języków sztuki jest dla mnie zupełnie niestrawne w formie musicalowej. Co do animacji, to im byłam starsza, tym bardziej drażniły mnie muzyczne wstawki, a do tego dochodziła jeszcze, coraz bardziej zauważalna, infantylność i ckliwość fabuły. "Król Lew" widziany po raz pierwszy w wieku 30 lat, prawie mnie uśpił. Oglądając "Pocahontas" ledwie zniosłam wykręcającą twarz słodycz romansu i wyjących swój smętny repertuar bohaterów. A przecież można robić bajki mądre i z przesłaniem, ale nie tak łopatologiczne i naiwne. Nawet jeśli "Shrek" jest dla kogoś głównie intertekstualną grą i bajką dla dorosłych, to jest przecież jeszcze Studio Pixar! Kiedy Disney w 1995 wyprodukował do bólu konwencjonalną "Pocahontas", Pixar wyszedł z wzruszającą, ale już nie irytująco sentymentalną "Toy Story". Potem była niezła kontynuacja, dalej rewelacyjne "Potwory i Spółka", "Gdzie jest Nemo", wreszcie świetny "WALL-E". A w międzyczasie urocze krótkometrażówki, których maraton urządziłam sobie wczoraj.

"Knick Knack", 1989



"Odbijany", 2003 (taniec tych wszystkich, co siedzą na dnie)


Here's a story on how strange is life with its changes
And it happened not long ago.
On a high mountain plain, where the sagebrush arranges
A playground south of the snow
Lived a lamb with a coat of remarkable sheen,
It would glint in the sunlight all sparkly and clean,
Such a source of great pride
that it caused him to preen.
And he'd break out in high stepp'n dance.
He would dance for his neighbors across the way.
I must say that they found his dancin' enhancin',
For they'd also join in the play.

Then one day…

Then a-boundin up the slope
Came a great American jackalope.
This sage of the sage, this rare hare of hope,
Caused to pause and check out the lamb.
"Hey kid, why the mope?"

"I used to be something all covered with fluff,
And I’d dance in the sunlight and show off my stuff,
Then they hauled me away in a manner quite rough
And sheared me and dropped me back here in the buff.
And if that’s not enough
Now my friends all laugh at me
Cause they think I look ridiculous, funny, and pink."

"Pink? Pink? Well, what’s wrong with pink?
Seems you’ve got a pink kink in your think.
Does it matter what color? Well, that gets nope.
Be it pink purple or heliotrope.
Now sometimes you’re up and sometimes you’re down,
When you find that you’re down well just look around:
You still got a body, good legs and fine feet,
Get your head in the right place and hey, you’re complete!

"Now as for the dancin', you can do more,
You can reach great heights, in fact you can soar.
You just get a leg up and ya slap it on down,
And you’ll find you’re up in what’s called a bound.
Bound, bound, and rebound.
Bound and you’re up right next to the sky,
And I think you can do it if you give it a try,
First get a leg up, slap it on down..."

So every year, along about May,
They'd load him up and they'd haul him away,
And they’d shave him and dump him all naked and bare.
He learned to live with it, he didn’t care,
He’d just bound, bound, bound, and rebound.

Now in this world of ups and downs…
So nice to know there are jackalopes around.



"Człowiek-Orkiestra", 2005



"Nie przeszkadzać", 2006



A na koniec shorcik z zeszłego roku: "Presto"


12:51, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
czwartek, 15 stycznia 2009
Droga do szczęścia

"Droga do szczęścia", 2008, reż. Sam Mendes

Kolejny po "Małych dzieciach" film, ukazujący pustkę i jałowość przykładnej mieszczańskiej egzystencji. Oto the dullness of life w pełnej krasie. Coraz częstsze rozmijanie się dwojga bliskich sobie niegdyś ludzi. Codzienna szarpanina i skrywane przed sobą nawzajem tęsknoty. Obcość, która wkrada się niepostrzeżenie, choć nieubłaganie. Odwaga, której starcza jedynie na snucie brawurowych planów. Niedopasowanie. Zagubienie. Wieczne mocowanie się z własnymi cieniami.

Temat tak bardzo mi bliski, ale realizacja mało satysfakcjonująca. DiCaprio dobry (choć spodziewałabym się po nim więcej; miałam wrażenie, że nie bardzo wiedział jak ugryźć tę rolę i postawił po prostu na maksymalną ekspresję), Winslet poprawna, historia trywialna i zakończona nieodzownym tragicznym akcentem. Najlepiej zapamiętałam sceny z udziałem chorego psychicznie Johna, którego ułomność usprawiedliwiała najdziwaczniejsze poglądy, co w praktyce realizowało się w przyzwoleniu na brutalną czasem szczerość wobec głównych bohaterów. To on jest - paradoksalnie - głosem sumienia, on mówi im wprost to, czego sobie nawzajem ani sobie samym powiedzieć nie chcą. Te morderczo logiczne wywody i bezpardonowa trafna wiwisekcja małżeńskiej relacji przez zwariowanego matematyka to najlepsze fragmenty filmu.

Wzorcem przypowieści o niespełnieniu jest dla mnie motyw Laury Brown z "Godzin" Daldry'ego (z udziałem świetnej Julianne Moore w roli pani domu z lat 50.). A o samotności i utracie złudzeń przejmująco, choć przewrotnie i nieco sarkastycznie opowiada "Happiness" Todda Solondza.
19:15, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
wtorek, 13 stycznia 2009
Frost/Nixon

"Frost/Nixon", 2008, reż. Ron Howard

Po rozczarowującym "Slumdogu" trafiłam na szczęście na odtrutkę w postaci filmu "Frost/Nixon" Rona Howarda ("Piękny umysł", "Apollo 13"), odsłaniającego kulisy serii telewizyjnych wywiadów z byłym już wówczas prezydentem USA, Richardem Nixonem, w których po raz pierwszy od czasu ustąpienia z urzędu, mówił publicznie o swoim udziale w aferze Watergate.

Spora niespodzianka, bo nie przepadam za kinem politycznym. Tymczasem film oglądałam maksymalnie skupiona i zaciekawiona. Myślę, że stało się tak głównie dzięki przesunięciu akcentu; więcej w tym filmie psychologii społecznej niż polityki. Nieźle oddane realia lat 70. sprzyjają zaangażowaniu w tę historię. Fragmentami, ku mojej radości, obraz przypomina dramat sądowy (zbieranie materiałów do wywiadu, poleganie na retorycznej sprawności i argumentacyjnej zręczności). Zdecydowaną, mocną kreską narysowane są pierwszoplanowe postacie - Nixon, Frost i jego trzej współpracownicy.

Film zagrany jest bez zarzutu i nie chodzi tylko o wychwalanego wszędzie Franka Langellę w roli Nixona, ale również o Michaela Sheena jako Davida Frosta czy Sama Rockwella, z którego udziałem każda scena nabierała żywiołowości (chyba zbyt mało uwagi mu poświęciłam, pisząc swojego czasu o "Niebezpiecznym umyśle", za bardzo skupiając się na fabule i realizacji, a przecież Rockwell to znakomity aktor).

Jest kilka zapadających w pamięć fragmentów. Pokonany wreszcie, zrezygnowany Nixon, głaszczący psa przed domem, w którym nagrywano wywiad, tak jakby za wszelką cenę chciał odnaleźć jakąś namiastkę normalności, spokoju, jakby chciał zanurzyć się w małych rzeczach, odgrodzić od tego, co stało się przed chwilą i ukryć za czułym gestem. Świetna, pełna napięcia scena gwałtownej sprzeczki zespołu, gdy widać, że wszystko zmierza ku nieuchronnej katastrofie. Z podziwem (ale i ze zgrozą) słucha się gładkich słów Nixona, który każde pytanie, każdy udokumentowany zarzut potrafi nie tyle nawet zneutralizować, ile wręcz obrócić na swoją korzyść. Naprawdę solidne kino (swoją drogą gdzie ta rzekoma hollywoodzkość, którą dostrzegli niektórzy?).
22:13, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
2 x Eastwood

"Gran Torino", 2008, reż. Clint Eastwood

 "Gran Torino" to bardzo przeciętny film. Istotne problemy przekazywane są w nim za pomocą dość banalnych środków, trochę nawet łopatologicznie. Pod tym względem przypomina mi się inne dzieło Eastwooda, "Listy z Iwo Jimy". A przecież Clint umie docierać do widzów nieco subtelniej lub przynajmniej w bardziej interesujący sposób (o czym poniżej).

W recenzjach filmu można trafić na takie m.in. sformułowania, charakteryzujące głównego bohatera, granego przez Eastwooda: "Walt Kowalski, (...) zapiekły rasista z krwi i kości o stalowej woli". W tym sęk, że od samego początku widziałam co najwyżej przekonanego o słuszności własnych poglądów tradycjonalistę, zgorzkniałego weterana wojennego, którego postawa determinowana jest raczej przez smutne doświadczenia życiowe niż przez ograniczenia poznawcze i emocjonalne. Co więcej, w jego stosunku do rodziny, a zwłaszcza wnuczki, będącej idealną przedstawicielką pokolenia Britney nie ma nic, z czym bym się nie zgodziła. Trudno nie przyklasnąć niechęci czy  nawet wściekłości Walta, gdy dziewczyna bez żenady zajmuje się grami komputerowymi podczas pogrzebu własnej babci! Natomiast stosunek do innych nacji (w tym swoich sąsiadów Azjatów) jest raczej pochodną poczucia odmienności kulturowej, nieznajomości ich obyczajów, niemożności bezpośredniej komunikacji i braku wspólnych kulturowych doświadczeń. Czyli wszystkiego, co często leży u podstaw mechanizmu stereotypizacji. Stopniowa przemiana Walta, jego dochodzenie do prawdy nie wydaje mi się więc aż tak spektakularne. Jest wręcz dość oczywiste, wziąwszy pod uwagę, że od początku wiadomo, iż pod tą grubą skórą twardziela i aroganta, kryje się w gruncie rzeczy wrażliwe serce dobrego człowieka.

Zgodnie z przewidywaniami Walt zaprzyjaźnia się z azjatycką rodziną, powoli przekonuje się, że różnice kulturowe nie muszą automatycznie skutkować obcością i wzajemnymi uprzedzeniami, wybacza nawet niedoszłemu złodziejowi swojego ukochanego Gran Torino, rocznik 1972, a dodatkowo staje się w pewnym sensie mentorem młodego Azjaty - pomaga mu znaleźć pracę, rozmawia o życiu i całej reszcie i tak dalej, i tak dalej. Ze steku banałów i oczywistości wpisanych w relację mistrz - uczeń wyłamuje się jedynie finał. Przyznam, że stary Clint mnie zaskoczył. I właśnie niekonwencjonalna końcówka ratuje ten mdły w sumie seans.

"Oszukana", 2008, reż. Clint Eastwood

Changeling to termin używany przede wszystkim w bajkach na określenie  dziecka, które zostaje w tajemnicy podrzucone w miejsce innego. Może i nie istnieje dobry polski odpowiednik (podrzutek?), ale tytuł "Oszukana" wydaje mi się jakoś niefortunny. Sam film natomiast to kawał rzetelnej reżyserskiej roboty. Taka solidnie odrobiona lekcja, do czego zresztą Eastwood zdążył już mnie przyzwyczaić,  mimo że czasem zdarzają mu się wpadki j.w. To, co widziałam, zwykle oglądałam z zainteresowaniem, chociaż nie zawsze była to historia, którą z góry uznawałabym za ciekawą lub gatunek, w którym bym gustowała ("Rzeka tajemnic", "Za wszelką cenę" czy rewelacyjne "Bez przebaczenia"). Powiedziałabym, że Eastwood to świetny storyteller. Tutaj Clint miał ułatwione zadanie, bo ja lubię takie opowieści z zagadką kryminalną w tle, by wymienić "Hollywoodland", "Zodiak" i pewnie jeszcze parę, o których teraz nie pamiętam. Z drugiej strony nieraz się zdarzało, że ciekawy materiał i dobry scenariusz nie wystarczyły na dobry film.

"Oszukana" to bardzo sprawna robota. Film dynamiczny (ale nie chaotyczny), Jolie zaskakująca pozytywnie, nie ma żadnych tanich chwytów, przesady, wszystko jest wyważone, tak jakbyśmy zaglądali w stare kroniki policyjne - ot, poznajemy suche fakty, a przecież i tak wzbudzają emocje. No właśnie, teraz tak sobie myślę, że to jest największą zaletą tego filmu - oszczędność, jeśli chodzi o wszelkie emocjonalne ozdobniki, prostota, nawet... w pewnym sensie narracyjny konserwatyzm. Niby widzimy płaczącą co chwila matkę chłopca, jesteśmy świadkami bezwzględnych decyzji policji i bezduszności szpitalnego personelu, ale nie czuje się w tym reżyserskiego wyrachowania. Udało się tu zachować autentyczność.


Mrozi świadomość, że bezczelność, absurd i tupet mogą do tego stopnia zatriumfować. I naprawdę bez znaczenia jest to, że nie sposób, by dokładnie taka sama historia zdarzyła się obecnie (choćby z uwagi na znacznie bardziej zaawansowane technicznie narzędzia i metody w służbie policji). Problem w tym, że zła wola jest ponadczasowa, a ludzie - nadal nieskorzy do minimum wysiłku poznawczego i niechętni do podważania starego porządku. Wciąż i wciąż na nowo ku chwale oportunizmu na ołtarzu wielkiej bzdury, we mgle kadzideł prawda mrze.
14:01, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Księżna

"Księżna", 2008, reż. Saul Dibb

Film oparty na faktach, czerpiący z biografii autentycznej postaci, jaką była księżna Georgiana Cavendish. Gdyby nie ta podbudowa i świadomość, że poznaje się kawałek historii (co zawsze wzbogaca wiedzę ogólną), nie byłoby chyba specjalnie co chwalić. Owszem, piękna scenografia, pyszne stroje, wierne odwzorowanie ówczesnych czasów, ale to raczej standard w produkcjach kostiumowych, nawet tych dość przeciętnych pod każdym innym względem. Jeśli zaś chodzi o klimat epoki, daleko lepiej oddany jest choćby w "Barrym Lyndonie" Kubricka.

Szczególną wielbicielką aktorskich popisów Keiry Knightley nie jestem, chociaż muszę przyznać, że w tej roli sprawdziła się nieźle (ona w ogóle ma taką klasyczną urodę, dobrze wypadającą w widowiskach historycznych). Ucieszyła mnie obecność partnerującego jej Finnesa w roli zdystansowanego i oziębłego księcia Devonshire. Jakaż to skrajnie odmienna kreacja od pełnego miłosnej pasji Laszlo Almasy'ego z "Angielskiego pacjenta"!

"Księżna" to z jednej strony obraz zniewolenia płci żeńskiej przez konwenanse i stosunki społeczne, a z drugiej hołd złożony barwnej, silnej i niepokornej kobiecie, jaką była Georgiana. Mimo pechowego małżeństwa i będących jego konsekwencją gorzkich doświadczeń codzienności, zachowała radość życia, uwielbiana przez lud i znakomicie odnajdująca się wśród wysoko postawionych przyjaciół męża, zorientowana w polityce i uczestnicząca w politycznym życiu na tyle, na ile pozwalał jej na to status wpływowej księżnej. Mimowolna prekursorka feminizmu, rozumianego jako uparte dążenie do realizacji siebie, bez oglądania się na to, czy nie narusza ono przypadkiem narzuconej z góry roli społecznej.

Jako film edukacyjny, tudzież impuls do ewentualnego samodzielnego pogłębiania wiadomości - OK. Natomiast żadne wielkie dzieło to nie jest.
13:22, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
Slumdog. Milioner z ulicy

"Slumdog. Milioner z ulicy", 2008, reż. Danny Boyle

Jak zwykle na przełomie roku jest co oglądać. Spływają do nas powoli wszystkie te obrazy, które liczyć się będą w wyścigu po Oscary. Najpoważniejszym kandydatem w kategorii Best Picture jest "Slumdog. Milioner z ulicy", który już potwierdził swoje szanse, zdobywając wczoraj Złoty Glob. Osobiście uważam, że jest stanowczo przeceniany, ale zdaję sobie też sprawę, że będę chyba jedną z nielicznych osób bynajmniej niezachwyconych najnowszym dziełem Danny'ego Boyle'a.

Głównym bohaterem jest chłopak ze slumsów Bombaju, 18-letni Jamal Malik, którego poznajemy w chwili, gdy ma przed sobą finałowe pytanie w teleturnieju "Milionerzy". Program właśnie się skończył, ostatnie pytanie paść ma nazajutrz, a Malik, podejrzany o oszustwo, zostaje zgarnięty przez policję i brutalnie przesłuchany. Władzom nie może się pomieścić w głowie, że niewykształcony mieszkaniec ubogich dzielnic zna odpowiedzi na pytania, wymagające wszechstronnej wiedzy. Okazuje się, że Jamal miał po prostu niesamowite szczęście, bowiem tych odpowiedzi dostarczyło mu samo życie. Tak poznajemy historię slumdoga, od dzieciństwa aż po dzień dzisiejszy.

Film podobno "intryguje, bawi, wzrusza". Nie mnie. Co więcej - oglądałam go bodaj w trzech podejściach i ani przez moment nie czułam dreszczyku emocji, wynikającego z zainteresowania dalszymi kolejami losu Jamala. Scenariusz jest życzeniowy, przewidywalny, przesłodzony i naiwny. Zamiast prawdy i dramatu jest obraz ubóstwa i przemocy w wersji light, nie mówiąc o mocno naciąganych rozwiązaniach fabularnych (gdzie, u licha, kręcą "Milionerów" na żywo? Kiedy i jakim cudem ta więziona ciągle i wykorzystywana Latika nauczyła się prowadzić samochód?).

Ja wiem, że wszystkie moje zarzuty można łatwo zanegować jednym stwierdzeniem "przecież to bajka, celowo uproszczona, pokrzepiająca i o szczęśliwym zakończeniu". Tymczasem ja od filmowych bajek wcale nie stronię - podobała mi się "Amelia", uwielbiam "Forresta Gumpa", z którym "Slumdog" bywa porównywany. Tyle, że ta bajkowość tutaj jest zbyt rzucająca się w oczy, wykalkulowana. Każdy niemal kadr krzyczy głosem zadowolonego z siebie Boyle'a - zobaczcie, jaki ze mnie sprawny reżyser, jaki jestem zabawny, jaki pomysłowy i cool. Trafiłam gdzieś na określenie tego filmu jako unnaturally manipulative i uważam, że to niezwykle adekwatne podsumowanie.
12:07, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 stycznia 2009
Lapidarium VI

Skończyłam czytać ostatni tom "Lapidariów". Po angielsku napisałabym the last, nie the latest, bo to rzeczywiście ostatni tom; więcej już nie będzie. Na przestrzeni roku odeszło dwóch wielkich pisarzy, humanistów, niezwykle inteligentnych ludzi i przenikliwych komentatorów naszych czasów, których obecności w polskiej przestrzeni kulturalnej brakować mi będzie bardzo - Stanisław Lem (marzec 2006) i Ryszard Kapuściński (styczeń 2007). Pamiętam, że myślałam o napisaniu do nich dosłownie kilku zdań o tym, jak bardzo ich cenię, ile dla mnie znaczą i jak ważne były dla mnie ich słowa w różnych istotnych momentach życiowych. Nie zdążyłam...

Z "Lapidarium VI":

"Mało pytających. Dużo wszystkowiedzących. Jeżeli już ktoś pyta, warto poświęcić mu uwagę, bo to człowiek poszukujący, zastanawiający się, starający się coś zrozumieć, a jakże to rzadki teraz przypadek. Zwraca uwagę, że jeżeli dziś się w towarzystwie o czymś mówi, prawie nie zdarza się, aby ktoś powiedział - nie wiem, nie mam pojęcia, przeciwnie - wszyscy zabierają głos, mówią ex cathedra, twierdzą, upierają się przy swoim, monologują."

"Wybór otoczenia, środowiska jest ważny, gdyż przecież nie tylko my oddziałujemy na innych - inni także oddziaływają na nas, narzucają nam wzorce zachowań i w dużym stopniu decydują o poziomie naszego myślenia. W izolowaniu się, w odgradzaniu od hołoty, tkwi konieczny warunek higieny umysłowej.

Można dziwić się tym, którzy z tą hołotą utrzymują dialog w nadziei, że wydobędą ją z dna głupoty, ignorancji i zarozumiałego tupetu. Tego motłochu nie można zmienić, jedyne, to odgrodzić się i trzymać na dystans."

"Wiemy więcej, ale paradoks polega na tym, że im więcej wiemy, tym większą mamy świadomość naszej niewiedzy i tym głębsze przekonanie, że pomnażanie wiedzy nie jest tożsame z lepszym rozumieniem."

"Wszystko w nas jest przemieszane. W zależności od momentu historycznego, od okoliczności, od środowiska, panującej ideologii będziemy tacy albo inni. Potencjalnie w jednostce ludzkiej zawarte są wszystkie możliwości, a od różnych okoliczności będzie zależało, jacy będziemy."

"Zaczyna rozwijać się zjawisko określane jako illiberal democracy - demokracji nieliberalnej. Wcześniej takie pojęcie nie miało sensu, demokracja nieodłącznie wiązała się z przymiotnikiem liberalna. Dziś można legalnymi, formalnymi metodami wybrać demokrację o bardzo autorytarnym charakterze. Jednocześnie łatwo pokazać przykłady systemów autorytarnych, które w codziennej rzeczywistości przenikają praktyki demokratycznych zachowań. [...]

Jesteśmy świadkami hybrydyzacji systemowej, łatwiej tworzyć typologie różnych systemów hybrydycznych, niż jasno stwierdzić, że coś jest pełną demokracją, a coś dyktaturą."

"Aztekowie prowadzili wojny, aby zdobyć jeńców, których następnie składali bogom na ofiarę. Wojna była więc tu koniecznością i warunkiem przetrwania, jako że źródłem życia było słońce, a słońce czerpało swoją energię z krwi ludzkiej."

"W różnych okresach życia czyta się ten sam tekst - różnie."

"Najcenniejsze są małe zwycięstwa, ale trzeba umieć je docenić, czerpać z nich zadowolenie i siłę."

"Pierwszy dzień gdzieś na nowym miejscu to dzień oswajania się z otoczeniem, znalezienia z nim modus vivendi, dzień pozornej bezczynności, straconych godzin. A jednak te chwile przystosowania się do nowego miejsca są konieczną ofiarą, aby zostać zaakceptowanym przez lokalne bóstwa - strażników tej okolicy.

Już jutro, a najpóźniej za kilka dni, będzie się tutejszym, miejscowym, tubylcem. Bóstwa przyjmą cię do lokalnego plemienia, posiadacza tej ziemi. Trzeba tylko pokory i cierpliwości."

(Uśmiechnęłam się, kiedy przeczytałam powyższe słowa. Kiedyś, w mojej recenzji "Smaku życia" Klapischa zawarłam taką, bardzo podobną przecież refleksję na temat pierwszych dni pobytu w nowym miejscu, opartą na własnych doświadczeniach z podróży do Rzymu: "Już po kilku dniach zaczyna się rozpoznawać ulice, budynki, place, już wymawia się nowe, przedtem obco brzmiące nazwy, z większą wprawą, już jest się bardziej pewnym siebie, chodzi się środkiem, zamiast przemykać pod ścianami. Już zaczyna się mówić "dom" na tymczasowe miejsce swojego zamieszkania.")

"Działać, dokonując czynów tak niesłychanych, pomówień tak nikczemnych, że ich bezczelność aż zatyka i paraliżuje innych, przez co nawet nie są w stanie sprzeciwić się, podnieść głos protestu i oburzenia."
sobota, 03 stycznia 2009
Nothing Rhymed

Dziś audycja Marka N. bardzo nostalgiczna. Lubię te muzyczne wspomnienia, zwłaszcza z lat 70. Zwykle owocują dla mnie jakimś odkryciem. Tym razem to Gilbert O'Sullivan "Nothing Rhymed".


12:04, aniaposz , Muzyka
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 stycznia 2009
Chyba nam razem nie po drodze, herr Bergman

Jak w tytule. Czyli sprawdziły się moje obawy, o których pisałam przy okazji recenzowania "Innej kobiety" Allena.

Wydaje mi się, że zaczęłam mimo wszystko od dość oszczędnego w metafory filmu, a jednak "Tam, gdzie rosną poziomki" okazało się być dokładnie tym, czego nie lubię – nużącym, ciężkawym na poziomie narracyjnym, a w dodatku dość banalnym w sferze wniosków obrazem. Właściwie wszystko wyłożone jest w dialogach – oto stary profesor, osiągnąwszy szczyty zawodowe, zdaje sobie u schyłku życia sprawę, że odrzucił to, co najważniejsze – bliskość drugiego człowieka. Mamy też oczywiście motywy freudowskie, czyli "jaki ojciec, taki syn". Z drugiej strony jest cała przestrzeń z natury swojej symboliczna, a więc sny profesora. Nie wiem, odniosłam wrażenie, że to dzieło dość pretensjonalne, dla egzaltowanych licealistów, którzy z jednej strony zachwyceni będą czytelnością głębokiego przekazu o zmarnowanym życiu, a z drugiej – dowartościowani okazją do uczty interpretacyjnej fragmentów onirycznych. A poza tym... męczące to wszystko było straszliwie.

To samo z "Personą". A nawet jeszcze gorzej. Bo, jeśli traktować tę wizję jako obraz wewnętrznego rozdarcia i niestabilności Ja, to jest mi ten temat wyjątkowo bliski. Co z tego, skoro nie przemawia do mnie rozdęta do granic zdrowego rozsądku metaforyczność przekazu?

Oczywiście dwa filmy to tyle co nic, zwłaszcza biorąc pod uwagę pokaźny dorobek artystyczny Bergmana. Zamierzam sięgnąć po kolejne obrazy. Tyle, że nieszczególnie mi się spieszy...

19:16, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2