Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 28 stycznia 2010
Szczera nieszczerość

Poniedziałek - ja, wtorek - ja, środa - ja, czwartek - ja. Piątek. Piszę ten dziennik z niechęcią. Jego nieszczera szczerość męczy mnie. Dla kogo piszę? Jeśli dla siebie, dlaczego to idzie do druku? A jeśli dla czytelnika, dlaczego udaję, że rozmawiam ze sobą? Mówisz do siebie tak, żeby cię inni słyszeli?


Witold Gombrowicz "Dziennik"

Kwintesencja blogów. Przynajmniej niektórych. Na pewno mojego. W założeniu miał być przestrzenią, w której zapisuję to, co mi akurat przyjdzie do głowy i co uznam za warte zapisania. Miała to być raczej rozmowa z samą sobą niż chęć publicznego zaistnienia. Kiedyś pisałam pamiętnik; blog miał stać się pewnego rodzaju substytutem. Kiedy przestał pełnić jedynie tę funkcję? Wraz z pierwszym komentarzem? Wraz ze świadomością, że czyta go więcej osób? Kiedy zaczęłam na bieżąco kontrolować zamieszczane treści, z rozmysłem wprowadzając autocenzurę? I czy to naprawdę mi odpowiada? To rodzaj oszustwa. I oszukuję non-stop - czasem siebie, czasem potencjalnych czytelników. Z drugiej strony - czy w ogóle da się zrezygnować z autokreacji? Zawsze jest się kimś na potrzeby danej chwili. Wiecznie miotam się między pragnieniem intymności i zamknięcia w sobie a byciem z innymi i dla innych. A to zamykanie się w sobie to rzeczywista potrzeba czy raczej racjonalizacja? Nieszczera szczerość tego mojego pisania... Albo może jeszcze dosadniej - szczera nieszczerość...

Ale kiedy pod wpływem nagłego impulsu otwieram nową notkę, żeby się przed samą sobą porządnie wyżalić, odkryć emocjonalnie i być uczciwą do cna, zwykle rezygnuję i nie piszę nic. I wcale nie dlatego, że powstrzymuje mnie świadomość ogólnej dostępności bloga. Po prostu nie mam chęci ani siły. Nie chce mi się mozolnie ubierać w słowa tego, co czuję. Może to też forma obrony. Łatwiej jest mi zasłaniać się banałami i uprawiać chit-chat. Zajmuje to czas, myśli, a bywa, że kogoś zainteresuje. Same plusy. Autopsychoanaliza jest zbyt kosztowna.
sobota, 23 stycznia 2010
Filmowe rozmaitości

Żyć się chce w takie słoneczne dni! A nawet skrobnąć co nieco o zaległych seansach filmowych...

Mniejsze niebo (1980), reż. Janusz Morgenstern - niewiele słów, sugestywność obrazów, studium samotności i nieprzystawalności bez niepotrzebnych objaśnień plus nieodżałowany Wilhelmi.

Moon (2009), reż. Duncan Jones - o tym filmie mówi się jako o powiewie świeżości w kinie SF. Nie podzielam entuzjazmu, ale to całkiem zgrabny film w oldskulowym klimacie, a ja mam słabość do opustoszałych kosmicznych lokacji i samotnych bohaterów mierzących się raczej z pułapkami własnego człowieczeństwa niż z zasadzkami kosmosu. Przypominają mi się zaraz cudowne chwile spędzone przy lekturze Lema i Zajdla.

Dwunastu gniewnych ludzi (1957), reż. Sydney Lumet - bardziej niż kwestie merytoryczne (winny czy niewinny) i bardziej nawet niż drobiazgowe roztrząsanie możliwych scenariuszy wydarzeń, interesowała mnie psychologiczna walka przysięgłych. Rewelacyjnie wprost ukazany proces przekonywania, argumentowania, przedstawiania wątpliwości i interakcji między poszczególnymi osobami o odmiennych zdaniach i osobowościach. Psychologia społeczna w pigułce.

Kuzyni (1989), reż Joel Schumacher - urocza, subtelna historia miłosna, chociaż ta historia wcale nie wysuwa się na pierwszy plan, a w każdym razie nie narzuca się bezczelnie jak to bywa w przeróżnych komediach romantycznych czy melodramatach. To taki romans bez romansu przez sporą część filmu. I chociaż perypetie dwójki bohaterów to w sumie banał (oboje uwięzieni w małżeństwach bez perspektyw), to właśnie dzięki umiarowi udało się stworzyć wrażenie oryginalności. Uroku dodaje też piękna muzyka Badalamentiego.
12:43, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2010
Przy południowej herbatce
Od rana cudny zimowy wyż. Czyste niebo, słońce odbijające się w drobinach śniegu. Trzaskający mróz mogę ignorować... dopóki nie otwieram okna, a ostre powietrze nie wciska mi się nagle w płuca, zatrzymując na chwilę oddech. Nieprzyjazna ta zima w bezpośrednim kontakcie... Próbuję wyprzeć ze świadomości obrazy marznących, głodnych kotów, których nigdy nie spotkam i którym nigdy nie pomogę. Mam dziś dobry nastrój, usilnie staram się więc korzystać z dobrodziejstw mechanizmów obronnych. Tymczasem przysuwam stołek do kaloryfera i przykrywam go miękką poduszką - Nesca uwielbia układać się tu na pośniadaniową drzemkę. Przedtem siedzi czasem na parapecie i przygląda się światu zza szyby, później myje się długo i dokładnie, a wreszcie zapada w mocny, bezpieczny sen, z łapkami opartymi o żeberka kaloryfera. Ramzes zwinięty w kłębek na kanapie w drugim pokoju. Przed chwilą wycałowany przeze mnie w nagłym przypływie poczucia szczęścia, że tamtej niedzieli przypadkiem wyszłam do sklepu i trafiłam na płaczącego na drzewie kociaka. I że zdecydowałam się wziąć go do domu. Mimo ogromnych wątpliwości i fochów Neski. Moje życie bez Ramzesa? No way.



Na przełomie lutego i marca - narty. W tym roku jakoś bardziej mi się chce i mam niejasne wrażenie, że bez względu na zachowanie znajomych, sprawi mi ten wyjazd radość. Już myślę nad lekturami, które najlepiej komponować się będą z zimowym górskim klimatem (znów Auster? a może jakaś saga fantasy?), już wyobrażam sobie siebie wieczorem w świetlicy, jedzącą pyszne sałatki i popijającą zimne piwo. Zasłużony odpoczynek po narciarskich całodziennych szaleństwach i zbieranie sił na kolejny dzień. Właśnie. Trzeba wreszcie się zebrać i poćwiczyć porządnie, żeby wzmocnić mięśnie nóg i nie wyzionąć ducha przy pierwszym zjeździe.

Opornie idą mi Piramidy; jestem dopiero na 100. stronie. Strasznie trudno było mi się wciągnąć w fabułę: postać Teppica nie wydała mi się szczególnie interesująca, nużył mnie ciągnący się w nieskończoność egzamin i drażniły wplecione retrospekcje z czasów nauki w Gildii Skrytobójców. Miary dopełniał szarpany styl Pratchetta, urywane zdania i niedopowiedzenia, które w połączeniu z niezajmującą mnie fabułą męczyły podwójnie. Na szczęście teraz, kiedy akcja przeniosła się wreszcie do Djelibejbi i rozpoczęła się budowa piramidy - jest znacznie lepiej.

Kac Vegas. Filmowa niespodzianka. W ogóle nie rozważałam sięgnięcia po ten tytuł. Sądziłam, że to coś w stylu American Pie czy innych tego typu żenująco nieśmiesznych produkcji. Tymczasem to jedna z niewielu współczesnych komedii, na których się śmiałam. Nie bardzo rozumiem zarzuty np. o prostacki humor. Jest wręcz przeciwnie. Novum polega tu m.in. na tym, że wiele rzeczy jedynie zasugerowano, pozostawiwszy wyobraźni widza. Upojną imprezę, a więc to, co zwykle w takich komediach jest mielone przez prawie cały seans w różnych wariantach, widzimy tylko w fotograficznych migawkach na końcu. Moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Ktoś gdzieś napisał, że z czego tu się śmiać, skoro wszystko, co najlepsze, mamy w pierwszych 20 minutach. Tygrys w łazience, kura w pokoju, dziecko w szafie. Jak kogoś śmieszą takie pomysły... to ok, ale dla mnie cały wic polega na tym, że odkrywamy wraz z bohaterami skąd, u licha, się to wszystko wzięło. Zabawne są sytuacje, które do tego doprowadziły, a nie efekt końcowy. Kac Vegas z pewnością  znajdzie się na mojej liście pozytywnych zaskoczeń roku 2010.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Make a change

I'm starting with the man in the mirror

I'm asking him to change his ways
And no message could have been any clearer
If you wanna make the world a better place
Take a look at yourself and then make a change

                               Michael Jackson, "Man In The Mirror"

Jakoś tak jaśniej mi ostatnio. Miewam wprawdzie dalej te swoje chwile melancholii, ale nawet one przybierają raczej formę łagodnego odrętwienia niż dotkliwego smutku. Nie wierzę w żadne znaki, przepowiednie, horoskopy itd., ale ten rok rzeczywiście zaczął się nieźle. I to zupełnie bez konkretnej przyczyny. Począwszy od przyjemnie spędzonych świąt u rodziny A. (i kto to mówi? Ja - dzik).

Część tego dobrego samopoczucia przypisuję paru rzeczom, które w zeszłym roku zrobiłam, całkiem niespodziewanie zresztą i z początkową niechęcią. Broniłam się jak mogłam przed zaangażowaniem w kocie sprawy, bo wiedziałam, że wszelkie niepowodzenia będę znosić bardzo źle; moja (nad)wrażliwość nie pozwala mi działać - tak myślałam. Tymczasem, choć rzeczywiście parę spraw mogłam załatwić szybciej czy lepiej (a może nie mogłam?), a przy kilku innych okazałam się bezsilna, to jednak summa summarum czuję ogromną satysfakcję. Każde uratowane kocie życie czy tego życia zwiększony komfort to poczucie, że coś ode mnie zależy, że mogę zmienić czyjś los tylko dzięki dobrej woli i odrobinie wysiłku.

Świata nie zmienisz
- to najgorsza postawa, jaką można przyjąć wobec otaczających nas nieszczęść. Zresztą takie przekonanie znika jak sen, gdy się człowiek wreszcie odważy zmieniać świat, mimo pozornego braku wpływu na bieg zdarzeń czy znikomości tego wpływu. I wcale nie trzeba się zaraz porywać z motyką na słońce. Naprawdę można (a nawet trzeba) zacząć od drobnostek, na miarę naszych aktualnych chęci i możliwości. Dla kotki z mojego bloku, którą wysterylizowałam, to ogromna różnica, że nie musi już rodzić co chwila i może troszczyć się wreszcie wyłącznie o siebie (co dla bezdomnego zwierzęcia nie jest przecież sprawą prostą). Dla czterech oswojonych kotów z działek, którym znalazłam fajne domy i nie muszą już marznąć na dworze, to też zmiana kolosalna. Jasne, że nie zmienię losu wszystkich kotów na świecie, ale zmieniłam los tych, które stanęły na mojej drodze. Już się nie boję działać. Nawet jeśli czasem boli, gdy jakiemuś kotu nie uda się pomóc lub gdy któryś nagle znika bez śladu...

Niesamowita jest ta zdolność człowieka do przekraczania własnych ograniczeń, gotowość do zmian mimo przekonania, że to niemożliwe i niewykonalne, ta rekonfiguracja pewnych postaw i struktur myślenia. Sporo nauczyłam się o sobie w ciągu zeszłego roku. Może antidotum na ból egzystencji jest skupienie się na pomocy innym istotom? Może sposobem na odzyskanie poczucia własnej wartości i sensu życia jest zerwanie z tym ogłupiającym egocentryzmem?

W kocim raju nie ma martwych myszy,
Zimnych piwnic i okrutnych dzieci,
Płaczu kociąt, których nikt nie słyszy,
Resztek jadła wrzuconych do śmieci.

W kocim raju nie mieszka się w brudzie,
Nikt nie bije i zły pies nie warczy,
W kocim raju są po prostu dobrzy ludzie,
I to kotom za niebo wystarczy.

                        Franciszek Klimek, "Koci raj"
sobota, 16 stycznia 2010
So quiet...

Who says I can't get stoned?
Turn off the lights and the telephone
Me and my house alone
Who says I can't get stoned?

Who says I can't be free?
From all of the things that I used to be
Re-write my history
Who says I can't be free?

               John Mayer, "Who says"

Za oknem uparcie biało. Nieustępliwie mroźno. Już od ponad dwóch tygodni. Lubię takie jasne zimowe przedpołudnia. Mogę wtedy bez wyrzutów sumienia zamknąć się w moim domu, skulić w sobie i poddać iluzji, że nie będę już więcej musiała stawiać życiu czoła, starać się ani wysilać, że nigdy nie przyjdzie wiosna z jej bezlitosnymi wymogami spacerów, spotkań, śmiechu i dobrego humoru. Że zapanuje wieczna zima. A z drugiej strony, patrząc na pokryte grubą warstwą zmrożonego śniegu ulice i trawniki, drżę o te wszystkie biedne kocie istnienia, skulone gdzieś z zimna przed zamkniętymi na głucho lub zakratowanymi z premedytacją piwnicznymi okienkami. U mnie na działce mają przynajmniej uchylone drzwi i mogą bez problemu wejść przez kratę do domku, a tam ogrzać się w wyściełanych poduszkami i kocami fotelach. I jedzenie mają w miskach. I moją uwagę. Chociaż tyle.

U Marka N. dziś lekko, łagodnie i wspomnieniowo. Bardzo odpowiednio do tej zimowej aury. Ewa Demarczyk, Bryan Adams,  Kate Bush, Ruby z Don't Take Your Love To Town, America i Horse With No Name. Żadnego ostrego rocka ani mocnych jazzowych rytmów. Muzyka brzmi jak wygenerowana wprost spod śnieżnego puchu. Idealnie zestrojona z tym cichym nieruchomym pejzażem.



Dziś chyba nie ruszę się z domu na krok. Po wczorajszej wizycie w bibliotece mam teraz obok siebie stosik lektur, którego napoczęcie odkładam z perwersyjną przyjemnością, bo nie zdecydowałam się jeszcze po którą książkę najpierw sięgnąć. Piramidy Pratchetta, Opowieści z Ziemiomorza Le Guin czy może ostatni tom Harry'ego Pottera? Po okresie czytania głównie publicystyki i eseistyki znów mam wielką ochotę zanurzyć się w całkiem zmyślony świat i dać porwać czystej rozrywce. Chociaż Heban Kapuścińskiego też czeka na swoją kolej.

A w ramach filmowych seansów i u mnie nostalgicznie. Ostatnio głównie przypominam sobie filmy oglądane po raz pierwszy kilka lub kilkanaście lat temu. I przy okazji odkrywam jak się zmieniłam. American Beauty, obraz, który w roku 1999 wbrew powszechnemu zachwytowi przyjęłam bardzo sceptycznie, teraz ukazał mi zupełnie nowe treści i wyzwolił nieobecne wcześniej emocje. Rewelacyjny Kevin Spacey, ale też dyskretny humor i bezlitośnie trafna diagnoza międzyludzkich relacji. Titanic, tak jak podejrzewałam, dalej nie wzrusza cokolwiek powierzchownym i w przyspieszonym tempie rozegranym romansem (chociaż Di Caprio wyczynia cuda, żeby go uwiarygodnić i do pewnego stopnia mu się udaje), ale za to cała sekwencja tragicznego końca Titanica - naprawdę godna nagród. No i poza tym ten seans znakomicie wpisuje się w moje ostatnie zainteresowanie i fascynację początkami XX wieku. Za to Przesłuchanie Bugajskiego rozczarowało po latach. Temat już tak nie szokuje, a wykonanie pełne jest klisz i zgranych chwytów. Plus sztuczna i nadmiernie czasem rozhisteryzowana Janda.

Dziś wieczorem zafunduję sobie powtórkę Pamięci absolutnej. Chociaż nie wiem czy powinnam, bo to ponoć męska rzecz, jak głosi tytuł cyklu w ramach którego TVP1 nadaje ten film... Hm.
piątek, 08 stycznia 2010
Nohavica po polsku





Pierwsza fotografia Hitlera

A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku?
Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów!
Może wyrośnie na doktora praw?
Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej?
Czyja to rączka, czyja, uszko, oczko, nosek?
Czyj brzuszek pełen mleka, nie wiadomo jeszcze:
drukarza, konsyliarza, kupca, księdza?
Dokąd te śmieszne nóżki zawędrują, dokąd?
Do ogródka, do szkoły, do biura, na ślub
może z córka burmistrza?

Bobo, aniołek, kruszyna, promyczek,
kiedy rok temu przychodził na świat,
nie brakło znaków na niebie i ziemi:
wiosenne słońce, w oknach pelargonie,
muzyka katarynki na podwórku,
pomyślna wróżba w bibułce różowej,
tuż przed porodem proroczy sen matki:
gołąbka we śnie widzieć - radosna nowina,
tegoż schwytać - przybędzie gość długo czekany.
Puk, puk, kto tam, to stuka serduszko Adolfka.

Smoczek, pieluszka, śliniaczek, grzechotka,
chłopczyna, chwalić Boga, i odpukać, zdrów,
podobny do rodziców, do kotka w koszyku,
do dzieci z wszystkich innych rodzinnych albumów.
No, nie będziemy chyba teraz płakać,
pan fotograf pod czarną płachtą zrobi pstryk.

Atelier Klinger, Grabenstrasse Braunau,
a Braunau to niewielkie, ale godne miasto,
solidne firmy, poczciwi sąsiedzi,
woń ciasta drożdżowego i szarego mydła.
Nie słychać wycia psów i kroków przeznaczenia.
Nauczyciel historii rozluźnia kołnierzyk
i ziewa nad zeszytami.

                                  Wisława Szymborska
21:28, aniaposz , Muzyka
Link Komentarze (12) »
środa, 06 stycznia 2010
Charlie - moja miłość



To się zaczęło w zeszłym roku jakoś na początku marca. W pewne niedzielne przedpołudnie włączyłam TVP Kultura i zaczęłam oglądać od niechcenia czarno-biały film. Jak się później okazało - Dzisiejsze czasy Chaplina. Trafiłam na jedną z początkowych scen w fabryce, gdy Charliego ogarnia szaleństwo i zaczyna mechanicznie powtarzać ruchy przykręcania śrub, które cały dzień wykonywał stojąc przy taśmie produkcyjnej. Zupełnie jak obecnie, pomyślałam. Też można zwariować od natłoku bezmyślnych, automatycznych zadań i idiotycznych poleceń, które nie prowadzą do realnego wzrostu efektywności, pozwalają za to zlecającym poczuć się lepiej. No i wsiąkłam, bo film, choć realizowany w połowie lat 30. XX wieku, to ani trochę nie stracił na aktualności. Niestety.

Ale to jest właśnie siłą filmów Chaplina. Ponadczasowość, uniwersalizm, wieczna aktualność. Bo tak naprawdę tematem jego filmów wcale nie była wielka polityka (Dyktator), ekonomiczne trendy (Dzisiejsze czasy) ani społeczne podziały (Światła wielkiego miasta), tylko ludzka natura. Zaryzykuję stwierdzenie, że te obrazy nigdy się nie zestarzeją, a przynajmniej nie zestarzeją się dopóty, dopóki ludzie wciąż będą ludźmi ze swoimi odwiecznymi słabościami, niegodziwościami, a jednocześnie zadziwiającymi ich samych nagłymi porywami serca. To kino przenikające na wskroś istotę człowieczeństwa. Tak jakby Chaplin widział więcej, dalej i lepiej niż większość z nas.



Charlie Chaplin to jedna z tych wielkich postaci na przestrzeni dziejów ludzkości, która daje odbiorcom ogromnie dużo, której dzieła - nawet oglądane po raz setny czy po kolejnych 100 latach - zawsze będą zadziwiać psychologiczną prawdą, celnością obyczajowej obserwacji i świeżością spojrzenia. Jak komedie Moliera, jak dramaty Szekspira. W jego filmach zachwyca mnie najbardziej nie tyle sprawność realizacyjna, pomysłowość, dowcip, ile mądra refleksja, samoświadomość, klasa i głębokie pokłady humanizmu. A wszystkie swoje wizje umiał przekazać w prosty i zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, sposób. Bawiąc i wzruszając jednocześnie i to bez popadania przy tym w naiwność i sentymentalizm.



Szkoda, że filmowa biografia Chaplin w reżyserii Richarda Attenborough jakością nawet się nie przybliża do wielkości dzieł jej bohatera. Brak jest jakiegoś rysu indywidualnego, jakiegoś niebanalnego pomysłu, który odróżniałby ją od setek innych. Życie jednego z największych geniuszy kina rozłożone na części, złożone ponownie w milusią całość i równiutko przycięte, żeby przypadkiem nic nie wystawało ponad foremkę. Ekscytujące to jak notka w encyklopedii: urodził się, ożenił, nakręcił tyle i tyle filmów, miał tyle i tyle dzieci, kropka. Przekrojowość i powierzchowność zarazem, bo więcej niekoniecznie znaczy lepiej. Dowiedziałam się paru szczegółów z życia Chaplina, ale wcale nie mam wrażenia, że dokładniej go poznałam, że jest mi bliższy. Sporo w tym filmie wykalkulowanych wzruszaczy i uproszczeń. Plusy to parę nawiązań do filmów Chaplina i bardzo dobry Robert Downey Jr. w roli tytułowej. Ale generalnie i tak najważniejszą nauką płynącą z tej biografii jest padająca w pewnym momencie z ust Chaplina kwestia: Jeśli chcesz mnie zrozumieć, obejrzyj moje filmy.



W tym swoim skupieniu na człowieku, uwadze poświęconej jego niedoskonałej naturze, ułomnościom, zaletom i sprzecznościom  Charlie Chaplin przypomina mi dwóch innych podziwianych przeze mnie twórców - Lema i Szymborską, których esencja pisarstwa to również człowiek. Ale podczas gdy Lema charakteryzuje mizantropijny humanizm, jak trafnie określił jego postawę Wojciech Orliński w książce Co to są sepulki, Chaplin w swojej analizie natury ludzkiej jest chyba jednak bliższy pogodnej zadumie.



Stanisław Janicki o Chaplinie: Charles Chaplin

W 2008 roku do repertuaru polskich kin weszły trzy filmy Chaplina: Brzdąc, Gorączka złota i Dyktator, a promujące je świetne plakaty nawiązują stylistyką do najlepszych lat polskiej szkoły plakatu - prosta forma, oszczędna kolorystyka i to, co najważniejsze, czyli pomysł wydobywający samo sedno filmowej opowieści.

11:42, aniaposz , Kino
Link Komentarze (14) »