Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
poniedziałek, 23 stycznia 2012
E-booki? Nie, dziękuję.
Szwagier A. kupił sobie Kindle'a. Dzięki temu mogłam zweryfikować moje podejrzenia i przeczuwaną zaledwie niechęć potwierdzić w praktyce. Oprócz takich, czysto technicznych, niedogodności jak za mały wyświetlacz (wiem, wiem, można powiększyć czcionkę, ale to nie poprawia komfortu czytania), jest to po prostu coś zbyt odległego od książki, jaką znam i kocham, żeby mogło mi ją kiedykolwiek zastąpić.

Kiedy po raz pierwszy wzięłam do ręki czytnik, towarzyszyło mi oczywiście zaciekawienie, ale jednocześnie też coś na kształt... odrazy. Jakbym była świadkiem dokonywania profanacji na świętym przedmiocie. Książka, która dla mnie nie sprowadza się i nigdy nie sprowadzała wyłącznie do treści, zredukowana została do ciągu literek za szybką. A lektura to również fizyczny kontakt z książką. Z książką, a nie z prostokątnym kawałkiem plastiku. Czytanie to także magiczny moment pierwszego otwarcia okładki, jej faktura i wygląd, zapach papieru, szelest kartek, obserwowanie ile się już przeczytało, a ile zostało do końca, wyczuwanie pod palcami kształtu książki i jej ciężaru. Korzystanie z czytnika było jak lizanie lizaka przez szybkę - czułam dystans, barierę, której nie mogłam sforsować. Tak jakby gdzieś blisko było coś upragnionego, a ja mogłam tylko patrzeć, ale nie wolno mi było wejść i dotknąć.

I jeszcze jedna rzecz: możliwość robienia notatek na marginesach - odręcznie, ołówkiem. Lapidaria Kapuścińskiego mam całe popodkreślane i pozaznaczane, z mnóstwem dopisków. Czytałam je z ołówkiem w ręku i uwielbiałam uzupełniać o własne refleksje, które akurat przyszły mi do głowy podczas lektury. Jak w ogóle porównać ten spontaniczny impuls zaznaczenia szybko jakiegoś fragmentu czy odręcznego skomentowania jakiejś trafnej uwagi z mozolnym, literka po literce, wystukiwaniem notatki na niewygodnej ekranowej klawiaturze?

Mam nadzieję, że nie dożyję czasów, w których zniknie papierowa książka. Ale też, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to prędko nastąpiło (o ile w ogóle). Budująca jest świadomość, że nawet młode pokolenie niekoniecznie przesiada się masowo na e-booki. Znam kilku gimnazjalistów, którzy twardo obstają przy papierowych wydaniach. Kontakt z książką, również jako przedmiotem, jest dla wielu osób po prostu zbyt intymny i wielowymiarowy, żeby mogli się przesiąść na coś tak dalece książki nieprzypominającego.
11:45, aniaposz
Link Komentarze (8) »
Duchem i ciałem
 

Po intensywnym weekendzie - z wódeczką, wizytą w restauracji (to akurat niewypał - drogo i niesmacznie) i nocnymi Polaków rozmowami, potrzebuję wyciszenia we własnym domu i pobycia tylko we własnym towarzystwie. Lubię zarówno jeden, jak i drugi sposób spędzania czasu. I jeden bez drugiego nie miałby takiego uroku.

Wczoraj skończyłam czytać książkę Mary Roach Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego. Moim pierwszym spotkaniem z tą autorką była rzecz o o wdzięcznym i wiele mówiącym tytule Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków. Roach prezentowała tam w zabawny (!) sposób wielość i różnorodność zastosowań martwych ciał, ofiarowanych nauce za życia ich właścicieli. Tu i ówdzie czytałam zarzuty, że styl książki jest nieco zbyt frywolny jak na taką tematykę, ale myślę, że gdyby Roach wzięła się za sprawę poważniej (jeśli chodzi o ton narracji, bo naukowej skrupulatności nie można jej odmówić) nie dałoby się tego czytać. Tylko żart, śmiech stwarzają odpowiedni dystans i pozwalają czerpać z lektury przyjemność bez popadania co chwila w egzystencjalną zadumę.

Idąc za ciosem sięgnęłam po Ducha. Życie pozagrobowe i w ogóle zjawiska paranormalne to temat, w którym tyle jest domysłów, miejskich legend, plotek i fałszerstw, że trudno w tym gąszczu wyłowić jakieś fakty. Czytając pierwsze rozdziały odniosłam wrażenie, że autorka wcale tego nie ułatwia, rozbijając narrację na mnóstwo pojedynczych epizodów, anegdot i dygresji oraz dodatkowo mieszając prawdę z iluzją. Treść wydała mi się za mało merytoryczna i demaskatorska, a styl zbyt sowizdrzalski. Ale kiedy się już do tych cech prozy Roach przywyknie, czyta się szybko i gładko, zwłaszcza, że im dalej, tym ciekawiej.

Od opisów historycznych prób fizycznego poszukiwania duszy w ludzkim (i zwierzęcym) ciele oraz eksperymentów z jej ważeniem (słynne 21 gramów) przechodzimy przez czasy ektoplazmy i wirujących stolików, aż do współczesnych badań wspartych najnowszymi osiągnięciami nauki i techniki. I właśnie te ostatnie zagadnienia są najciekawsze, bo jednak w dużej części weryfikowalne (poza tymi przypadkami, w których badacze są mocno na bakier z metodologią i właściwie nie robią nic ponad potwierdzanie własnych tez w wątpliwych eksperymentach). I wtedy okazuje się na przykład, że wrażenie czyjejś obecności można wywołać poprzez odpowiednią stymulację mózgu, a wizje "duchów" mogą być całkiem prawdopodobną reakcją na nagromadzenie w danym pomieszczeniu fal elektromagnetycznych lub obecność silnego źródła infradźwięków.

Oczywiście i tak pozostaje sporo pytań, ale najogólniejsza konkluzja jest taka, że wciąż nie znaleziono bezspornego dowodu na istnienie jakichkolwiek zjawisk paranormalnych. Jest za to całe mnóstwo fałszywych tropów, zarówno będących efektem świadomej manipulacji, jak i nieświadomych urojeń. Po tej lekturze jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że cały wysiłek rzetelnych naukowców i demaskatorów i tak na nic się nie przyda, bo prawda jest tylko jedna, a fałszerstw, oszustw i bredni całe mnóstwo.