Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 29 lutego 2008
Wojna Charliego Wilsona

 "Wojna Charliego Wilsona", 2007, reż. Mike Nichols

Muszę zacząć ostrożniej dobierać filmy. Rzuciłam się ostatnio na nowości, bo wydawało mi się, że jest wysyp co najmniej przyzwoitych filmów. Nieprawda. Stara zasada o przewadze przeciętności sprawdza się zawsze bez pudła. Statystycznie niemożliwa jest podaż samych rewelacyjnych dzieł. :)

"Wojna Charliego Wilsona" to taki typowy przeciętniak, chociaż temat jest w sumie dość ciekawy. Pomniejszy kongresman z Teksasu mocno przejmuje się wojną w Afganistanie i postanawia wspomóc Afgańczyków w walce z wrogiem nr 1, czyli przerażającym widmem komunizmu. Dokonuje cudów w sztuce dyplomacji i negocjacji, nakłaniając muzułmanów i żydów do zawarcia strategicznego sojuszu for greater good, przekonuje Kongres do zwiększenia budżetu na realizację swojej wizji i triumfuje, widząc pierwsze helikoptery armii radzieckiej zestrzelone pociskami ziemia-powietrze. 

Niestety ogląda się ten film zupełnie bez zaangażowania, a z czasem nawet ze znużeniem. Lekka tonacja wcale nie pomaga. Jest chyba wręcz przeciwnie - spłyca całą historię, sprowadzając ją do opowiastki o determinacji trójki dziwaków opętanych ideą walki z komunizmem. Jasne, z wyżyn XXI w. doskonale wiemy, jak to się wszystko skończyło i że świętą rację miał Mistrz Zen, który wszelkie wydarzenia, w danej chwili oceniane jednoznacznie przez innych jako dobre lub złe, kwitował słowami "we'll see". Ma się pewną przyjemność, patrząc na to, co jest już historią, to coś jak podróż w czasie - można przyglądać się dawno minionemu i kiwać głową w poczuciu wyższości. Ale to za mało na satysfakcję z seansu.

Poza tym "Wojna..." zagrana jest średnio - Tom Hanks jest po prostu Tomem Hanksem, Julia Roberts skrywa wszelką mimikę pod nieruchomą maską makijażu i tylko Philip Seymour Hoffman jest jak zawsze niezawodny i próbuje wykrzesać jakąś iskrę indywidualizmu z kreowanej postaci, co mu się zresztą udaje.

21:56, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
Grunt to pewność siebie

Moja lektorka, sądząc z tego co o sobie mówi, umie wszystko. Jest najlepsza, najbardziej operatywna, najmądrzejsza i nie ma takiej rzeczy, której by do tej pory nie przeżyła. Starczyłoby na kilka życiorysów. Co powie, to wszystkim szczęki opadają, bo to prawie historia nie z tej ziemi, a w każdym razie bardzo weird. Do tego opowiada o tym takim lekkim naturalnym tonem, jakby chodziło o ugotowanie obiadu albo pozmywanie. A ona na przykład tłumaczy 50 stron technicznego tekstu w dwa dni! Wow! Albo wspomina, niby od niechcenia, jak to jej przyjaciele z UK dziwią się z jak wspaniałym oxfordzkim akcentem mówi. No szok! A to tylko takie tam drobne fakty w porównaniu z niektórymi z lubością nam przytaczanymi podczas zajęć (in English, of course, so she cannot be accused of neglecting her students, whatsoever!). No ale cóż, widocznie tego potrzebuje. Gorzej, jeśli klepie bzdury, że zęby bolą, tonem wszystkowiedzącego autorytetu. Bo (jednak!) są takie rzeczy, których nie wie. Oczywiście nikt wszystkiego nie wie i to jest normalne. Fajnie, jak się jest tego świadomym.

Ostatnio mieliśmy temat o hobbies. Książki, filmy, takie tam. Different genres. Kilka obrazków przedstawiających sceny ze znanych filmów, m.in. Star Wars. Ktoś mówi: "science fiction". A ona na to: "No, this is not science fiction. Believe me, I know. This is fantasy. Science fiction is something that's not made up, like 'Apollo 13' for instance." Z wrażenia zapomniałam języka w gębie. A zresztą... jaki jest sens dyskusji z przekonaniem o własnej nieomylności?

czwartek, 28 lutego 2008
4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

 "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni", 2007, reż. Cristian Mungiu

Wreszcie obejrzałam film, który wywołał ekstazę w Cannes i oburzenie z powodu pominięcia przy nominacjach do Oscarów. W kilku słowach mogę o nim napisać: dobry, poruszający i świetnie zrobiony. Nie jest to jednak dla mnie w żadnym razie film wielki, jak piszą o nim niektórzy. Po pierwsze sam temat jest już tak na wszystkie strony przemielony i wyciśnięty, że trudno o większe wzruszenia. Wiadomo, dramat kobiety, arogancja i bezduszność tego, od kogo w danym momencie życiowym zależy wszystko, potworny strach i samotność nawet, jeśli ma się koło siebie życzliwą osobę. Jeśli ktoś sobie z tego nie zdawał sprawy przed obejrzeniem filmu Mungiu i dopiero ten naturalistyczny surowy obraz otworzył mu oczy, to cóż, dobre i to. Ja nie dowiedziałam się niczego nowego, a dodatkowo wcześniej widziałam amerykańską produkcję "Gdyby ściany mogły mówić", również podejmującą tę tematykę, no i "Verę Drake".

Trzeba natomiast przyznać, że Mungiu miał świetny pomysł na realizację swojego projektu - akcja toczy się w ciągu zaledwie jednego dnia, towarzyszymy dwóm dziewczynom (choć głównie energicznej, dźwigającej cały ciężar tego przedsięwzięcia Otilii) we wszystkim, co robią. Reportażowy, dokumentalny styl nie pozwala na dystans. I chociaż nie jestem jego entuzjastką, wygląda na to, że - jak wszystko - sekret tkwi we właściwym zastosowaniu tej konwencji. No i przede wszystkim w scenariuszu! Scenariusz jest tutaj idealnie precyzyjny, nic nie dzieje się przypadkiem, każda wymiana zdań jest ważna, każda następna wynika z poprzedniej, wszystko, nawet pozorny brak związku z fabułą, ma cel (jak choćby bezładna paplanina biesiadników na urodzinach matki Adiego). Scenariusz, scenariusz, po trzykroć scenariusz! :) Improwizacja nigdy nie wychodzi filmowi na dobre, bo wbrew zamiarom i celowi, by było jak najbardziej 'naturalnie', wypada zawsze sztucznie i głupio.

Na koniec powiedziałabym tak: tematyka trudna i ważna, ale nowych obszarów nie odkrywa, za to realizacja to majstersztyk.

10:53, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
środa, 27 lutego 2008
Kochaj szefa swego, możesz mieć gorszego

Niektórzy ludzie za nic nie powinni zajmować kierowniczych stanowisk. Nie nadają się do tego. Bez względu na to na ile szkoleń z tzw. umiejętności miękkich zostaną wysłani przez matuszkę firmę, pozostaną tak samo niekompetentni jak przed wywaleniem grubych tysięcy na szkolenia menadżerów. Co wynoszą z takich spotkań? Ano, żeby np. uśmiechać się do wszystkich i na dzień dobry pytać jak mama, babcia, pies i wszyscy święci. A pracownicy wyczuwają fałsz na kilometr. Albo masz dobre podejście do ludzi, albo nie. As simple as that. Trudno i darmo, a wszystkie te szkolenia to tylko sprytny sposób na wyciągnięcie korporacyjnej kasy. Oczywiście, to co się na nich mówi, to wszystko prawda, nic tam nie stoi w sprzeczności z odkryciami psychologii, a czasem nawet jest rzeczywiście atrakcyjnie podane. Co z tego, skoro menadżerowie po pierwsze zbyt są zaabsorbowani codziennymi sprawami, żeby wzbudzić w sobie zainteresowanie (na przykład potrzebują przede wszystkim szkolenia z Excela, żeby sprawniej przeprowadzać analizy; to jak z piramidą potrzeb Maslowa - na co Proust jak nie masz co do garnka włożyć?), a po drugie przyswojenie wiedzy a przełożenie jej na praktyczne sytuacje to dwie różne sprawy.

Jak się ma naturalny talent, inteligencję społeczną, to nie potrzeba szkoleń, a jak się jest emocjonalnym kaleką, to nic nie pomoże i taka jest brutalna prawda. Skutkiem co najwyżej są właśnie takie kuriozalne sztuczne zachowania, kiedy sobie taki przeszkolony menadżer nagle przypomni co pan na kursie mówił i włącza nagle jakąś aktywność, zupełnie niepasującą do jego dotychczasowego 'image'u', przez co wzbudza w pracownikach w najlepszym wypadku konsternację, a w najgorszym staje się obiektem drwin, że "nieźle go tam ustawili na tych szkoleniach".

Mój szef szuka ostatnio u mnie rady. :/ Akcja badania satysfakcji pracowników wypadła w skali firmy nie za dobrze, a i jego osobiste wyniki chyba nie bardzo, skoro zapowiada, że będzie chciał wykorzystać moją 'psychologiczną perspektywę'. Tyle że ja mu już różne rzeczy po drodze mówiłam i nic nie pomaga. Nic innego powiedzieć mu nie zamierzam. Nie wiem na co liczy, na zdradzenie jakiegoś cudownego sekretu? Jestem w bardzo niezręcznej sytuacji, bo jakże mam mu obmyślać linię postępowania z podwładnymi, skoro sama do nich należę? Mam się stawiać do nich w opozycji i udawać, że ja szefa oceniam lepiej niż inni, że to ja byłam jedyną wierną? Pomijając, że to nieprawda, włażenie w tyłek to nie moja dziedzina. A poza tym... rozmowy z nim to jak grochem o ścianę, więc po co?

Wszystko będzie dobrze

 "Wszystko będzie dobrze", 2007, reż. Tomasz Wiszniewski

Michał Chaciński z Esensji tak rozpoczął swoją mini-recenzję: "Czy jeśli film skutecznie omija wszystkie miejsca, w których obawiałem się kompletnej żenady, to już wystarczy na określenie 'dobry'?" Pełna zgoda. :) Chociaż nie świadczy to najlepiej o kondycji polskiej kinematografii. 

Właściwie powinnam na ów film machnąć ręką albo, obejrzawszy, pojechać po całości, bo to konstrukcja ulepiona z przeżutego na papkę materiału - relacja dziecko-dorosły, którą nie wiedzieć czemu odkryli nagle polscy twórcy i rzucili się na tę stęchłą koncepcyjną padlinę jakby była świeżym mięskiem; za motor fabularny służy umierająca na raka matka, a czas ekranowy wypełniają zmagania syna, który biegnie do Częstochowy, licząc na cud uzdrowienia. Powinno więc być arcydramatycznie, dławiąco-sentymentalnie i kiczowato. Ale nie jest, a przynajmniej nie do końca. Reżyser naprawdę całkiem zgrabnie lawiruje między kolejnymi pułapkami, nieuchronnie czyhającymi pośród tak wytartych pomysłów. Do tego, niesamowite!, przyzwoita rola chłopca. Moim zdaniem Wiszniewskiemu udało się złapać równowagę między tanim wyciskaczem łez a celowo nijakim artystowskim eksperymentem.

Oczywiście ten film nie byłby nawet w połowie tak dobry, gdyby nie rewelacyjny Więckiewicz w roli wiecznie pijanego trenera. :) To on nadał tej produkcji lekkość, paradoksalnie, bo temat alkoholizmu to akurat jedna z ostatnich rzeczy, z których należałoby się śmiać. Ale po prostu nie dało się zachować powagi, gdy jego bohater strzela oczami w poszukiwaniu okazji do kolejnego kielicha albo gdy z uśmiechem błogości otwiera kolejną puszkę piwa. :) I zresztą... dzięki temu ten film nie popada w przesadne moralizatorstwo, a przecież sceny, w których Andrzej zmaga się ze skutkami odstawienia alkoholu, ani trochę nie tracą na sile, wręcz przeciwnie - przez kontrast z wcześniejszymi obrazkami radosnego upojenia, są jeszcze bardziej sugestywne.

No więc faktycznie wygląda na to, że jeśli polski film mnie nie usypia, nie irytuje i nie zniesmacza, to już jestem gotowa śpiewać peany. :) Mogłabym może napisać parę słów o wadach i kalkach (np. podobne 'rozmowy z Bogiem' i swoisty 'układ' w "Przełamując fale"), ale po prostu mi one nie przeszkadzały.

12:34, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lutego 2008
Juno

 "Juno", 2007, reż. Jason Reitman

"Juno" Reitmana, jak już pisałam poprzednio, nie umywa się ani do jego dubiutanckiego "Dziękujemy za palenie" ani do zeszłorocznej "Małej Miss", też produkcji spoza szerokiego nurtu hollywoodzkiego kina. Poza fajną czołówką (znów!), nie ma się absolutnie czym zachwycać. To nie jest nawet 'miły' film w takim sensie, w jakim była nim "Mała Miss" czy "Amelia". Bohaterka jest irytująca i nie ma dla tej jej buntowniczej pozy żadnego uzasadnienia ani kontrtła w postaci 'złych innych'. Kiedy po raz kolejny paplała tak beztrosko i bez składu, miałam ochotę uciszyć ją with the words of kindness: "shut the fuck up!". :)

Osobna sprawa to to, że nie śmieszą mnie komedie z kobietami w ciąży w rolach głównych. Nie jest to temat szczególnie zabawny sam w sobie, a wątek tchórzliwych przyszłych tatusiów i zdeterminowanych mamuś wyeksploatował się już do cna. Przyznać trzeba, że ostatnie tego typu filmowe projekty próbują ten schemat redefiniować. Mężczyźni stali się bardziej odpowiedzialni, czasami (nie wiem nawet czy zgodnie z zamierzeniami twórców) wypadają lepiej pod tym względem niż kobiety ("Wpadka"). Zresztą stanowi to też jedną z nielicznych zalet "Juno" – oboje są nieprzygotowani na dziecko, a Bleeker pod żadnym względem nie przypomina nastawionego na seksualne przygody młodego samczyka (to Juno zresztą wykazuje się inicjatywą i Juno zakłada, błędnie, że Bleeker, jako "typowy samiec" uchyli się od odpowiedzialności, więc zostawia go pierwsza, nie licząc na pomoc). Tyle, że żadne to odkrycie dla ludzi, niekoniecznie dzielących świat na męsko-damski, a poza rozwaleniem tej ideologii, nie ma nic więcej.

12:37, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
Pooskarowe refleksje

Po raz pierwszy i ostatni obejrzałam w całości oscarową galę. To absolutnie nie mój typ rozrywki. Sztuczność, pozór, fałsz i pustka. Żenujące żarty prowadzącego, przeplatane wciąż tymi samymi słowami nagrodzonych: "thank you, Academy, thanks to my family and of course... oh, it's so wonderful to be here!". Uczestnicy mówią o tym wydarzeniu autoironicznie - "vanity fair", że niby wiedzą, puszczają oko, tacy są cool, a skoro zdają sobie sprawę, to już są niejako rozgrzeszeni. Ja ledwie wytrzymałam do rana i raczej tego wyczynu w przyszłych latach powtarzać nie będę. Wszystko wyreżyserowane, żadnych zaskoczeń, ślicznie, gładko i nudno. Gorzej jest chyba tylko na Eurowizji. ;)

Osobna sprawa to werdykty, bo właściwie o to się wszystko rozbija (ten strajk scenarzystów mógł jednak trwać :)). W najważniejszej kategorii pozostaje mi do obejrzenia jeszcze tylko "There Will Be Blood". Przed chwilą widziałam "Juno", no i rozczarowałam się trochę. A nawet więcej niż trochę. W porównaniu z przewrotnym i ostrym "Dziękujemy za palenie", "Juno" to komedyjka dla nastolatków. W sumie chyba cieszy mnie wygrana "No Country for Old Men", bo to jednak kawał dobrej roboty, a w każdym razie najlepszej z puli. ;)

O moim zachwycie Tildą Swinton pisałam przy okazji "Michaela Claytona". Oscar zasłużony. To samo z Marion Cotillard, która stworzyła kreację niewspółmiernie dobrą w stosunku do średniej jakości filmu. Natomiast "Pokuta" na pewno zasłużyła na docenienie ścieżki dźwiękowej. Gdyby dostała więcej, odbiłoby się to po jakimś czasie czkawką, jak w kilku przypadkach spektakularnych pomyłek Akademii, np. obsypania Oscarami rozdmuchanego gniota pt. "Titanic". :P Sprawiedliwości stało się więc zadość. :)

16:04, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
niedziela, 24 lutego 2008
Posterunek graniczny

 "Posterunek graniczny", 2006, reż. Rajko Grlić

Film ze względu na wojskową tematykę, miejsce i czas akcji oraz narodowość reżysera porównywany z "Ziemią niczyją". Poza tym oba obrazy można chyba nazwać komediodramatami. Ale jeśli już porównywać, to zwycięsko wychodzi z tej konfrontacji "Ziemia niczyja". "Posterunek graniczny" to taki folklor, dużo nieskomplikowanego humoru (który akurat niespecjalnie trafia w moje gusta, a przypomina Benny Hilla) z doklejonym, zwłaszcza w końcówce, akcentem serio. Trochę zbyt serio moim zdaniem i przez to mało wstrząsającym. Jest parę świetnych fragmentów, m.in. znakomita, gęsta emocjonalnie scena na targu, kiedy Sinisa i Mirjana wpatrują się w siebie, a z ekranu prawie strzelają iskry. ;) W ogóle ten miłosny wątek, choć tak banalny, jest ślicznie opowiedziany. Przyspiesza oddech. :) A aktorka, grająca Mirjanę bardzo w moim typie. :) Żadna tam zniewalająca doskonała piękność, za to masa wdzięku.

Moja ocena jest wyższa niż powinna być ze względu na klimat. Te bałkańskie rytmy, wyczuwalny upał południa Europy, góry. Uwiodło mnie to wszystko (plus romans, a rzadko się zdarza, żeby mnie filmowy romans oczarował) - oglądałam z przyjemnością.

14:13, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 lutego 2008
If this is the answer, what is the question?

Żubrówka z sokiem jabłkowym jest odpowiedzią na wszelkie niedole tego świata. Odpowiedzią wprawdzie doraźną i niczego nierozwiązującą, ale przynajmniej jakąś. Jeśli żubrówka jest odpowiedzią, to jak brzmi pytanie? Żeby chociaż to wiedzieć! Ale pytania nie ma. Albo inaczej - jest ich dziesiątki, przy czym żadne konkretne. Żadne na tyle sprecyzowane, by można sformułować sensowny odzew. Byłam taka już od dziecka, już w wieku 14 lat pisałam w pamiętniku, że nie umiem okreśilć siebie w znanych kategoriach, że nie potrafię żyć jak inni i odnajdywać szczęścia w prostocie. Z wiekiem to się pogłębia. Czepiam się życia, bo inaczej egzystować się nie da, odnajduję radość w małych rzeczach, bo tylko one mają dla mnie znaczenie. Pielęgnuję wspomnienia chwil beztroski: w 2004 biegałam boso po trawie, a za mną biegli moi mali kuzyni, krzycząc i próbując za wszelką ceną dogonić tę rozchichotaną ciotkę. Sierpień, nowe dżinsy, słońce, błękit nieba, zieleń drzew. Moje życie to przebłyski wspomnień. Moje miasto poznaczone jest śladami mojej pamięci. Nie ma w moim życiu ciągłości. To oderwane kadry.

piątek, 22 lutego 2008
Michael Clayton

 "Michael Clayton", 2007, reż. Tony Gilroy

Zmuszam się ostatnio do wszystkiego. Pomijając moją frustrację wynikającą z faktu, że po raz pierwszy od 8 lat nie pojadę na narty (a wszystko na to wskazuje, bo po wodzie i ziemi raczej nie mam zamiaru jeździć), to naprawdę na nic nie mam ochoty. Tylko dzięki sile woli obejrzałam kolejną propozycję oscarową, czyli "Michaela Claytona". I teraz nie do końca wiem czy moje wrażenia nie są przypadkiem po części rezultatem ogólnego zniechęcenia. W każdym razie z tego typu kina wolę "Erin Brockovich" czy "A Few Good Men". Zwłaszcza "A Few Good Men", film przez cały czas trzymający w napięciu, czego o "Michaelu Claytonie" żadną miarą nie można powiedzieć.

Więcej niż o fabule i wywołanym wrażeniu, potrafię napisać o aktorach. Tilda Swinton, szczególnie na początku, w scenach, gdy przygotowuje się do wywiadu, genialna! I naprawdę wiarygodna, a wiem o czym mówię, bo w mojej firmie, w Centrali, jest taka jedna młoda ambitna, która jest idealną młodszą wersją granej przez Swinton buisinesswoman. Twarda jak stal wewnątrz, niczym taran prąca do przodu, ale na zewnątrz z wiecznie przylepionym uśmiechem, szczupła, delikatna, powściągliwa, polecenia wydająca głosem nieznoszącym sprzeciwu, ale jednocześnie spokojnym, aksamitnym, opanowanym, z doskonałą dykcją. Pierwsze wrażenie - co za kulturalna, miła i sympatyczna osoba! Well, just wait and see. :) And don't you dare get in her way. Przerażająca jest w swojej cichej determinacji.

A George jest jak wino. :) I nie dość, że miło na niego popatrzeć, to jeszcze z jaką przyjemnością słucha się jego głębokiego głosu. :) A w najbliższej przyszłości, wedle słów samego Clonneya, czeka go rola 'idioty' w kolejnej produkcji Coenów "Burn After Reading". :D Podoba mi się ten jego dystans do siebie. :) And his grey hair only adds to his attractiveness. :)

22:23, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4