Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 28 lutego 2009
In the blink of an eye

Ułamek sekundy. W drodze do biblioteki przy wejściu na schody - przypadkowe spojrzenie na wychodzącego ze sklepu mężczyznę. Kątem oka dosłownie zarejestrowane rysy twarzy. I nagłe uderzenie fali gorąca. Brak oddechu i drżenie rąk. Pędem na górę, nie oglądając się. Uciekam, bo...? Nie tak wyobrażałam sobie nasze spotkanie, jeśli to rzeczywiście on... Nie tak. Nie w zimowej kurtce, nie bez makijażu, nie z byle jak spiętymi włosami.

Za drzwiami biblioteki czuję się względnie bezpieczna. Ale tylko miotam się między półkami, nie mogąc się skupić na wyborze lektury. Cały czas słyszę własne bicie serca, wciąż nie mogę dojść do siebie, w uszach - szum. Wyglądam przez okno, by potwierdzić swoje przypuszczenia lub zyskać pewność, że się pomyliłam. Nie wiem czego chcę - zobaczyć, że to on, stwierdzić, że jednak nie, wyjść i przekonać się, że czeka na mnie? Ale ja nie jestem przygotowana na spotkanie z nim. Jeśli już, to miało być latem, ja w zwiewnej sukience, opalona, wyniosła i obojętna. Albo lepiej - beztrosko uprzejma, tą uprzejmością, która wynika z braku emocjonalnego zaangażowania, z uzyskanego wreszcie dystansu. Ten pozorny dystans zawsze pryskał bez śladu, gdy tylko na mnie spojrzał! Znów dałabym wiele, tak wiele za jego spojrzenie, które sprawiało, że czułam się najpiękniejsza na świecie... I chciałam być najpiękniejsza, wszystko miało sens - poranne wstawanie, tusz do rzęs, zapach perfum, książka, o której chciałam mu opowiedzieć. Słońce świeciło dla mnie, wiosna przychodziła dla mnie... Znów wszystko mnie boli w środku z tęsknoty.

To minie, wiem. Zapomnę o tym nic nieznaczącym epizodzie. Wrócę do równowagi, do codzienności bez niego. You will never be more than twist in my sobriety.
piątek, 06 lutego 2009
Pożegnanie z Afryką

"Pożegnanie z Afryką", 1985, reż. Sydney Pollack

To dopiero moje drugie spotkanie z prozą Karen Blixen. Właściwie też nie do końca - raczej z adaptacją jej prozy. A przecież mam kilka jej zbiorów opowiadań, w tym "Anegdoty o przeznaczeniu", pośród których jest "Uczta Babette". Piękny film na podstawie tego tekstu oglądałam kilka lat temu, ale nie zdawałam sobie wówczas sprawy, że autorką literackiego pierwowzoru jest właśnie Karen Blixen.

Teraz przyszedł czas na "Pożegnanie z Afryką" Sydneya Pollacka. Podchodziłam do tego filmu z rezerwą. Z kilku powodów. Opinie były różne - z jednej strony zachwyty, z drugiej - utyskiwania, że film zbyt długi i miejscami nużący. Znając własną niechęć do melodramatów i epickich obrazów, spodziewałam się raczej dołączyć po seansie do malkontentów. Poza tym nigdy nie przepadałam za Meryl Streep. "Co się wydarzyło w Madison County", gdzie tworzyli z Eastwoodem parę spóźnionych kochanków, okazało się jednym z bardziej irytujących i schematycznych filmowych romansów.

Tymczasem "Pożegnanie z Afryką" było miłą niespodzianką. Może rzeczywiście kilka cięć by nie zaszkodziło, ale poza tym to piękna opowieść o małej prywatnej Arkadii, o szczęściu, które przychodzi niespodziewanie w samym środku życia i o uczuciu, które uwiera i którego pragnie się jednocześnie.

Mieć taką odwagę - rzucenia wszystkiego i rozpoczęcia gdzieś daleko od zera! Wierzyć, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Karen znalazła swój kawałek nieba na ziemi wcale nie w dzieciństwie, nawet nie we wczesnej młodości. Miała lat prawie 30, gdy przyjechała do Kenii. I przecież nie od razu się zaaklimatyzowała. Zresztą borykała się z mnóstwem problemów - od osobistych, z niewiernością męża, po finansowe i bytowe, gdy zbiory kawy nie przynosiły zysków. Z czasem, po definitywnym rozstaniu z mężem, musiała ze wszystkim zmagać się sama. Czy już wtedy wiedziała, że po latach te właśnie dni wypełnione ciężką pracą i wiecznymi obawami o rentowność plantacji, będą jej najmilszymi wspomnieniami, chwilami, gdy czuła, że żyje naprawdę? To sceny tytułowego pożegnania z Afryką poruszyły mnie najbardziej. Przeczucie bezpowrotności, opuszczania czegoś najdroższego - własnego przeznaczenia i spełnienia.

No i Robert Redford jako Denys Finch Hatton. Mój typ mężczyzny, chociaż nie tylko o powierzchowność chodzi. Mentalnie i światopoglądowo był zdecydowanie ahead of his time. Cóż, swoim podejściem do związku i instytucji małżeństwa nawet dzisiaj mógłby bulwersować co bardziej konserwatywne umysły. Z jednej strony przypominał mi P., z drugiej - mnie samą. Może wcale się tak bardzo z P. nie różniliśmy? Właściwie wiedziałam to wcześniej; tylko moja desperacja pchała mnie wtedy do usiłowań, by uporządkować nasze relacje, co przecież nie miało żadnych szans powodzenia. Byliśmy na to oboje już zbyt doświadczeni, zbyt cyniczni. Wiedzieliśmy, że stabilizacja szybko i skutecznie zabiłaby to, co było tak ekscytujące dzięki nieokreśloności i brakowi perspektyw. Oboje zbyt kochaliśmy wolność i oboje już dobrze wiedzieliśmy, że konwencjonalny związek nie jest nam pisany. Tęsknię za nim... Bez względu na to jak bardzo się oszukuję i jak czasem udaje mi się o nim nie myśleć przez długi ciąg dni. Potem nagle śni mi się, że trzymamy się za ręce. I wszystko wraca...

Denys mówi do Karen, nagabującej go o małżeństwo: I don't want to live someone else's idea of how to live. [...] I don't want to find out one day that I'm at the end of someone else's life. I'm willing to pay for mine. To be lonely sometimes. To die alone, if I have to. I think that's fair. I jeszcze: I won't be closer to you and I won't love you more because of a piece of paper.

Denys mówi też coś, co niekoniecznie musi odnosić się jedynie do związków: Are we assuming there's one proper way to do all this? Wciąż zbyt wiele osób sądzi, że jest jakiś jeden właściwy sposób na życie, jedna droga, wybrukowana katolickimi przykazaniami i moralnymi wskazówkami, którą należy iść...
18:41, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
wtorek, 03 lutego 2009
Duchy Goi

"Duchy Goi", 2006, reż. Milos Forman

O "Duchach Goi" słyszałam zdania raczej niepochlebne. Długo zwlekałam z tym seansem. Zupełnie niepotrzebnie. Film bardzo mi się podobał - aktorsko, fabularnie i narracyjnie. Javier Bardem jako ojciec Lorenzo zupełnie inny niż w "No Country for Old Men", ale równie genialny. Sympatyczną kreację stworzył także Skarsgard jako Goya. Świetnie poradziła sobie Natalie Portman w potrójnej roli - młodej beztroskiej Ines, Ines obłąkanej, odzyskującej wolność po 15-letniej inkwizytorskiej kaźni i... córki Ines. Kompletnie nie rozumiem zarzutów pod adresem jej aktorstwa.

Charakter komentarzy do filmu świadczy o tym, że niezadowolenie odbiorców wynika głównie z niespełnionych oczekiwań. Że do "Amadeusza" daleko, że za mało miejsca poświęcono Goi i że to żadna biografia. Trochę to niesprawiedliwe czynić zarzut z tego, że film nie jest tym, czym nie miał wcale być. Może pokusa porównania z "Amadeuszem" jest trudna do odparcia, ponieważ w obu produkcjach występują postacie historyczne. Ale to jednak w założeniu zupełnie inne kino. Sławny kompozytor był centralną postacią filmu; Goya jest tylko pretekstem do opowiedzenia ciekawej historii. Jest bohaterem na równi z ojcem Lorenzo, Ines czy nawet tłem historycznym, które jest nie mniej istotnym elementem fabuły. Osobiście uwielbiam fikcyjne opowieści, w które wplecione zostały wątki dotyczące autentycznych postaci, by wymienić "Egipcjanina Sinuhe" Waltariego czy "Jonathana Strange'a i pana Norrella" Susanny Clarke. Film Formana po prostu nie jest, bo nie miał być, biografią Goi. Kropka.
18:23, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 lutego 2009
Kryzys wieku średniego?

Jeden z moich byłych chłopaków odnalazł Jezusa. Nie poznaję go zupełnie. Szkoda, że zgłupiał do szczętu, bo przyjemnie nam się od czasu do czasu gawędziło - o sztuce, o starych dobrych czasach, o miłosnych nadziejach i rozczarowaniach. Rzadko, bo rzadko, ale jednak dzwoniliśmy do siebie, czasem się spotkaliśmy. Dwa lata temu zorganizowaliśmy spotkanie ad hoc i przez pół nocy piliśmy wódkę i słuchaliśmy Bacha, wypłakując się sobie nawzajem w rękaw.

Pośród sporej liczby ważniejszych i mniej ważnych facetów z mojej wczesnej młodości, A. zajmował zawsze szczególne miejsce. Był pierwszym chłopakiem, z którym połączyła mnie ściślejsza więź duchowa. On zachwycał się moimi wierszami, ja - jego grą na gitarze i śpiewem. To było coś innego niż poprzedni związek, który sprowadzał się głównie do szalonej młodzieńczej fascynacji. To była wspólnota zainteresowań, filozofii życiowej, razem odkrywaliśmy smak seksu. Rozstaliśmy się z mojego powodu, bo zawsze byłam egoistką i wówczas ważniejszy był dla mnie wyjazd zagranicę i łapanie każdej okazji niż miłość, która - jak uznałam -  może poczekać. Nie poczekała, bo uniosła się słuszną dumą, choć nie obeszło się bez bólu. Po kilku latach potrafiliśmy już mówić o tym ze spokojem, a nasza relacja zaczęła przypominać coś na kształt niezobowiązującej przyjaźni.

Zawsze uważałam A. za rozsądnego człowieka, chociaż w ostatnich latach odnosiłam wrażenie, że o ile ja posuwam się jakoś do przodu, on stoi w miejscu. Coraz bardziej raziły mnie jego infantylne poglądy na niektóre sprawy. Tak jakby zatrzymał się na pewnym etapie, który stanowi kres jego możliwości. Ja jestem pod pewnymi względami zupełnie inną osobą niż w wieku 18 lat. Inaczej postrzegam rzeczywistość, inaczej tłumaczę zdarzenia, pod zupełnie innym kątem rozpatruję różne zjawiska. On - jakby wiele się nie zmienił. Dwa lata temu zaskoczył mnie opinią o filmie "Piła", który ja uważam za szmirowaty gore z pseudomorałem dla opornych, a on na serio się tym zachwycał, odnajdując pokłady głębokiej mądrości. Ale to oczywiście tylko drobny przykład szerszego zjawiska.

Powyższe można było jednak znieść, traktując zresztą jak kolejny temat do intelektualnych sporów. Ale kiedy ostatnio oświadczył mi przez telefon, że został gorliwym katolikiem, zaniemówiłam na minutę. Pisze mi w mailach, że będzie się za mnie modlił (bo, wierząc w reinkarnację, zostałam zmanipulowana przez szatana), pisze, jakim to wielkim grzechem jest seks przedmałżeński, nakłania do czytania Biblii i twierdzi, że odrzucając Słowo Boże prawdopodobnie nie będę zbawiona. Wszelkie moje próby racjonalnej dyskusji i sceptyczne uwagi odbiera jako atak na siebie i brak szacunku dla jego wiary. Ech...