Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 12 lutego 2010
Getting by

Śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu. Dawno już nie było takiej zimy. Mróz, jeśli jest, to całkiem reasonable, a ten biały świeży puch zdecydowanie dodaje światu uroku, więc ta zima w mieście zrobiła się zupełnie znośna. Ba! nawet zachęcająca do spacerów czy choćby wyjścia z domu. Na podwórku ogromne czapy uprzątniętego z chodników śniegu. Takie usypiska na poboczach pamiętam z dzieciństwa - dorównywały mi albo mnie przewyższały. Ale wtedy byłam sporo niższa... Wymyślam sobie sprawy do załatwienia, żeby móc się przejść - przed chwilą wróciłam z biblioteki, przytargawszy Kroki w nieznane - tom 2, To piekielne kino Kuczoka, Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej Kopra i... Moją autobiografię Chaplina!

Chyba pierwszy raz odkąd nauczyłam się jeździć na nartach, robię sobie przed wyjazdem porządny trening. Dwa tygodnie temu zmusiłam się wreszcie do założenia łyżew. I, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, wcale nie było najgorzej. Że z początku bolały nieprzyzwyczajone nogi, to oczywiste, ale z techniką naprawdę nieźle sobie radziłam. Poza tym codziennie 40-50 minut ćwiczeń w domu. I samopoczucie lepsze, i efekty widać. Chociaż ściągnąć się za uszy każdego wieczoru z wygodnej kanapy  wcale nie jest łatwo.

Zawodowo - udowadniam sobie, że mogę przestawić się na coś zupełnie innego niż robiłam dotychczas i że to może dawać sporą satysfakcję. Korepetycje z niemieckiego udzielane średnio uzdolnionemu językowo gimnazjaliście, który na początku semestru miał w głowie kompletny mętlik, a na półrocze otarł się o czwórkę. I, zupełnie niespodziewanie, propozycja udzielania regularnych lekcji angielskiego zmotywowanemu trzydziestolatkowi (praktycznie rzecz biorąc od podstaw, bo to false beginner). Szczególnie to drugie traktuję bardzo serio i - jeśli mojemu uczniowi nie zabraknie zapału - chciałabym osiągnąć z nim poziom co najmniej intermediate, a może i upper-intermediate. Przejrzałam kilkanaście podręczników, przeczytałam kilkadziesiąt opinii na ich temat, wreszcie wybrałam New English File: Elementary. A teraz zabieram się do lektur na temat metodyki nauczania języków obcych.

Właściwie dlaczego by nie związać mojego życia zawodowego z językami, skoro tak lubię się ich uczyć? Jeśli poświęcę najbliższe miesiące na regularne i solidne przygotowania do CAE, to egzamin będę mogła zdawać w sesji jesiennej (po prawdzie mogłabym zdawać z marszu już teraz - w próbnym teście rozwiązanym w sieci zostałam oceniona na B, a oceną zaliczającą jest nawet C. No ale mnie interesuje tylko A, bo tylko A zaspokoi moją chorą językową ambicję). A potem... Potem może tłumaczenia? Choćby list dialogowych do filmów. Bo to, co czasem czytam/słyszę nasuwa wątpliwości czy tłumacze mają choćby FCE... Przykład pierwszy z brzegu - Avatar. We have a situation here, mówi dyżurny przy monitorze, sygnalizując, że widzi coś niepokojącego na obrazie z kamery. Mamy tu pewną sytuację, czytam na dole ekranu rezultat indolencji profesjonalisty.

Sporego zastrzyku wiary w siebie dostarczyła mi ostatnio ocena mojego tłumaczenia na angielski różnych papierów zawodowych (referencji, CV, opinii). Wróciły sprawdzone przez bystre oko native speakera, w dodatku dziennikarza, prawie niezmienione, a minor corrections dotyczyły ledwie interpunkcji i jednego opuszczonego the. A ja, oddając te papiery mamie, wciąż byłam niezadowolona, wciąż bym coś poprawiała, ulepszała, zmieniała. I ciągle szukałabym w tym moim tłumaczeniu dziury w całym. Gdyby nie ten przeklęty perfekcjonizm, ten wieczny brak wiary we własne możliwości, mogłabym być teraz w zupełnie innym punkcie życiowym...