Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
poniedziałek, 26 listopada 2007
Kot-śmieciojad

Spałam dziś może ze trzy godziny, a i to jak zając w kapuście. Ramzes miał sensacje żołądkowe. W przeciwieństwie do Neski, która byle czego do pyska nie weźmie, od zawsze zbierał śmieci z dywanu jak odkurzacz. Wiadomo - wszystkiego nie da się usunąć, więc Ramzes został już przyłapany na zjadaniu:
- piórek z poduszek;
- włosów ze szczotki;
- przeróżnych sznureczków;
- folii;
- papierków.

Za którymś tam razem przyłapany na tym niecnym procederze, skumał, że odbieramy mu przemocą drogocenną zdobycz i od tamtej pory natychmiast zwiewa pod stół, łypiąc z bokowca i pospiesznie dziamiąc resztki "jedzonka".

Niedawno znalazł sobie nowe super-hobby: dostaje się do szafki pod zlewem w celu przekopania kubła ze śmieciami (nie głodzę go, przysięgam!). Staramy się z mamą pamiętać zawsze o regularnym wynoszeniu śmieci, ale przecież nie będziemy tego robić kilka razy na dzień! Wczoraj natomiast jakoś w ogóle zapomniałyśmy o tym na wieczór i zbudził mnie odgłos gwałtownego zwracania treści pokarmowej. Ramzes pozbył się m.in. kilku listków hoi (roślina dla kotów trująca, trzymam ją więc wysoko poza ich zasięgiem; widocznie kilka liści opadło, a ja je przeoczyłam) i... sporych kawałków celofanowej torebki po kocim jedzeniu, którą wyrzuciłam nieopatrznie do śmieci! Na szczęście poza tą nocną przygodą, wszystko z nim w porządku (odpukać!). Ale i tak najadłam się strachu i zasnęłam dopiero, gdy i on, zmęczony tymi sensacjami, zasnął oparty o moje nogi.

A z rzeczy nieśmieciowych, za to nie za bardzo kocich, Ramzes chętnie wcinałby jeszcze:
- pomidory (aż miauczy z niecierpliwości, jak je widzi);
- majonez;
- chleb;
- chrupki bekonowe;
- biszkopciki. :)

sobota, 24 listopada 2007
Sobotnie "getting high"

To jeden z tych nielicznych dni, kiedy czuję się prawdziwie beztrosko. :) Piję sobie właśnie żubrówkę z sokiem jabłkowym, słucham Marka Grechuty "Dni, których nie znamy", mama wraz z kotami śpi w pokoju obok, a ja myślę, że takich dni powinno być zdecydowanie więcej. :) Skąd przychodzi szczęście, bo na pewno nie z zewnątrz? Ja jestem chyba na nie średnio podatna, niestety. Ale jak już jestem szczęśliwa, to na maksa. ;)

Nesca badania krwi miała niezłe, wprawdzie nie lepsze niż ostatnio (może ciut - kreatynina o 0,1 mniej, ale to może być błąd pomiaru), ale i nie gorsze, a biorąc pod uwagę "piasek" w nerkach, można mieć nadzieję, że to właśnie ta przyczyna i że będzie lepiej. Analiza moczu - najlepsza z dotychczasowych. :) W przyszłym tygodniu wybieram się do weterynarza, niech zadecyduje co dalej. Poza tym - oczywiście diabeł wcielony. Wczoraj biegała z Ramzesem jak wariatka. ;)

Nareszcie zaczęłam "czuć" niemiecki. Bo język trzeba właśnie czuć. Bez tego jest się tylko rzemieślnikiem, dobrze, jeśli sprawnym. Ja kocham języki i muszę je czuć. Zaczynam być lepsza od kolegi z kursu, który niemiecki miał w technikum i chlubił się tym, że dużo mu z tego zostało. Z gramatyki jestem już zdecydowanie lepsza. :D Słówka też zaczynają mi wchodzić bez problemu, właśnie tak, jak to było z angielskim w liceum. Ja, ja, ja! ;)

Poza tym słucham ostatnio Bułata Okudżawy i nie mogę się doczekać przyszłorocznej nauki rosyjskiego. :) Kiedy wreszcie wygram w totka?! ;)

piątek, 23 listopada 2007
Zgon na pogrzebie

 "Zgon na pogrzebie", 2007, reż. Frank Oz

Lubię brytyjskie kino, nawet jeśli coś nie jest szczególnie wysokiej próby. W ogóle kocham UK bezwarunkowo, z całym tym ich izolacjonizmem i snobizmem. I jestem chyba jedyną osobą, która nie cieszy się, że Anglia nie jedzie na Euro. Zawsze kibicowałam Anglikom na mistrzostwach świata i Europy, a do dziś pamiętam niektóre nazwiska z reprezentacji Anglii na Mundialu'90 z Peterem Shiltonem w bramce. :)

Moja miłość jest nieuleczalna i obejmuje oczywiście także wszelkie odmiany brytyjskiego akcentu. :) Generalnie więc nie jest ważne co mówią filmowi bohaterowie, byle by mówili. ;) Z takim podejściem żadna brytyjska produkcja nie będzie dla mnie stratą czasu. "Zgon na pogrzebie" też nie był, zwłaszcza, że to całkiem fajna rzecz na rozpoczęcie weekendu, chociaż nic nadzwyczajnego. Komizm polega głównie na zderzeniu wiedzy z niewiedzą, przymusie udawania i zbiegach okoliczności. Nic oryginalnego. W dodatku miejscami żarty przybierają naprawdę mocno niewyszukaną formę, ale... kurczę, są zabawne! Śmiałam się w tych momentach, w których humor był akurat najbardziej przewidywalny albo hmm... kloaczny (dosłownie!). Ale jak na komedię śmiałam się za mało, w sumie zaledwie kilka razy. Ten film pod względem dostarczania rozrywki sytuuje się wprawdzie o wiele wyżej niż tragiczna "Wpadka", ale też niżej niż "Hot Fuzz".

Miłych wrażeń dostarczyły mi kreacje aktorskie. 'Z widzenia' znałam właściwie większość aktorów. Świetny był Peter Dinklage, którego pamiętałam z "Dróżnika". Kompletnie nie mogłam sobie przypomnieć, skąd znam twarz filmowego Daniela, a to przecież Mr. Darcy z ostatniej wersji "Dumy i uprzedzenia". Zawsze też rozbraja mnie uroczy brzydal, Ewen Bremner, :)

Zaskoczyło mnie, jak dobrze odmalowano rodzinny portret. Na pogrzebie, gdzie wszyscy członkowie rodziny muszą się stawić, nie ma znaczenia czy się kogoś lubi czy nie, wypada być i zacisnąć zęby na te parę godzin. Postacie są wyraziste, swoiste, ich charakterystyki mocno zaznaczone, a jednocześnie nie widać przerysowania ani stereotypowości. Mimo, że nie jest to film skupiający uwagę na stronie obyczajowej, udało się, niejako obok, rzucić światło na relacje rodzinne. Właściwie aż chciałoby się pójść właśnie tym tropem i trochę głębiej wejrzeć w życie poszczególnych osób. :) Ciekawe czy ktoś jeszcze miał podobne wrażenia. :)

22:39, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
Niczego nie żałuję

 "Niczego nie żałuję", 2007, reż. Olivier Dahan

Długo zwlekałam z tym filmem. Nie zachęcały recenzje, a w przypadku biografii ich słaba filmowa wersja rozczarowuje mnie zawsze bardziej niż słaby film fabularny. Fascynują mnie ludzkie losy, a nietuzinkowe osobowości zasługują na rzetelne i pomysłowe ujęcie tematu.

Zgadzam się z jedną z zasłyszanych opinii, że "Niczego nie żałuję" to film pozbawiony głębi. Pokazuje nam obrazki, migawki, stosuje triki kilku perspektyw czasowych, które przeplatają się właściwie bez wyraźnego klucza, nie ma żadnej głębszej analizy, która rzuciłaby jakieś światło na osobowość Piaf. Widzmy skutek, nie docieramy do przyczyn. Film prześlizguje się po powierzchni, jest swego rodzaju raportem, streszczeniem, a nie próbą uchwycenia sedna. Być może takie było założenie, ale mnie to nie odpowiada. O życiu Piaf w krótkich słowach przeczytać mogę w notce biograficznej. Od filmu oczekuję wzruszeń i skupienia na jakimś aspekcie, a nie ogólnego podsumowania faktów.

Plusy? Oczywiście muzyka (ale to nie zasługa twórców filmu), no i świetna Marion Cotillard, którą do tej pory widziałam tylko w rolach uroczych panienek, a tutaj pokazała, że nie boi się poważnych aktorskich wyzwań, no i że potrafi je z powodzeniem udźwignąć.

13:02, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
czwartek, 22 listopada 2007
"Sto pociech"

Uwielbiam Szymborską. Szkoda, że tak rzadko publikuje. Mam spory wybór jej poezji i lubię je sobie czasem przypomnieć. Ten wiersz należy do moich najulubieńszych. Wzruszam się przy nim. :)

Sto pociech

Zachciało mu się szczęścia,
zachciało mu się prawdy,
zachciało mu się wieczności,
patrzcie go!

Ledwie rozróżnił sen od jawy,
ledwie domyślił się, że on to on,
ledwie wystrugał ręką z płetwy rodem
krzesiwo i rakietę,
łatwy do utopienia w łyżce oceanu,
za mało nawet śmieszny, żeby pustkę śmieszyć,
oczami tylko widzi,
uszami tylko słyszy,
rekordem jego mowy jest tryb warunkowy,
rozumem gani rozum,
słowem: prawie nikt,
ale wolność mu w głowie, wszechwiedza i byt
poza niemądrym mięsem,
patrzcie go!

Bo przecież chyba jest,
naprawdę się wydarzył
pod jedną z gwiazd prowincjonalnych.
Na swój sposób żywotny i wcale ruchliwy.
Jak na marnego wyrodka kryształu -
dość poważnie zdziwiony.
Jak na trudne dzieciństwo w koniecznościach stada -
nieźle już poszczególny.
Patrzcie go!

Tylko tak dalej, dalej choć przez chwilę,
bodaj przez mgnienie galaktyki małej!
Niechby się wreszcie z grubsza okazało,
czym będzie, skoro jest.
A jest - zawzięty.
Zawzięty, trzeba przyznać, bardzo.
Z tym kółkiem w nosie, w tej todze, w tym swetrze.
Sto pociech, bądź co bądź.
Niebożę.
Istny człowiek.

A to "krzesiwo i rakieta" zupełnie jak z "Odysei kosmicznej", zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwsze sceny. :) I w ogóle ten wiersz idealnie się z filmem Kubricka komponuje. "Niechby się wreszcie z grubsza okazało, czym będzie, skoro jest" - czyż nie po to wysłano misję na Jowisza?

16:02, aniaposz , Strofy
Link Dodaj komentarz »
Zima

Zainspirowana wpisem Patekku Co jednak lubię w zimie, postanowiłam stanąć w obronie zimy. ;) Ja zimę uwielbiam. Uwielbiam, bo:

- wreszcie nie muszę się nikomu tłumaczyć, dlaczego zamiast wyjść na dwór w "taką piękną pogodę" wolę siedzieć w domu i np. oglądać filmy. ;)

- zdecydowanie lepiej niż wiosną i latem smakuje gorąca herbatka z malinami. :)

- moje koty częściej mają ochotę spać ze mną w łóżku. :) Latem przesypiają noce zazwyczaj na balkonie;

- dobrze działa na mnie jesienno-zimowy wyż, który świetnie wpływa na moje ciśnienie i samopoczucie, słońce dodaje mi optymizmu i energii, a przy tym nie serwuje obezwładniającego upału; daje światło, nie porażając gorącem;

- lubię Święta, choć z nieco innych powodów niż dawno temu, gdy byłam dzieckiem. Wciąż jednak działa na mnie atmosfera Gwiazdki, a od kiedy pracuję w szwedzkiej firmie, staram się zawsze w tym czasie pamiętać o zaopatrzeniu się w Glog, który następnie mieszam z odrobiną (lub trochę większą odrobiną ;)) wódki, dodaję migdały, rodzynki, goździki i voila! Można świętować. ;)

- kiedy za oknem mróz i śnieg, miło jest zatonąć w lekturze albo pograć na Playstation. :)

- kojąco brzmi odgłos skrzypienia śniegu pod butami. :)

- cudowne są te pierwsze zimowe poranki, gdy cały świat okryty jest płaszczem świeżutkiego puchu i wydaje się taki niewinny, spokojny, uśpiony, jakby nigdy nie pojawili się ludzie ze swoim hałasem, cywilizacją, żądzą niszczenia i psucia;

- no i - last but not least - narty! Bez tygodniowego wypadu na narty przynajmniej raz w roku, nie żyłabym. ;) Poza tym na narty jeździ się w góry, a góry to miłość mojego życia. Góry pokryte skrzącym się śniegiem, grzane wino na stoku, słońce rozświetlające biel szlaku, skrzypienie śniegu, pot spływający po plecach i słodki ból mięśni ud po ostrej jeździe! A wieczorem - do góralskiej knajpy na grzane piwo, ogórki kiszone, chleb ze smalcem i grillowanego cieplutkiego oscypka z żurawiną. I jeszcze parę głębszych ze znajomymi na dobre zakończenie pełnego wrażeń dnia i co by się dobrze zjeżdżało dnia następnego! Hej! ;)

wtorek, 13 listopada 2007
Weekend z Kolskim

Do polskiego kina mam stosunek raczej chłodny. Albo są to przeraźliwe szmiry w rodzaju "Poranka kojota" albo - z drugiego końca filmowej rzeczywistości - pretensjonalne i okropnie nudne tzw. kino ambitne. Zdarzają się perełki, owszem. "Historie miłosne" i "Duże zwierzę" Stuhra, świetny "Żurek" ze znakomitą rolą Kasi Figury czy lekko surrealistyczny i symboliczny, choć dla niektórych zbyt dosadny "Dzień świra" (co by nie mówić o całym filmie, finałowa 'modlitwa Polaków' to bomba!). I pewnie jeszcze parę by się znalazło. Niestety większość tego, co widziałam, bardzo rozczarowuje.

Ostatnio moja duma kinomanki została wystawiona na próbę, gdy kolega (wcale nie taki znów kinoman) zdziwił się mocno moją nieznajomością dorobku Jana Jakuba Kolskiego. A ponieważ w TVP Kultura, akurat jak na zamówienie, była "Historia kina w Popielawach", nie omieszkałam skorzystać z okazji. :)

 "Historia kina w Popielawach", 1998, reż. Jan Jakub Kolski

Po seansie uczucia miałam mieszane. Bo z jednej strony ten obraz jakichś szczególnych wzruszeń nie wywołał, a z drugiej - wciąż we mnie siedział, jakby zostawił maleńką zadrę, która uwiera i nie pozwala zapomnieć. Pomysł - świetny, zdjęcia - bardzo klimatyczne, adekwatny do narracji montaż, tylko... fatalne role obu chłopców. Nieautentyczne emocje, czasem zgoła ich brak, np. Staszkowe "Nie mogę się doczekać", które zabrzmiało, jakby oznajmiał "Właśnie jem zupę", kwestie wypowiadane drewnianym głosem, często bełkotliwie (w kilku miejscach, mimo nastawienia głośności na maksimum, nie byłam w stanie zrozumieć, o czym mówią!), kompletny brak różnicowania intonacji w stosunku do treści wypowiedzi, a jeśli już - to nieznośnie sztucznie. To fatum polskiego kina - okropne role dziecięce. Zresztą, szczerze mówiąc, Grażyna Błęcka-Kolska nie była wiele lepsza. To marne aktorstwo strasznie mi przeszkadzało i niestety wpłynęło negatywnie na odbiór całości. A szkoda.

 "Jasminum", 2006, reż. Jan Jakub Kolski

A jednak Kolski nie dawał mi spokoju. :) "Historia kina w Popielawach" coś mi przypominała, coś znanego i lubianego, tylko nie umiałam tego nazwać. Najpierw pomyślałam o Burtonie i jego przenikającym rzeczywistość świecie fantazji. A po obejrzeniu "Jasminum" - olśnienie! Przecież to realizm magiczny! :) Lubię Marqueza, lubię utrzymane w tonacji realizmu magicznego powieści Paula Austera (zwłaszcza "Mr. Vertigo"), urzeka mnie ta niezwykła równowaga, w jakiej koegzystują oba światy: realny i magiczny, oczywistość, z jaką ten magiczny na równych prawach współistnieje. Tylko nie sądziłam, że to, co świetnie sprawdza się w literaturze, można tak łatwo i bezboleśnie przenieść na ekran. Póki co, Kolskiemu udało się mnie tą umiejętnością zaskoczyć, a jest to tym bardziej niewiarygodne, że w kinie cenię raczej twardy realizm, rzadko twórcom udaje się tak wpleść symbole, metafory, metafizykę czy mistykę, żebym film odbierała nadal jako spójną i elegancką całość.

 "Jańcio Wodnik", 1994, reż. Jan Jakub Kolski

Podobno jedno z najlepszych dokonań Kolskiego. A mnie nie przekonuje. Tym razem zbyt duża dawka metafor i symboli. Za dużo z biblijnej przypowieści. Ja wiem - takie założenie, taka konwencja, taki zamysł twórczy, ale nic nie poradzę, że tego typu filozofowanie w wydaniu kinowym zupełnie do mnie nie trafia. Poczytać rozważania np. Kołakowskiego na temat winy, kary i innych fundamentalnych idei i wartości - owszem; filmowe moralitety naładowane symboliką - nie i już.

13:24, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
czwartek, 01 listopada 2007
Tydzień z życia mężczyzny

 "Tydzień z życia mężczyzny", 1999, reż. Jerzy Stuhr

Stuhrów-reżyserów jest dwóch. Jeden to wnikliwy socjolog, sprawny realizator i rozważny filozof. Drugi to konwencjonalny reżyser, powierzchowny obserwator i bezrefleksyjny sędzia. Ten pierwszy nakręcił "Historie miłosne" i "Duże zwierzę", drugi - "Pogodę na jutro" i właśnie "Tydzień z życia mężczyzny". Stuhr rozważny zadaje pytania, waży problemy, drąży głęboko i niczego nie dopowiada, pozostawiając widza zawieszonego przed zaprezentowanymi mu tylko, lecz nie rozstrzygniętymi do końca zagadnieniami. Stuhr z "Tygodnia..." jest banalny, schematyczny i toporny. Co właściwie chce przekazać? Mam wrażenie, że wszystko i nic, bo wychodzi z tego jakiś straszny miszmasz o krytycznych dla bohatera siedmiu dniach, w których nawał zdarzeń i decyzji do podjęcia mnoży kolejne etyczne dylematy, jakie na cel wziął sobie Stuhr.

Czego tam nie ma! Jest i zerwany romans, i pokusa nowego, jest o sympatiach politycznych i polskich zaszłościach, są kłopoty finansowe, nie zabrakło odpowiedzialności za prokuratorskie decyzje, jest chora na raka matka, jest dziecko, którego nie da się pokochać, a na deserek jest i leczący się u psychiatry kolega z chóru. A wszystko złożone z takich okropnych uproszczeń, tak drętwo chwilami zagrane, takie przewidywalne, że doprawdy "oczy bolą patrzeć".

Podczas sceny zerwania z kochanką, Adam tak oto przemawia (bo on właśnie przemawia, a nie - wyjaśnia, perswaduje, tłumaczy się, szepcze czy przekonuje): "Krzywdzę ją [żonę] i to we mnie rośnie. Tutaj fałsz, w domu fałsz.". Na litość, przecież można by tę scenę pokazywać studentom jako jedną z listy 'don't you ever!'. Kochanka udaje beztroskę, a za chwilę Adam wraca i widzi ją - a jakże by inaczej! - jak łka zwinięta na łóżku. "Don't turn around, 'cause you're gonna see my heart breaking". Takich łatwych rozwiązań, będących gotowymi zlepkami sekwencji jest mnóstwo. A jeśli czasem zabraknie gotowca, to jest i coś oryginalnego, owszem, tylko za cholerę nie wiadomo po co. Na przykład wątek kolegi z zaburzeniami psychicznymi. To prawda - aktor nieźle tę rolę odegrał, ale poza tym nie widzę punktu zakotwiczenia tego konceptu w fabule.

Kompletnie bezsensowne jest zakończenie wątku chłopca z domu dziecka. Anna oddaje chłopca, ponieważ po paru dniach (!) dochodzi do wniosku, że nie będzie go w stanie pokochać, bo - uwaga, uwaga! psychologia dla opornych - sama nie była kochana jako dziecko. I już mamy w jednym krótkim filmie zahaczony także problem traumy z dzieciństwa i jakże przemożnego wpływu tych doświadczeń na dorosłe życie! Ach, jakie to wszystko proste i jednoznaczne (choć głęboko tragiczne, oczywiście, żeby sobie widzowie mogli też łezkę uronić). I tak dalej.

Stuhr w roli kaznodziei wypada żałośnie. Czemu tak kusi go ta rola, dlaczego za wszelką cenę chce ferować wyroki, grozić palcem i wygłaszać kazania o oczywistościach? To naprawdę rzadko się udaje. Tylko papieżowi sypanie komunałami uchodzi na sucho.

09:58, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »