Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 29 listopada 2008
Do trzech cnót

Gdy kruczo kracze przyszłość czarna
Wiatr dziejów niesie wilczy zew
Gdy mnie ścierają czasu żarna
Na szczyptę mąki, stertę plew
Gdy na ołtarzu wielkiej bzdury
We mgle kadzideł prawda mrze
Ty, co przenosić możesz góry
Ty, wiaro, nie opuszczaj mnie

Gdy sens istnienia z rąk umyka
I w czarną dziurę wpada świat
Gdy coraz szybciej zegar tyka
I garb starganych ciąży lat
Gdy krąg Fortuny martwo stoi
I czarno-biało nawet śnię
Gdy koń już dawno w murach Troi
Nadziejo, nie opuszczaj mnie

Gdy w ludzkie serca lodem skute
Daremnie wcieram uczuć maść
Gdy mi po cichu szyje buty
Ten, z którym konie mogłem kraść
Gdy uśmiech każe wietrzyć zdradę
Gdy szukam fałszu w każdej łzie
Gdy dzień po dniu nasiąkam jadem
Miłości, nie opuszczaj mnie


---
muzyka: W. Korcz
słowa: W. Kejne
wykonawca: Michał Bajor


Do trzech cnót - Michał Bajor
13:23, aniaposz , Muzyka
Link Komentarze (5) »
sobota, 22 listopada 2008
Mała Moskwa

"Mała Moskwa", 2008, reż. Waldemar Krzystek

Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni prawie zawsze mnie rozczarowuje. I nawet nie chodzi o poziom prezentowanych produkcji, bo do tego, że jest 50% gniotów i 40% pretensjonalnego nudziarstwa, zdążyłam się już przyzwyczaić. Niemniej zawsze jest te 10% filmów przynajmniej przyzwoitych. Chodzi o werdykt. Tylko dwukrotnie uznałam werdykt za w pełni uzasadniony - w 1997 r., kiedy nagroda trafiła do Stuhra za "Historie miłosne" i w 2002 r., gdy wygrał "Dzień Świra". Za kompletnie nietrafione uważam decyzje jury z 2003 r. (wygrana nieudanej pod każdym względem "Warszawy", podczas gdy na festiwalu pokazywano też "Symetrię" czy kameralny "Żurek"), z 2004 r. (nagroda dla "Pręg") oraz zeszłoroczny triumf "Sztuczek", czyli wykalkulowanej prostoty, podczas gdy można było postawić na prostotę naturalną i świetne wyczucie proporcji Wiszniewskiego we "Wszystko będzie dobrze". Ten ostatni film to dla mnie wielki przegrany festiwalu sprzed roku.

Za to tegoroczny werdykt jest w pewnym sensie odwrotnością zeszłorocznego. Tak jak rok temu jury bało się postawić na coś bezpretensjonalnego, tak w tym roku postanowiło nagrodzić klasyczną historię o nieszczęśliwej miłości, nawet niespecjalnie dobrze zagraną i mam tu na myśli głównie Lesława Żurka, u którego za cholerę nie widać tej wielkiej namiętności do Wiery. Mówi drewnianym głosem, a twarz nie wyraża praktycznie żadnych emocji. To spore zaskoczenie, bo bardzo dobrze poradził sobie w jednej z nowel "Ody do radości". Nie wiem, może Żurkowi po prostu nie pasuje rola amanta (trochę wbrew niezłej aparycji)...

W "Małej Moskwie" tak naprawdę przeszkadza mi nie tyle fakt, że jest to (w założeniu) wyciskacz łez, ile właśnie brak emocji, żaru, co w melodramacie jest grzechem głównym. Nie czułam absolutnie żadnej chemii między kochankami. Miałam wrażenie, że wszystko toczy się gładko i równo pod dyktando scenariusza, napisanego przykładnie i zgodnie z zaleceniami dotyczącymi reguł gatunku. Gdyby nie wplecenie wątku współczesnego i całkiem płynne przejścia czasowe, byłoby naprawdę krucho, bo historia jest prosta jak drut i mdła jak szpinak. Na uwagę zasługuje natomiast podwójna rola Chodczenkowej.

09:47, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
środa, 19 listopada 2008
Best of the best

Zainspirowana wymianą komentarzy pod wpisem na Froblogu postanowiłam poświęcić jedną notkę filmom z mojego TOP10. Najlepszym z najlepszych. Arcydziełom. Jestem z reguły dość surowa w ocenach i na blisko 700 filmów, jakie oceniłam na Filmwebie, jest tylko dziesięć not najwyższych. Do niedawna było jeszcze mniej, ale po namyśle nobilitowałam kilka tytułów. :) A więc:

"2001: Odyseja kosmiczna", 1968, reż. Stanley Kubrick

Komentarz właściwie zbędny. Kubrick to wizjoner i perfekcjonista. I w "Odysei..." te jego cechy znajdują chyba najpełniejszy wyraz. Ten film to ponadczasowa, nieskazitelna realizacyjnie wizja podróży międzygwiezdnej, konfrontacji człowieka z maszyną i poszukiwań Sensu.

"Mechaniczna pomarańcza", 1971, reż. Stanley Kubrick

Znów Kubrick at his best. I niesamowity, niezapomniany Malcolm McDowell jako Alex. Oczywiście ścieżka dźwiękowa to osobny wszechświat, jak zwykle u Kubricka. Uwielbiam też "Barry'ego Lyndona" i "Full Metal Jacket", jednak wystawiłam im ocenę o oczko niższą. Tutaj ponad rok temu przekuwałam na słowa moją ekstazę po odkryciu twórczości Kubricka.

"Dogville", 2003, reż. Lars von Trier

Minimalistyczna scenografia, zredukowana właściwie do symboli, co czyni przekaz jeszcze bardziej wstrząsającym. Sugestywna ilustracja mrocznej strony ludzkiej natury. Film, o którym nie mogłam przestać myśleć.

"Przełamując fale", 1996, reż. Lars von Trier

Pamiętam, że gdy dawno temu oglądałam ten film po raz pierwszy, z początku mnie irytował. Nie wiedziałam wówczas nic o dogmie i nie byłam przygotowana na taką totalną odmienność formy. Gdy minął pierwszy szok, film zaczął do mnie docierać i to w miarę oglądania - z coraz większą siłą. Bezwzględne kino, które wczepia się pazurami w mózg.

"Pulp Fiction", 1994, reż. Quentin Tarantino

Obraz nowatorski i jedyny w swoim rodzaju 14 lat temu. Nadal zachwyca. Bawi. Zniesmacza. Zaskakuje. Absolutny szczyt możliwości Tarantino. Bo dalej był raczej zjazd po równi pochyłej, może oprócz "Kill Bill". Ale już w "Death Proof" forma zdecydowanie przerasta treść, a Tarantino zjada własny ogon.

"Tajemnica Brokeback Mountain", 2005, reż. Ang Lee

Po prostu - jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, jakie zdarzyło mi się w kinie oglądać. A Ang Lee to mój kolejny ulubieniec wśród reżyserskiej braci. Troszkę jak Kubrick i Polański - wszechstronny, bez obaw sięgający po bardzo różny materiał i niemal zawsze w efekcie uzyskujący świetny w swoim gatunku film.

"Labirynt fauna", 2006, reż. Guillermo del Toro

Baśń, przywodząca na myśl opowieści Andersena i naturalistyczne wizje braci Grimm. Piękna, posępna i hipnotyzująca już od pierwszych kadrów.

"Big Lebowski", 1998, reż. Joel & Ethan Coen

Kwintesencja stylu Coenów: czarny humor, piętrowa intryga kryminalna, charakterystyczne postacie i pierwszorzędne aktorstwo. Mój absolutny faworyt w twórczości braci. Obszerniej - tu.

"Amadeusz", 1984, reż. Milos Forman

Wzorzec filmu biograficznego plus porażająca muzyka.

"Tylko razem", 2000, reż. Lukas Moodysson

Niby lekki komediodramat, a kopać w poszukiwaniu sensów można głęboko. Ideologie, wartości, uwarunkowania kulturowe, cała galeria ludzkich osobowości, różnorodność decyzji i sposobów na życie. Moodysson niczego nie wyśmiewa, nie potępia. I nawet jeżeli posuwa się do lekkiej kpiny, to jest to zaledwie uśmiech, przymrużenie oka. Nie wyrokuje, czy jakaś ideologia lub styl bycia są same w sobie dobre czy złe. Natomiast udowadnia, że mogą być dobre dla jednych, a złe dla innych. Że wszystko jest kwestią dopasowania rzeczywistości do własnych oczekiwań.


Oczywiście filmów, które określam jako ulubione, mam zdecydowanie więcej - w tej chwili ponad 150. Są to filmy bardzo różne. Takie, do których mam sentyment z dzieciństwa (seria "Powrotów do przyszłości", "Terminator"), takie, które były doskonałą rozrywką na jeden wieczór ("Vinci", "Potwory i spółka") i takie, które mogę oglądać niezliczoną ilość razy i nigdy mi się nie nudzą ("Forrest Gump", "Dzień świstaka", "Wywiad z wampirem"). Do wszystkich tych filmów mam szczególny emocjonalny stosunek i mozolnie kompletuję z nich swoją filmotekę. Jednak te powyższe to po prostu sama śmietanka, filmy, które przy całej mojej ostrożności w formułowaniu sądów natury absolutnej, uważam za arcydzieła.
17:34, aniaposz , Kino
Link Komentarze (15) »
wtorek, 18 listopada 2008
Ale jaja...

Całkiem niedawno dowiedziałam się, że wspieram barbarzyński chów klatkowy kur, kupując jaja ostemplowane cyfrą 3. Jak słowo daję - nie miałam pojęcia! I nie wiem na ile ludzie są w ogóle świadomi istnienia tych symboli na pudełkach oraz ich znaczenia. Staram się być na bieżąco, czytam prasę, oglądam wiadomości, wydawało mi się, że całkiem nieźle orientuję się w świecie, a tu wyszło na jaw, że nie wiem o istotnych sprawach.

Kiedy po raz pierwszy o tym przeczytałam, od razu pobiegłam do kuchni zerknąć na wieczko opakowania. Oczywiście - "3". No i od tamtej pory jajka stają mi w gardle, bo od razu mam przed oczami te biedne kury, ściśnięte przez całe życie między prętami klatki. Zresztą smakowo te jaja też nie rzucają na kolana. Już od dawna mam wrażenie, że jem mydliny (tylko myślałam, że tak ma być...). Zamiast lamentować, postanowiłam zacząć działać, tj. wyręczać mamę w kupowaniu jajek i za te jajka z własnej kieszeni płacić. Będę szukać w okolicznych sklepach jajek z cyfrą 2 co najwyżej. Coś mi się wydaje, że oprócz  zapewnienia sobie spokoju sumienia, zyskam na jakości moich śniadań. :)

A tu artykuł z GW na ten temat: Ile cierpienia jest w jajku


Dziecko

 "Dziecko", 2005, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

Atutem tego obrazu jest surowy realizm. Kamera podąża za bohaterami jakby ukradkiem, podglądając ich tylko. Akcji nie towarzyszy muzyka. Zdarzenia filmowane są niemal w czasie rzeczywistym (tu przypomina mi się dzieło Mungiu "4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni"). To uchwycony w dramatycznym momencie wycinek życia dwojga młodych ludzi z nizin społecznych.

Właściwie zaskoczył mnie ten film. Bo tytułowe dziecko nie stanowi bynajmniej centrum fabuły (a tego się spodziewałam). Podjęta impulsywnie przez chłopaka decyzja o sprzedaży własnego syna stanowi tylko wprowadzenie i pretekst do tego, by przyjrzeć się bliżej funkcjonowaniu belgijskiego półświatka. A może też nie tak. Bo bracia Dardenne wcale nie próbują analizować patologicznych zachowań i brać pod psychologiczną lupę społecznych uwarunkowań kryminalnych skłonności. Oni jedynie kierują obiektyw na wybrany fragment rzeczywistości, bez jakiegokolwiek komentarza. Nie ma w tym filmie żadnych wykalkulowanych sztuczek; można by powiedzieć - "samo życie". I tak jest naprawdę. Wszystko co pokazują twórcy, jakkolwiek w większości dalekie od codziennego doświadczenia widzów, jest jak najbardziej wiarygodne, nic nie zgrzyta życzeniowością i nie razi przesadą.

Bruno działa mechanicznie, bez cienia refleksji, żyjąc teraźniejszością aż do zachłyśnięcia. Nie bardzo da się mu nawet zarzucić działanie z premedytacją, rozmyślne czynienie zła, ponieważ on zwyczajnie nie myśli o konsekwencjach i nie postrzega swoich czynów jako zło. Żyje tak, by urządzić się w tym nieprzyjaznym świecie jak najlepiej, a ponieważ on i Sonia cierpią na wieczny brak gotówki, sprzedaż syna wydaje się złotym interesem. To naprawdę mnóstwo forsy. A dziecko? "Zrobimy sobie drugie", mówi beztrosko Bruno do zszokowanej Soni. Dla niego to niemowlę niewiele znaczy. Jeszcze nie zdążył go pokochać, zapewne w przeciwieństwie do Soni, która związana była ze swoim dzieckiem od samego początku, choćby ten związek sprowadzał się do czystej biologii. Bruno Sonię kocha, to nie ulega wątpliwości, ale zupełnie inaczej niż ona postrzega ich bycie razem. Nie widzi, że wraz z przyjściem na świat dziecka, coś się zmieniło, że - nawet jeśli nie trzeba od razu rezygnować z uroków młodości - wypada zacząć wreszcie myśleć o jutrze. I to nie tylko w kategoriach zapewnienia sobie materialnego dobrostanu za wszelką cenę, ale też pod kątem środków, za pomocą których do tego dobrostanu się dąży.

To bardzo proste, oszczędne kino. Nie wiem czy aż na Złotą Palmę, ale nie znam wszystkich konkurencyjnych filmów. W każdym razie obejrzałam z zaciekawieniem (zresztą tak jak poprzedni film braci Dardenne - "Obietnica"). Wzruszyła mnie finałowa scena. Jeśli mam wierzyć w miłość, to właśnie w taką, niewolną od trudnych chwil. Jeśli mam oglądać sceny, które przekonują mnie o sile uczucia, to właśnie takie, jak ostatnie kadry w "Dziecku".

10:53, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 listopada 2008
W imieniu mniejszości



Rys. Marek Raczkowski, "Przekrój", nr 46/2008
sobota, 15 listopada 2008
Historia zrehabilitowana

 

Felietony Ludwika Stommy czytuję czasem w Polityce, ale prawdziwą wartość jego pióra doceniłam dopiero po lekturze książki "Życie seksualne królów Polski i inne smakowitości". Krótkie kilkustronicowe teksty przybliżają miłosne perypetie naszych władców. Jest o bigamii Kazimierza Wielkiego i o erotomanii Augusta II Mocnego. Jest o szaleńczej miłości Jana III Sobieskiego do wyniosłej Marysieńki. Wszystko niezwykle barwne i zabawnie podane. Jeden z tekstów rozpoczyna się następująco:

Papież Paweł II był równym chłopem. Sam lubił pożyć i innym na to pozwalał. Festyn gonił za festynem. Karnawał, jaki urządził w 1468 r. (nie darmo był rodem z Wenecji), wręcz olśnił Rzymian. Żywe obrazy, przebierańcy, kadzie z darmowym winem, wyścigi konne i nawet nagie Murzynki. Sam papież przejeżdżał ulicami w okwieconym powozie, do którego zapraszał co piękniejsze tancerki. Efektu mógł być pewien, gdyż nawet mało mu przychylny Jean Mathieu-Rosay pisze, że "był niezwykle przystojny".

Dalej Stomma pisze:

Władysław IV oskarżany przez sejm o sprzeniewierzenie, a w każdym razie nierozliczenie wielkich sum zaciągniętych ze skarbu koronnego, dał tę dumną odpowiedź, która pozostanie na zawsze w tradycji narodowej: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał". I nie kłamał król. Nie można go przy tym obwiniać o jakowąś szczególną rozrzutność. Płacił podług górnych stawek, może trochę powyżej, ale bez ekscesów hojności. Problem w liczbie. Niejednokrotnie zdarzało się po parę panienek dziennie albo i - wstyd powiedzieć - jednocześnie. Rzecz to o tyle ciekawa, że niemal przez cały okres swego panowania był Władysław IV permanentnie ciężko chory. (...) Cóż, przyjdzie chyba uwierzyć Kochanowskiemu, iż:

I dąb choć mieścy przyschnie, choć list na nim płowy,
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy.

A w części "Inne smakowitości" można np. przeczytać, że "wojna to rzecz wesoła", dowiedzieć się dlaczego czarownice należy palić dopiero po 1. kwietnia oraz zapoznać z portretami psychologicznymi najbliższych współpracowników Joanny d'Arc, od których Hannibal Lecter mógłby się uczyć.

Wczoraj przyniosłam z biblioteki kolejną pozycję pióra Stommy "A jeśli było inaczej..." We wstępie autor pisze:

Chcemy sądzić, że to nasz świat jest "słuszny", "koherentny", "normalny". Dekretujemy więc "prawa naturalne", "odwieczne prawdy", "obiektywną moralność" etc. Jednak uczciwe spojrzenie wstecz przekonuje nas, że to tylko mity. Jedyne, co możemy stwierdzić z pewnością, to fakt, że - jak mówił Antoni Gołubiew - "zawsze było inaczej", chociaż ludzkość zawsze przekonana była też, że jest właśnie tak, jak był powinno. (...) Słowa mylą nas, bo odczytujemy je w naszym kodzie pojęciowym, a nie w tym, w jakim zostały napisane. O tych sprawach, między innymi, opowiada antropologia historii.

I to jak opowiada! Już pierwszy rozdział "Dzieciństwo" przynosi mnóstwo zaskoczeń i rozprawia się z potocznym wyobrażeniem o tym, jak było kiedyś. Bo mimo, iż każdy jest świadom, że średnia długość ludzkiego życia zwiększyła się znacznie (zwłaszcza, skokowo, na przestrzeni XIX i XX w.), a w XV w. człowiek dożywał przeciętnie 28 lat, to jednak wstrząsnęła mną informacja, że w bitwie pod Grunwaldem walczyli głównie chłopcy w wieku 14-18 lat! Oczywiście, pisząc chłopcy, myślę kategoriami współczesności. W średniowieczu to już byli mężczyźni. Wszystko przebiegało w przyspieszonym (z dzisiejszej perspektywy) tempie, bo człowiek miał mniej czasu niż obecnie. Rozwój, nauka, przygotowanie do pełnienia określonej roli społecznej rozciągnięte w dzisiejszych czasach na kilkadziesiąt lat, musiały zostać stłoczone do lat kilkunastu. Stomma pisze, że etymologicznie słowo "dziecko" (podobnie jak jego odpowiedniki w innych indoeuropejskich językach) związane jest z terminami, określającymi niemowlęctwo. Tak naprawdę dawniej owo "dzieciństwo sielskie anielskie" sprowadzało się do pierwszych 4-5 lat życia.

(...) dzieci flamandzkie w XVII w. piły piwo od czwartego roku życia. We Francji w tym samym wieku zapijały wielodaniowe posiłki winem, często w całkiem znacznych ilościach.

No proszę! A dziś... Jakie święte oburzenie wywołuje projekt posłania dzieci do szkoły o rok wcześniej.

W każdym razie im spokojniejsze czasy, im wyższy poziom życia, im bardziej stechnicyzowani i wyedukowani jesteśmy, tym bardziej wydłuża się okres dzieciństwa i młodości. Kilkaset lat temu, w wieku 34 lat, byłabym najpewniej steraną życiem kobietą z gromadką dzieci (o ile w ogóle dożyłabym takiego sędziwego wieku). Dziś biegam beztrosko w dżinsach, latem - z gołym brzuchem, a bywa, że jakiś nastolatek się za mną obejrzy. :D "Zawsze było inaczej".

A nawiązując do tytułu tej notki, muszę wyznać, że w szkole nie cierpiałam historii. Teraz już wiem dlaczego. Po prostu w szkołach uczą głównie historii wojen, sojuszy, polityki i gospodarki. Daty, nazwiska, miejsca. A mnie to zupełnie nie obchodzi. Natomiast życie codzienne, relacje społeczne, obyczaje, wynalazki, ciekawostki biograficzne - o, to jest właśnie to, co mnie fascynuje. Taką historię połykam z wypiekami na twarzy. I taką historię dostaję od Ludwika Stommy. :) A jeszcze sporo jego książek przede mną. :)

środa, 12 listopada 2008
Tajne przez poufne

 "Tajne przez poufne", 2008, reż. Joel & Ethan Coen

"Tajne przez poufne" było jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie produkcji ostatnich miesięcy. To na pewno ma znaczenie. Kto wie jak odebrałabym ten obraz, gdyby był to np. pierwszy oglądany przeze mnie film Coenów lub gdyby ten film nakręcił ktoś inny, wobec kogo nie miałabym żadnych skonkretyzowanych oczekiwań. Niestety jest jak jest i muszę przyznać, że się zawiodłam. Po pierwsze film zupełnie nie zaciekawia. Intryga jest prostsza niż np. w "Big Lebowskim" czy "Człowieku, którego nie było", ale oczywiście nie sam ten fakt stanowi problem. Rzecz w tym, że przez to nieskomplikowanie film nie oferuje zbyt wielu zaskoczeń ani zabawnych sytuacji, wynikających u braci zazwyczaj z coraz bardziej zapętlających się wątków. To, co jest, sprawia wrażenie wymuszonego, jakby czyjś scenariusz został siłą nagięty do reguł coenowskiego kina.

Nie przekonują mnie postacie. Są skrajnie przerysowane, bodaj najbardziej ze wszystkich dotychczas u Coenów występujących. Bo nawet jeśli w poprzednich produkcjach Coenów trafiali się ekscentrycy i/lub wariaci, to po pierwsze kontrastowali z resztą otoczenia, co już samo w sobie stanowiło walor i powód do uśmiechu, a po drugie istniało dla tej ich groteskowości jakieś fabularne uzasadnienie. Tutaj dziwakami/idiotami są wszyscy, brak jest choćby śladu normalności (agentów CIA, jakkolwiek trzeźwo myślących, trudno do zwyczajnych ludzi zaliczyć), a to, co w nadmiarze, szybko powszednieje i zaczyna męczyć. Zatrudnione do ról hollywoodzkie gwiazdy grają zapewne tak, jak im reżyserzy przykazali - przejaskrawiają, wyolbrzymiają, wyostrzają. Niestety styl ich aktorstwa (strojenie min, wygibasy) kojarzy mi się z komediowymi wygłupami Pazury i kabaretem, bazującym na slapsticku, a tego nie cierpię. Właściwie nikt mi się tu nie podoba - ani Malkovich, rzucający fuckami na lewo i prawo, ani Clooney, który zdecydowanie lepiej wpisał się w równie przecież ironiczną rolę prawnika z "Okrucieństwa nie do przyjęcia", ani Pitt, który mimo wszystko chyba jednak przeszarżował. Gdzież tam im wszystkim do Buscemiego, Goodmana czy Torturro!

Uśmiechnęłam się może ze dwa razy; przy "Big Lebowskim" musiałam zatrzymywać projekcję, żeby się móc porządnie wyśmiać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że za lekką oprawą stoją poważniejsze treści, np. refleksja nad tym, do czego doprowadzić może ludzka lekkomyślność i pazerność. Niestety w tej formie zupełnie tych głębokich treści nie kupuję.

09:23, aniaposz , Kino
Link Komentarze (9) »
wtorek, 11 listopada 2008
Pretending not to know the difference

Once again we sit in silence
After all is said and done
Only emptiness inside us
Baby, look what we've become
We can make a million promises
But we still won't change
It isn't right to stay together
When we only bring each other pain

I don't wanna cry
Don't wanna cry
Nothing in the world
Could take us back
To where we used to be
Though I've given you my heart and soul
I must find a way of letting go
'Cause baby, I don't wanna cry

Too far apart to bridge the distance
But something keeps us hanging on and on
Pretending not to know the difference
Denying what we had is gone
Every moment we're together
It's just breaking me down
I know we swore it was forever
But it hurts too much to stay around

All the magic's gone
There's just a shadow of a memory
Something just went wrong
We can't go on make-believing

[Mariah Carey, "I Don't Wanna Cry"]

Piękniej i prawdziwiej nie umiałabym napisać o tym, co czuję. Co czujemy oboje...
poniedziałek, 10 listopada 2008
Poranne refleksje

Przedłużony weekend w pełni. Po wczorajszym wahnięciu nastroju, jak zwykle niewynikającym z niczego konkretnego (bo czas mija, bo nie umiałam sklecić paru słów o najnowszym filmie Coenów, bo...), dziś cieszę się od rana dniem wolnym od pracy. Zresztą ranek to moja pora. Najlepiej funkcjonuję, najlepiej czuję się fizycznie i psychicznie, jestem najefektywniejsza i chyba też najpogodniejsza. Już w kilkanaście minut po wstaniu z łóżka (nawet o barbarzyńskiej dla wielu godzinie 5.45) czuję się całkowicie obudzona. Nie potrzebuję nawet porannej kawy, którą piję po przyjściu do pracy właściwie z przyzwyczajenia; jest to bardziej potrzeba psychologiczna niż fizjologiczna. W domu kawy nie piję w ogóle.

Dziś pozwoliłam sobie wstać późno, bo dopiero o 7.30. Zawsze w wolne dni mam dylemat czy pospać trochę dłużej czy wstać wcześnie i móc cieszyć się porankiem, który zdecydowanie za szybko i często niepostrzeżenie mija. Ale na razie jest ładne, dość ciepłe listopadowe przedpołudnie, godzinę temu wróciłam ze sklepu, zjadłam śniadanie, teraz siedzę sobie z laptopem na kolanach, popijam zimną colę i słucham odgłosów gonitwy moich kotów. W tle TVN24, dzięki czemu mogłam posłuchać ciekawej rozmowy z socjologiem Edmundem Wnukiem-Lipińskim, który zdefiniował dwa typy patriotyzmu - jeden wyrastający z tradycji romantycznej, drugi - z tradycji pozytywistycznej. Mówił rzeczy dość oczywiste, ale w tak zajmujący sposób i tak spójnie, że miałam wrażenie jakby organizował i porządkował moją chaotyczną i intuicyjną wiedzę. Niektórzy ludzie mają dar niezwykłej precyzji wypowiedzi i bardzo klarownego  formułowania myśli.

Wczoraj w Ale Kino! trafiłam na "Misery" i obejrzałam po raz kolejny. Świetny film, który dostarcza wciąż dużej dawki emocji, mimo że na wylot zna się historię, a nawet poszczególne sceny. W ogóle King ma szczęście do ekranizacji - "Carrie", "Misery", "Lśnienie" ("Zielona mila" moim zdaniem została w filmowej wersji zbyt zinfantylizowana).

Kupiłam dziś, po kilkuletniej przerwie, "Wiedzę i życie" oraz "Świat nauki". Ciekawe czy i jak się zmieniły.
 
1 , 2