Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 26 listopada 2009
Glorious bastard, czyli that's the Quentin I like!

  "Bękarty wojny", 2009, reż. Quentin Tarantino

UWAGA SPOILERY!!!

Bóstwom filmowym niech będą dzięki! Quentin znów opowiada historie! Przysiadł, wziął się porządnie do roboty, to i wyszło pełnokrwiste mięsiste kino, a nie jakieś popłuczyny, które mu się najwyrazniej przyśniły po pijaku, a na kacu je od niechcenia zrealizował (do Death Proof tu piję). Oto prawdziwe święto kina i hołd złożony X Muzie. I oto coś, co nazywam czystą rozrywką i radością z obcowania ze sztuką filmową. Film ma mnie czarować - obrazem, aktorstwem, narracją, fabułą! Jeśli niesie jakieś ważne treści, tym lepiej, ale - na litość! - najpierw i przede wszystkim ma zainteresować, omotać i wciągnąć. 2,5 godziny, a ja po napisach końcowych wyję w myślach "za krótki!". Od pierwszych kadrów i sceny przesłuchania farmera rzeczywistość zawęża się dla mnie do prostokąta ekranu, a na czas seansu niemal tracę własną tożsamość, która zastępowana jest tożsamościami poszczególnych bohaterów.

Niechże ten Tarantino daje upust swojej miłości do kina w postaci nawiązań i cytatów, w postaci nader czytelnego przekazu - w kinie wszystko jest możliwe (stokroć mocniejszego od tego, co zaprezentował Allen w Purpurowej róży z Kairu), ale niech rdzeniem filmu pozostaje opowieść. Tak jak w Pulp Fiction, Wściekłych psach, jak (jeszcze) w Kill Bill i - znów! - w Bękartach wojny. Tarantino, ku mojej wielkiej radości, nadal potrafi zaskoczyć i ślicznie zagrać wszystkim na nosie. Spodziewasz się hektolitrów krwi i brutalnych popisów tytułowych Bękartów w co drugiej scenie? A figa! Przemoc jest, owszem, ale Bękarty to tylko jeden z wątków, osnowa, tło. Nie na ich wyczynach skupia się uwaga. Bo Tarantino umie żonglować konwencjami, mieszać wszystko, rozsadzać powagę humorem i to tak, że nic nie zgrzyta. Przy scenie prezentacji Włochów prawie spadłam z krzesła. :) Gdzieś czytałam zarzuty o przegadanie. Że co proszę? Przegadany to był Death Proof, tutaj wszystkie kwestie są absolutnie niezbędne i tylko wzmagają napięcie. Jak na lubującego się w paplaninie Tarantino, to akurat ładnie utrzymał swoje skłonności w karbach.

No i ten finał, w którym wszyscy możemy się przekonać o sile i magii kina! Co tam historia, napiszemy własną, a na deser, panie i panowie, popatrzymy sobie jak Żyd rozwala Hitlerowi łeb serią z karabinu. Co za rozkosz. :)
10:02, aniaposz , Kino
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009
Animowane miniatury

W shortach najbardziej cenię pomysł, oryginalność, zaskakujący finał.





14:42, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »