Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 30 grudnia 2006
Życie ukryte w słowach

  "Życie ukryte w słowach", 2006, reż. Isabel Coixet

Film nie wytrzymał konfrontacji z moimi oczekiwaniami, podgrzewanymi przez entuzjastyczne recenzje. Myślę sobie, że żadne z niego dzieło. Ot, jeszcze jeden kameralny obraz, skromny inscenizacyjnie, za to - zgodnie z tytułem - rozbudowany w warstwie słownej. Jego siła tkwi właściwie w długo utrzymywanej tajemnicy i w powolnym stopniowym odkrywaniu kart. Widz siedzi i czeka, aż wreszcie coś się wyjaśni, aż okaże się kim są ci dwoje, przez co przeszli, jakie makabryczne przeżycia ukształtowały tę dziwną milczącą, borykającą się z natręctwami i utrzymującą uporczywy dystans wobec ludzi kobietę. Gdyby reżyserka wyjawiła prawdę od razu, film byłby tylko kolejną opowieścią o dwojgu życiowych rozbitkach, których zbliżyły okoliczności, o "kobiecie po przejściach i mężczyźnie z przeszłością". I na dobrą sprawę tym właśnie jest, z tą różnicą, że Coixet zręcznie manipuluje zainteresowaniem widza. To sprawiło, że ten dość długi film oglądałam, nie nudząc się.

Pod koniec, kiedy Hanna zwierza się wreszcie Josefowi, właściwie przyjęłam to beznamiętnie. To znaczy - owszem, opowieść porusza, znów zadumałam się na moment nad okrucieństwem wojny, nad bezmiarem i jednocześnie bezsensem ludzkiego cierpienia, ale całkiem w oderwaniu od bohaterki i fabuły. Patrzyłam na kadry, ukazujące Josefa wykrzywiającego twarz w spazmatycznym żalu i miałam poczucie jakiejś przesady, teatralności. Ich gra pozostawała dla mnie właśnie grą, a nie integralną częścią wykreowanego świata. Może jednak za dużo było tych słów? Zawsze ich się trochę obawiam, bo niebezpiecznie wtedy zdryfować w kierunku zbytniej bezpośredniości przekazu, dosłowności właśnie. Często o wiele większą siłę oddziaływania ma obraz albo odpowiednie zestawienie obrazów i scen.

I jeszcze mała paralela. O dwojgu doświadczonych przez życie ludziach, na nowo uczących się miłości, opowiadał też Tykwer w "Księżniczce i wojowniku". Skojarzyło mi się momentalnie. Ja wiem, że to zupełnie odmienne konstrukcyjnie, narracyjnie i estetycznie filmy. I nawet nie chodzi mi o to, który ze stylów prowadzenia narracji podoba mi się bardziej, bo proste i skromne rozwiązania też lubię, ale obraz Tykwera po prostu o wiele silniej działa na emocje. I, mimo że jego film nosi gdzieniegdzie znamiona surrealizmu, paradoksalnie byłam bardziej skłonna uwierzyć we wszystko, co mi chciał przekazać i bez porównania bardziej to przeżywałam. "Życie ukryte w słowach" jest może bliższe prawdy w sensie prawdopodobieństwa zaistnienia przedstawionych okoliczności, ale za to jałowe emocjonalnie. Nie byłam w stanie przejąć się i współczuć. Chciałam tylko odkryć skrywaną prawdę, a odkrywszy ją wreszcie, pozostałam zaspokojona poznawczo, ale obojętna uczuciowo.

11:00, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 grudnia 2006
Capote - walking on the edge

  "Capote", 2005, reż. Bennett Miller

Ten film to psychologiczne puzzle. Nie znając prawdziwej historii powstania powieści "Z zimną krwią" ani szczegółów biografii Capote'a, widz zostaje niepostrzeżenie wciągnięty w subtelną grę, której reguły musi odkryć. Już osobowość Capote'a jest wystarczająco złożona i stanowi zagadkę, cóż dopiero motywy kierujące nim podczas zbierania materiałów do książki. Co więcej - wygląda na to, że dla samego Capote'a te motywy jedynie pozornie, z początku były jasne, wydawało mu się tylko, że nad nimi panuje i że je rozumie; w rezultacie został bowiem schwytany w pułapkę, którą sam zastawił - na kogo? Na Perry'ego? Na wymiar sprawiedliwości? Kluczył i uwikłał się w splot zależności, z których konsekwencji nie zdawał sobie sprawy.

Czy od samego początku Capote założył, że Perry będzie tylko narzędziem w jego ręku? Czy postanowił "z zimną krwią" wykorzystać go do swoich celów? Czy może jednak trochę się oszukiwał i również dla samego siebie, a nie tylko na użytek przyszłej powieści, zapragnął odkryć w nim człowieczeństwo i dotrzeć do źródeł dokonania zbrodni? A potem, w pewnym momencie zauważył, ku swojego przerażeniu, że oba te motywy zaczynają się równoważyć, a wreszcie, że ten pozazawodowy zaczyna przeważać. Wtedy, gardząc sobą i nienawidząc się z jednej strony za słabość, której wbrew sobie uległ, a z drugiej za egoizm, który wcześniej był wszak motywem nadrzędnym i motorem działania, z premedytacją zaczął odmawiać Perry'emu pomocy i spotkań. Po fakcie szuka usprawiedliwień dla swojej egoistycznej postawy, której przecież nie wstydził się na początku. Mówi: "Nie mogłem ich ocalić", na co Nelle odpowiada "Ale i nie chciałeś." W pewnym momencie zabrnął za daleko i z tego punktu nie było już powrotu, a jakąkolwiek decyzję by podjął, nie byłaby ona dobrym wyborem. By mógł ukończyć i wydać książkę, mordercy musieli zostać uznani za winnych i skazani na śmierć. Aby tak się stało, Capote musiał przestać im pomagać, musiał wręcz modlić się o wyrok skazujący. Z drugiej strony popełnił we własnych oczach grzech zaniechania. I to zaniechania tym bardziej haniebnego, że odebrał nadzieję, którą sam wcześniej przyniósł. Co z tego, że wygrał jako pisarz, skoro przegrał jako człowiek? "More tears are shed over answered prayers than unanswered ones".

Hoffman gra brawurowo, bez dwóch zdań. Oscar całkowicie mu się należał. Prócz genialnie oddanej specyficznej fizyczności Capote'a, w migawkowych scenach spotkań i bankietów Hoffman świetnie portretuje swobodę i błyskotliwość pisarza w relacjach z nowojorską socjetą. Capote - wbrew temu, co można by sądzić na pierwszy rzut oka - porusza się w tym środowisku jak ryba w wodzie, ze swadą przytacza anegdoty, bez reszty angażuje uwagę słuchaczy, pozwala sobie na pieprzne dowcipy, zjednuje sobie ludzi, błyszczy w towarzystwie. Jest też, nie oszukujmy się, megalomanem, bezkrytycznie wierzącym w siłę swojego oddziaływania na ludzi jako pisarz, a przy bliższym poznaniu, jako człowiek. Taka postawa być może rekompensuje mu trudne dzieciństwo; sławę i odbierane zewsząd hołdy traktuje jako coś, co mu się należy w zamian. No i jest wirtuozem makiawelizmu, co ostatecznie staje się jego przekleństwem.

10:04, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 grudnia 2006
Temat, którego nie może zabraknąć ;)

Święta. Przerwę świąteczną, czyli wolne od pracy, rozpoczęłam wczoraj. Do Świąt stosunek mam dość lekki - biorę z nich tylko to, co mi pasuje. :) Egoizm? Może. Uważam, że życie powinno być przyjemnością o tyle, o ile jest to do osiągnięcia. Nie widzę sensu w kultywowaniu tradycji dla samego jej kultywowania. Jeśli komuś przedświąteczna gorączka, bieganie za zakupami, gruntowne sprzątanie mieszkania i przygotowywanie świątecznych dań dają radość - na zdrowie. Dla mnie Boże Narodzenie było przeżyciem, gdy byłam dzieckiem. Od pewnego czasu stało się po prostu przyjemnym czasem bez konieczności chodzenia do pracy, który przeznaczam na to, co lubię najbardziej: czytanie, oglądanie filmów, grę na Playstation. Choinki w tym roku nie ma, zresztą tak jak w zeszłym. Głównie ze względu na koty, ale, szczerze mówiąc, nie brakowało mi choinki w poprzednie Święta, nie brakuje i teraz. Jest dla mnie kompletnie nieistotna. Co do sprzątania - powiedziałam sobie, że jeśli jakimś cudem poczuję, że mam ochotę na sprzątanie - sprzątnę. Jeśli nie - są inne warte uwagi rzeczy, np. zabawa z kotami. :) A jednak wczoraj miałam ochotę, wynikiem czego regał za mną lśni mahoniową czernią, bez śladu kurzu i zbędnych papierów.

Święta spędzę częściowo z mamą, częściowo z Arturem, a częściowo z jego rodziną. Ale i tak, nawet gdyby przyszło mi być singlem, cieszyłabym się z wolnego czasu na czytanie, oglądanie filmów, picie herbaty z sokiem malinowym i głaskanie kotów. Te wszyskie artykuły o samotności singli podczas Świąt wydają mi się grubą przesadą. Czas przeznaczony na realizację własnych zainteresowań nie jest przecież czasem straconym ani źle wykorzystanym. Ja mogłabym tak spędzić całe moje życie. :)

Blue Velvet

  "Blue Velvet", 1986, reż. David Lynch

Nie jestem wielbicielką stylu Lyncha; obejrzenie jego filmu raz na jakiś czas traktuję jako odskocznię od kina konwencjonalnego, próbę zbliżenia się do czegoś zupełnie odmiennego od codziennych kinowych doświadczeń, nawet jeśli nie do końca odpowiadającego moim oczekiwaniom.

Z Lyncha do ulubionych zaliczam "Prostą historię", wzorcowe wręcz kino drogi, bez śladów typowo Lynchowskiego klimatu i karkołomnych zapętleń fabuły. "Prosta historia" jest rzeczywiście prosta, ale pięknie, barwnie opowiedziana i chociaż akcja toczy się leniwie, w tempie terkoczącej po amerykańskich drogach kosiarki Alvina, to ani przez chwilę nie nuży. Chyba że kocha się Lyncha za "Dzikość serca" czy "Zagubioną autostradę" - wtedy "Prosta historia" może rozczarowywać.

Ani "Zagubionej autostrady" ani "Mulholland Drive" nie zrozumiałam bez wsparcia w postaci zapoznania się z komentarzami osób, uznających się za znawców Lynchowskiej symboliki. Wstęga Moebiusa jako klucz interpretacyjny do "Zagubionej autostrady" jest całkiem zgrabnym wyjaśnieniem wszelkich (pozornych) nielogiczności fabuły i nieliniowości zdarzeń. Z kolei w "Mulholland Drive" mamy do czynienia z rzeczywistością jawy i snu. Jawa jest nie do zaakceptowania dla głównej bohaterki, więc ucieka w świat sennych majaczeń, w których zarówno ona, jak i jej kochanka odgrywają inne życiowe role.

A co z "Blue Velvet"? Paradoksalnie, umiejscowienie tego obrazu pomiędzy zwyczajnością "Prostej historii" a symbolizmem pozostałych wymienionych wyżej tytułów, wcale mi nie pomaga w ocenie i interpretacji. Sama fabuła czerpie z tradycji kina gangsterskiego i sensacyjnego (biznes narkotykowy, porwanie, okalecznie ofiary, szantaż psychiczny i fizyczny), ale nie na tym, zdaje się, skupia się reżyser. Cały wątek kryminalny jest tylko przyczynkiem do rozważań o naturze ludzkiej, o jej dwoistości. O perwersji, zdolności do poświęceń, uleganiu pokusom wbrew rozsądkowi, balansowaniu na krawędzi, niespełnieniu, poszkiwaniu i desperacji. Przychodzi mi teraz na myśl, że idealnie pasuje do tego obrazu cytat z recenzji sztuki "Markiza de Sade" autorstwa Agnieszki Fryz-Więcek: "Mishima i Bradecki pokazują życie jako nieustanną huśtawkę między nudą a cierpieniem, normalnością i szaleństwem, tym co jasne i mroczne w nas. Ścieżkę pomiędzy tymi skrajnościami każdy wytycza sam." Lecz mimo tej interpretacji, która właściwie pojawiła się w mojej głowie ad hoc, nie mogę ocenić filmu na więcej niż 2/6. Po prostu do mnie nie trafia. Nie trafia w warstwie psychologicznej; film oglądałam beznamiętnie. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie akcja i nie bezpośrednie uwikłanie bohaterów w ukazywane zdarzenia stanowi główny cel Lynchowskich obrazów, ale - czemu dałam wyraz także w mojej opinii na temat "Nieba" Tykwera - symbolizm to akurat coś, co trudno mi w kinie przełknąć. Symbolizm zazwyczaj odziera film z tego, co z kolei lubię najbardziej - z wiarygodności psychologicznej postaci i możliwości utożsamienia się z nimi, przeżywania wraz z nimi opowiadanej historii.

12:51, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 grudnia 2006
Gdyby ściany mogły mówić

 "Gdyby ściany mogły mówić", reż. Nancy Savoca, Cher

Film wzięłam z wypożyczalni zupełnie przypadkiem. I spędziłam całkiem miły (to słowo brzmi źle w tym kontekście, o czym poniżej) wieczór, oglądając go. Ten obraz to kolejny głos w sprawie aborcji. Głos o tyle ważny, że bynajmniej nierozstrzygający. Ja go nie odbieram jako opowiedzenie się po którejś ze stron konfliktu. Chociaż oczywiście film pokazuje (nawet dość drastycznie), że aborcja to przede wszystkim dramat kobiety i że tak naprawdę w tym decydującym momencie kobieta jest sama, nawet jeśli wspiera ją rodzina czy przyjaciele.

Porównajmy ze sobą aborcję z 1. epizodu, dokonywaną pokątnie, nielagalnie w latach 50. i aborcję z 2. epizodu, w sterylnych szpitalnych warunkach lat 90., przeprowadzaną przez rozumiejącą i współczującą panią doktor. Wniosek, który mnie nasuwa się automatycznie jest taki, że kobieta skazana jest w tej sytuacji na tak wyniszczającą psychicznie walkę z samą sobą, że zasługuje choć na minimum komfortu w postaci prawa do legalnego, odpowiednio przeprowadzonego zabiegu. Na to, przez co przechodzi Claire z 1. epizodu, patrzy się ze zgrozą, z przerażeniem. Aż się pięści zaciskają, gdy widzi się aroganckie, oschłe, wręcz chamskie zachowanie mężczyzny, który przychodzi usunąć ciążę Claire. On wie, że ma władzę, że może sobie pozwolić na okazywanie pogardy, zniecierpliwienia, lekceważenia i złości. Kobieta nie ma żadnych praw, zdana jest wyłącznie na niego, całkowicie od niego zależy, a on ten fakt bezwzględnie, bez cienia skrupułów wykorzystuje.

Z kolei aborcja Christine dokonywana w latach 90. jest wręcz komfortowa. Elegancki szpital, profesjonalny personel medyczny, łagodna pani doktor, ściskająca pacjentkę za rękę podczas zabiegu pielęgniarka. A przecież widać, że Christine bardzo silnie to przeżywa. Trzyma się jakoś, odpowiada na odwracające uwagę pytania pielęgniarki, ale cała drży, płacze. Naprawdę nie ma się poczucia, że to wszystko to jakieś zbędne luksusy, niemalże fanaberie, ułatwiające kobietom decyzję, prawie że zachęcające do aborcji. Tylko najwięksi fanatycy, całkiem pozbawieni zdolności empatii mogą tak to odebrać.

Film swoją konstrukcją skojarzył mi się z "Godzinami". Tam też bohaterkami były trzy kobiety, żyjące w różnych czasach, lecz ukazane w ważnych dla nich, decydujących o dalszym losie, życiowych momentach. "Godziny" to zresztą jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam.

18:19, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Niebiańska plaża

Obejrzałam wczoraj w TV "Niebiańską plażę". Pojęcia nie mam dlaczego ten film ma takie złe recenzje. Krytyk GW dał jedną gwiazdkę. Rozumiem, że to nie jest arcydzieło, ale nawet największe gnioty oceniane bywały na dwie. Mnie natomiast oglądało się ten film całkiem przyjemnie. Jasne, że odkrywczy nie był. Eksploatował temat dziesiątki razy przerabiany już przez maszynkę kultury. Niemożność stworzenia idealnej społeczności, wzajemna zależność nieodmiennie rodząca prędzej czy później konflikty między ludźmi, problem wyizolowania z szerszego kontekstu cywilizacyjnego poprzez egzystencję w zamkniętej enklawie utopijnego raju. Mrzonki o Arkadii oczywiście nie mogły się ziścić. Arkadia, zamiast upragnioną oazą spokoju i szczęścia, okazuje się pułapką, w której do głosu dochodzi ta gorsza strona ludzkiej natury. Zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się problem. Ludzie to egoiści, a pozbycie się problemu często sprowadza się nie do jego rozwiązania, lecz do ucieczki przed nim. Społeczność pozbywa się jęczącego i zżeranego przez gangrenę kolegi, bo jego choroba i cierpienie burzą im ich iluzję. Richard mówi: "Umrzyj albo wyzdrowiej". Zawieszenie pośrodku jest nieznośne, zbyt absorbujące, przeszkadza i przypomina o brzydocie życia. Własna wygoda, fizyczna i psychiczna - oto, co kieruje poczynaniami ludzi.

Wiem, mało to wszystko odkrywcze, zgoła wcale. Ale naprawdę widziałam już gorsze filmy, grzeszące wtórnością. Dla mnie niewątpliwym atutem tego obrazu był Leonardo DiCaprio, który z każdym kolejnym oglądanym przeze mnie filmem z jego udziałem udowadnia, że jest świetnym aktorem. Jego Richard był przekonujący, prawdziwy. DiCaprio znakomicie gra mimiką, a przecież to właśnie ludzka twarz jest najważniejszym przekaźnikiem emocji. To na niej uzewnętrzniają się wszelkie, chwilowe nawet, uczucia i stany umysłu. Zresztą takie właśnie mikro-ekspresje, realizujące się w ciągu ułamków sekund, niosą najwięcej informacji. To często mimowolne, niekontrolowane grymasy twarzy. Zagrać, czyli świadomie wywołać w sobie i pokazać coś, co jest zazwyczaj automatyczne i nieuświadamiane - to wielka sztuka. Tymczasem za rolę w "Niebiańskiej plaży" DiCaprio "uhonorowany" został Złotą Maliną dla najgorszego aktora. Nie wiem, śmiać się czy płakać. To jakiś absurd.

15:00, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2006
Dziś wieczorem

Dziś wieczorem

Kiedy przyjdę do ciebie
rozdzielą nas dwa metry
koniecznych konwenansów

Będzie jak należy
miło i zabawnie
ciekawie i inspirująco

W świetle lampy
będą się nadaremnie iskrzyć
bąbelki szampana

Za oknem
będzie niepotrzebnie
padał deszcz

Intymności
ile dusza zapragnie

Odwieczne rekwizyty
jak na zawołanie

Moja skóra
pod obowiązkową sukienką
będzie na próżno gładka

Będę tuż obok

na niewyciągnięcie
ręki

14:05, aniaposz , Strofy
Link Dodaj komentarz »
Grzędowicz i nordyccy bogowie

Po niezmiernie długim okresie niemocy czytelniczej, znów mam ochotę na książki. Zaczęłam trochę niefortunnie, bo od antologii tematycznej Fabryki Słów "Deszcze niespokojne". Akurat wojna i wątki okołowojenne to najmniej mnie chyba interesujący temat w literaturze. Ale lubię antologie. Są ciekawe poprzez swoją różnorodność - wielu autorów, wiele stylów i pomysłów. Można powiedzieć, że co jak co, ale antologie są na pewno jak pudełko czekoladek. :) Świetny był zresztą zbiór "Małodobry", z katem w roli głównej.

Uwaga: spoilery!

"Deszcze niespokojne" otwiera opowiadanie nagrodzone w tym roku Zajdlem -"Wilcza zamieć" Grzędowicza. Czytało mi się bardzo opornie. Wstęp jest moim zdaniem zbyt rozbudowany, w rezultacie cały tekst można by skrócić o 1/3. Bardzo przeszkadzała mi cała masa technicyzmów i przesadna wręcz dbałość autora o historyczny realizm (chociaż - przyznaję - dziwnie to brzmi jako zarzut). Drobiazgowe opisy wyposażenia U-Boota czy używanej broni niemiłosiernie mnie nużyły. W efekcie opowiadanie czytałam na raty, co zajęło mi prawie 2 tygodnie. Na szczęście zarówno właściwe rozwinięcie akcji, jak i puenta wynagrodziły mi te męczarnie. Początkowo wydawało mi się, że autor ześlizgnął się w banał i że próbuje straszyć obrazkami z horrorów klasy B. Zagubienie w świecie poza czasem i przestrzenią, kilkumetrowi bogowie pogańscy, tupiący nogą i plujący ogniem, hmm... A potem okazało się, że to tylko wprowadzenie, być może celowo idące w schematy kulturowe. Bo później Grzędowicz zaczął mrugać okiem już całkiem jawnie, a rozmowa Reinhardta z Lokim jest wręcz ukoronowaniem przyjętego stylu. Poważna konwencja jest świadomie złamana. Piorunujący efekt daje skonfrontowanie pogańskiego boga ze współczesnym człowiekiem, kapitanem U-Boota. Loki jest sobą - cynikiem, kusicielem, zblazowanym oszustem. Reinhardt, cały czas mając się na baczności, powoli ulega jego namowom, bo - faktycznie - cóż ma do stracenia? Ten brak alternatyw i duch dekadencji unoszący się nad światem w obliczu nieuchronnej klęski Rzeszy - to wszystko jest doskonale wyczuwalne i nie dziwimy się decyzji kapitana. Autor zgrabnie połączył w tym tekście kilka motywów - II wojnę światową, mitologię nordycką, bolączki współczesnego świata, kryzys wartości, odwieczne obawy przed ostateczną zagładą i nadzieję na odrodzenie w nowym lepszym świecie.

Mnie opowiadanie skłoniło ponadto do poszperania w internecie w poszukiwaniu informacji na temat mitów nordyckich. Owszem, słyszałam co nieco, ale nie na tyle dużo, by móc czerpać dodatkową radość z odkrywania nawiązań i smaczków intertekstualnych w opowiadaniu. Czytając pewne fragmenty, czytałam je bez poczucia, że są zgrabnym przeformułowaniem wcześniejszych motywów kultury europejskiej. Trochę szkoda. Lektura bezpośrednio bazująca na mocno zakorzenionych w kulturze starych tekstach daje prawdziwą satysfakcję, gdy tę bazową wiedzę się posiada. Identycznie zresztą było z "Amerykańskimi Bogami" Gaimana. Tam jednym z głównych bohaterów jest Loki, a wszelkie jego działania zmierzają do wywołania Ragnarok. Po drodze, jak sobie teraz mgliście przypominam, jest sporo zdarzeń odwołujących się do nordyckiej mitologii. Niestety, nie miałam wtedy tej świadomości. W rezultacie lektura nie wzbudziła we mnie większych wzruszeń, a przecież jej wartość polega głównie na wyłuskiwaniu nawiązań i odczytywaniu na nowo, w innym świetle i innych okolicznościach fabularnych, starych wątków mitologicznych.

poniedziałek, 18 grudnia 2006
A.I. Sztuczna inteligencja (reminiscencje filmowe)

     

"A.I. Sztuczna inteligencja", reż. Steven Spielberg

Film oglądałam dwukrotnie. Wydaje mi się, że za drugim razem wywarł na mnie nawet większe wrażenie. Obraz rewelacyjny. Oczywiście temat wcale nie nowy, w literaturze poruszał go i Lem, i Dick w słynnym "Blade Runnerze" (a właściwie "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach"). Ale świetnie zrobiony, dopracowany w każdym szczególe.

Pamiętam, że za pierwszym razem film wydał mi się trochę za długi. Przeglądałam sobie forum filmwebu i znalazłam kilka opinii o końcówce, że doklejona na siłę, że niepotrzebna i wymuszona. Nie zgadzam się, chociaż wtedy też tak uważałam. A teraz sądzę, że właśnie końcówka nadaje filmowi tak tragiczny wymiar. Większość łez wylałam przy scenach finałowych. Poruszająca jest dobroć tych istot, ich ogromna tkliwość okazywana Davidowi. Myślę, że to jednak nie są kosmici, lecz daleko posunięta w ewolucji rasa rozumnych robotów. Świadczą o tym słowa jednego z nich: "Zazdrościliśmy ludziom duszy...". Sądzę, że tak mówiłyby właśnie roboty, a więc twory sztuczne, o których z całą pewnością (?) wiadomo, że są duszy pozbawione. To zresztą sprawia, że sceny te mają gorzką ironiczną wymowę. Oto ludzie, istoty emocjonalne, zdolne do uczuć wyższych, posiadające duszę, były do cna wyzute z litości, potrafiły być tak bezwględne w swojej nienawiści do robotów, których same stworzyły. Tymczasem nowa generacja robotów jest tak rozczulająco serdeczna i pochyla się nad krzywdą Davida, chcąc mu ofiarować choć namiastkę szczęścia, którego nie zaznał. A przecież jednocześnie same o sobie mówią, że nie posiadają duszy... Więc cóż to tak naprawdę jest dusza, o ile w ogóle istnieje...

20:57, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
Czasowstrzymywacz poproszę

Wciąż mam poczucie szaleńczo uciekającego czasu. Wciąż jest go za mało. Czytam różne blogi, dyskusje na różnych tematycznych portalach i zastanawiam się skąd ludzie mają czas na te wszystkie aktywności, którym się oddają, a potem zdają z nich jeszcze pisemne relacje. Ze wszystkich sił chciałabym dołączyć do tego elitarnego grona osób, czytających po kilkanaście książek w miesiącu, oglądających po dwa filmy dziennie, chadzających do teatru co najmniej raz na tydzień, piszących potem fascynujące recenzje i uczestniczących w konferencjach, panelach dyskusyjnych i spotkaniach z autorami. Mnie na moje pasje i realizację ambicji kulturalnych zostaje w ciągu dnia ok. 5 godzin! Też nie. Przecież nawet czas wolny od pracy zawodowej nie jest czasem, który mogę w pełni przeznaczyć na przyjemności. Wypada choć trochę zająć się obowiązkami przyziemnymi - praniem, odkurzaniem, prasowaniem. Poza tym spotkania ze znajomymi, którzy niekoniecznie podzielają moje zainteresowania w dziedzinie kultury. Somy też nie należy zaniedbywać, więc jakieś ćwiczenia, basen. Jeszcze kurs niemieckiego dwa razy w tygodniu. Gdzie tu miejsce na rzucenie się w wir kultury? Wciąż zbyt mało czasu i wieczne poczucie winy, że stoję w martwym punkcie i że się nie realizuję, tak jak bym chciała. Im więcej chcę zobaczyć, przeczytać, poznać, tym więcej wartych uwagi rzeczy wokół siebie dostrzegam. Zaległości, zamiast maleć, rosną w zastraszającym tempie.

Tak, wiem, nie tylko mnie ten problem dotyczy. To znak naszych czasów, coraz większego tempa życia i - paradoksalnie - narastającego opóźnienia jednostki w stosunku do otoczenia. Stojąc w miejscu, cofasz się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Im więcej technicznych udoskonaleń, skracających czas wykonania zadania, dostarcza nam dzisiejszy świat, tym więcej jest do zrobienia, tym szybciej kręcisz się w kółko i tym większe masz poczucie ogromu spraw niezałatwionych, nie rozpoczętych nawet. Rzeczywistość bombarduje nas wachlarzem możliwości, alternatyw, opcji i wielością modeli. To staje się nie do zniesienia. Nawet moja ukochana "Polityka", której okresowy dodatek "Niezbędnik Inteligenta" cieszył mnie niezmiernie i który z pasją czytałam, dołączyła ostatnio do tego wyścigu donikąd. Wydaje nowe broszury: "Pomocnik historyczny", a ostatnio - "Pomocnik psychologiczny". Jakkolwiek ten ostatni powinien mnie cieszyć, tylko mi ręce opadły. Kolejna porcja informacji, kolejny stosik zadrukowanych ciasno stron, kolejny dylemat, kończący się, jak zwykle, frustracją i poczuciem bezsilności wobec napierającego zewsząd natłoku informacji.

Oczywiście możliwość wyboru nie jest zła sama w sobie. Problem zaczyna się po przekroczeniu pewnej granicy ilościowej. Praktyki wydawnictw, zmierzające do podnoszenia swoich nakładów poprzez dodawanie przeróżnych broszur, filmów, przewodników i książek sprawiają radość o tyle, o ile można się z tym faktycznie zapoznać. Obecny poziom podaży tych bonusów jest już tylko i wyłącznie frustrujący. Na mojej półce stoją ustawione w równym rządku albumy Taschena o malarstwie światowym, swojego czasu dodawane do "Przekroju" - zajrzałam do tej pory do jednego. Koło komputera obok DVD z ulubionymi filmami, leżą DVD z kolejnej serii "Przekroju" - o biografiach sławnych ludzi. Z tego widziałam do dziś jedną - o da Vincim. Zbieram teraz odcinki "Było sobie życie" sprzedawane z piątkowymi wydaniami "Życia". Zbieram z sentymentu, bo to jeden z moich ukochanych seriali dzieciństwa, ale żadnego odcinka jeszcze nie obejrzałam powtórnie. Nie wspominam o innych, jednorazowych dodatkach, których też zebrałam już pokaźny stos.

Czytałam gdzieś doniesienia o tym, że ludzie coraz gorzej tolerują to bogactwo możliwości. Że powstają sklepy, które oferują dwa, najwyżej trzy warianty jednego produktu. Ta redukcja przywraca ludziom poczucie kontroli nad rzeczywistością, zwraca im wolność faktycznego decydowania o tym, czego chcą. W sytuacji nadmiaru, wybór jest większą niż zazwyczaj iluzją, wypacza się aż do karykatury. Bo jak możesz wybrać, skoro nie jesteś nawet w stanie zarejestrować wszystkich opcji, nie mówiąc o ich zrozumieniu i przeanalizowaniu. Człowiek gubi się w tym chaosie i w poczuciu, że nic od niego nie zależy, a dodatkowo, że brak mu jakichś istotnych do funkcjonowania  kompetencji.

Czy to nie Zajdel napisał opowiadanie o paraliżu informacyjnym wysoko rozwiniętych społeczeństw? O nagłym zatchnięciu się nadmiarem, sygnalizowanym wcześniej przez niepokojące symptomy, m.in. dziwaczne zdziecinniałe zachowania elit naukowych? Czytałam to opowiadanie ładnych kilka lat temu i chyba wtedy nie odczuwałam jego przerażającej aktualności. Kilka lat to zresztą teraz cała epoka. Nie tylko w informatyce.

 
1 , 2