Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
wtorek, 25 grudnia 2007
"This world was not made for me"

Tak śpiewał Marc Almond w "Desperate Hours" z albumu "Enchanted". Czasami myślę, że tak jest ze mną. Czytam wpisy moich dawnych znajomych na forum "naszej-klasy"; znane mi nazwiska koleżanek znajduję w nawiasach, bo teraz mają już nowe nazwiska, jedno dziecko, dwoje dzieci, domek, zakupy, pieluszki, mężuś, choineczka. Zastanawiam się, czy mam ochotę się z nimi spotykać. Czy odnajdziemy jeszcze jakieś wspólne tematy, czy też to będzie wzajemne katowanie się zdjęciami o temacie przewodnim pt. "szczęście rodzinne"?

Ja nie pasowałam do tego wszystkiego już od dziecka. Już jako 14-latka pisałam w pamiętniku, że mnie małe bobaski nie rozczulają i że nigdy nie będę chciała być matką. No i proszę - wykrakałam. :) Małżeńskie przykładne pożycie też mnie jakoś nie kręci. Nie chcę przez to powiedzieć, że potępiam w czambuł wszelką tradycję i formalizację związków. Jeśli komuś to pasuje - proszę bardzo! I nie nobilituję też własnego sposobu na życie - po prostu inaczej funkcjonować nie umiem. Wdałam się chyba w ojca, który nigdy nie nadawał się do życia rodzinnego; zostawił dom i wyszedł jak stał, gdy miałam 26 lat. I - szczerze - niespecjalnie mnie to nawet obeszło...

Jestem pełna sprzeczności - czasem wydaje mi się, że do szczęścia trzeba mi małych rzeczy, jakiejś dobrej książki, filmu (to akurat prawda :)), a czasem myślę, że udusiłabym się, zamykając się w takim mało wymagającym modelu. "This world was not made for me", exactely.

Okrucieństwo nie do przyjęcia

 "Okrucieństwo nie do przyjęcia", 2003, reż. Joel & Ethan Coen

Naczytałam się o tym filmie, m.in. że to najbardziej komercyjny produkt Coenów. A ja się tu za nic tej rzekomej komercji nie mogę dopatrzeć. Więcej - fakt, że był to film dość szeroko rozpowszechniany w kinach i reklamowany jako "komedia romantyczna" z udziałem gwiazd sprawił, że widziało go wielu ludzi, którzy od kina autorskiego raczej stronią. I masz, rozczarowanie! "Teatralna, sztuczna gra, wszystko takie dziwaczne" etc. No, ba! Tacy są Coenowie i wielbiciele typowych komedii romantycznych mają prawo być zawiedzeni. Stąd tak zawstydzająco niska ocena na FW: 6,5.

A tymczasem to kolejny film bardzo w stylu braci. Znów jest wszystko to, co dla nich charakterystyczne: szybkie ujęcia, surrealistyczne fragmenty (przecież te dwie sceny w gabinecie szefa to majstersztyk - człowiek-legenda, Big Boss, który "pracuje od świtu do nocy i nie ma rodziny" i trzęsące się przed nim "płotki" ;)), czarny humor ("She won't suffer, will she?", "Not unless you pay extra" :D), nasycone groteską dialogi, smakowite detale (np. koszulka z napisem "Objection!") i wyraziste postacie drugoplanowe oraz oczywiście piętrowa intryga. :) I sam fakt, że tutaj akurat zasadza się ona na męsko-damskich relacjach, nie uprawnia do nazwania tego swoistego melanżu konwencji komedią romantyczną! To tak jakby ktoś stwierdził, że "Arizona Junior" to dramat obyczajowy o miłości rodzicielskiej. ;)

Jak zwykle w produkcjach Coenów nie zawiedli aktorzy - świetni są pojawiający się w epizodach Rush i Thornton, idealnie wpisał się w rolę Clooney, Zeta-Jones wygląda pięknie i wyniośle. I, cholera!, takie właśnie niełatwe relacje z mężczyznami kręcą mnie najbardziej! ;) Bo to walka, wieczna walka o dominację i zwycięstwo, a przegrywa ten, kto kocha bardziej i bardziej się odsłoni. ;) I czy to nieprawda, że kobiety uwielbiają dobrych mężczyzn, ale kochają drani? ;)

12:28, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 grudnia 2007
Wpis prawie świąteczny

Nie cierpię bożonarodzeniowych kartek. Albo inaczej - nie cierpię nadmiaru tych kartek, taśmowego ich wysyłania, żeby tylko zdążyć rozesłać do wszystkich, do których należy. I gdzie w tym jakakolwiek szczerość, nie mówiąc o chwilce czasu na refleksję? Jasne, że fajnie by było dostać kartkę od P., bo to by było wyjątkowe i bardzo, bardzo dla mnie ważne. Ale kartki od przypadkowych osób, wyklepane byle jak życzenia od kogoś, kogo ledwie znam? A jakie zatrzęsienie wirtualnych kartek w mojej firmie! Co chwila przychodziły maile rozsyłane jak leci do wszystkich z danej listy dystrybucyjnej. Nawet nie zaglądam, kasuję bez czytania. Mam to gdzieś. Za to staram się w miarę możliwości być pomocna na co dzień, a taki Bartek z IT zamiast czynić przykładnie zadość tradycji w ten jeden dzień w roku, mógłby być trochę mniej mrukliwy i antypatyczny, gdy się do niego dzwoni z prośbą albo pytaniem. E, daremne żale. Świetnie podsumował takie tymczasowe zrywy i religijność Polaków Koterski w "Dniu Świra": http://www.youtube.com/watch?v=oidh5oH0Y_U

wtorek, 18 grudnia 2007
nasza-klasa.pl

Wczoraj minął rok, odkąd prowadzę te moje elektroniczne zapiski. Niedużo tego. Niektórzy tyle co ja w rok, napisaliby w 3 miesiące. No, ale co zrobić - piszę tylko wtedy, kiedy mi się chce i kiedy mam coś do napisania. Zresztą czasu też ciągle brak. Po pracy latam na kursy językowe, a potem wolę obejrzeć film, niż klepać w klawiaturę. Bywa, że w pracy mam czas coś skrobnąć, ale zazwyczaj jednak jest co robić. 

Teraz siedzę sobie w domu na 3-dniowym zwolnieniu. :) Wracam do biura w czwartek na dwa dni. A potem przerwa świąteczna. :) Wczoraj po lekarzu, wpadłam do biblioteki i wzięłam grubiutki tom "Dzienników" Gombrowicza. Już rzut oka wystarczył, żeby mnie wessało. Uwielbiam wszelkie dzienniki, pamiętniki, notatki, refleksje, takie "odpryski umysłu". Zakochałam się w tym bodaj przy "Lapidariach" Kapuścińskiego. W ogóle lubię wszelką publicystykę i eseistykę, a w sumie jakoś rzadko po nią sięgam. Może wynika to z przekonania, że taką prozę powinnam czytać wnikliwie, z ołówkiem w ręku, w skupieniu, a wciąż nie mam czasu na tego rodzaju koncentrację nad lekturą. Ale może właśnie Święta dostarczą mi na to okazji. Inna sprawa, że obiecałam sobie też wbić wtedy do głowy wszystkie zaległe angielskie i niemieckie słówka. ;) A gdyby tak pętla czasowa z "Dnia Świstaka"? ;)

Ostatnio usłyszałam o serwisie www.nasza-klasa.pl i już się trochę osób z moich klas, zarówno z podstawówki, jak i z liceum, zapisało. :) Dziwne uczucie... Mimo tylu lat, wciąż tych ludzi, szczególnie z podstawówki, widzi się w wyobraźni, we wspomnieniach jako dzieci. Czas, który upłynął, nic nie zmienił, bo nic nie miał okazji zweryfikować. Rozstaliśmy się te 19 lat temu i wszystko, co miało miejsce, zostało jakby zamrożone, zastygło jak skamielina. Artur to ten chłopak, który zaprosił mnie wtedy na swoje urodziny, Agata to ta, z którą nieraz się pobiłyśmy, Kaśka poznała mnie z moim pierwszym chłopakiem, a z Robertem mieliśmy sekretną kryjówkę w ruinach jakiegoś domu. Niestety zostają też urazy, bo nie było okazji, aby sobie coś wyjaśnić, przeprosić, złe rzeczy unieważnić dobrymi. Pewnie będzie spotkanie. Jak wypadnie konfrontacja?

Złap mnie, jeśli potrafisz

 "Złap mnie, jeśli potrafisz", 2002, reż. Steven Spielberg

Urocza historia. :) Rozbrajający bohater, koncertowo grany przez DiCaprio. Dobrze dobrany duet DiCaprio - Hanks, którym świetnie udało się oddać specyficzną relację, łącząca ściganego i ścigającego, podszytą wzajemną ciekawością, respektem i jednak sympatią.

I jak tu nie polubić Franka Abagnale'a, przenikliwego znawcę ludzkich słabostek, nonszalanckiego libertyna, mistrza mimikry i sprytnego fałszerza? Czy można się dziwić tym zastępom ludzi, których oszukał? Sami pewnie uleglibyśmy czarowi jego spojrzenia, magii uśmiechu albo pewności siebie i autorytarnemu tonowi głosu specjalisty w swojej dziedzinie. :) Abagnale wykorzystywał ludzką skłonność do posłuszeństwa autorytetom, przyjmowania pochlebstw i sądzenia po pozorach (Dlaczego Jankesi wygrywają? Bo wszyscy gapią się na ich stroje!), poznawcze lenistwo, czyli to, co Cialdini nazywa obrazowo "Klik, wrr...". Są triki, które działają zawsze albo prawie zawsze na wszystkich albo prawie wszystkich, bo wykorzystują schematy, na które nauczyliśmy się reagować automatycznie, prawie bez udziału świadomości. Psychologia społeczna w pełnej krasie. :) Ten film idealnie ilustruje kilka technik wpływu społecznego. :) Ech, mogłam iść na te doktoranckie, materiał na ćwiczenia miałabym jak znalazł. ;)

Kilka scen szczególnie zapada w pamięć: genialny pomysł ze stewardessami (bazowanie na najprostszych i odwiecznych ludzkich pokusach), na poczekaniu wymyślony trik z agentem tajnych służb (element zaskoczenia + wykorzystanie roli autorytetu), scena z dwoma lekarzami na izbie przyjęć (znów autorytet + lęk przed spadkiem poczucia własnej wartości), no i pierwsza "rola" Franka jako nauczyciela języka francuskiego. :D

Abagnale instynktownie wiedział jak pociągać za sznurki i sterować ludzkimi emocjami. Tego nie uczą na psychologii. Owszem, poznaje się pewne techniki, ale żeby stosować je w praktyce z taką sprawnością i swobodą, trzeba mieć naturalny talent. :) Frank miał nie tylko talent psychologa, ale też był diablo inteligentny, no i miał coś, bez czego obie te rzeczy nie byłyby wiele warte - przebojowość i determinację. Abagnale wiedział coś, o czym zdają się często zapominać np. politycy - to rozwiązania trzeba dostosowywać do ludzi, a nie ludzi do rozwiązań.

11:06, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 grudnia 2007
Barry Lyndon

 "Barry Lyndon", 1975, reż. Stanley Kubrick

Bałam się tego filmu. Bałam się, bo zdążyłam pokochać Kubricka za "Full Metal Jacket", "Mechaniczną pomarańczę" i "2001: Odyseję kosmiczną". Bałam się więc rozczarowania. Na szczęście obawy okazały się nieuzasadnione. :)

"Barry Lyndon" to jeszcze jedno magiczne dzieło wielkiego reżysera, który potrafi w jakiś niepojęty sposób godzić sprzeczności i proste koncepcje przekuwać w niekonwencjonalne realizacje. Jak to na przykład możliwe, żeby w sztywną konwencję kina kostiumowego i historycznego tak swobodnie wpisywać własne pomysły? Jak udało się Kubrickowi tak bardzo skupić uwagę na detalu, chwili i bohaterach przy jednoczesnym zachowaniu przekrojowego, perspektywicznego charakteru narracji? Jak on to zrobił, że na bliskie długie ujęcia twarzy postaci patrzy się z takim napięciem, jakby to było najlepsze kino sensacyjne? Do tego cudne malarskie zdjęcia, no i muzyka! To ciekwe, bo ja nigdy jakoś specjalnie na ścieżkę dźwiękową nie zwracam uwagi. Czasem ludzie mówią o jakimś filmie - "znakomita muzyka", a ja myślę - "jaka muzyka, u licha, nawet nie zauważyłam". ;) Ale w filmach Kubricka muzyka to dzieło sztuki samo w sobie, a jednocześnie jeszcze jeden idealnie tworzący całość element. Tak mocno zintegrowany z fabułą i narracją, że już na zawsze kojarzący się z danym filmem. Kilka scen jest rozegranych po mistrzowsku, np. milcząca scena na tarasie, gdy Barry podchodzi do Lady Lyndon i bierze ją za rękę, pojedynek między Barrym a lordem Bullingdonem, który ogląda się z zapartym tchem albo pogrzeb Bryana z małą trumienką prowadzoną w owczym zaprzęgu.

Kubrick to chyba jeden z najbardziej wszechstronnych reżyserów w historii kina, a jednocześnie - najmniej charakterystyczny w pozytywnym sensie. Każdy jego film to odrębna domknięta całość, każdy jest inny. Na przykład Almodovar wyraźnie odciska własną pieczęć na każdym swoim dziele, podobnie von Trier. A dzieł Kubricka nie sposób połączyć jakimiś stycznymi, oczywiście poza perfekcją realizacyjną. :) I są ponadczasowe; mimo upływu kilku dekad, ani na jotę się nie zestarzały. Dotyczy to strony technicznej, co już zakrawa na cud, ale także podejmowanych tematów. Czasem się z kimś spieram, nazywając jakiś film przestarzałym, zdewaluowanym. Kontrargumety są różne, ale najczęściej - że film miał prawo się zdezaktualizować, bo od czasu premiery dana kwestia podejmowana była wielokrotnie, bo się widziało wiele podobnych obrazów etc., ale jak na tamte czasy film był rewolucyjny. Na przykładzie Kubricka widać, że to wcale nie takie proste, bo jak obraz jest dobry, to pozostaje dobry i mimo filmowych doświadczeń widza, wciąż postrzegany jest jako świeże spojrzenie i mądry głos w jakiejś sprawie.

I jeszcze taka drobnostka jak scena walki na pięści - bardzo naturalna, realistyczna, pozwalająca na zaangażowanie widza i dopingowanie bohatera. A weźmy o zaledwie 3 lata wcześniejszego "Ojca chrzestnego" - sceny bijatyk takie sztuczne, zabawne wręcz w swojej teatralności, nadgorliwie padający na ziemię przeciwnicy, widoczne udawanie i markowanie ciosów. I niech mi nikt nie mówi, że "Ojciec chrzestny" to takie arcydzieło, bo się Coppola nie przyłożył choćby do tego jednego aspektu. A Kubrick myślał o wszystkim. :)

22:09, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 grudnia 2007
"Różowe lata", a właściwie o płci kulturowej :)

 "Różowe lata", 1997, reż. Alain Berliner

Z początku miałam wrażenie deja vu. Tyle już podobnych filmów widziałam, tematyka - z racji moich zainteresowań - jest mi dobrze znana, właściwie oglądałam bez emocji, zgadując mniej więcej jak potoczą się wydarzenia. Chłopiec, który chce być dziewczynką, czyli: przebieranki w dziewczęce ciuszki, konsternacja rodziców, próby "naprawienia" dziecka u psychologa, brak akceptacji ze strony sąsiadów, przechodzący wreszcie w jawną niechęć, po drodze kilka przeplatających się fragmentów obrazujących próby życia zgodnie z oczekiwaniami rodziców i nieuchronnych powrotów do życia w zgodzie ze sobą. Zainteresował mnie więc nie tyle aspekt poszukiwania tożsamości płciowej przez Ludovica, ile wymiar społeczny, reakcja ludzi na inność, choć to oczywiście też żadna nowość i bynajmniej w nowym świetle nieukazana (w przeciwieństwie do oryginalnego filmu Stuhra, "Duże zwierzę"). Mimo to zawsze czerpię jakąś perwersyjną przyjemność z piętnowania dwulicowości, małomiasteczkowej poprawności, nietolerancji, bezinteresownej zawiści, podłości i zakompleksionej przeciętności. I zawsze całym sercem staję po stronie tych zaszczutych, a wciąż mających odwagę manifestowania swojej odmienności. Myślę sobie wtedy, telepatycznie dodając odwagi bohaterom, że naprawdę nie zawsze większość ma rację i właśnie taka forma nonkonformizmu zasługuje w moich oczach na najwyższy szacunek. A jedną z moich absolutnie ukochanych piosenek jest "My way" Franka Sinatry, a może jeszcze bardziej polska wersja w tłumaczeniu Andrzeja Ozgi i wykonaniu Michała Bajora. :)

Rodzice Ludovica nie bardzo dają sobie radę z tym, co ich spotyka. Najpierw bagatelizują upodobania syna w nadziei, że to tylko dziecięcy wybryk, z którego się wyrasta, potem próbują na siłę go wyleczyć, prowadzając do psychologa, wreszcie zakazują wprost przebieranek, a ojciec postanawia spędzać z Ludovicem więcej czasu, oczekując, że męskie towarzystwo i męskie rozrywki wybiją mu z głowy głupoty. Okazuje się jednak, że Ludovic wpływa też na własnych rodziców, którzy - skonfrontowani z ludzką niechęcią i agresją - właśnie dzięki tym ekstremalnym doświadczeniom odnajdują w sobie odwagę i wolność bycia sobą, przestają zwracać tak baczną uwagę na to "co ludzie powiedzą".

Jakiś czas temu dyskutowałam na forum FW na temat "C.R.A.Z.Y", nazywając film przesłodzonym i przeestetyzowanym, na co usłyszałam kontrargument, że to taka konwencja i "Różowe lata" są pod tym względem podobne. Otóż moim zdaniem nie. "Różowe lata", poza bajkowymi odrealnionymi wstawkami, są filmem całkiem realistycznym i jak najbardziej pozbawionym lukrowanej otoczki. Gdzież tam "Różowym latom" do wymuskanego i gładziutkiego "C.R.A.Z.Y"!

A film skłonił mnie też do przemyśleń na temat płci kulturowej. Bo oczywiście fakt bycia dziewczynką lub chłopcem podkreślany jest przez całą masę atrybutów zewnętrznych: ubiór, fryzurę, rodzaj zabawek i zabaw, styl zachowania, nawet upodobania estetyczne. Nawet filmy, kładące nacisk na tolerancję i podejmujące wątek tożsamości seksualnej, mocno akcentują ten rozdział i odrębność. Skoro chłopiec chce być dziewczynką, to się maluje, ubiera w sukienki, nie chce grać w piłkę nożną, marzy o romantycznym ślubie etc. Dziewczynka o psychice chłopca ścina na krótko włosy, strzela z procy, chętnie wdaje się w bójki itd. Zastanawiające, że jak spojrzeć na dziewczynki i chłopców to wcale nie wygląda to tak dwutorowo. A jeśli nawet przyjąć, że rzeczywiście ogólny obraz jest właśnie taki, to trzeba spytać czy faktycznie, jak sądzi większość ludzi, wypływa to z jakichś naturalnych, biologicznie zdeterminowanych skłonności. Czy nie jest tak, że dziewczynki w pewnym momencie zauważają swoją przynależność do jednej z płci i dostrzegając pewne tendencje, automatycznie się dostosowują.

O tym, że męskość i kobiecość rozumiana jako pewien wzorzec zachowań to konstrukty bardziej kulturowe i społeczne niż biologiczne świadczy odmienność tych wzorców w różnych kulturach, a także ich płynność na przestrzeni wieków. Jaka na przykład twarda biologiczna cecha stoi za ubieraniem dziewczynek w sukienki, a chłopców w spodnie? Konia z rzędem temu, kto ją odkryje i udowodni. :) Pomijając już kwestię kiltów w Szkocji, spódnica czy sukienka nie jest w obecnych czasach żadnym specjalnie pożądanym atrybutem kobiecości. Większość kobiet, szczególnie zimą, chodzi w spodniach, zwracałam na to swojego czasu baczną uwagę. Długość włosów? Nie żartujmy! W historii znajdziemy dziesiątki przykładów na to, że męskość wiązała się właśnie z długimi włosami, a koronnym przykładem jest choćby zaklęta w długich włosach siła Samsona. Makijaż stosowali i starożytni Egipcjanie i Hindusi, a nieco później upudrowani i uróżowani europejscy arystokraci w perukach. Zabawki? Nie pamiętam, żebym miała jakieś szczególne upodobanie do lalek. Owszem, bawiłam się nimi właśnie dlatego, że tak bawiły się moje koleżanki, ale zawsze miałam poczucie, że to jednak jakieś takie nudne. Wolałam ganiać po drzewach i bawić się w Załogę G. A zainteresowanie lalkami tłumaczone jest niby instynktem macierzyńskim kobiet. No dobrze, ale czy ten instynkt odzywa się już u małych dziewczynek? Nie nazbyt to ryzykowna teza? Bardziej wiarygodne jest wyjaśnienie, że dziewczynki wtłoczone zostają przez samonapędzające się koło społecznych oczekiwań w schemat bycia matkami niemalże już od kołyski i... cóż, dostosowują się do tego schematu, tak jak ja się dostosowałam do pewnego stopnia. A prawda jest taka, że zgodnie z najnowszymi odkryciami, żaden instynkt macierzyński nie istnieje. Bezdzietne kobiety i bezdzietni mężczyźni mają do dzieci mniej więcej podobny stosunek, a ten stosunek zmienia się na bardziej pozytywny, gdy zostają matkami i ojcami. Czyli to fakt posiadania dziecka sprawia, że zmienia się optyka patrzenia na dzieci, a nie sam fakt bycia mężczyzną lub kobietą. Co do kobiecej agresji... Hmm, lałyśmy się z koleżankami równo, póki nam nie uświadomiono, że dziewczynki jednak tego nie robią. Ale do tej pory mam czasem ochotę komuś przyłożyć i żałuję, że nie jestem facetem, bo bym wtedy była rozgrzeszona. ;) Piłkę też kopałam w ogromnym podnieceniu (to był Mundial'82), póki nie usłyszałam, że dziewczynki nie grają w piłkę nożną. Od tamtej pory, zawstydzona i skonsternowana, piłki nogą nie dotknęłam... I tak właśnie wygląda ten rzekomo spolaryzowany biologicznie świat płci.

21:24, aniaposz , Psyche
Link Dodaj komentarz »
Pochwała obojętności

Obojętność daje siłę. Pozwala na dystans, na swobodę i nonszalancję. Na luksus bycia ponad i nieprzejmowania się. To nie odmienność płci generuje problemy i wydobywa różnice, lecz fakt zaangażowania w związek / uczucie. Jeśli tylko ktoś przestaje nam być obojętny, całkowicie zmienia się optyka, perspektywa. Wszystko się komplikuje, prostym słowom nadajemy złożone odcienie znaczeniowe, na dziesiątki sposobów interpretujemy niewinne zachowanie, czytamy między wierszami, doszukujemy się podtekstów. Czyjś uśmiech albo spojrzenie oglądamy uważnie pod światło i rozbieramy na czynniki pierwsze. Nagle okazujemy się niezwykle podatni na zranienie. Po angielsku jest na to jedno trafne słowo - "vulnerable". Byle co może wytrącić nas z równowagi. I to wcale nie jest kwestia niezrozumienia między płciami; ludzie przestają się rozumieć, kiedy się w sobie zakochują. :) Może to i kontrowersyjna teza, ale coś w tym chyba jest. Owszem, w większości przypadków miłość łączy mężczyznę i kobietę, ale to uwikłanie w związek jest kluczową sprawą, a nie odmienna płeć. Kiedy nam na kimś zależy, mamy wyostrzoną percepcję. Zresztą to może dotyczyć też przyjaźni. Ostatnio byłam zazdrosna o... koleżankę, którą bardzo lubię, a ona umawiała się na firmową imprezę z inną. Wrr... :) 

Często jest tak, że kobiety dogadują się świetnie z mężczyznami, póki łączy ich koleżeństwo. Jeśli nagle ktoś zacznie nas interesować z innego względu, cała swoboda pryska, wszystko zaczyna się gmatwać. Ale wystarczy, że się wyleczymy i znów życie jest takie proste, znów możemy sobie żartować, sięgać po aluzje bez zobowiązań, po "szpile" bez drżenia serca.

20:56, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (3) »