Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
środa, 31 grudnia 2008
Vicky Cristina Barcelona

"Vicky Cristina Barcelona", 2008, reż. Woody Allen

...czyli "Rozważna i romantyczna" według Allena

Allenowi chyba coraz trudniej przychodzi wymyślanie ciekawych historii. Dobra passa skończyła się wraz z przewrotnym i błyskotliwym melanżem motywów, czyli "Wszystko gra". Potem było gorzej. "Scoop" - bardzo przeciętna komedia kryminalna. "Sen Kasandry" - słabsza wersja "Wszystko gra". Poza tym - mimo, iż Woody to wciąż całkiem niezły gawędziarz - widać, że traci werwę. Niektóre z jego poprzednich filmów karkołomnymi pomysłami na fabułę również nie grzeszyły, a jednak Allen proste historie opowiadał zajmująco. Nie chcę przez to powiedzieć, że jego ostatnie filmy mnie nudzą; po prostu mam wrażenie, że nieco odbiegają od allenowskiego standardu.

W "Vicky Cristina Barcelona" oś fabuły stanowi opowieść o niekonwencjonalnym związku młodej Amerykanki z hiszpańskim malarzem i jego ekscentryczną byłą żoną. To w sferze narracyjnej. Na poziomie przekazu można chyba powiedzieć, że jest to film o zmienności ludzkich potrzeb i o problemach ze zdefiniowaniem pojęcia miłości. Z jednej strony mamy rozważną Vicky, która uczuciowe relacje pojmuje tradycyjnie, z drugiej - romantyczną Cristinę, która wprawdzie nie wie do końca, czego chce od życia, ale wie na pewno, czego nie chce - stagnacji, nudy, zwyczajności. Jednocześnie żadna z nich nie jest do końca przekonana, że ich wybory są właściwe. Maria Elena mówi w pewnym momencie do Cristiny "Chronic dissatisfaction, that's what you have".

Przez półtorej godziny patrzyłam na ślicznie sfilmowaną Barcelonę, chłonęłam klimat uroczych restauracyjek i wąskich uliczek, podziwiałam przesączone miękkim i rozedrganym światłem plenery, śledziłam rozwój związków obu kobiet, ale w końcu pozostałam z lekkim uczuciem niedosytu i zdziwienia. To już? Tak po prostu? To tylko o to chodziło? Taka rozciągnięta etiuda o obliczach miłości i poszukiwaniu szczęścia? Ładnie jest to zrobione, ale Allen potrafił o wiele lepiej, subtelniej, nie tak powierzchownie ("Hannah i jej siostry"; "Mężowie i żony").

Niemniej znakomicie ogląda się świetnego Bardema i, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, także Penelopę, która gra rewelacyjnie, co łatwo daje się zauważyć, chociaż pojawia się dopiero w drugiej połowie filmu i to raczej w pojedynczych scenach. Jest żywiołowa, szalona, nieobliczalna... Za to Johansson niespodzianki niestety nie sprawia, bo jest jak zwykle mdła i bezbarwna (nigdy nie zrozumiem skąd te peany na cześć jej rzekomego talentu; dla mnie od początku była tylko ładną aktoreczką bez większych umiejętności).

Najnowszy film Allena to piękna błyskotka, którą ogląda się z zachwytem, a potem odstawia na półkę, by nie poświęcić jej już więcej uwagi.
18:25, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 grudnia 2008
Bezwład

Na szczerość wobec siebie - zdobyć mi się chyba najtrudniej. Wciąż niełatwo przychodzi mi sformułowanie niektórych stwierdzeń, wzbraniam się przed przyznaniem się do pewnych odczuć, których nie powinno we mnie być (tak to widzę z moralnej strony). Drugim problemem jest widmo niekonsekwencji, chwiejności postaw. Dziś napiszę jedno, jutro będę to negować, pojutrze znów stanę w punkcie wyjścia. I tak w kółko. Istnieją tylko fakty i moje odczucia w danej chwili; interpretacji już się nie podejmuję.

Oto jestem znów sama ze sobą, w moim pokoju, z laptopem na kolanach, z pilotem od video w zasięgu ręki, z żubrówką na stoliku obok, z książkami na oparciu kanapy... Po trzech dniach rodzinnych wizyt, ludzkiego jazgotu, obecności A. Ciążącej mi obecności A., niestety. Po kilkunastu latach bycia razem, po tych wszystkich cudownych wspólnych chwilach (bo przecież były takie. I dobrze je pamiętam), tak po prostu siedzimy obok siebie, nie mając sobie wiele do powiedzenia. On czyta książkę (pożyczoną specjalnie dla niego z mojej biblioteki), ja - nie potrafię skupić się na najzwyklejszych czynnościach, gdy on jest ze mną. Oddycham z ulgą dopiero, gdy zamykają się za nim drzwi. Kiedy zakłada buty, już się niecierpliwię.

Mam wrażenie, że trwamy tak siłą rozpędu. Bardzo trudno przerwać nagle ten związek, tak po prostu przestać do siebie dzwonić i pytać co słychać, nawet jeśli ten kontakt ogranicza się ostatnio do jednego telefonu na tydzień i do jeszcze rzadszych wizyt. Wymazać wzajemną obecność ze swojego życia to - gdy pomyśleć o tym naprawdę serio - wydaje się wręcz niemożliwe. Wiem, że oboje czujemy podobnie, chociaż wiem też, że to ja zainicjowałam to wszystko. Jego jedyną winą, jedynym pechem, było spotkanie takiego freaka jak ja...

A czasami, gdy długo się nie widzimy, tak bardzo za nim tęsknię... Tylko - za nim czy za tym kimś, kogo (dla mnie) już nie ma...?

Mama też dziś jakaś przygaszona od samego rana.


Już tyle słońc wzeszło tylko jeden raz...

Czerwone Gitary - Droga, którą idę

Czerwone Gitary "Droga, którą idę"
czwartek, 25 grudnia 2008
Kto ci poda szklankę wody...

Tegoroczna wigilia u A. wypadła całkiem nieźle. Może dlatego, że spodziewałam się wszystkiego najgorszego. Nie, bynajmniej nie ze strony rodziny A. - raczej z powodu mojego nastroju, narastającej dzikości i ogólnej niechęci do rodzinnych spędów (bałam się też przeróżnych komentarzy i pytań,  zadawanych oczywiście w dobrej wierze i trosce, ale nieodmiennie mnie krępujących). Tymczasem nikt nie wykazywał nadmiernego zainteresowania moją osobą, a jeśli już - to raczej naprawdę życzliwie i taktownie. Nie obyło się natomiast bez kilku nawiązań do decyzji o dziecku. A raczej do braku tej decyzji, głównie podczas składania życzeń. Kiwałam głową, uśmiechałam się i nic nie odpowiadałam, bo i co mogłam powiedzieć.

Później, kiedy odwoziliśmy siostrę A., miłą, prostolinijną dziewczynę, dla której rodzina, rodzinne ploteczki, dom, mąż i 8-letni syn są całym jej światem, usłyszałam, że dziecko to najpiękniejsze ludzkie doświadczenie i że sama bym zobaczyła, gdybym się zdecydowała. "No bo kto ci zapewni szczęście na stare lata?" Ech, typowe. Dziecko jako inwestycja na przyszłość, jako wyraz egocentrycznej obawy o to, kto nam poda przysłowiową szklankę wody. Jakby nie istniały te masy przygnębionych starych ludzi, o których zapomniały nie tylko ich własne dzieci, ale i wnuki. Stary człowiek jest zawsze zbyteczny, nierozumiany, jest uciążliwością, kulą u nogi. Trzeba mieć niebywałe szczęście, żeby dzieci lub wnuki okazały się aniołami w ludzkiej skórze, dla których opieka nad zniedołężniałym rodzicem nie byłaby przykrym obowiązkiem, o ile w ogóle nie scedowałyby jej na jakąś instytucję. Podchodzenie do kwestii posiadania dzieci w kategoriach zapewnienia sobie opiekuna na starość wydaje mi się kuriozalne i... cóż, mocno nierealistyczne, żeby nie powiedzieć - naiwne.
wtorek, 23 grudnia 2008
Od pogrzebu do pogrzebu

"Od pogrzebu do pogrzebu", 2005, reż. Jan Cvitkovic

Powiedziałabym, że to typowe kino środkowoeuropejskie, słowiańskie. Senna prowincja (lub spokojne miejskie dzielnice), zwyczajni ludzie, mniejsze lub większe codzienne kłopoty, szczypta smutku, dla kontrastu - odrobina optymizmu, czarny humor, filozofia życia wyświetlana w prostych obrazach. Mam jednak wrażenie, że w przeciwieństwie do kina czeskiego, które bywa z reguły dość pogodne, filmy z Bałkanów są mroczniejsze, sielskość opowieści przełamana jest nagle tragedią i to tragedią tym bardziej wstrząsającą, że pojawiającą się niespodziewanie, nierzadko wśród śmiechu i beztroski lub gdy wydaje się, że już-już wszystko jest na dobrej drodze. Czasami ten dramatyczny finał nie pasuje wręcz do lekkiej tonacji całości. Tak było w przypadku "Posterunku granicznego", tak jest też trochę i tutaj, chociaż końcowe sceny wywierają daleko większe wrażenie.

"Od pogrzebu do pogrzebu" to zlepek scenek obyczajowych - słyszymy więc fragmenty mów pogrzebowych Pero (ich pisaniem i wygłaszaniem trudni się główny bohater), widzimy ekscentryczne zachowania jego głuchoniemej siostry, obserwujemy nieudane próby samobójcze pogrążonego w depresji  wdowca. I tak dalej. Niby nic, czego nie znalibyśmy z kina czeskiego na przykład. Nic oryginalnego zresztą, poza ciekawym zajęciem Pero oczywiście, bo trzeba przyznać, że niektóre sformułowania z jego przemówień trafiają w sedno (np. że śmierć jest bardziej nieunikniona niż narodziny albo że ten, który właśnie leży 6 stóp pod ziemią zapewne sam był często w sytuacji żałobnika, cieszącego się, iż wciąż stoi wśród żywych). Rewelacyjnie gra Gregor Baković (Pero). Świetny jest np. w zabawnej scenie nauki angielskiego, gdy z namaszczeniem powtarza za lektorem angielskie frazy z magnetofonu.

Trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. Niczym mnie nie zaskoczył (z wyjątkiem ostatnich kadrów), a z drugiej strony nie żałuję, że widziałam. Ja chyba po prostu lubię bałkańskie klimaty.
16:43, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2008
Świąteczne porządki, czyli wpis motywujący

przewróciło się niech leży cały luksus polega na tym
że nie muszę go podnosić będę się potykał czasem
będę się czasem potykał ale nie muszę sprzątać

zapuściłem się to zdrowo coraz wyżej piętrzą się graty
kiedyś wszystko poukładam teraz się położę na tym
to mi się wreszcie należy więc się położę na tym

coś wylało się nie szkodzi zanim stęchnie to długo jeszcze
ja w tym czasie trochę pośpię tym bezruchem się napieszczę
napieszczę się tym bezruchem potem otworzę okna

w kątach miejsce dla odpadków bo w te kąty nikt nie zagląda
łatwiej tak i całkiem znośnie może czasem coś wyrośnie
może ktoś zwróci uwagę ale kiedyś się wezmę

zapuściłem się to zdrowo cały luksus polega na tym
łatwiej tak i całkiem słusznie może czasem coś wybuchnie
będę się czasem potykał ale kiedyś się wezmę

Elektryczne Gitary "Przewróciło się"
poniedziałek, 15 grudnia 2008
O tym, co naprawdę ważne

Coraz dotkliwiej odczuwam brak wyraźnych ram, które utrzymywałyby mnie w pionie i nadawały konkretny kształt dniowi powszedniemu. Nagle podarowana całkowita swoboda i zniknięcie zewnętrznego przymusu, po pierwszym zachłyśnięciu się tą wolnością, przynoszą oczywiście rozczarowanie. Gdy jest czegoś pod dostatkiem, przestaje to mieć jakąkolwiek wartość nagradzającą. Z kolei, mimo że jakieś zajęcia z pewnością by się znalazły (i to bynajmniej nie tylko te przyjemne), nie umiem się do nich zmusić, wpadając tym samym w błędne koło - im bardziej nic nie robię, tym bardziej nie chce mi się nic robić, a im bardziej mi się nie chce, tym bardziej nic nie robię. Tak jakbym straciła wiarę w to, że moje wysiłki w ogóle mają sens. Tęskne spojrzenia w przeszłość rzucam wprawdzie nie od dziś, ale w obecnej sytuacji problem straty i bezpowrotności karmi się nowymi okolicznościami. Kończy się mój związek, kończy się 11-letni etap w życiu zawodowym. Brak mi motywacji, by coś zmieniać, by w ogóle chcieć. A przecież próbuję sobie wmówić, że nawet jeśli coś się kończy, to może właśnie dlatego wszystko naraz, dlatego tak niespodziewanie i radykalnie, żeby móc zacząć od początku, inaczej, lepiej.

I w tym popołudniowym marazmie dzwoni nagle telefon. To W. z pracy (byłej pracy). Pyta, zmieniwszy głos: "Czy wysyłała pani do nas CV?" Skonsternowana próbuję się dowiedzieć, z jakiej firmy dzwonią, po czym rozpoznaję wreszcie głos W. i wybucham śmiechem. A jest to śmiech tylko częściowo wywołany wesołością z powodu udanego żartu; przede wszystkim jest to śmiech ulgi i wzruszenia. Że wciąż coś dla nich znaczę, że chcieli mnie usłyszeć, że nie zniknęłam tak, jakby mnie tam z nimi nigdy nie było. Telefon od W. sprawił, że znów zachciało mi się żyć, do czegoś dążyć.

Jakkolwiek bym nie zaprzeczała (głównie wmawiając to sobie samej), bardzo potrzebuję drugiego człowieka. Czasem się odsuwam, zawiedziona czyimś zachowaniem, intencjonalnie przez kogoś obrażona, poniżona, niesprawiedliwie potraktowana. Ale wystarczy taki mały, zdawałoby się - nieistotny gest, żeby przestało to mieć znaczenie. To wbrew zasadom fizyki, ale te drobne i stosunkowo rzadkie zdarzenia ważą dużo więcej niż wyrządzone zło, niwelują je, unieważniają całkowicie. I sama chcę być wtedy lepszym człowiekiem. Dziękuję Ci, W.
sobota, 13 grudnia 2008
Kolacja na cztery ręce



Nie mam szczęścia do teatru. Albo brak mi czasu, albo nie mam z kim pójść, albo nie mam funduszy. Ale mam za to moją wypożyczalnię, jedną z placówek biblioteki bemowskiej, gdzie do dyspozycji jest całkiem pokaźna kolekcja filmów, w tym wydane na DVD spektakle Teatru TV, a wszystko... za darmo. :) Skwapliwie korzystam więc z tego dobrodziejstwa (a czasu mam akurat teraz pod dostatkiem).

Wczoraj oglądałam rewelacyjny dramat Paula Barza "Kolacja na cztery ręce" w reżyserii Kazimierza Kutza. Jest to relacja z przebiegu hipotetycznego spotkania dwóch wielkich kompozytorów baroku, Bacha i Haendla. W tych rolach brawurowo zaprezentowali się Janusz Gajos (Bach) i nieodżałowany Roman Wilhelmi jako Haendel. Obaj tworzą pełnokrwiste, wyraziste kreacje - Haendel jest żywiołowy, ekspresywny, swoją osobowością zdaje się wręcz przytłaczać małomównego, powściągliwego Bacha, który sprawia wrażenie ubogiego krewnego, onieśmielonego wystawnością otoczenia i wylewnością gospodarza. Haendel chełpi się swoimi licznymi sukcesami, bryluje, jak gdyby usiłował nie tylko Bacha, ale i siebie samego utwierdzić w przekonaniu o własnym talencie i wielkości. Bach przytakuje, czasem coś skomentuje, ale błazeństwa Haendla zdają się nie robić na nim większego wrażenia. Do czasu. Im więcej wina, tym więcej szczerości. Tym bardziej odkrywają się obaj muzyczni rywale. Wychodzą na jaw ich kompleksy i lęki. Ani Haendel nie jest już tak pewny siebie, ani Bach nie jest już oazą spokoju i uosobieniem chrześcijańskiej pokory. Okazuje się, że stanowią dla siebie nawzajem, choć z odmiennych powodów, zarówno zagadkę, jak i obiekt zazdrości.

W fikcyjny dialog zgrabnie wplecione zostały fakty - złożona Haendlowi przez Bacha za pośrednictwem jednego z synów propozycja spotkania, polityczne kulisy zagranicznej kariery Haendla, szczegóły z życia rodzinnego Bacha. Świetny spektakl, w którym napięcie rodzi się ze słów i relacji między bohaterami.

Ten utwór Haendla wykorzystany został przez Kubricka w filmie "Barry Lyndon":

Händel - Sarabande


I mój ukochany Bach:

Air on the G String
11:57, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 grudnia 2008
Rewers

Obsesyjnie oglądam filmy, niemal kompulsywnie o nich piszę. Byle się czymś zająć, byle nie wspominać o sobie. Seeing is believing... writing is admitting. A więc za wszelką cenę uniknąć przyznania, przypieczętowania tego, co się stało. Klasyczny mechanizm obronny. Freud, mimo że sporo z jego tez to typowe myślenie życzeniowe i odbicie fobii ówczesnych czasów, w przypadku mechanizmów obronnych wykazał się podziwu godną intuicją i przenikliwością.

Niby jakoś funkcjonuję, nawet całkiem nieźle, ale wciąż bardzo się pilnuję, by nie myśleć, nie analizować, nie wracać do tamtego dnia i nie zastanawiać się, co mogłam powiedzieć, a czego powiedzieć nie powinnam była. Chciałabym też uniknąć pułapki nienawiści, wściekłości i chęci odwetu. Bo prawda jest taka, że te emocje zniszczyć mogą tylko mnie samą. Nie zaszkodzą przecież mojemu eks-szefowi, który przekonany jest do głębi o słuszności swojej decyzji, nawet jeśli w jakiś sposób, może na granicy świadomości, zdaje sobie sprawę, że postąpił wobec mnie niesprawiedliwie, bardziej kierując się osobistymi pobudkami niż faktycznym dobrem firmy. Może to zresztą był najwyższy czas, może wyświadczył mi paradoksalnie największą przysługę... Może dusiłabym się tylko coraz bardziej w tej ciżbie pozerów ze sztucznie przylepionymi do twarzy uśmiechami, obowiązkowo wyciągającymi na powitanie ręce i zachęcającymi do otwartości, komunikacji i luzu. Wciąż rozrastające się ego mojego eks-szefa nie pozostawiało ostatnio wiele miejsca dla innych poglądów, dla polemik i braku wiernopoddańczej pokory. Do swojego zespołu zatrudnił niedawno dwoje młodych ludzi, których kształtować może jak zechce, wyciskać bez umiaru i przyzwyczajać, że za pracę do późnych godzin nocnych nie należą się dodatkowe pieniądze, bo wystarczającą gratyfikacją jest przecież ich rozwój zawodowy. Oni nie zakwestionują jego głupich poleceń, nielogicznych i sprzecznych wewnętrznie twierdzeń. Może sama, nieświadomie, prowokowałam przez ostatnie miesiące to, co nieubłaganie nadeszło, nie mogąc już znieść władzy półgłówka? No cóż, przynajmniej wciąż mogę patrzeć bez wstydu w lustro.

A jednak, siedząc teraz całymi dniami w domu, począwszy od ostatnich dni listopada, czuję się dziwnie. Nagle straciłam uprzywilejowaną na swój sposób pozycję w społeczeństwie. Czy przyjdzie mi, z końcem okresu wypowiedzenia, który przypada na 28 lutego, przejść na zasiłek dla bezrobotnych? Na razie mam, czego chciałam. Mnóstwo czasu dla siebie. Chodzę do biblioteki, do wypożyczalni filmów, od przyszłego tygodnia zapisuję się na basen. Może choć raz uda mi się wysprzątać na święta pokój tak, żeby nie zapomnieć o żadnym kącie i żadnej najmniejszej półce. Machnęłam ręką na sąd pracy; nie chce mi się szarpać dla kilku dodatkowych groszy (też zresztą niepewnych).

Przy tym wszystkim mam dziwne przekonanie, że takie doświadczenia są potrzebne. Uświadamiają jak cienka jest granica dzieląca ludzi normalnych, wypłacalnych, materialnie ustabilizowanych od tych, którym ciężko przeżyć miesiąc. Jeden dzień i wszystko się zmienia. Nic nie jest dane raz na zawsze. Jeden zwrot i znajdujesz się nagle po drugiej stronie. Nie jestem nikim wyjątkowym, nie mam prawa myśleć o sobie jako o kimś z innej, lepszej kategorii. W jednej chwili mogę znaleźć się wśród tych, którzy ustawiają się w kolejce do pośredniaka...

Moja droga

Cóż wam powiedzieć mam
Gdy stoję znów na dróg rozstajach
I tych widzę wśród was
Co każdy krok mój pamiętają
Że z dróg wybrałem tę
Utkaną z róż, powiedzieć mogą
Lecz ja szedłem od lat
Mą własną drogą

I tak bywało, iż
Myślałem, że nie tędy droga
Że pas lepiej mówić, niż
Kark skręcić na wysokich progach
I choć jak zbity pies, chciałem nie raz
Podkulić ogon
Wciąż gnał mnie, gnał mnie mój bies
Mą własną drogą

Kręcił się świat, ja razem z nim
I rad, nie rad, dobry byłem w tym
Traciłem grunt, myliłem krok
By znów bez tchu pędzić przez mrok
By złapać kurs i znowu móc
Iść własną drogą

W krąg moc słyszałem rad
By z boku stać i sztorm przeczekać
Lub by pochwycić wiatr
Do przodu gnać i nie zwlekać
To znów radzono mi
Bym oddał cześć nie swoim bogom
Lecz ja wolałem iść
Mą własną drogą

I tak będę szedł, choć drogi szmat
Choć z każdym dniem wciąż przybywa lat
Dopóki sił wystarcza by
Z tej drogi pył przemieniać w sny
A żeby śnić, ja muszę iść
Mą własną drogą

---
muzyka i słowa: Paul Anka
przekład: Andrzej Ozga
wykonawca: Michał Bajor

Michał Bajor - Moja droga


czwartek, 11 grudnia 2008
Kiedy radio było bogiem

"Złote czasy radia", 1987, reż. Woody Allen

Podróż sentymentalna Allena do raju dzieciństwa i czasów, kiedy radio pobudzało masową wyobraźnię, a radiowych aktorów i prezenterów powszechne uwielbienie wynosiło do rangi herosów. Narrator (o głosie Woody'ego Allena) snuje swoje ciepłe wspomnienia w formie oderwanych scenek obyczajowych i anegdot z życia radiowych celebrities. Jest to opowieść wyidealizowana, wygładzona wybiórczością ludzkiej pamięci i tendencją do zapamiętywania raczej rzeczy dobrych niż złych. Ilustracja zabarwionej nostalgią wiary, że "kiedyś było lepiej". Wszystko w tym filmie jest osnute delikatną mgiełką pobłażania, wyrozumiałości i sympatii. Bohaterowie wspomnień narratora, choć niewolni od przywar, są jednak bardzo ludzcy i w gruncie rzeczy poczciwi. Może nawet trochę śmieszni w swoich ambicjach, intrygach i drobnych niegodziwościach. Zasługujący raczej na współczucie niż na potępienie. Zresztą ma się wrażenie, że narrator nie żałuje niczego, do nikogo nie ma pretensji, bowiem wszystko co przeżył, składa się teraz w kompletną, nierozerwalną całość, w której każdy fragment jest ważny i potrzebny.

Kiedy bohater na początku filmu przedstawia nam swoją rodzinę, słyszymy same narzekania: wuja nie interesowało nic poza rybami, rodzice kłócili się o byle drobnostkę, a ciotkę zaprzątała wyłącznie myśl o zamążpójściu. Widz nastawia się trochę anty i czeka na dalsze rozliczenia z przeszłością. A tymczasem Allen robi nam niespodziankę, bo okazuje się, że ta rodzina to urocza gromadka kochających się ludzi, którzy czasem sobie dokuczają, czasem się nawzajem ofukną, ale jedno poszłoby za drugim w ogień. Akceptują się całkowicie z całym bagażem swoich niedoskonałości. A w tle jest radio, dostarczające rozrywki, rozpalające chłopięce marzenia, na zawsze łączące  poszczególne zdarzenia z aktualnymi właśnie przebojami, które - usłyszane w kilkadziesiąt lat później - nieodmiennie trącać będą strunę pamięci. Każdy z nas ma takie swoje "radio days".
11:21, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 grudnia 2008
Ładunek 200

"Ładunek 200", 2007, reż. Aleksiej Bałabanow

Współczesna kinematografia rosyjska zaskakuje mnie pozytywnie, ilekroć po nią sięgam. I są to zaskoczenia na najwyższym poziomie. Budzące znacznie intensywniejsze emocje niż kino czeskie, które lubię, bo oferuje miłe doznania, ciepłą refleksję i ciekawą gawędę. Filmy rosyjskie to zupełnie inna liga. "Spaleni słońcem", "Powrót" czy "Ładunek 200" wkręcają się w mózg, odbierają oddech. Takie seanse uświadamiają mi jakie kino kocham najbardziej - mocne, wstrząsające, niepozwalające o sobie zapomnieć.

Połowa lat 80. na rosyjskiej prowincji. Kilku bohaterów: odwiedzający brata Artem, Andżelika - córka lokalnego sekretarza partii, jej kolega, robiący sporą kasę na przemycie spirytusu, naczelnik milicji Żurow oraz Aleksiej i jego żona, sprzedający nielegalnie wódkę na przedmieściach. Ich losy splatają się  i zaciskają w pętlę, przy czym nie ma tu podziału na dobrych i złych, chociaż Aleksiej w dyskusji z wykładowcą akademickim Artemem dużo mówi o Bogu, wyszydzając ideę naukowego ateizmu.

"Ładunek 200" to obraz rozkładu. Fizycznego, estetycznego, społecznego i moralnego. Okolice Leninska i samo miasteczko to obskurne, odrapane budynki, przygnębieni mieszkańcy i ponure meliny. To świat bez nadziei, piekło na ziemi. Piekło ludzkiej obojętności, bo nienawiść to przynajmniej byłoby jakieś uczucie. Zdarzenia toczą się siłą inercji, tak jakby na ludzi działał jakiś niepojęty imperatyw. Sytuacje bez wyjścia, w których nie ma miejsca na wolną wolę, bo nawet zemsta Antoniny jest nieubłaganą konsekwencją zdarzeń poprzednich i wynika bezlitośnie ze zwierzęcych praw rządzących tą rzeczywistością. Jak u Pawłowa - bodziec, reakcja. Całkowita zewnątrzsterowność człowieka. Nie ma szans na humanistyczną refleksję, na wewnętrzny opór i pójście pod prąd narzuconych decyzji. Antonina dokonuje odwetu, bo takie są reguły gry, ale nie robi nic ponad, nie ma w niej ani grama litości dla wyjącej z rozpaczy i przerażenia, przykutej do łóżka Andżeliki. Nie ma tu czasu ani przestrzeni na współczucie, bo współczuć należałoby wszystkim, a pomóc nie da się nikomu. Tylko znieczuliwszy się, można przeżyć i nie zwariować.

W tym chorym świecie resztki zdrowego rozsądku i przyzwoitości zachowuje Artem. Tylko on zdaje się jeszcze dostrzegać różnicę między normą i patologią. Zagęszczenie zła i wynaturzenia, jakich staje się świadkiem w przeciągu paru dni, sprawiają, że za wszelką cenę pragnie uchwycić się jakiegoś stałego punktu, czegoś, co daje poczucie zakorzenienia w niezmienności. Tylko czy przyjęcie chrztu i zwrócenie się do negowanego wcześniej Boga jest istotnie właściwym rozwiązaniem? Czy nie lepiej zacząć od siebie? Nawet jeśli Bóg istnieje, to tu, na ziemi, działa poprzez ludzi. W imię Boga dokonywano wszak najgorszych zbrodni, a sama przynależność do religijnej wspólnoty nie wystarcza, by być dobrym człowiekiem.

Czas akcji filmu to rok 1984, w powietrzu czuje się już powiew pieriestrojki, za progiem czeka Nowa Rosja z jej możliwościami, swobodami, rehabilitacją prawosławia. Do cerkwi chodzą partyjni prominenci, głowy państwa chętnie fotografują się z patriarchą Moskwy i Wszechrusi, Bóg obecny jest w Rosji po roku 1990 niemal w każdym aspekcie życia publicznego. Ale czy jest lepiej? Mam wrażenie, że filmowy obrazek prowincji pasuje także i do czasów współczesnych. Może byłby bardziej kolorowy, inna muzyka płynęłaby z samochodowych odtwarzaczy, pozostałości industrialnego krajobrazu poprzetykane byłyby wysepkami nowoczesnej architektury, ale zobojętnienie na los bliźnich i upadlający egoizm nadal  pozostają wszechobecne. Usankcjonowanie Boga niczego nie zmieniło na poziomie relacji międzyludzkich. Jeśli spojrzeć trochę głębiej, widać to samo bagno: Miss HIV.
13:46, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2