Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 31 grudnia 2009
Filmowe podsumowanie roku 2009

Wszystkich obejrzanych filmów - 325.

Największe pozytywne zaskoczenia:
Północ - północny zachód (1959), reż. Alfred Hitchcock
Gabinet doktora Caligari (1920), reż. Robert Wiene
Stalker (1979), reż. Andriej Tarkowski
Barwy ochronne (1976), reż. Krzysztof Zanussi
Garsoniera (1960), reż. Billy Wilder
Jutro idziemy do kina (2007), reż. Michał Kwieciński
Ich noce (1934), reż. Frank Capra

Największe rozczarowania:
Chinatown (1974), reż. Roman Polański
Przekładaniec (1968), reż. Andrzej Wajda
Sokół maltański (1941), reż. John Huston
Rękopis znaleziony w Saragossie (1964), reż. Wojciech Has
Avatar (2009), reż. James Cameron
Więzień nienawiści (1998), reż. Tony Kaye
Okno na podwórze (1954), reż. Alfred Hitchcock

Powtórki, które najlepiej wytrzymały próbę czasu:
Lista Schindlera (1993), reż. Steven Spielberg
Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott

Najlepsze filmy:
Popiół i diament (1958), reż. Andrzej Wajda
Bękarty wojny (2009), reż. Quentin Tarantino
Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchcock
Cyrk (1928), reż. Charles Chaplin
Pół żartem, pół serio (1959), reż. Billy Wilder
Człowiek z blizną (1983), reż. Brian De Palma
Obcy - 8. pasażer "Nostromo" (1979), reż. Ridley Scott
Dzisiejsze czasy (1936), reż. Charles Chaplin
Światła wielkiego miasta (1931), reż. Charles Chaplin
Butch Cassidy i Sundance Kid (1969), reż. George Roy Hill
Dystrykt 9 (2009), reż. Neill Blomkamp

Najgorsze filmy:
28 dni później (2002), reż. Danny Boyle
Ile waży koń trojański? (2008), reż. Juliusz Machulski
Siedem dusz (2008), reż. Gabriele Muccino
Terminator: Ocalenie (2009), reż. McG
Kolor purpury (1985), reż. Steven Spielberg
Pocahontas (1995), reż. Eric Goldberg, Mike Gabriel
Harry Potter i Książę Półkrwi (2009), reż. David Yates

Wśród najlepszych filmów tylko dwa to obrazy nakręcone w ciągu ostatnich 20 lat. Z kolei najgorsze filmy to w większości XXI wiek. Tylko jedna produkcja jest sprzed roku 1990.

Poza tym mijający rok był rokiem krótkometrażowych animacji. Obejrzałam ich ponad 100. Jedną z najciekawszych jest Równowaga (1989):


13:17, aniaposz , Kino
Link Komentarze (26) »
wtorek, 29 grudnia 2009
O zaletach niewrażliwości

- Bywa pan szczęśliwy?

- Pochlebiam sobie, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Zadowolenie z życia bierze się z sumy przyjemności, jakich potrafimy doświadczyć, od tych najdosadniejszych, jak seks czy dobre jedzenie, do najsubtelniejszych, jak przeżywanie sztuki. Szczęście natomiast to poczucie spełnienia w życiu i niezmącona wiara w jego sens i celowość, jak również bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata. W moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Pochlebiam sobie, że nie wchodzi w rachubę.

(fragment wywiadu Doroty Wodeckiej z Eustachym Rylskim, zamieszczonego w którymś z lipcowych wydań Gazety Wyborczej)

Ze mną jest chyba podobnie. Z każdym rokiem zakres mojej słodkiej ignorancji coraz bardziej się zawęża. Oczywiście, wciąż jeszcze umiem odwrócić wzrok, udawać, że nie wiem albo z uporem starać się o czymś nie pamiętać, bo bez takich iluzji nie sposób byłoby normalnie żyć. Ale potrafię też dręczyć się pół nocy wyrzutami sumienia i katować wspomnieniami własnego lenistwa i egoizmu.

Przeraża mnie ludzka obojętność, chociaż wiem, że w znacznej części wynika ona z niewiedzy i wygodnictwa raczej niż ze złej woli. Czyli z tego wszystkiego od czego przecież i ja nie jestem wolna. Ale kiedy patrzę na siebie sprzed 10 lat i porównuję z sobą dzisiejszą to widzę wyraźnie, że mało mam wspólnego z tą beztroską, wierzącą w sprawiedliwy i dobry świat osobą, której największym zmartwieniem były cotygodniowe spotkania w pracy, gdzie występowała w roli tłumaczki. A przecież nie byłam na tyle naiwna, by nie zdawać sobie z pewnych rzeczy sprawy. Natomiast o wiele skuteczniej umiałam je od siebie odsuwać, wierząc, że jacyś drudzy wyręczą mnie w naprawianiu świata. Może starzenie się polega między innymi na tym, że traci się tę bezduszną odporność, to błogie poczucie wygodnego usadowienia w codzienności?

Z drugiej strony - wciąż to usilne pragnienie normalności, zadowolenia, o którym mówi Rylski. Takiego zwyczajnego, bez ciągłego przypominania sobie o tym, co zaniedbaliśmy, albo czego nie zdążyliśmy zrobić. Całe to desperackie sięganie po małe uciechy, które mają zagłuszyć coraz bardziej dojmujące poczucie upływającego czasu i własnej bezsilności wobec praw wszechświata. A więc jutrzejszy wypad do kina na głośny Avatar z A., jego szwagrem i dwoma siostrzeńcami, potem może łyżwy na Stegnach (po kilkuletniej przerwie, czyli łatwo nie będzie). W domu czekają dwie książki - Andrzej Bobkowski Z dziennika podróży i Krzysztof Rutkowski Paryskie pasaże - których czytane w bibliotece urywki zwiastują świetną lekturę. I dzięki temu jakoś udaje się żyć. Odwlekając przy tym ciągle i ciągle te najważniejsze decyzje... Ich niepodejmowanie to też zresztą jakaś decyzja. Nie wiem czy dobra. Szkoda, że nie można zajrzeć w przyszłość. Albo sprawdzić konsekwencji pewnych działań na jakichś symulatorach życia. Kilka alternatywnych rozwiązań i wyskakuje wynik. Dobry pomysł na opowiadanie sf. Chociaż pewnie już ktoś coś takiego napisał.

Wracając do Eustachego Rylskiego - cały wywiad jest jednym z najpiękniejszych, najmądrzejszych i najgłębszych tekstów, jakie zdarzyło mi się w życiu przeczytać.
czwartek, 17 grudnia 2009
Piesek/kotek pod choinkę

Nadchodzi czas prezentów, w tym, niestety, nietrafionych żywych prezentów, które w najlepszym razie skończą w i tak już przepełnionych schroniskach, a w najgorszym zostaną bezceremonialnie wyrzucone na mróz - tymi samymi rękami, które kilka dni wcześniej składały się do modlitwy przy wigilijnym stole... No cóż, ostatecznie w czasie świąt rozprawia się dużo tylko o miłości blizniego - o zwierzętach wspomina się raczej w kontekście ich walorów smakowych lub podczas rozważania kwestii gwiazdkowych podarunków. Zwierzęta ponoć mówią w noc wigilijną, ale ich skarg nikt nigdy nie słyszał.

Zwierzak w domu - świetna strona dla tych, którzy zwierzaka mają i dla tych, którzy chcieliby mieć, ale zanim się zdecydują, powinni wiedzieć, że to decyzja na całe życie, a nie chwilowy kaprys.




sobota, 05 grudnia 2009
Potęga wiary

Ateista po śmierci trafia do piekła. Otwiera mu Lucyfer w garniturze od Armaniego i oprowadza, a tam sauna, solarium, jacuzzi, stoły pełne najlepszych trunków i wykwintnych potraw, biblioteka z dziełami najwybitniejszych pisarzy świata. Przechodzą dalej, a tam ludzie smażą się w smole, wyją z cierpienia. Ateista pyta: "O co chodzi?". "A, nie zwracaj na to uwagi - mówi Lucyfer. - To katolicy. Jak wymyślili, tak mają!".
czwartek, 03 grudnia 2009
Komedia (nie)romantyczna

"500 dni miłości", 2009, reż. Marc Webb

On - niespełniony architekt, pracujący aktualnie w firmie produkującej kartki okolicznościowe i trudniący się układaniem życzeń. Ona - nowo zatrudniona asystentka dyrektora w rzeczonej firmie. On - niepoprawny romantyk, wierzący w miłość od pierwszego wejrzenia, grom z jasnego nieba, dwie połówki pomarańczy i tym podobne szkodliwe iluzje. Ona - ceniąca niezależność, trzezwo myśląca pragmatyczka, która mężczyzn traktuje raczej instrumentalnie. On widzi ją pewnego dnia i czuje, że jest dla niego stworzona, że to właśnie ta Jedyna. Ona nie ma ochoty na stały związek i od początku stawia tę sprawę jasno. Ale on wie swoje - będą razem już do końca życia, bo czyż inaczej przeznaczenie postawiłoby mu ją na drodze?

Narrator jednak nie daje widzom złudzeń i jeszcze przed czołówką wyjaśnia: This is a story of boy meets girl. But you should know up front this is not a love story. Żadnych schematów rodem z komedii romantycznych ani utwierdzania widzów w przekonaniu, że miłość zawsze zwycięża. Kto ma ochotę na słodkie kłamstewka i bałamutne opowiastki o idealnym uczuciu, niech sobie zafunduje jakiś milusi obrazek z Meg Ryan albo Jennifer Lopez. Bliżej filmowi Webba do szczerych obserwacji Allena niż do nachalnego optymizmu "Powiedz tak" czy innej "Pokojówki na Manhattanie". To nie jest historia o cudownym odnalezieniu się dwóch bratnich dusz, zakończona niewyartykułowanym wprawdzie, ale oczywistym dla każdego "and they lived happily ever after". To historia odzierania ze złudzeń, demitologizacji miłości romantycznej i rozpadu związku. Brzmi to ponuro, ale reżyser opakował wszystko w lekką komediową formę. Zresztą dokładnie tak, jak robi to Woody Allen, gdy umieszcza gorzkie refleksje trochę z tyłu, dzięki czemu nie jest dosłowny ani mentorski. U Webba te wnioski też brzmią gdzieś w tle (co absolutnie nie znaczy, że zostały strywializowane), a na pierwszym planie rozgrywa się odwieczny dramat porzuconego kochanka, który w tym swoim żalu i nadziei, że ukochaną uda się jednak odzyskać, jest rozczulający i zabawny zarazem.

Mnóstwo w tym filmie małych rzeczy, drobnostek, które na pewno przypomną niejednemu widzowi jego własne miłosne perypetie, a zwłaszcza same początki, czas zauroczenia, gdy z jednej strony chce się za wszelką cenę zwrócić uwagę tego kogoś, a z drugiej udaje obojętność. Kiedy odmierza się dni ilością spotkań - planowanych, przypadkowych i pod pretekstem, zawsze trudnym do znalezienia. Kiedy jedno spojrzenie albo rzucona niedbale uwaga nabierają dziesiątek przeciwstawnych znaczeń. I jest dokładnie tak jak w wierszu Tetmajera:

Szukam cię - a gdy cię widzę
udaję, że cię nie widzę.

Kocham cię - a gdy cię spotkam
udaję, że cię nie kocham.

Zginę przez ciebie - nim zginę
krzyknę, że ginę przypadkiem...



Przewrotny jest to film, bo zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania. Wprawdzie Tom w pewnym momencie zdaje sobie wreszcie sprawę z  beznadziejności swojej sytuacji i rzuca rozgoryczony: Destiny, soulmates, true love. All that stuff. It's nothing more than silly childhood fairy tale nonsense, isn't it?, ale dalsze losy Summer bynajmniej nie potwierdzają tej cynicznej opinii. Zarówno Tom, jak i Summer czegoś się uczą - o sobie samych i o świecie. A może jedyną nauką jest tylko to, że nigdy nie wiesz czego tak naprawdę chcesz i co cię uszczęśliwi, póki tego nie zaznasz? Że twoje wygłaszane z przekonaniem deklaracje, jakkolwiek oparte na własnych doświadczeniach, mogą okazać się za chwilę kompletnie bezwartościowe? Że przypadek nazywamy przeznaczeniem tylko dlatego, że to bardzo wygodne i pozwala nie zwariować na myśl o możliwych scenariuszach naszego życia? A może na odwrót - skoro coś się zdarzyło, to znaczy, że zdarzyć się musiało? Tak tu rozkładam ten film na czynniki pierwsze, a przecież ogląda się go z wielką przyjemnością, mimo że (a może właśnie dlatego) nikt tu nie podaje na srebrnej tacy łatwych do przełknięcia półprawd.


17:47, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
środa, 02 grudnia 2009
What left me speechless, czyli kinowe zachwyty

"Popiół i diament", 1958, reż. Andrzej Wajda

W kinie wciąż jakieś nowe odkrycia, nowe oczarowania. Sięgam po słynny tytuł, nawet bez specjalnych oczekiwań, raczej z przekonaniem, że wypada znać, bo to część kulturalnego dorobku narodowego i należałoby wyrobić sobie własne zdanie, a tymczasem dech mi zapiera z zachwytu. I dalej niemal na oślep drążę już w głąb filmowych wspomnień, jeden tytuł prowadzi do następnego, jedna dekada do kolejnej, wcześniejszej, z mroków przeszłości wyłaniają się nieznani mi do niedawna, fascynujący ludzie srebrnego ekranu.

Zaczęłam nareszcie przyglądać się kinu uważniej, doceniać to, co przedtem było dla mnie przykurzoną historią i niewartą uwagi ramotką. Może i większość miłośników kina, po pierwszym zachłyśnięciu się filmem, rozpoczyna przygodę z X muzą bardziej po akademicku. Z namaszczeniem sięgają po klasykę, odhaczają znane nazwiska, z ołówkiem w ręku poznają dekadę po dekadzie i nurt po nurcie. Ja przez bardzo długi czas kurczowo trzymałam się współczesności i dopiero niedawno zaczęłam moją podróż w czasie, najpierw stąpając bardzo ostrożnie, krok po kroku, a ostatnio coraz śmielej, biegnąc coraz szybciej i zapuszczając się coraz dalej. Polska szkoła filmowa, złota era Hollywood, czasy kina niemego... Może ta podróż nie byłaby tak ekscytująca, gdybym odbyła ją kiedyś zgodnie z ruchem wskazówek zegara?

Filmem, który tak mnie zachwycił jest Popiół i diament. Ramy czasowe ograniczone do 24 godzin (a praktycznie rzecz biorąc do 12 godzin) niesamowicie zagęszczają atmosferę. Ma się wręcz namacalne wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach. Zdjęcia hipnotyzują. Rozbudowana symbolika (której przecież nie jestem entuzjastką) wkomponowana jest w samą fabułę na tyle płynnie i subtelnie, że wydaje się niezbędnym dopełnieniem, tak jakby to sam los przewrotnie dopisywał komentarz do wydarzeń (nie czuje się obecności reżysera, scenariuszowego wyrachowania) - fałszywie brzmiący polonez, odwrócony krzyż w zrujnowanej kaplicy, biały koń. Dialogi, mimo że zupełnie nieprzypadkowe, przemyślane, ważne i niosące istotny dla fabuły przekaz, zachowują jednak autentyzm, nie sprawią wrażenia spreparowanych na potrzeby chwili. Scena podpalania wódki w kieliszkach jest jedną z najlepszych scen jakie w ogóle widziałam w kinie. Uwielbiam takie właśnie filmy - opowiadające obrazami, emocjami, a słowami tylko tyle ile trzeba, oszczędnie, ale wyraziście.

Nie bez znaczenia jest sam moment historyczny, ten jedyny w swoim rodzaju dzień (właściwie noc) tuż po zakończeniu wojny. Przełomowość tej chwili, podwójna, bo dla Polski jest to przecież nie tylko przejście od stanu wojny do pokoju, ale także (przede wszystkim?) brzemienny w skutki moment transformacji ustrojowej. W tym zawirowaniu trzech bohaterów, tak różnych od siebie, mających odmienne cele, którym ta noc także przyniesie zmiany: zasadniczy Andrzej, miotany wątpliwościami Maciek i bezwstydnie cyniczny Drewnowski. Zachwyca mnie w tym obrazie idealne wyważenie między perspektywą psychologiczną a rysem polityczno-ideologicznym. Wajda skupia się tu na małym wycinku rzeczywistości, nie ma ambicji przekrojowego prześlizgnięcia się po wszystkim, co możliwe w danym temacie (to grzech Katynia). To bezsprzecznie jeden z najlepszych filmów obejrzanych przeze mnie w tym roku. Może nawet najlepszy...


22:06, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »