Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 30 marca 2007
Hospicjum w Julianowie

Zszokował mnie wczorajszy materiał w "Faktach" o planowanym hospicjum w Julianowie i sprzeciwie mieszkańców. Sposób, w jaki ci ludzie prezentowali swój punkt widzenia - pełen jakiegoś pierwotnego lęku, a jednocześnie pogardy, złości i prawie nienawiści. Tak jakby chodziło nie o miejsce dla nieuleczalnie chorych ludzi, tylko o wybieg dla psychopatów-szaleńców. W głowie mi się to po prostu nie mieści. Jakieś idiotyczne argumenty, że przecież dzieci będą patrzeć. No i co z tego? Niech patrzą. Śmierć i choroba to nieodłączny element życia i nie wolno udawać przed dziećmi, że nie istnieje. Nie można tworzyć iluzji, że tylko młodość, piękno i bogactwo się liczą, bo w ten sposób wychowujemy potwory. Właśnie tak opacznie pojmując szczęście dziecka, hodujemy egoistów, którzy nie będą umieli empatią reagować na nieszczęście drugiego człowieka. Tak właśnie wychowane, chowane pod kloszem iluzji dziecko, nie będzie rozumiało, że mama może mieć zły dzień, że tata może źle się czuć, że nie tylko rodzice są dla dzieci, ale także dzieci dla rodziców, że rodzice też są ludźmi i mogą zachorować, kiedyś się zestarzeją. Żyjemy w jakimś wielkim różowym bąblu pozorów, spychając śmierć i brzydotę do podświadomości w ułudzie, że nas nie dotyczy. To bzdura i boleśnie się kiedyś o tym na własnej skórze przekonają ci tak "troskliwi" teraz rodzice. Jasne, dziecka nie należy pozostawić z takim zjawiskiem jak hospicjum pod bokiem sam na sam. Wymaga to (niestety, drodzy wygodniccy rodzice!) trochę pracy, tłumaczenia, rozmawiania z dzieckiem, dyskusji. Żeby się nie bało, żeby je oswoić, by mogło zrozumieć, że chory, umierający człowiek to nie obcy z drugiej strony barykady, którego trzeba się bać, lecz drugi człowiek, z powodu sytuacji, w jakiej się znalazł, tym bardziej potrzebujący zrozumienia i miłości.

Jeśli jestem jeszcze w stanie zrozumieć wynikającą z troski (choć źle pojętej) potrzebę ochrony swoich dzieci, o tyle włos jeżył mi się na głowie, gdy słyszałam takie "argumenty" jak np. "Będziemy siedzieć w ogrodzie z przyjaciółmi, a tu nam nagle kondukt będzie obok przejeżdżał". Rany boskie, co za małoduszność, skrajny egoizm, zadufanie i wręcz niebywały tupet wygłaszania takich przekonań wprost! Zamknąć się w czterech ścianach swojego ograniczonego światka w złudnej nadziei, że to, co na zewnątrz mnie nie dotyczy. Oby tylko MÓJ tyłek siedział wygodnie na miękkich poduszkach, MÓJ brzuch był pełny i oby mieć święty spokój. To egoizm w najgorszej z możliwych postaci. Bo o ile trudno wymagać od każdego, by swoje życie poświęcił pomocy potrzebującym, o tyle niezgoda na to, by pomagali inni, niezgoda w imię świętego spokoju dyktowanego własnymi uprzedzeniami i skrzywionym poczuciem estetyki to już rzecz ohydna. Zapewne 90% przeciwników hospicjum to bogobojni parafianie, co niedziela pojawiający się w kościele i przyjmujący ciało tego, który jest symbolem troski o brzydkich, chorych, ułomnych i umierających.

czwartek, 22 marca 2007
Powrót

 "Powrót", 2003, reż. Andriej Zwiagincew

Uwaga - SPOILERY

Film powalający! Jak dobrze, że są jeszcze takie perełki kina, na które trafić można całkiem przypadkiem i oniemieć z zachwytu. :) Fenomen emocjonalnej siły tego obrazu jest dla mnie niewytłumaczalny. Bardzo proste w sensie warsztatowym, skromne fabularnie kino, "obsługiwane" przez ledwie trójkę aktorów, w tym dwoje dzieci. Ujęcia w większości statyczne, dialogów niewiele, kolorystyka w odcieniach błękitów i granatów, żadnych kombinacji narracyjnych. A odurza jak alkohol! Poza niewiarygodnie mocną dawką emocji, jaką przekazują minimalistycznymi środkami fenomenalni aktorzy, jest jeszcze element autentycznego kina grozy, choć nie w sensie fabularnym; to raczej thriller psychologiczny. Tę trójkę bohaterów łączą niewidzialne nici emocjonalnych zależności, powietrze wokół nich aż trzeszczy od powstrzymywanych siłą woli wyładowań. Jak ci Rosjanie to robią? Identycznie było z równie skromnym obrazem "Spaleni słońcem", gdzie też - mimo tego, że pozornie nic się nie działo – siedziałam jak na szpilkach, cała napięta w oczekiwaniu na wybuch. I w "Powrocie" ten wybuch oczywiście następuje. Po tym punkcie kulminacyjnym, który właściwie powinien nagromadzone napięcie rozładować, atmosfera zagęszcza się jeszcze bardziej – najpierw w wyniku tej niespodziewanej śmierci, potem na skutek działań chłopców – ciągną nieżywego ojca przez pół wyspy, załadowują na łódkę, a wszystko w rytmie niepokojących brzęczących w regularnych odstępach dźwięków. Na wiosłujących, powracających z wyspy chłopców patrzyłam jak zahipnotyzowana i oczywiście aż podskoczyłam, gdy łódź zawadziła nagle o przeszkodę. Nie wiem kiedy i na jakim horrorze coś takiego ostatnio przeżyłam. :)

W Gazecie Telewizyjnej na temat "Powrotu" była zamieszczona dłuższa notka, ale jakoś tak się złożyło, że przeczytałam ledwie kilka pierwszych zdań i zakonotowałam sobie, że to film o ojcu-tyranie i upokarzanych synach (czy taka była całościowa wymowa tej recenzji - wątpię). Patrzyłam, patrzyłam i coś mi się nie zgadzało. Owszem, widziałam szorstkiego, zamkniętego w sobie faceta, który synów usiłuje tresować jak psy, który nie cacka się z nimi i nie pobłaża, ale z drugiej strony widziałam też młodszego z chłopców - krnąbrnego, wycinającego dziecinne numery na zasadzie "na złość babci odmrożę sobie uszy" i niefrasobliwego starszego - np. w scenie, gdy poszedł szukać restauracji, a wsiąkł na 3 godziny. Przez większą część filmu zastanawiałam się czy to ze mną coś jest nie tak, zwłaszcza w świetle mojego wykształcenia i ciągłych batalii toczonych z kuzynami o racjonalne wychowywanie ich potomków - nie krzyczeć, nie bić, tłumaczyć, kary wymierzać stosownie do przewiny, dużo chwalić etc. Wydawało mi się, że czegoś muszę nie dostrzegać. Bo – owszem – ojciec nie był ojcem idealnym, powinien był powstrzymać się od niektórych działań, okazywał momentami zbyt duże zniecierpliwienie, no i te rękoczyny! Ale w sumie był tylko trochę bardziej surowy niż przeciętni rodzice. Ostatecznie bardzo często ktoś coś robi, bo wychodzi już z siebie, bo mu puszczają nerwy, chociaż tak naprawdę wie, że to niewłaściwe. Mnie samą zachowanie chłopców, a zwłaszcza Iwana, irytowało i nie dziwiłam się irytacji ojca, choć w doborze środków perswazji mógł być jednak nieco bardziej subtelny. Ale tu już wkraczamy w obszar domysłów na temat tego, dlaczego ojciec zniknął na 12 lat, co przez ten czas robił i dlaczego wrócił. Choć nie jest to może aż tak istotne, rzutuje na sposób, w jaki teraz traktuje synów, na fakt, że nie umie swojej miłości wyrazić tak, jak by chciał (choć na pewno chce, co widać w mocnej scenie pościgu za synem i próbach rozpaczliwego, choć nieumiejętnego tłumaczenia półsłówkami, że nie jest tak jak syn podejrzewa - że ojciec ich nie kocha i nie potrzebuje), a może tej miłości wcale nie ma w sobie tak dużo, może na powrót musi nauczyć się synów kochać i o nich troszczyć. Od wyrzutów sumienia uwolniła mnie końcowa scena, w której chłopcy rzucają się do tonącej z ciałem ojca łodzi z okrzykiem "Tato, tato!", tak jakby dopiero teraz uświadomili sobie, co się stało: że przez chwilę mieli ojca, którego tak bardzo im przez te lata brakowało i że przez swoją głupotę, dziecinny ośli upór i złośliwości stracili coś bezpowrotnie. Nawet jeśli nie wszystko było idealnie, nie tak jak mogliby sobie wyobrażać nastoletni chłopcy, to nie wykorzystają już szansy na wypracowanie czegoś nowego, na naprawę tych relacji.

I jeszcze coś – ten wprowadzony przez ojca dryl jest jak forma obozu przetrwania. To zaserwowany w pigułce kurs radzenia sobie. Widać to zwłaszcza pod koniec, gdy chłopcom świetnie wychodzi wiosłowanie; rozumiemy, że ten ojcowski zamysł duchowego zahartowania synów miał sens i – choć w danym momencie był trudny – przydał się. Tak jest zresztą z wszelkim przekraczaniem osobistych granic i osiąganiem coraz wyższych poziomów własnych kompetencji. Bez wyrzeczeń, łez i potu, nie ma efektów. Historia troszeczkę przypominająca "Charakter" van Diema, chociaż łatwiejsza do przełknięcia. Tam – działania ojca tylko przez przypadek wyszły synowi na dobre ("na dobre" w świetle jego końcowych wyrzutów to też stwierdzenie na wyrost, nie uwzględniające wszystkich aspektów), tutaj – to tylko mała wprawka, trochę bardziej forsowne ćwiczenie.

Jest jeszcze motyw skrzynki, którą wykopuje na wyspie ojciec, łączącej się pewnie z tajemnicą jego 12-letniej nieobecności. Nie mam pojęcia co to jest. Jeśli z czymś mi się kojarzy cały ten wątek zniknięcia, to chyba najbardziej z jakąś tajną misją, nie wiem – wojskową, polityczną. Ale może to wpływ "Spalonych słońcem". Poza tym... teraz, gdy upłynęło już trochę czasu od seansu, dochodzę do wniosku, że to, co było w skrzynce, jest właściwie nieważne. Bo też co by to mogło być takiego, co spełniłoby rozdmuchane ciekawością oczekiwania widza? Coś takiego, przy czym nie wypuścilibyśmy, rozczarowani, wstrzymywanego przez cały czas powietrza i nie jęknęli zawiedzeni: "Eee, tam, to o to tylko chodziło?". Nierozwiązana tajemnica skrzynki i przeszłości ojca jest więc najlepszym możliwym rozwiązaniem.

Jacek Łaszcz, autor recenzji w Esensji pisze o filmie: "Nie ma przypadku, wszystko co jest, jest konieczne i ważne. Mało tego, nawet gdy (Zwiagincew) nam pokazuje coś atrakcyjnego, to po to, by powiedzieć: to nieważne, zostawcie to. (...) W tę niejasną opowieść z lukami trzeba się wpisać samemu, żeby coś z tego pojąć, a reżyser wcale tego nie ułatwia, nieustannie podcinając jej tok i zostawiając tylko to, co niezbędne." Rzeczywiście, on całkowicie ograbia film z wszystkiego, co niekonieczne, z wszelkich dodatków, sztucznych wypełniaczy i narracyjnych bąbli. Każdy kadr, niemal każdy ruch kamery jest potrzebny, coś mówi i do czegoś zmierza.

09:28, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
"Księga smoków" - kontynuacja

Dobra passa trwa. :) Czytam. Czytam z przyjemnością i z zainteresowaniem i nawet nie myślę o tym, żeby książkę odłożyć przed skończeniem (tfu! żeby nie zapeszyć!).

Maja Lidia Kossakowska - "Smok tańczy dla Chung Fonga". Kocham tę dziewczynę! :) Ona po prostu umie pisać, a to podstawowa zaleta pisarza. :) Nawet jeśli jakieś jej opowiadanie nie zachwyca mnie fabułą czy puentą, to zawsze jest genialnie napisane, zawsze jest niesłychanie klimatyczne i angażujące. Maja świetnie też radzi sobie z tworzeniem bohaterów. Oni żyją, mówią do mnie, mrugają okiem, uśmiechają się, złoszczą. Niemal zawsze jestem skłonna uwierzyć w ich realne istnienie. Tak jest też w tym opowiadaniu, które w jednej chwili przeniosło mnie do upalnego Bangkoku, stającego się areną działań pewnego Europejczyka do zadań specjalnych. Razem z nim poruszałam się po parnych ulicach tajskiej metropolii, przeciskałam przez tłum na Potpong i czułam narastający niepokój towarzyszący Kantowi podczas jego nieudanych prób realizacji zlecenia. Ten tekst zresztą nie tylko świetnie się czyta, ale jest on też osadzony na oryginalnym pomyśle, jakim jest niebanalne, nowatorskie wykorzystanie motywu smoka. Do tej pory najlepszy chyba tekst w tej antologii.

Iwona Surmik - "Łzy smoka". Lubię Surmik za "Talizman Złotego Smoka", ale to opowiadanie wydało mi się przegadane, przekombinowane i pretensjonalne. Nie podobał mi się ani pomysł, ani wykonanie. Teksty utrzymane w tonie zdystansowanych do przedstawionych wydarzeń legend mało mnie wciągają.

Jacek Piekara - "Śmietnikowy dziadek i Władca Wszystkich Smoków". Niepozbawiony wdzięku szorcik. Piekara też umie tworzyć klimat i postacie, co udaje mu się nawet w tak mało rozbudowanych narracyjnie tekstach. Pomysł może niezbyt oryginalny, ale scenka ładna, przyciągająca uwagę. Swoją drogą aura tego opowiadania przypomniała mi trochę oglądany kiedyś serial "Strefa mroku" - tam też były to zazwyczaj historie zwyczajnych ludzi stykających się nagle z czymś niezrozumiałym, ocierających się o inny, istniejący gdzieś obok świat, wpadających w pętle czasowe etc. Opowiadanie utrzymane w stylistyce urban fantasy, a ja to lubię bardzo. :)

Michał Studniarek - "Mój własny smok". Zgrabnie przeformułowany problem. Smok jako obsesja, jako drugie "ja", jako sprawa nie dla smokologa czy smokobójcy, lecz psychologa. :) Bliskie mi ze względu na moje wykształcenie, ale ogólnie tekst jednak nie tak absorbujący, jak by się chciało.

Ciąg dalszy, mam nadzieję, nastąpi. :)

wtorek, 20 marca 2007
Kolejna czytelnicza próba, czyli "Księga smoków"

Nie czytać, a jeśli czytać, to nie mieć z tego przyjemności - tak mogłoby wyglądać moje osobiste piekło. Tak właściwie wygląda już od listopada. Co jakiś czas próbuję przełamywać tę klątwę, sięgając z nadzieją po kolejne książki, po czym odkładam je zniechęcona. W dodatku wiem, że problem nie tyle tkwi w samych książkach i nieinteresującej mnie treści, ile we mnie. Co wezmę, to nie kończę. Przez ostatnie miesiące nadgryzałam już i "Deszcze niespokojne" i "Tempus fugit" i nawet kilka popularnonaukowych pozycji, skądinąd fascynujących, np. "Krainę pierwiastków" (chemia) i "Płonący dom" (mózg). O, przepraszam, podczas przerwy świątecznej przeczytałam Grzędowicza "Popiół i kurz. Opowieść ze świata Pomiędzy" - takie sobie, w dodatku nadziewane obficie konserwatywnymi wtrętami autora, wkładającego bez żenady swoje poglądy w usta bohatera. Rozczarowanie. Tym większe, że "Panem Lodowego Ogrodu" byłam zachwycona i z niecierpliwością czekam na kontynuację, przy czym mam szczerą nadzieję, że Vuko Drakkainen nie zamieni się nagle w antypatycznego ultraprawicowca na wzór samozwańczego Charona z "Popiołu i kurzu".

No, dobrze, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie - jedna przeczytana od A do Z książka w ciągu 5 miesięcy robi ze mnie negatywną bohaterkę alarmujących debat na temat niskiego poziomu czytelnictwa w Polsce. Jedyne, od czego się jeszcze nie odwóciłam przez ten czas, to filmy. Sporo ich zdążyłam obejrzeć, ale film to film, dobrej wciągającej książki nie zastąpi. No, więc dalej próbuję. Jakoś tak się złożyło, że to znów antologia - "Księga smoków". Lubię smoki. Nie lubię za to smokobójców i polowań na smoki, bo mi zawsze tych stworzeń szkoda. Na szczęście klasyczne wyprawy na smoka i dzielni smokobójcy to motywy dawno w fantasy wyeksploatowane, więc jeśli się już pojawiają to elegancko przerobione, zabawnie spuentowane albo ironicznie potraktowane, tak jak w jednym z moich ulubionych opowiadań ze smokiem w tle - "Granicy możliwości" Sapkowskiego.

W "Księdze smoków" jest i Brzezińska, i Białołęcka, i Kossakowska, i Surmik,  i Szostak, żeby wymienić tylko tych autorów, na których teksty szczególnie ostrzyłam sobie zęby. Na razie mam za sobą dwa pierwsze: "Szczeniaka" Białołęckiej i "Po prostu jeszcze jedno polowanie na smoka" Brzezińskiej. Białołęcka rozczarowuje jak cholera. Jej kawałek to nawiązanie do cyklu o MOD-ach, czyli smoczych patrolach, zapoczątkowanego w zbiorze opowiadań "Róża Selerbergu". Niestety, rozrywkowa fantastyka w wydaniu Białołęckiej jest dla mnie kompletnie niestrawna. Pisana nadmiernie prostym językiem, poprawna, ale uboga stylistycznie nasuwa skojarzenia z literackimi wprawkami licealisty-pasjonata. No i ten naciągany, na siłę pakowany w niemal każde zdanie humor! Nachalnie dybiący na czytelnika i przemocą rozwierający mu usta do śmiechu. A przecież Białołęcka potrafiła tak pięknie, subtelnie, malowniczo kreślić i tło i relacje międzyludzkie w Kronikach Drugiego Kręgu, a szczególnie w "Tkaczu Iluzji"! Co się z nią stało, na litość?!

Druga rzecz, która mnie ostatnio w prozie Białołęckiej irytuje to jakieś okropnie stereotypowe podejście do spraw męsko-damskich i kwestii płci. I nie jest to niestety perspektywa bohaterów, od której autorzy mogliby się dystansować, lecz jasno nakreślona, aprobowana i z lubością wykorzystywana w prozie wizja samej autorki. W "Tkaczu Iluzji" nie było tego prawie wcale, zauważalne zaczęło być w "Kamieniu na szczycie", jeszcze bardziej w "Piołunie i miodzie", a w opowiadaniu "Szczeniak" jest po prostu nie do zniesienia. O ile przełknąć (choć z trudem) można stwierdzenie: "(...) tak nie żyli ludzie, a zwłaszcza kobiety, z samej swej natury skłonne do porządkowania i upiększania otoczenia (...)", o tyle jawnie szowinistyczne i machoistowskie zapędy... smoka (!) zakrawają już na coś w rodzaju fiksacji. Przecież, na litość, smok to jednak inny gatunek i przypisywanie mu takich uczuć jak niechęć do kobiet i wstręt do kobiecego ciała (po transformacji w człowieka, a przez przypadek w kobietę) jest pewnym nadużyciem. Do tego mam wrażenie, że autorka uważa za coś absolutnie naturalnego taki jasno (i negatywnie) zdefiniowany stosunek mężczyzn do atrybutów kobiecości. Ja tam staram się trzymać z daleka od mężczyzn definiujących swoją męskość poprzez negację pierwiastka kobiecego (osobna sprawa to to, czy w ogóle taki podział ma sens przy określaniu czegokolwiek innego niż pierwszo- i drugorzędowe cechy płciowe).  

Za to następne opowiadanie w antologii - "Po prostu jeszcze jedno polowanie na smoka" Brzezińskiej wynagrodziło mi męki przedzierania się przez pierwszy tekst. I myślę sobie, że można jednak pisać fantastykę rozrywkową na wysokim poziomie. Bo o ile tekst Białołęckiej to taki prostacki, slapstickowy humor w stylu Benny Hilla, to Brzezińska nasuwa skojarzenia z najlepszymi dokonaniami Woody'ego Allena. :)  No i jakże miło było znów znaleźć się w Wilżyńskiej Dolinie! Fabuła może nie rewelacyjna (smok jako przyczyna najazdu na wioskę wszelkiego autoramentu smokobójców, kupców i innych poszukiwaczy sensacji, bogactwa i sławy), za to subtelny dowcip - przedni, a klimat bezbłędnie zawłaszczający czytelnika i każący czytać do ostatniej kropki. :)

"Księga smoków", antologia, wyd. Runa, 2006