Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 29 marca 2008
Nostalgia

Nie mogę się dziś oprzeć nostalgii, zwłaszcza po tym, co zaprezentował Marek N.: http://www.wrzuta.pl/audio/tjccPe1HYq/czerwone_gitary_-_ballada_pasterska

Na stromej ścieżce do szczytu
oprę się nieraz rękami
o limb konary
Odpocznę na skale z granitu
a las zaszumi dźwiękami
twojej gitary

Ostatnie nitki promieni
rozpalą czerwień na dachach
w dole wyżyny
I odetchniemy zmęczeni
powietrzem drżącym w zapachach
kosodrzewiny

A nocą, gdy zaśniesz wśród sosen
i mrok rozsnuje mgieł ręce
dalej i gęściej
Do gwiazd modlitwę zaniosę
i łzy mchom oddam w podzięce
za moje szczęście

Tak kiedyś pisałam dla mojej ówczesnej miłości. Miałam wtedy 18 lat...

14:44, aniaposz , Strofy
Link Komentarze (3) »
Ekspansywność chamstwa

"Jeden cham zburzy przyjemną zabawę, natomiast jeden kulturalny człowiek to zbyt mało, aby podnieść poziom zabawy chamów."

Ryszard Kapuściński "Lapidaria"

Weekendowa rutyna

A co dzisiaj? Tradycyjnie. Dzień rozpoczęty słuchaniem porannej audycji Marka N. w "Złotych Przebojach". Za mną - Nesca na poduszce przytulona do kaloryfera (wciąż grzejącego), Ramzes w drugim pokoju jęczy, bo się nudzi, chociaż bawiłam się z nim już trochę, rzucając sznurkową myszkę. I jeszcze weekendowy drink, dziś - Carolans zamiast żubrówki z sokiem.

Poza tym zaczęłam czytać 7. tom Harry'ego Pottera. Z jednej strony jestem podekscytowana, z drugiej - ociągam się z lekturą, bo jak przeczytam, to już definitywnie opuszczę ten świat, a ciężko mi się z nim rozstawać.

W TV kolejna idiotyczna reklama. Jakiejś Zbyszko-Coli czy tam czegoś. "Siostra zamieniła kota na fajnego psa". Mózgu trzeba nie mieć, żeby takie hasło wymyślić. Jasne, bo zwierzęta to rzeczy, które sobie można wymieniać jak rękawiczki, gdy się znudzą albo gdy przyjdzie nam do głowy nowy cool-pomysł.

Wypadek polskiego autokaru w Austrii. Oglądam TVN, dziennikarz rozmawia z właścicielem firmy przewozowej, który zapewnia, że i autokar był w porządku i kierowcy to profesjonaliści, jeżdżący tą samą trasą od lat, na co dziennikarz: "No, ale skoro wszystko było tak dobrze, to dlaczego było tak źle?". Dżises! Czy naprawdę trzeba na siłę szukać sensacji? Gros wypadków zdarza się z przyczyn niedających się przewidzieć. Gdyby wszystko było takie proste i obliczalne, starczyłoby zatrudnić matematyków, by uczynić ten świat rajem na ziemi. Mogły być dziesiątki powodów tego wypadku: kierowca kichnął, ręka ześlizgnęła mu się z kierownicy, a nierówność terenu zepchnęła pojazd z drogi; kierowca starał się uniknąć zderzenia z psem, który nagle wybiegł na jezdnię; kierowca miał kryzys i na chwilę przysnął, a potem było już za późno itd. I doświadczenie kierowcy naprawdę nie ma tu nic do rzeczy.

A poza tym... Miałam się uczyć niemieckiego i jak zwykle mi się nie chce. Za cholerę nie potrafię się zmusić do wkuwania słówek. Liczę na to, że jakoś same zostaną mi w głowie. ;)

piątek, 28 marca 2008
Światy prota

 Gene Brewer, "Światy prota"

Przeczytane w jeden dzień. :) Parę ładnych lat czekałam na wydanie ostatniego tomu trylogii o procie. Pamiętam, że "K-PAX" i "Na promieniu światła" też połknęłam błyskawicznie. To nie jest wielka literatura, za to porządna rozrywka na przyzwoitym poziomie. A jak ktoś jest zafiksowany na psychologii i psychiatrii (jak ja :)), lubi sf i niejednoznaczność, to nie powinien być zawiedziony. Brewerowi udała się rzecz niezwykła, bo finał "Na promieniu światła" zdawał się wszystko klarować i skłaniać ku realistycznej interpretacji zdarzeń. A tymczasem już po paru stronach lektury 3. części znów wracamy do punktu wyjścia i wcale nie wydaje się to naciągane.

Spotkałam się z opiniami, że Brewer w ogóle powinien był zakończyć na jednej książce, bo było to pomysłowe i w gruncie rzeczy kompletne. To prawda. Ale mnie radość sprawiał każdorazowy powrót do opisywanej rzeczywistości mimo niezaprzeczalnej wtórności i stosowania tego samego schematu fabularnego w każdej z części. Spotkałam się też z zarzutem obecności nachalnej lewicowej propagandy... Hmm, no tak, prot faktycznie poglądy ma proekologiczne i lewicowe (jeśli w ogóle podział na lewicę i prawicę nie stracił jeszcze na aktualności) i dość bezkompromisowo je prezentuje. Ale osobiście wolę taką propagandę niż to, co w każdej swojej książce ostatnio przedstawia Ziemkiewicz czy Grzędowicz. Innymi słowy lewicowa propaganda jest może nieco naiwna i życzeniowa, ale przynajmniej pozbawiona agresji i nienacechowana wrogością tak jak propaganda prawicowa, która często okazuje się raczej ideologiczną przykrywką dla zwykłego chamstwa.

Drugi oddech

Chyba złapałam drugi oddech po kilku dniach obniżonego nastroju. Jak zwykle taka chandra przychodzi znienacka, zupełnie bez przyczyny, bo poczucie zawodu, czarnowidztwo etc. to raczej pochodna obniżki samopoczucia niż jej bezpośredni powód. Najgorsze, że działa wówczas mechanizm samonapędzającego się koła i im więcej widzę wokół siebie beznadziei, tym gorzej się czuję, a im gorzej się czuję, tym tragiczniejszy wydaje mi się świat. Do tego dochodzą jakieś informacje, które - owszem - są pesymistyczne, ale w normalnej sytuacji jednak szybciej przeszłabym nad nimi do porządku dziennego, np. to polowanie na foki, które mnie strasznie zdołowało. Albo jakiś kulawy pies, który uciekł zanim zdążyłam mu się przyjrzeć i może jakoś pomóc. Albo obawa o zdrowie Neski, która oczywiście czuje się świetnie. Albo dopada mnie znów tęsknota za przeszłością i rozpaczliwe poczucie jej bezpowrotności. Siedzę wtedy skulona na kanapie, za oknem słońce, w powietrzu wiosna, koty wygrzewają się na ciepłym parapecie balkonowym, książki kuszą pachnącymi stronami, filmy czekają na obejrzenie, a ja rozpamiętuję przeszłość, boję się przyszłości i płaczę. Bezsens.

Mimo to podczas przerwy świątecznej udało mi się co nieco obejrzeć, głównie zaległości nagrane z TV. Niestety zbyt dobre to nie było, właściwie tylko "The Fisher King" obejrzałam z zaciekawieniem. Po kolei.

 "Wielkie nadzieje", 1998, reż. Alfonso Cuaron

O tym filmie nie wiedziałam nic poza tym, że gra De Niro i już tylko z tego powodu uznałam, że warto. Niekoniecznie. De Niro wystąpił w epizodzie; reszta jest banalna, a dodatkowo oprawiona w lukrowane ramki. Historia na styku romansu, dramatu i moralitetu. Związki miłości, zemsty, bogactwa i ambicji. Są tu ładne sceny, gdy oglądamy na wpół zrujnowaną posiadłość, wypełnione antykami wnętrza i dziedziniec z kamienną rzeźbioną fontanną, rozświetlony blaskiem słońca przefiltrowanym przez rozplenioną wszędzie roślinność. Ale tym gorzej dla całości, bo obiecujący początek w żaden sposób nie koresponduje ze sztampowym rozwinięciem. Właściwie tylko te początkowe senno-melancholijne kadry zostały mi w pamięci. I może jeszcze Gwyneth Paltrow, na którą lubię patrzeć, choć to zupełnie inny typ urody niż moja ulubiona Monica Bellucci.

 "Jeżeli...", 1968, reż. Lindsay Anderson

Kolejny film, po który sięgnęłam ze względu na aktora, Malcolma McDowella, niezapomnianego Alexa z "Mechanicznej pomarańczy". Film otrzymał Złotą Palmę w Cannes i chyba zacznę niedługo tę nagrodę (zwłaszcza dla filmów starszych) traktować jako ostrzeżenie. ;) Podstawowa rzecz - "Jeżeli..." zawiera sporą dawkę surrealizmu, co - biorąc pod uwagę kontestacyjną wymowę i datę realizacji - nie dziwi. Co robić, skoro surrealizm akceptuję tylko w wydaniu Allena! Natomiast cały kontrkulturowy przekaz pozostaje świadectwem epoki, ale z dzisiejszej perspektywy żywszych emocji raczej nie budzi. Przeciwstawienie się konserwatywnym wartościom, młodzieńczy bunt, gorączkowe poszukiwania alternatywnych form realizacji własnego Ja, fascynacja przemocą, 'zabawa' w rewolucję i ucieczka w świat fantazji. Ble, ble, ble. Tyleż słuszne, co oczywiste. Nie wiem, może trzeba być nastolatkiem, żeby ten film mógł wstrząsnąć czyimś światopoglądem; z perspektywy 34. roku życia odkrywane w nim prawdy wywołują co najwyżej nostalgię za młodzieńczą wiarą we własną wszechmoc.

 "The Fisher King", 1991, reż. Terry Gilliam

No i niespodzianka. Bo kiedyś zaczęłam ten film oglądać, ale przerwałam po półgodzinie, gdy wydał mi się nieznośnie schematyczny z tymi nieszkodliwymi wariatami o gołębich sercach, poszukiwaniem Graala, którym musi się oczywiście okazać miłość do bliźnich i cudowną przemianą cynicznego karierowicza w odpowiedzialnego partnera i przyjaciela. I - co tu dużo gadać - to wszystko prawda. Taka klasyczna bajeczka o tym jak to świat jest dobry i piękny, wystarczy tylko dostrzec drugiego człowieka i wydobyć dobro spod pokładów egoizmu. A jednak ten film się broni. Może za sprawą lekkości i dowcipu, które są niezłą przeciwwagą dla wykładanych banalnych madrości. W każdym razie ja - niesamowicie cięta na wszelkie sentymentalne bzdurki, ckliwości i komunały - byłam mile zaskoczona, od pewnego momentu nie mogłam się oderwać od seansu, bo po prostu musiałam wiedzieć jak to się wszystko skończy, a szczęśliwy finał wręcz mnie ucieszył! Mało to prawdopodobne, ale za to krzepiące i całkiem do przyjęcia, może właśnie dzięki lekko onirycznej baśniowej aurze. 

---

Jest też parę filmów, przy których się poddałam:
- "Rezerwat" Palkowskiego, którego początek zwiastuje niestety drętwe, typowo polskie kino;
- "Lewy sercowy" Paula Thomasa Andersona, przy którym nie dałam rady wytrwać dłużej niż 20 minut, nieprzygotowana na aż taką dziwaczność;
- "Joe Black", gdzie już podczas monologu Hopkinsa w helikopterze dostałam drgawek i mdłości, a potem było już tylko gorzej. Ostatecznie moja tolerancja wyczerpała się podczas snucia się blondwłosego Pitta po salonach.

10:49, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 marca 2008
Współczesne barbarzyństwo

http://www.salamandra.org.pl/news/index.php?id=151

Kolejna coroczna rzeź zaczyna się w kwietniu.

czwartek, 20 marca 2008
Aż poleje się krew

 "Aż poleje się krew", 2007, reż. Paul Thomas Anderson

Zwlekam i zwlekam z notką na temat filmu Andersona. Ostatnio miałam tak przy "Pokucie". Po pierwsze nie bardzo umiem sformułować swoją opinię, a po drugie przeczytałam już tyle recenzji, że musiałabym pewnie nieświadomie po nich powtarzać; nie umiem się już uwolnić od pewnych stwierdzeń w nich zawartych, zwłaszcza, że idealnie wyrażają i moje wrażenia. A skoro tak dobrze wpasowują się w moje odczucia, po co się męczyć i szukać dla tych odczuć kolejnej formy? ;) Tadeusz Sobolewski w swojej analizie pisze m.in. "Kiedy w kinie drań od początku do końca jest zimnym draniem pozbawionym wahania - a w dodatku można podejrzewać, że służy reżyserowi jako "postać symboliczna" - przyglądam się jego perypetiom raczej obojętnie. Symbole nudzą, człowiek ciekawi." Mnie uderza w tym epickim dziele przede wszystkim pewna ogólnikowość, gubi się tu detal, rozmywają się partykularne motywy. Że opowieść przekrojowa nie może być skupiona na szczególe? Może, np. "Barry Lyndon" Kubricka.

Plainview jest człowiekiem nie do końca dla mnie autentycznym, jest prędzej archetypem niż indywidualnością. Z tym że ten archetyp też nie jest całkiem spójny. Przez połowę filmu widzimy człowieka wprawdzie bardzo zdeterminowanego, by osiagnąć sukces, ale przecież nie wcielonego diabła. Zwłaszcza jego stosunek do syna świadczy o jakiejś jego wrażliwości, o zdolności do ludzkich uczuć i odruchów. Owszem, jest typowym przykładem stawiającego wszystko na jedną kartę przemysłowca, kapitalisty skazanego na wieczną walkę o utrzymanie się na szczycie, ale to jeszcze nie zbrodnia. Przez sporą część seansu nie widzę w nim niczego nieludzkiego, żadnego tragicznego rysu, w pierwszej konfrontacji z młodym nawiedzonym kaznodzieją, bez zastanowienia biorę stronę Plainview. Nie postrzegam też ich konfliktu w kategoriach starcia praw ziemskich i praw boskich, bo trudno, by Boga miał reprezentować upajający się własnymi słowami hochsztapler. I nagle, ni z tego nie z owego, Plainview wyznaje, że nienawidzi ludzi... To jest tak zaskakujące wyznanie, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co myśleć. Prawdę mówi? Faktycznie tak jest? To dlaczego tego nie widać na ekranie? Konstrukcja postaci powinna (nie tylko w filmie, ale i w literaturze) zasadzać się na obrazach/zachowaniach/sugestiach, pozwalając odbiorcy na samodzielne wnioskowanie. Opis (a już zwłaszcza samoopis) to takie pójście na łatwiznę narracyjną. Tym bardziej, że tutaj jest to zupełnie niespodziewane. Z jednej strony widzę oczywiście człowieka surowego i zamkniętego w sobie, ale nic ponadto, z drugiej - człowiek ten wyznaje nagle, wbrew ekranowemu wizerunkowi, że jest zły i cyniczny. To brzmi prawie jak kokieteria. :)

Mamy też zmagania dwóch silnych osobowości, ale te zmagania znów są grubą kreską malowane. Właściwie czego Plainview szuka, skoro wszystko ma, o co walczy sam ze sobą i ze światem? Jestem w stanie oczywiście przyjąć do wiadomości, że istnieją głęboko tragiczne jednostki, które 'noszą w sobie mrok' i które niszczą siebie i wszystkich dookoła, jednostki chronicznie niezdolne do odczuwania szczęścia; problem w tym, że mnie się taką jednostką Plainview nie jawi.

Wszystko to zresztą bardziej przypowieść, znaczona wyrazistymi symbolicznymi epizodami, niż historia pojedynczego człowieka, łącznie ze sceną ostatnią i nieodzownym upokorzeniem głównego antagonisty. Wyczekiwany, choć gorzki i tylko pozornie przynoszący spełnienie, triumf nad wrogiem? Tyle, że szczerze mówiąc, co to za wróg? Łatwiej by było zignorować nawiedzonego chłopaka niż napawać się zemstą i dążyć za wszelką cenę do jego upokorzenia. Sztucznie udramatyzowane to wszystko jak na mój gust.

07:47, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 marca 2008
Wielkie otwarcie

 "Wielkie otwarcie",1996, reż.Campbell Scott, Stanley Tucci

Ręce trochę opadają, kiedy kolejny film nic mi nie daje. Zupełnie nic. No dobrze, by oddać sprawiedliwość, można wspomnieć o Tuccim, który świetnym aktorem jest i z przyjemnością patrzy się na jego pomysłową ekspresję. Zresztą był też jednym z niewielu powodów, dla których obejrzałam do końca "Diabeł ubiera się u Prady". Poza tym - przeciętnie. Przeciętnie i w dodatku jakoś wtórnie. Nie wiem czy wtórnie zamierzenie, pewnie nie, ale nie mogłam się uwolnić od skojarzeń z "Ucztą Babette" (to skojarzenie nobilitujące) oraz z całą masą innych podtrzymywaczy na duchu i opowiadaczy o wadze bliskości międzyludzkiej i wierze w wartości, np. "Włoski dla początkujących", "Czekolada", "Jak w niebie". Bracia, mimo że oszukani, triumfują moralnie, a kto wie - może i finansowo, bo ludzie jednak świetnie się bawili, nikt nawet nie zapytał o sławnego muzyka, wystarczyła im swobodna atmosfera, dobre wino i wykwintne dania. Mimo wszystko optymistyczne zakończenie, miłość braterska, potęga wiary w wierność sobie i mamy film, który tkliwość w sercach budzi. A że niektóre pomysły ni w pięć ni w dziewięć, już nikogo nie frasuje. Po kiego na przykład cały ten romans z żoną restauratora? Zero związku z fabułą i, co gorsza, zero uzasadnienia psychologicznego. Taki tam wtręt, a nuż doda dziegdziu. Nieudany seans, niestety.

11:08, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 marca 2008
S. Lem "Jak ocalał świat"

Od tego opowiadania (które chyba zresztą nie było lekturą obowiązkową w podstawówce) zaczęła się moja miłość do Lema.

Jak ocalał świat (Cyberiada)

Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. Kiedy była gotowa, na próbę kazał jej zrobić nici, potem nanizać je na naparstki, które też zrobiła, następnie wrzucić wszystkie do sporządzonej nory, otoczonej natryskami, nastawniami i naparami. Wykonała polecenie co do joty, ale ponieważ nie był jeszcze pewny jej działania, kolejno musiała zrobić nimby, nausznice, neutrony, nurty, nosy, nimfy i natrium. Tego ostatniego nie umiała, i Trurl, bardzo zmartwiony, kazał się jej tłumaczyć.
- Nie wiem, co to jest - wyjaśniła. - Nie słyszałam o czymś takim.
- Jak to? Ależ to sód. Taki metal, pierwiastek...
- Jeżeli nazywa się sód, jest na s, a ja umiem robić tylko na n.
- Ale po łacinie nazywa się natrium.
- Mój kochany - rzekła maszyna - gdybym mogła robić wszystko na n we wszelkich możliwych językach, byłabym Maszyną Która Może Wszystko Na Cały Alfabet, bo dowolna rzecz, w jakimś tam obcym języku na pewno nazywa się na n. Nie ma tak dobrze. Nie mogę robić więcej, niż to wymyśliłeś. Sodu nie będzie.
- Dobrze - zgodził się Trurl i kazał jej zrobić niebo. Zrobiła zaraz jedno, niewielkie, ale zupełnie niebieskie. Zaprosił wtedy do siebie konstruktora Klapaucjusza, przedstawił go maszynie i tak długo wychwalał jej nadzwyczajne zdolności, aż ów rozgniewał się skrycie i poprosił, aby i jemu wolno było coś jej rozkazać.
- Proszę bardzo - rzekł Trurl - ale to musi być na n.
- Na n? - rzekł Klapaucjusz. - Dobrze. Niech zrobi naukę.
Maszyna zawarczała i po chwili plac przed domostwem Trurla wypełnił się tłumem naukowców. Wodzili się za łby, pisali w grubych księgach, inni porywali te księgi i darli je na strzępy, w dali widać było płonące stosy, na których skwierczeli męczennicy nauki, tu i ówdzie coś hukało, powstawały jakieś dziwne dymy w kształcie grzybów, cały tłum gadał równocześnie, tak że słowa nie można byłe zrozumieć, od czasu do czasu układając memoriały, apele i inne dokumenty, w odosobnieniu zaś, pod nogami wrzeszczących, siedziało kilku samotnych starców i bez przerwy maczkiem pisało na kawałkach podartego papieru.
- No co, może złe?! - zawołał z dumą Trurl. - Wykapana nauka, sam przyznasz!
Ale Klapaucjusz nie był zadowolony.
- Co, ten tłum to ma być nauka? Nauka to coś całkiem innego!
- Więc proszę, powiedz co, a maszyna zaraz to zrobi! - obruszył się Trurl. Ale Klapaucjusz nie wiedział, co powiedzieć, więc oświadczył, że postawi maszynie jeszcze dwa inne zadania, a jeśli je ona rozwiąże, uzna, że jest taka, jak ma być. Trurl przystał na to i Klapaucjusz rozkazał, aby zrobiła nice.
- Nice! - wykrzyknął Trurl. - Słyszał kto coś takiego, co to są nice?!
- Ależ jak to, druga strona wszystkiego - odparł Klapaucjusz spokojnie. - Nicować, przewracać na podszewkę, nie słyszałeś o tym? No no, nie udawaj! Hej, maszyno, bierz się do roboty!
Maszyna jednak działała już od dobrej chwili. Zrobiła najpierw antyprotony, potem antyelektrony, antyneutrina, antyneutrony, i tak długo pracowała, nie ustając, aż natworzyła bez liku antymaterii, z której zaczął się z wolna, podobny do dziwnie błyszczącej chmury w niebie, formować anty świat.
- Hm - rzekł bardzo niezadowolony Klapaucjusz - to mają być nice? Powiedzmy, że tak... Dajmy na to, dla świętego spokoju... Ale oto trzeci rozkaz: Maszyno! Masz zrobić Nic!
Maszyna przez dłuższy czas w ogóle się nie ruszała. Klapaucjusz jął zacierać z zadowolenia ręce, Trurl zaś rzekł:
- O co ci chodzi? Kazałeś jej nic nie robić, więc nic nie robi!
- Nieprawda. Kazałem jej zrobić Nic, a to co innego.
- Też coś! Zrobić Nic a nie zrobić nic - znaczy jedno i to samo.
- Skądże! Miała zrobić Nic, a tymczasem nie zrobiła nic, więc wygrałem. Nic bowiem, mój ty przemądrzały kolego, to nie takie sobie zwyczajne nic, produkt lenistwa i niedziałania, lecz czynna i aktywna Nicość, to jest doskonały, jedyny, wszechobecny i najwyższy Niebyt we własnej nieobecnej osobie!!
- Zawracasz głowę maszynie! - krzyknął Trurl, lecz naraz rozległ się jej spiżowy głos:
- Przestańcie się kłócić w takiej chwili! Wiem, co to Niebyt, Nicość, czyli Nic, ponieważ te rzeczy należą do klucza litery n, jako Nieistnienie. Lepiej po raz ostatni przyjrzyjcie się światu, bo wnet go nie będzie...
Słowa zamarły na ustach rozjuszonym konstruktorom. Maszyna w samej rzeczy robiła Nic, a to w ten sposób, że kolejno usuwała ze świata rozmaite rzeczy, które przestawały istnieć, jakby ich w ogóle nigdy nie było. Usunęła już natągwie, nupajki, nurkownice, nędzioły, nałuszki, niedostópki i nędasy. Chwilami wydawało się, że zamiast redukować, zmniejszać, wyrzucać, usuwać, unicestwiać i odejmować - powiększa i dodaje, ponieważ zlikwidowała po kolei niesmak, niepospolitość, niewiarę, niedosyt, nienasycenie i niemoc. Lecz potem znowu zaczęło się robić wokół patrzących rzadziej.
- Ojej! - rzekł Trurl. - Żeby coś z tego złego tylko nie wynikło...
- E, co tam! - rzekł Klapaucjusz. - Przecież widzisz, że ona nie robi wcale Nicości Generalnej, a jedynie Nieobecność wszystkich rzeczy na n, nic się nie stanie, bo też ta twoja maszyna całkiem do niczego!
- Tak ci się tylko wydaje - odparła maszyna. - Zaczęłam, istotnie, od wszystkiego, co na n, bo było mi to bardziej familiarne, ale co innego jest zrobić jakąś rzecz, a co innego usunąć ją. Usuwać mogę wszystko, z tej prostej przyczyny, że umiem robić wszyściuteńko, ale to wszyściuteńko na n, a więc Niebyt jest dla mnie fraszką. Zaraz was nie będzie ani niczego, więc proszę cię, Klapaucjuszu, abyś powiedział jeszcze prędko, że jestem prawdziwie uniwersalna i wykonuję rozkazy jak się należy, bo będzie za późno.
- Ależ to... - zaczął przestraszony Klapaucjusz i w tej chwili zauważył, że istotnie już nie tylko na n nikną różne rzeczy: przestały ich bowiem otaczać kambuzele, ściśnięta, wytrzopki, gryzmaki, rymundy, trzepce i pćmy.
- Stój! Stój! Cofam to, co powiedziałem! Przestań! Nie rób Niebytu!! - wrzeszczał na całe gardło Klapaucjusz, ale zanim maszyna się zatrzymała, znikły jeszcze graszaki, plukwy, filidrony i zamry. Wtedy dopiero maszyna znieruchomiała. Świat wyglądał wręcz przeraźliwie. Zwłaszcza ucierpiało niebo: widać było na nim ledwo pojedyncze punkciki gwiazd; ani śladu prześlicznych gryzmaków i gwajdolnic, które tak dotąd upiększały nieboskłon!
- Wielkie nieba! - zakrzyknął Klapaucjusz. - A gdzież są kambuzele? Gdzie moje murkwie ulubione? Gdzie pćmy łagodne?!
- Nie ma ich i nigdy już nie będzie - odparła spokojnie maszyna. - Wykonałam, a raczej zaczęłam wykonywać to tylko, coś mi kazał...
- Kazałem ci zrobić Nicość, a ty... ty...
- Klapaucjuszu, albo jesteś głupcem, albo głupca udajesz - rzekła maszyna. - Gdybym zrobiła Nicość naraz, za jednym zamachem, przestałoby istnieć wszystko, więc nie tylko Trurl i niebo, i Kosmos, i ty, ale nawet ja. Więc kto właściwie i komu mógłby wtedy powiedzieć, że rozkaz został wykonany i że jestem sprawną maszyną? A gdyby nikt tego nikomu nie powiedział, w jaki sposób ja, której by także już nie było, mogłabym otrzymać należną mi satysfakcję?
- Niech ci będzie, nie mówmy już o tym - rzekł Klapaucjusz. - Już niczego od ciebie nie chcę, śliczna maszyno, tylko proszę, zrób murkwie, bo bez nich życie mi niemiłe...
- Nie umiem tego, ponieważ są na m - rzekła maszyna. - Owszem, mogę na powrót zrobić niesmak, nienasycenie, niewiedzę, nienawiść, niemoc, nietrwałość, niepokój i niewiarę, ale na inne litery proszę się po mnie niczego nie spodziewać.
- Ale ja chcę, żeby były murkwie! - ryknął Klapaucjusz.
- Murkwi nie będzie - rzekła maszyna. - Popatrz, proszę, na świat, jaki jest cały pełen olbrzymich czarnych dziur, pełen Nicości, która wypełnia bezdenne otchłanie między gwiazdami, jak wszystko dookoła stało się nią podszyte, jak czyha nad każdym skrawkiem istnienia. To twoje dzieło, mój zawistniku! Nie sądzę, żeby następne pokolenia miały cię za to błogosławić...
- Może się nie dowiedzą... Może nie zauważą... - wyjąkał pobladły Klapaucjusz, patrząc z niewiarą w pustkę czarnego nieba i nie śmiąc nawet w oczy spojrzeć swemu koledze. Pozostawiwszy go obok maszyny, która umiała wszystko na n, wrócił chyłkiem do domu - świat zaś po dziś dzień pozostał już cały podziurawiony Nicością - tak jak go w toku nakazanej likwidacji zatrzymał Klapaucjusz. A ponieważ nie udało się zbudować maszyny na żadną inną literę, trzeba się obawiać, że nie będzie już nigdy takich wspaniałych zjawisk jak pćmy i murkwie - po wieki wieków.

6 rzeczy

Reguły zabawy:

1. Podać link do osoby, która nas ustrzeliła: http://bumelka.blox.pl;
2. Zacytować na swoim blogu reguły zabawy;
3. Ustrzelić 6 następnych osób;
4. Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat;
5. Uprzedzić ww. osoby, pisząc komentarz na ich blogu.

A teraz coś o mnie:

  • Mam chorą ambicję, jeśli chodzi o naukę języków; zawsze muszę być najlepsza w klasie/grupie. W liceum płakałam, kiedy dostałam z angielskiego 4+, zamiast 5.
  • Jako mała dziewczynka postanowiłam przewinąć się na trzepaku bez trzymanki. Czym to się skończyło - wiadomo. Na szczęście poza nabiciem sobie sporego guza, nic mi się nie stało.
  • Jeszcze kilka lat temu nienawidziłam czosnku i cebuli i nie tykałam niczego, na co padł choć cień podejrzenia o posiadanie w składzie tychże; teraz to moje ulubione warzywa. :)
  • Zdarza mi się czasem zdrzemnąć na biurku w pracy. :D
  • Klnę jak szewc za kółkiem mojego auta (ale przynajmniej nie używam klaksonu ;)).
  • Mam czasem problem z przypomnieniem sobie słowa "winogrona". Zamiast tego przychodzi mi do głowy "grapes", a zanim wpadnę na właściwą polską nazwę, stosuję metodę 'opisową': małe zielone. :) Czemu akurat zielone, nie wiem, bo przecież są i ciemne winogrona.

Do zabawy zapraszam:
http://cinemaparadiso.blox.pl
http://bezpopcornu.blox.pl
http://kino.blox.pl
http://tedwie.blox.pl
http://literanna.blox.pl
http://maiaki.blox.pl

 
1 , 2