Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 20 marca 2009
Dwa wieczory z Amelie Nothomb

 

W ciągu kilku ostatnich dni porzuciłam kino na rzecz literatury. Nagle poczułam przemożną chęć czytania. Był to impuls tak silny, że jeszcze tego samego dnia pognałam do biblioteki. Oddałam nieprzeczytane, wypożyczone przed wyjazdem w góry książki, których termin zwrotu właśnie mijał, i wzięłam kilka nowych z mocnym przekonaniem, że tym razem nie jest to słomiany zapał, że wreszcie coś drgnęło. Zdecydowałam się na zbiór opowiadań Mai Lidii Kossakowskiej "Więzy krwi", trzeci tom cyklu Silverberga o planecie Majipoor - "Valentine Pontifex", drugi tom "Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza i dwie powieści Amelie Nothomb - "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" oraz "Dziennik Jaskółki".

Książki leżą na oparciu kanapy i kuszą. Znów czuję ten dawno zapomniany dreszcz niecierpliwości i ekscytacji. Szczególnie dużo obiecuję sobie po Silverbergu - mam bardzo miłe wspomnienia z lektury poprzednich tomów cyklu i liczę z jednej strony na równie ciekawą kontynuację, z drugiej - na odnalezienie smaku tamtych chwil, chociaż wiem, że z tym akurat powinnam być ostrożna i zbyt wiele się nie spodziewać.

Króciutkie powieści Nothomb przeczytałam w dwa wieczory. Uwielbiam jej styl. Tak cudownie lapidarny, bezpośredni, konkretny, treściwy. Żadnych piętrowych dygresji, żadnych sążnistych opisów; właściwa akcja zaczyna się już na pierwszych stronach. Oczywiście taki sposób pisania niesie określone konsekwencje - nie ma rozbudowanych portretów psychologicznych, wyłuszczania motywacji bohaterów, nakreślania tła społecznego. Tylko, że to wszystko u Nothomb nie jest potrzebne, bo jej proza jest kompletna i doskonała w takiej formie, w jakiej istnieje. Dla czytelnika nieważna jest przeszłość bohatera i uwarunkowania sytuacyjne; istotne jest tylko tu i teraz, ten kawałek niezwykłej rzeczywistości, któremu przygląda się właśnie autorka. Niezwykli są bohaterowie i zdarzenia, w które się wikłają. Pozornie jest to świat, jaki znamy, ale tym bardziej zaskakuje i przeraża nagła dziwaczność. Nothomb jest w tym trochę podobna do Austera, który niesamowitość swoich powieści osiąga również za sprawą elementów wprawdzie realistycznych, ale ustawionych w nietypowej konfiguracji, oglądanych pod osobliwymi kątami. Przyglądamy się wynaturzeniom, dziwactwom, zaskakującym zbiegom okoliczności, przypadkom ocierającym się prawie o metafizykę, lecz wciąż mieszczącym w granicach szeroko pojmowanej normy. Jak milczący sąsiad, codziennie o tej samej porze odwiedzający starsze małżeństwo ("Krasomówca"), jak więziona na wyspie dziewczyna, która nigdy nie przeglądała się w lustrze ("Rtęć") czy natrętny nieznajomy, który zdaje się wiedzieć wszystko o czekającym na samolot mężczyźnie ("Kosmetyka wroga").

"Dziennik Jaskółki" zaczyna się niewinnie - narrator opowiada o przeżytym właśnie zawodzie miłosnym, ale już po kilku stronach ten sympatyczny bohater przeobraża się w płatnego zabójcę, mordującego na zlecenie rosyjskiej mafii. Oczywiście nie jest to trywialny kryminał. Ani banalny thriller. Niesamowite, ale wyczekuje się następnych ofiar mordercy, następnych jego akcji z jakąś niezdrową fascynacją. Jego obsesje i niepokoje udzielają się czytelnikowi całkowicie. Dołącza się do tego pierwszoosobowa narracja, przez co ma się wrażenie podglądania czyjegoś grzesznego życia, przywileju poznania czyjegoś mrocznego sekretu. Mnożenie niewiadomych, zakrywanie detali nie zniechęca, co czasami zdarza się w zbyt przekombinowanych, rozbudowanych intrygach. Nothomb ma dar umiarkowania i powściągliwości.

Druga książka, "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" wpisuje się w nurt autobiograficzny pisarstwa Nothomb i uzupełnia relację o jej pobycie w Japonii, zapoczątkowaną powieścią "Z pokorą i uniżeniem". Tym razem Amelie dzieli się wspomnieniami o swoim związku z Japończykiem. Pisze zabawnie, refleksyjnie, odważnie i szczerze. I chociaż wyjaśnia swoje wybory, nie do końca jestem w stanie ją zrozumieć. A przecież w pryncypiach nie różnię się od niej tak bardzo. Może po prostu ona jako 22-letnia dziewczyna była dziesięć razy bardziej samoświadoma niż ja w tym samym wieku? Jedno jest pewne - nigdy swojej decyzji nie żałowała, a w chwili jej podejmowania była święcie przekonana o jej słuszności. Zazdroszczę.
wtorek, 17 marca 2009
Pierwszy krok w kosmos

"Pierwszy krok w kosmos", 1983, reż. Philip Kaufman

Kiedy byłam mała, tata opowiadał mi na dobranoc bajki o lotach w kosmos. Jak przez mgłę pamiętam, że była to opowieść w odcinkach - każdego wieczora czekałam z niecierpliwością co będzie dalej. Nie bardzo interesowały mnie Baby Jagi, księżniczki czy krasnoludki. Moja fascynacja kosmosem, kosmicznymi podróżami i tematyką SF trwa do dzisiaj. Ciekawe czy, gdyby stymulować to moje zainteresowanie w czasach podstawówki i liceum, nie poszłabym przypadkiem na fizykę. A tak... z fizyki byłam raczej średnia, żeby nie powiedzieć kiepska. Niestety w równym stopniu był to efekt braku szczęścia do dobrych nauczycieli. Kocham więc kosmos miłością nieodwzajemnioną, amatorską, która realizuje się głównie w uwielbieniu dla książek i filmów SF, dokumentów traktujących o przestrzeni kosmicznej i literatury popularnonaukowej. Z wypiekami na twarzy oglądałam kiedyś serial "Star Trek: The Next Generation" (dlaczego nie pojawił się jeszcze na DVD, a wydawane są takie gnioty jak "Kasia i Tomek" czy "Magda M."?). Co jakiś czas powracam do jednej z moich ulubionych płyt Mike'a Oldfielda "The Songs of Distant Earth".



Moim wielkim marzeniem jest lot orbitalny i możliwość ujrzenia Ziemi z kosmosu. Obawiam się, że jest to marzenie nie do zrealizowania, niestety. Pozostają mi więc filmy. "Apollo 13", "2001: Odyseja kosmiczna", "Kontakt", "W stronę Słońca", a dzięki TVN7 udało mi się obejrzeć "Pierwszy krok w kosmos" o amerykańskim programie podboju kosmosu Mercury w czasach gorączkowego wyścigu USA z ZSRR o prymat w tego typu misjach. Film może nieco przydługi (ponad 3 godziny), ale jednocześnie w bardzo przystępny sposób przybliżający początki ludzkich wysiłków ujarzmienia przestrzeni. 14 października 1947 r. Chuck Yeager, jeden z najlepszych amerykańskich pilotów oblatywaczy, jako pierwszy człowiek na świecie przekroczył barierę dźwięku. Potem jeszcze kilkakrotnie przełamywał kolejne ograniczenia, aż w 1953 r. osiągnął prędkość 2,44 Ma, bijąc ustanowiony wcześniej rekord Scotta Crossfielda. Podczas tego lotu wykazał się ogromnym profesjonalizmem, dzięki czemu udało mu się uniknąć katastrofy samolotu, który przez jakiś czas spadał, wirując, ponad 10 000 m.

Yeager to fascynująca postać i trochę szkoda że poświęcono mu w filmie niewiele miejsca. Trudno się jednak dziwić, ponieważ nie wszedł on w skład siódemki szczęśliwców, wybranej do programu Mercury. Nie było go nawet wśród ponad setki kandydatów, spośród których ostatecznie wyłoniono tę pierwszą grupę astronautów. Od pewnego momentu film jest już prawie wyłącznie historią doborowej siódemki i mniej lub bardziej udanych lotów w ramach programu. Nie znaczy to oczywiście, że jest mniej ciekawie. Orbitalny lot Johna Glenna robi ogromne wrażenie i trudno dziwić się zachwytowi pilota, kiedy przez niewielkie okienko swojej kapsuły obserwuje ziemską noc, rozjarzoną punkcikami świateł, a zaraz potem widzi świt taki, jakim nie sposób go ujrzeć z powierzchni naszego globu - złocistą aureolę obejmującą powoli Ziemię.

Doskonałe są króciutkie sceny, gdy zdyszany informator wpada do sali, w której zebrani są amerykańscy rządowi prominenci, by oznajmić kolejną hiobową wieść - oto Rosjanie umieścili pierwszy obiekt w przestrzeni kosmicznej, przed Amerykanami! Rosjanie znów na czele - Gagarin pierwszym człowiekiem w kosmosie. Trzeba koniecznie działać i to jak najszybciej. Przecież nie chcemy siedzieć w nocy pod ruskim księżycem! W tej kwestii im się udało. Księżyc jest amerykański.

Ostatecznie w kosmos w ramach programu Mercury poleciała szóstka astronautów - nie poleciał Deke Slayton z powodu kłopotów zdrowotnych. Virgil Grissom, który w 1961 r. wykonał drugi lot suborbitalny, zginął w 6 lat później w pożarze kapsuły podczas testu przedstartowego misji Apollo 1.


12:41, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
czwartek, 05 marca 2009
Ciemniejszy odcień bieli

Nawet wypady na narty nie mają już dawnego uroku... Częściowo pewnie dlatego, że nie pracuję, a więc wyjazd nie jest czymś aż tak wyczekiwanym, nie jest wytęsknionym odpoczynkiem od codziennego biurowego kołowrotu. Ale głównie chodzi chyba o mijający czas, o zmiany w ludziach i wokół nich. Nie umiemy się już tak bawić jak kiedyś. Nie ma wieczorów przeciągniętych do późnych godzin nocnych, podlewanych obficie alkoholem, rozbrzmiewających głośnym śmiechem, gorącymi dyskusjami, ewentualnie urozmaicanych grą w karty czy kalambury. Stateczni trzydziestoparolatkowie co najwyżej posiedzą przy piwie w pierwszą noc po przyjeździe, a potem czas podporządkowany jest ich dzieciom. Owszem, to całkiem fajne dzieciaki (nigdy nie pojmę fenomenu moich świetnych relacji z cudzymi dziećmi przy jednoczesnym braku chęci posiadania własnych), ale ich obecność zmienia wszystko bezpowrotnie. Może taka jest kolej rzeczy, z którą najwyraźniej ja jedna nie chcę i nie mogę się pogodzić. Jestem w stanie przyjąć tę prawdę do wiadomości. Brakuje mi ludzi, z którymi mogłabym nadal konie kraść. Mój zapał studzą natychmiast obojętne twarze innych. Podczas letniego urlopu zagraliśmy wprawdzie kilka razy w tysiąca, ale jakby bez przekonania; teraz nikt nawet nie zająknął się na temat przyniesienia talii. Pomijam już drobny fakt, że i na stok ciężko ich było wyciągnąć. Tak jakby przyjechali z przyzwyczajenia, ale na realizację właściwego celu zimowego wyjazdu w góry nie starczyło im już ochoty ani energii.

A może po prostu zbyt wiele wspomnień wiąże się z tymi wyjazdami? Jeździmy w ten sam rejon z tą samą mniej więcej ekipą od 8 lat. Nie da się wrócić do przeszłości, trudno jest dorównać najlepszym chwilom z poprzednich  sezonów. Z jednej więc strony zawzięcie poszukujemy śladów minionych dni, chociaż jest to bezcelowe, z drugiej - próbujemy odnaleźć coś świeżego, o co równie trudno. Wyjechać gdzieś, gdzie nie byliśmy, gdzie można byłoby znów poczuć jakiś dreszcz emocji, niepewność, przeżyć coś nowego, innego - oto rozwiązanie. Ale czy jeszcze do przeprowadzenia w tym towarzystwie?

Trochę też traktowałam ten wyjazd jako niezłą okazję do zgubienia paru kilo, co się chyba udało. Poza tym czytałam "Księżycowy Pałac" Austera (jak zwykle zdumiewa mnie jego umiejętność czarowania słowem; można zatonąć w zwyczajnym z pozoru opisie), piłam ogromne ilości herbaty z cytryną i próbowałam jakoś radzić sobie z moją samotnością i poczuciem rozczarowania. Raz było z tym lepiej, raz gorzej. Bywały chwile, szczególnie w nocy, kiedy wspomnienia dosłownie mnie osaczały,  niektóre bardzo odległe, ale przynoszące zawsze bolesne wyrzuty sumienia. Dla kogoś innego zabrzmiałyby pewnie śmiesznie lub absurdalnie. W dzień udawało mi się zagłuszyć te bezsensowne echa bieżącymi zdarzeniami. A więc narty przede wszystkim, co przy moim braku wytrenowania wcale nie było takie proste, ale ból mięśni był przynajmniej czymś, co istniało realnie i było dość dokuczliwe, by odwrócić uwagę od demonów umysłu.

Nie udało się nam zbliżyć do siebie z A. Starannie omijaliśmy zresztą temat naszego związku. Po prostu egzystowaliśmy obok siebie, koncentrując się na codziennych czynnościach. Paradoksalnie, swobodniej zaczęliśmy się czuć w drodze powrotnej łącznie z kilkugodzinnym pobytem A. u mnie.

Kiedy zastanawiam się, co będę robić za rok (za miesiąc? za kwartał?), w jakim punkcie się znajdę - zawodowo, prywatnie, nie mam bladego pojęcia. Nigdy nie miałam. Wiem, co będę robić jutro i zawsze czekam na to z równym podekscytowaniem i nadzieją, chociaż - szczególnie ostatnio - dni właściwie nie różnią się od siebie. W pewnym sensie mnie to pociesza. Jeśli przestanę wyczekiwać kolejnego poranka, będzie to oznaczało, że jest ze mną naprawdę bardzo źle.