Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
poniedziałek, 29 marca 2010
Inaczej

Nie mam słów, żeby to jakoś oswoić. Próbuję od wczoraj i nie umiem. Spod palców wychodzą same banały, za które zgromiłby mnie cyniczny Boris z Whatever works, drugie wcielenie dra House'a.

Wygląda na to, że tym razem jest poważniej niż kiedykolwiek wcześniej. Czuję się, jakbym wskoczyła głową w dół w zimną ciemną toń, brak mi tchu, nie mam czego się uchwycić. Przeraża mnie waga tego, co się dzieje. Moje koty wariują codziennie, demolując mieszkanie, ożywione coraz mocniejszym wiosennym słońcem, a ja nie potrafię się tym cieszyć tak jak powinnam.

Śmieszne są te wszystkie plany, jakie robimy. Kiedyś miały sens. Kiedyś, z jakiegoś powodu, większość planów się ziszczała. Teraz łapię się na tym, że przestaję odkładać na potem banalne sprawy, jak zwrot książek do biblioteki albo jakiś dalszy wyjazd samochodem. Bo jutro, pojutrze może zdarzyć się coś, co odbierze mi siły nie tylko do przekręcenia kluczyków w stacyjce, ale nawet do zjedzenia śniadania.

W niedzielę rano fascynacja nową lekturą - Pięknem wszechświata Briana Greene'a. Zachłystywanie się odkrywaną na nowo fizyką, ekscytacja zrozumieniem sedna ogólnej i szczególnej teorii względności Einsteina, po drodze mini-serial dokumentalny Atom i ściągnięta z sieci sztuka Kopenhaga o hipotetycznym przebiegu spotkania Bohra i Heisenberga. I ogromna chęć podzielenia się tym wszystkim z A. Po południu - odrętwienie i niedowierzanie, przyglądanie się parkom gołębi na dachu sąsiedniego bloku, żeby tylko zająć myśli czymś innym, skupić się na drobiazgach, a potem jedna z tych okropnych nocy, kiedy za każdym razem po przebudzeniu z płytkiego snu uświadamiać trzeba sobie na nowo, że coś się zmieniło, że nie jest już tak, jak wczoraj. I wydrapywanie ropy z opuchniętych powiek. Puffy eyes. Bardzo plastyczne angielskie określenie.

Boże, jak zazdroszczę normalnym ludziom!
17:46, aniaposz
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 marca 2010
Żółta wstążka



They really don't write them like they used to, mówi Boris, bohater najnowszego filmu Woody'ego Allena Whatever works, słysząc utwór ze swojej młodości. A chociaż jego młodzutka współlokatorka zarzuca mu mówienie banałów, Boris, niezrażony, usprawiedliwia się: Sometimes a cliche is the best way to make one's point. No właśnie. Pasuje jak ulał do piosenki Tony'ego Orlando & Dawn. A ja mimowolnie, zupełnie wbrew deszczowej i wietrznej pogodzie za oknem, wracam myślami do łagodnej wiosny sprzed 20 lat, kiedy po raz pierwszy byłam zakochana. Wszystko było nowe i ekscytujące. Ja - taka naiwna, z głową przepełnioną nierealnymi wyobrażeniami na temat miłości. Trochę żal tamtej beztroskiej dziewczyny. I tamtej wiosny, jedynej w swoim rodzaju. Potem kilkakrotnie spotkałam się z T. i, rzecz jasna, nie odnaleźliśmy już tej magii, zresztą nie szukaliśmy specjalnie. Nie umiałabym się znów w nim zakochać. Ja jestem już inna, on jest inny. Ale wspomnienia naszej wspólnej wiosny na zawsze pozostaną takie same, jakby zamrożone w czasie, odporne na późniejsze konfrontacje.
11:47, aniaposz , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 marca 2010
Antychryst

"Antychryst", 2009, reż. Lars von Trier

SPOILERY

W prologu, w zwolnionym tempie i czarno-białej stylistyce, widzimy namiętnie kochającą się parę. Ich mały synek wydostaje się w tym czasie z łóżeczka, wchodzi niezauważony do pokoju, wspina się na parapet i wypada przez okno. Zajęci sobą rodzice niczego nie zobaczyli ani nie usłyszeli. Dalsza część filmu to zmaganie się z bólem po stracie dziecka i z poczuciem winy, które zdaje się dotykać przede wszystkim kobietę. Wyjeżdżają razem do letniego domku w środku lasu, gdzie mąż, który jest także psychoterapeutą, próbuje pomóc żonie w przezwyciężeniu paraliżującej rozpaczy i nieukierunkowanych napadów panicznego lęku.

Tuż po seansie (zresztą i w trakcie) miałam w głowie mętlik. Poza pewnymi, dość oczywistymi tropami (wyrzuty sumienia, ścieżka ekspiacji przez - fizyczny - ból, czytelne kulturowe nawiązania), nie umiałam odpowiedzieć sobie na pytanie co von Trier chciał tym filmem osiągnąć, jaki jest przekaz. Wszelkie narzucające się automatycznie interpretacje ograniczały się do wyrwanych wątków i pojedynczych scen, których nie potrafiłam sklecić w sensowną całość. Sięgnęłam więc po recenzje i analizy krytyczne. I okazało się, że moja konfuzja jest całkiem uzasadniona, zetknęłam się bowiem z dwiema przeciwstawnymi interpretacjami. Podczas, gdy jedni widzą tytułowego Antychrysta w ulegającej pierwotnym instynktom kobiecie, inni twierdzą, że to raczej mężczyzna ostatecznie ulega złu, mordując żonę, a następnie paląc ją na stosie. Czy zresztą ten akt palenia zwłok nie jest kluczem do całej historii? Czy von Trier nie chce przypadkiem powiedzieć, że od wieków niewiele się zmienia, tak jeśli chodzi o ludzką (kobiecą) naturę, jak i jej społeczny odbiór? Praca dyplomowa, którą pisała wcześniej bohaterka - o prześladowaniu czarownic w średniowieczu - jest pomostem między przeszłością i teraźniejszością. Wszystkie te okropności, które miały kiedyś miejsce skupiają się tutaj ponownie - ona staje się narzędziem w rękach szatana, który jest tożsamy z siłami natury, z ludzkimi instynktami i odruchami, on w pewnym momencie zmuszony jest do morderstwa w imię mniejszego zła,  a przede wszystkim, by oddalić niebezpieczeństwo.

Znamienne są też sceny, w których to kobieta inicjuje zbliżenie, nieomal gwałci mężczyznę, który wprawdzie w pewnym momencie ulega, ale wcześniej skutecznie opiera się własnym popędom. A więc odwieczna opozycja: kobieta - natura, nieokiełznanie, autodestrukcja, mężczyzna - kultura, rozsądek, sublimacja (nie bez przyczyny jest przecież terapeutą). Jeśli tak jest w istocie, to von Trier bardzo mnie rozczarował. Można by się spodziewać, że im człowiek starszy, tym więcej odcieni dostrzega i tym ostrożniej formułuje wnioski. W przypadku jego filmowych wizji zdaje się być odwrotnie. Chociaż prawie zawsze centralną postacią jego filmów jest kobieta, to nigdy nie miałam wrażenia, że próbuje analizować kobiecość. Jego bohaterki były nośnikami idei ogólnoludzkich (tak samo zresztą, jak i u Woody'ego Allena), ucieleśniały ludzkie, a nie wyłącznie kobiece (stereotypowo kobiece) zachowania, wybory i emocje. Może dlatego film do mnie ani trochę nie przemawia... Impregnowana jestem na rojenia o odwiecznej różnicy i ubieraniu tych rojeń we wszelkiego rodzaju kulturowe archetypy, mity i freudyzmy. Jako ciekawostka historyczna, dowód na przemożny wpływ społecznego klimatu i trendów na umysły ludzi kultury - czemu nie, ale brać to na twórczy warsztat i po raz enty w tak banalny, niemal prostacki sposób antagonizować mężczyznę i kobietę? I robi to twórca tak inteligentny, przenikliwy jak von Trier?
 
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to i tutaj reżyser przeszarżował. Mam dość dużą tolerancję na wszelkie okropieństwa, nie zwykłam odwracać wzroku na makabrze, ale scena samookaleczenia kobiety, w dużym zbliżeniu, ze wszystkimi detalami, to jednak dla mnie za wiele. Pytanie też - po co aż taki naturalizm?
 
Von Trier nie kryje w wywiadach, że to film dla niego bardzo osobisty, że powstał w okresie walki z depresją, że bardziej chciał w nim wyrazić własne lęki niż opowiedzieć spójną historię. Ale w odbiorze to nie pomaga. Zgadzam się całkowicie z Tadeuszem Sobolewskim, gdy pisze:
 
W szaleńczym potoku obrazów, w aluzjach do "wiedzy tajemnej", astrologii, buddyzmu, szamanizmu, historii czarownic etc. zostają ze sobą utożsamione: kobiecość, natura, seks, śmierć i szatan. Rodzenie styka się z umieraniem. Obrazem, który von Trier ukazuje jako najbardziej odrażający, jest sarna rodząca martwy płód. Płynie z tego niewesoła myśl: może lepiej było się nie narodzić? Wizja bólu istnienia, nad którą artysta nie chciał lub nie umiał zapanować, powierzona nam na surowo, niestety, nie wstrząsa, nie boli.
 
Ma się ochotę powiedzieć: ból istnienia? Wielkie mi rzeczy! Pozostaje zakłopotane pytanie: co mu się stało? Czego przestraszył się jako dziecko? Jęku rozkoszy rodziców? Ja też go słyszałem i nie płaczę.
14:13, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
sobota, 13 marca 2010
Wyspa Brel



Fragment koncertu Wyspa Brel, który widziałam kiedyś w TV tylko raz i nigdy więcej... Szkoda, bo koncert magiczny.
14:57, aniaposz , Muzyka
Link Komentarze (6) »
Święty kot

Był sobie dawno temu pewien klasztor, gdzie kapłani mieszkali samotnie z dala od świata, by zażywać spokoju i kontemplować Księgę. Całe dnie spędzali na rozmowach z Bogiem. Pewnego wieczoru młody Duzzah odczuł nowe wrażenia podczas głębokiej modlitwy. Było to coś ciepłego i... futrzanego. Spojrzał w dół i zobaczył kota, który leżał na jego skrzyżowanych nogach. Kot przekręcił się i potarł głową o kolano Duzzaha, głośno mrucząc. Kapłan delikatnie odsunął zwierzę i powrócił do modlitwy. Niezrażony kot podszedł wtedy do następnego modlącego się.

Bez względu na to, jak wiele drzwi i okien zamknęli kapłani, kot zawsze znalazł sposób, aby wejść do sali modlitewnej. Po miesiącu tych zuchwałości Duzzahowie mieli już dość. Chcieli pozbyć się zwierzęcia, lecz głęboka wiara zabraniała im krzywdzić je w jakikolwiek sposób lub wyganiać z klasztoru na dzikie pustkowie. Nałożyli więc kotu pięknie haftowaną obrożę i przywiązali go długą smyczą do kolumny w świątyni. Dali mu jedwabną poduszkę i każdego dnia karmili go, głaskali i bawili się z nim. Kot był bardzo zadowolony z nowego układu.

Kilka lat później stary mistrz świątyni zmarł. Na jego miejsce został mianowany Duzzah z innego klasztoru i życie dalej toczyło się spokojnym rytmem. Nowy mistrz zauważył, że czarny kot był zawsze przywiązany do północnej kolumny świątyni, otoczony wybornymi ofiarami i siedział na ozdobnie haftowanej poduszce. Nie chcąc wyglądać na ignoranta, nie pytał o powód jego obecności, przypuszczając, że jest to tradycja klasztoru.

Kiedy kot umarł, Duzzah nakazał więc znaleźć na jego miejsce innego czarnego kota i umieścić go z pełnymi honorami na miejscu poprzednika. Po pewnym czasie wymarli kapłani, którzy wiedzieli, dlaczego pierwszy kot był przywiązany do kolumny. Następne pokolenie mnichów nie znało przyczyny tego szczególnego traktowania. Jednakże tradycja wiązania kota żyła nadal i za każdym razem, gdy poprzednie zwierzę zdychało, kupowano nowe.

Po stu latach pierwszą obrożę zaczęto czcić jako relikt. Po dwustu latach mędrcy napisali wiele książek z komentarzami na temat duchowego znaczenia wiązania czarnego kota do północnej kolumny. Po trzystu latach powstały legendy o cudownych uzdrowieniach za sprawą świętego kota. Do klasztoru przybywali pielgrzymi, by kupować ozdoby z wizerunkiem zwierzęcia. Gdy po czterystu latach ktoś napisał, że zwierzę wcale nie jest święte, a źródło całej tradycji mogło być prozaiczne, wyklęto go i pobito, a cały nakład bluźnierczej księgi spalono.

Krzysztof Piskorski, "Wygnaniec", Runa, 2005


...czyli inna wersja niebiańskiego czajniczka Bertranda Russella. Iluzje, którym nader łatwo ulec, o czym świadczy np. stwierdzenie, że prawdopodobieństwo istnienia Allaha jest wyższe niż prawdopodobieństwo istnienia Zeusa. Tymczasem zarówno na istnienie Allaha (Boga monoteistycznego), jak i na istnienie Zeusa - dowodów naukowych jak na razie brak. Mówienie w tym kontekście o większym lub mniejszym prawdopodobieństwie istnienia jednego lub drugiego brzmi kuriozalnie. Oczywiście sprawa ma się z gruntu inaczej, gdy zapytamy o to muzułmanina, który głęboko wierzy w Boga Jedynego, co sprawia, że istnienie tego Boga jest w jego pojęciu nie tyle nawet bardzo prawdopodobne, co po prostu oczywiste i konieczne. Ale to się ma nijak do matematycznego sensu terminu prawdopodobieństwo. To tak jakby powiedzieć, że istnienie Świętego Mikołaja jest bardziej prawdopodobne niż Dziadka Mroza tylko dlatego, że Święty Mikołaj jest bliższy naszemu kręgowi kulturowemu i jako dzieci w niego wierzymy.
wtorek, 09 marca 2010
Nieoczekiwanie

Jeżeli ten, na którego czekam
Przyjdzie teraz - co zrobię?
Dziś rano ogród w śniegu
Tak ładny bez śladu kroków

                    Izumi Shikibu, tłum. Czesław Miłosz


10:56, aniaposz , Strofy
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 08 marca 2010
Pejzaże, portrety...

W dniu wyjazdu, jak na złość, krajobraz iście bajkowy - drogi pokryte świeżo spadłym śniegiem, skrzącym się w porannym słońcu i przyjemnie trzeszczącym pod butami w kilkustopniowym mrozie. Przez cały tydzień nie było tak pięknie. Żal wyjeżdżać. Cóż takiego jest w tych pożegnaniach, wyjazdach, że tak często przykro się je odczuwa, nawet jeśli sam pobyt nie był jakiś wyjątkowy? Dlaczego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że teraz dopiero byłoby wspaniale? Że dopiero teraz cudownie byłoby znaleźć się na stoku, jeść oscypki z grilla i pić grzane wino. Tak jakby te sześć dni, w ciągu których wszystkie te rzeczy robiłam, nie miały miejsca albo nie miały znaczenia. Ach, ta druga strona płotu, po której trawa jest zawsze bardziej zielona... Albo raczej - śnieg bielszy...

Ale z czasem i tak zostaną z tego wyjazdu same dobre wspomnienia. Na przykład czytanie Harry'ego Pottera w łóżku w świetle lampki, jeszcze przed zejściem na śniadanie, przy porannej herbacie z cytryną, kiedy cały pensjonat wciąż pogrążony był w ciszy. Lubię takie skradzione światu chwile. Nieplanowane, niespodziewane momenty intymności i błogiego spokoju...

A jednak koniecznie trzeba coś zmienić. Zaoszczędzić i wyjechać w przyszłym roku gdzieś indziej, może do Włoch, do Austrii, bo ta powtarzalność zaczyna być trudna do zniesienia. Najbliżsi znajomi też z każdym rokiem coraz dalsi. Teraz już ledwie przypominali siebie sprzed paru lat - ona łaknąca od wszystkich dookoła zachwytów nad swoją córką, on w ogóle prawie nieobecny, całkiem już podtatusiały, wiecznie przesiadujący w pokoju, zajęty dzieckiem, chociaż mam wrażenie, że trochę na pokaz. Ma 35 lat, a jakby był o 20 lat starszy...

Po powrocie, wbrew oczekiwaniom, brak mi energii. Liczyłam na naładowanie akumulatorów, a czuję się, jakbym goniła resztkami na wyczerpanych bateriach. Może przez przeziębienie, które mnie dopadło w samym środku wyjazdu i które przywiozłam do Warszawy? Chciałabym, żeby to było tylko to. Ale jest jeszcze szczera rozmowa, którą przeprowadziliśmy z A. W sumie - oczyszczająca, pozytywna. Ale czy na dłuższą metę coś rozwiązująca? Konkluzywna w jakikolwiek sposób? Jeśli ktoś zyskał na niej, to (znów) ja. Bo wiem, że jestem kochana mimo wszystko i że wszelkie wątpliwości są wątpliwościami rozumu, a nie serca. Umacnia mnie to w poczuciu bezpieczeństwa, łechce próżność, z drugiej strony wywołując wyrzuty sumienia. I ta wieczna niepewność co do przyszłości. Liczyć na przełom, na nagłe olśnienie? Bez szans. Posłuchać głosu rozsądku, a potem ryczeć po kątach przez kolejne lata, bo w desperacji zdecydowałam się na radykalną zmianę? A jeśli to tylko myśl o zmianie jest tak przerażająca, a sama zmiana okaże się wybawieniem, wyrwaniem z wieloletniego marazmu (co zdarzało się już wcześniej, na mniejszą skalę)? Skąd mam to wiedzieć? W moim przypadku prosta odpowiedź na proste z pozoru pytanie czego naprawdę chcesz, nie istnieje...