Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
niedziela, 27 kwietnia 2008
Dzieci...

A raczej ich brak. Z wyboru. W wieku 34 lat to chyba ostatni dzwonek... A ja wcale nie czuję tzw. instynktu (który instynktem zresztą nie jest, bo gdyby nim był, włączałby się automatycznie ;)). Już prędzej wzięłabym trzeciego kota. :) Małe dzieci nigdy mnie nie rozczulały, ale póki miałam 14-15 lat, można to było złożyć na karb mojej niedojrzałości i kiwać głową w pobłażliwej wszechwiedzy: "Będziesz starsza, dziecko, to inaczej będziesz mówić". Jestem starsza i mówię tak samo. To nie jest antypatia do dzieci ani tym bardziej nieumiejętność postępowania z nimi. Wręcz przeciwnie - z małymi kuzynami mojego A. radzę sobie świetnie, często lepiej niż ich rodzice. ;) Ale do własnych dzieci jakoś nie tęsknię. Może to prawda, że kobiety rodzą się albo na matki, albo na ciotki? Ja to zdecydowanie ciotka. :) Tylko ciekawe jak rozstrzygniemy tę sprawę z A. Bo on chce mieć dzieci... I coraz bardziej naciska...

Muzyczne fascynacje

O Lao Che usłyszałam dzięki Liście Marka N., a "Hydropiekłowstąpieniu" przysłuchałam się bliżej wczoraj w sobotniej audycji. No i wpadłam! Dawno nie przeżyłam takiej muzycznej ekstazy. Poszperałam w sieci i znalazłam kolejny utwór z albumu "Gospel". Rewelacja po prostu. I niech mi nikt więcej nie mówi, kiedy zarzucam czemukolwiek (filmowi, książce, piosence) banalność i schematyczność, że to zarzut-wytrych, bo wszystko już było, zatem do banału wszystko się sprowadza. Bo to, co robi Lao Che z czymś tak kulturowo przemacerowanym jak biblijne przypowieści, ociera się moim zdaniem o geniusz.



10:53, aniaposz , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 kwietnia 2008
About a cat

A house is not a home without a cat.

Dogs come when they are called; cats take a message and get back to you.


Gdzieś w czeluściach tego bloga jest fotka Neski; dziś - Ramzes, sprawca mojej poniedziałkowej palpitacji serca.

O, właśnie przynosi mi myszkę do rzucania. :) Bo on aportuje. :)

czwartek, 24 kwietnia 2008
Fałszerze

 "Fałszerze", 2007, reż. Stefan Ruzowitzky

Tegoroczny laureat Oscara dla filmu nieanglojęzycznego. No cóż, moje rozczarowanie chyba jeszcze większe niż w zeszłym roku, gdy obejrzałam "Życie na podsłuchu". Ostatnim filmem w tej kategorii, który mi się naprawdę podobał, była "Ziemia niczyja" (Oscar'2001).

"Fałszerze" trochę mi przypominają "Katyń" - to też takie prześlizgiwanie się po powierzchni, zaserwowana w przyspieszonym tempie opowieść, w której przewija się kilka różnych typów ludzkich, reprezentujących kilka standardowych postaw (tu: z jednej strony pragmatyk, który chce po prostu przeżyć, z drugiej - zdeterminowany idealista). Ogląda się to z zaciekawieniem o tyle, o ile chce się poznać fakty, ale jakoś nie zapada w serce ani w pamięć. W dodatku - nie wiem z czego to wynika - cały czas miałam świadomość, że to tylko film, nie dałam się wciągnąć w tę historię. Stylistyką "Fałszerze" przypominają nieco "Czarną księgę" - niby o wojnie, więc temat poważny, ale wszystko jakieś takie miałkie, stereotypowe i elegancko wychuchane, żeby się "dobrze oglądało". W porównaniu z "Ziemią niczyją" (też przecież film o wojennym dramacie, w dodatku poprzetykany gorzkim humorem) to taka bezwartościowa błahostka. Wiem, jestem mocno krytyczna w tym momencie, ale naprawdę nie widzę w "Fałszerzach" absolutnie niczego wyjątkowego.

17:24, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 kwietnia 2008
Hipochondrii mówimy nie!

Wczoraj, czekając na wynik testu Ramzesa na wirusówki, przeżyłam najgorsze pół godziny w moim życiu. A kocia białaczka lub FIV to wyrok z odroczonym terminem wykonania. I jeszcze ta obawa, że zaraził się też drugi kot. Wiem, trochę panikowałam, teraz mogę się przyznać sama przed sobą. Żadne z moich kotów nie miało objawów, w sumie "na oko" zdrowe są jak byki. Mimo obniżonej ilości leukocytów, ale to ponoć normalne, gdy koty są niewychodzące. Tyle, że Ramzesowi w (profilaktycznym!) badaniu krwi wyszły podwyższone parametry czerwonokrwinkowe. Wet powiedział: "Można zrobić dla spokoju ducha usg". Komu on to mówi! :/ No i wczoraj okazało się, że Ramzes ma powiększoną śledzionę. Przyczyn może być kilka, ale dla mnie była to już niechybna oznaka białaczki, a wet skomentował jeszcze, że to prawdopodobnie skutek jakieś przebytej infekcji wirusowej (!!!). No to zacisnąć zęby, zapłacić stówę i zrobić wreszcie ten cholerny test i mieć już pewność. Żołądek ścisnął mi się w supeł, w gardle gula, w poczekalni siedziałam cała sparaliżowana. I wreszcie upragniony wynik: ujemny. Trzęsłam się jeszcze przez następne pół godziny. Wet kategorycznie kazał dać moim kotom spokój i nie ciągać ich już więcej po lekarzach. Ramzesowi zaordynował witaminki, Nesce kazał ze względu na podwyższoną kreatyninę i skłonność do struwitów badać co jakiś czas mocz, a kontrola krwi co pół roku. Wiem, powinnam się cieszyć dobrym samopoczuciem zwierzaków, zamiast wymyślać im choroby. :/ Bo, jak powiedział mój wet, wyniki to nie matematyka i mogą czasem odbiegać od normy. Leczy się kota, a nie wyniki. Muszę to wszystko sobie zapisać, żeby zajrzeć przy kolejnym ataku kociej hipochondrii. :) Moje koty już dostają świra, jak widzą mnie w palcie. A Ramzes, taki odważny, pełen wigoru kucurek, wczoraj podczas usg leżał na stole jak szmateczka. Strasznie mi go było szkoda. Taki bezwładny, rozdygotany, z pyszczkiem opartym o moją rękę. Cholera jasna, sama je wpędzę w chorobę przez ten fundowany im stres. ;)

Tak na marginesie - Ramzes też ma podwyższoną kreatyninę i mocznik powyżej 50. Może taka już uroda tych moich kociastych, bo nereczki na usg wyszły bez zarzutu. :)

No i co teraz? Może wreszcie zajmę się sobą, a powinnam porządnie o siebie zadbać. Jakiś fryzjer, jakiś nowy ciuch, trochę ruchu przed latem. A w ogóle mam mocne postanowienie cieszyć się wiosną. :) Zero zamartwiania się i wymyślania sobie problemów; pod koniec tygodnia idę do biblioteki wypożyczyć parę książek na majowy weekend, do obejrzenia mam kilka filmów. I am going to look on the bright side of life. :) I dam spokój moim kotom, dam spokój moim kotom, dam spokój moim kotom... (wet powinien mi kazać napisać to zdanie 100 razy ;)).

niedziela, 20 kwietnia 2008
Jestem legendą

 "Jestem legendą", 2007, reż. Francis Lawrence

Nie tak miał się rozwinąć ten weekend. Ech... Nawet nie chce mi się o tym pisać. Zamiast pisać o sobie, zasłaniam się recenzjami. Ale póki jest to jakieś lekarstwo, nie powinnam narzekać.

Dziś, całkiem przypadkowo, obejrzałam film, do którego z własnej woli raczej bym się nie zbliżyła: "Jestem legendą". Wyrosłam już z takich rzeczy. Nawet na czystą rozrywkę to zbyt mało. Czystą rozrywką jest dla mnie np. świetny "No Country for Old Men" Coenów, a nie futurystyczna mutacja medycznych thrillerów Cooka. Niezawodni recenzenci Esensji jak zwykle trafili w sedno, podsumowując ten obraz jako "mistrzowskie marnotrawstwo potencjału". Bo faktycznie pierwsza godzina znakomicie buduje klimat. A ja lubię atmosferę wyobcowania, postapokaliptyczne wizje świata, wyludnione miasta, samotne jednostki zahartowane przymusem przetrwania. Ma urok ten pusty Nowy Jork, zarośnięty chwastami i zawłaszczony przez dzikie zwierzęta. Eksploracja ciemnych przestrzeni to widoczki jakby żywcem wyjęte z gry "Resident Evil". Fajne sceny bezowocnego czekania w porcie i gry w golfa na lotniskowcu. Ale potem przechodzi to wszystko w standardową opowiastkę o ratowaniu świata, pojawia się stado mutantów etc., etc. Szybko nuży. Ale na oderwanie myśli od rzeczywistości wokoło z małą pomocą niedzielnego drinka - wystarczające.

21:06, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »