Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 19 kwietnia 2012
Burning through the sky...
Odkąd chodzę na fitness (przez ostatni rok właściwie codziennie oprócz niedziel), stałam się zupełnie inną osobą. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że wystarczy regularny, w miarę intensywny, wysiłek fizyczny, by zmienić to, co wydawało mi się integralną częścią mojej osobowości, wyśmiałabym go. Tymczasem niemal bez śladu zniknęły moje quasi-depresyjne nastroje, spadki formy bez wyraźnej przyczyny i nagłe chwile totalnego bezwładu i niechęci do świata. A przecież obiektywnie nie zmieniło się nic. Pod pewnymi względami parę lat temu było nawet lepiej. Tyle że to nie ma znaczenia. Cieszę się spokojem, dobrą książką, ciekawym filmem, słońcem (albo deszczem), smacznym śniadaniem, mile spędzonym wieczorem z rodziną A. Wstaję rano wesolutka jak skowronek. I nie mam najmniejszej wątpliwości, że wszystko to zawdzięczam aktywności fizycznej. Zwłaszcza tuż po zajęciach fitness czuję niesamowity przypływ energii. Niemal widzę, jak endorfiny buzują mi tuż pod skórą. Taki stan maksymalnej euforii utrzymuje się przez ok. godzinę, ale jest lepszy niż setka wódki.

Jasne, bywa, że jestem w gorszym nastroju, bo przecież zdarzają się sytuacje, które ten nastrój czasowo obniżają. A jednak pozytywny wpływ ćwiczeń widać i tutaj. Łatwiej znoszę problemy, szybciej otrząsam się z porażek, bez trudu przychodzi mi stosowanie metody Scarlett. Bywa wprawdzie, że czasem coś przypomni mi przeszłość albo nagle boleśnie uświadomię sobie bezlitosny upływ czas (jak dziś - te stare kobiety w autobusie...), ale to tylko chwila, kilka minut może. I znów wracam do równowagi, której poziom wyznaczają teraz górne strefy na skali nastroju.

A kondycję mam taką, jakiej nie miałam nawet w czasach liceum...


13:18, aniaposz
Link Dodaj komentarz »