Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
środa, 30 maja 2007
Seriale, seriale

Nie mogę się przekonać do seriali. I nawet nie chodzi o seriale typu "Klan", "M jak miłość" i inne rodzinne tasiemce, bo do tych nigdy nie miałam serca (oglądałam przez jakiś czas regularnie tylko "Na Wspólnej", ale potem zaabsorbowały mnie inne zajęcia, a teraz nie chce mi się już tracić energii na dochodzenie co też tam się przez ostatni czas zdarzyło) - razi mnie ich wymuszona aktualność, polegająca na poruszaniu wszelkich możliwych ważkich społecznie tematów, marketingowość, np. nachalny product placement, schematyzm konstrukycjny (zawsze kilka równoległych wątków, wzajemnie się przeplatających) i sztuczność. Natomiast dlaczego nijak nie wciągają mnie seriale fantastyczno-przygodowe? Przecież prozę sf-f uwielbiam. Próbowałam ostatnio "Herosów". Pierwsze dwa odcinki obejrzałam z ciekawości, nawet się nie nudziłam, ale z drugiej strony nie wyczekuję dalszego ciągu i raczej regularnie śledzić losu bohaterów nie będę. Z nadzieją zasiadłam też do "Prison Break". A gdzie tam! Mimo ochów i achów widzów i recenzentów ("akcja ani na chwilę nie zwalnia", "każdy odcinek kończy się tak, że nie można doczekać się następnego"), na mnie pierwsze odcinki nie zrobiły żadnego wrażenia, a następnych nie chciało mi się już oglądać. Te wszystkie seriale zwyczajnie mnie nudzą! Nudzą i irytują piętrzeniem zagadek, które zamiast przybliżać do rozwiązania tajemnicy, tylko od niej oddalają. Jakby to powiedzieć - co za dużo to niezdrowo. Fajnie się ogląda coś z pomysłową intrygą w tle, ale to ma być w miarę strawne i na kilka kęsów. Dawniej oglądałam dość często "Z archiwum X", ale to był bodaj pierwszy tego rodzaju serial, jeszcze świeży i każdy odcinek opowiadał odrębną historię, która się pod koniec elegancko dopinała. Kolejne klony z tego gatunku coraz bardziej brną w stronę nadrzędnej zagadki, a poszczególne odcinki tylko pozornie tworzą samodzielną całość. Na dłuższą metę irytuje mnie taka zabawa z widzem w kotka i myszkę. Poza tym jakieś to wszystko nieautentyczne, nadmuchane, nie pozwalające mi na emocjonalne zaangażowanie.

I jeszcze drażni mnie bezpośrednie tłumaczenie słówka "season". Np. pierwszy sezon "Zagubionych". Przecież to nijak nie ma przełożenia na polskie znaczenia słowa "sezon". Nie zgrabniej, logiczniej i bardziej adekwatnie brzamiałoby po prostu "seria"?

poniedziałek, 28 maja 2007
O korelacji

Prof. Nęcka o zwodniczości korelacji: "Czasem pojawia się trzeci czynnik, który determinuje dwa skorelowane ze sobą zjawiska. Istnieje na przykład empirycznie stwierdzona korelacja między śmiertelnością bezdomnych w Indiach a spożyciem lodów w Stanach Zjednoczonych. [Bierze się] ze średniej temperatury lata na półkuli północnej. Im wyższa, tym więcej bezdomnych umiera w Indiach i tym więcej lodów jedzą Amerykanie. Nie ma tu żadnej bezpośredniej więzi przyczynowo-skutkowej". [1]

Niby oczywistość, ale dla niektórych, nawet tych dość zdroworozsądkowo myślących osób, korelacja to wciąż świętość. Nie pamiętam już czego dotyczyła dyskusja, ale ktoś kiedyś argumentując, że istnieje jakaś zależność między dwiema zmiennymi, zakrzyknął: "Koreluje!", a w dalszym toku dyskusji okazało się, że dostrzegł nawet kierunek tej zależności. :)

[1] Rozmowa z prof. Edwardem Nęcką "Na zdrowy rozum",
w: "Niezbędnik Inteligenta" nr 37, 2005

niedziela, 27 maja 2007
Small pleasures

Po strasznych miesiącach początku roku i przedłużającym się stresie, okupionym w końcu nawrotem bólów żołądka, doceniam jeszcze bardziej niż kiedyś małe przyjemności. Momenty, dni, gdy wszystko jest proste, gdy mogę skupić się na przykład na czytaniu i nic natrętnego nie brzęczy mi gdzieś w tyle głowy. Lubię takie dni jak dzisiaj - działka z mamą i Arturem (wprawdzie bez kotów, ale one uciekają na szafę, kiedy tylko zarejestrują nasz wzmożony ruch :)), grill, piwo, hamak, doczytywanie kolejnego Niezbędnika (fajny tekst o najbardziej poruszających masową wyobraźnię, za to najmniej prawdopodobnych zagrożeniach współczesnego świata), wreszcie powrót do domu i ta mniej przyjemna część dnia, czyli codzienna porcja ćwiczeń. :) Zawzięłam się - upał nie upał, regularność i żelazna konsekwencja to klucz do sukcesu. :) Z punktu widzenia mojego organizmu aktywność fizyczna przy takiej temperaturze to może średnia przyjemność, ale psychicznie czuję się wzmocniona i dumna, że nadal ćwiczę i byle co mnie nie załamie. ;)

piątek, 25 maja 2007
Kolekcja filmowa "Przekroju"

Od przyszłego czwartku "Przekrój" rusza ze swoją kolekcją filmową. Nareszcie pismo, które i tak czytam, więc nie będę musiała specjalnie pamiętać o kupnie tylko ze względu na jakiś interesujący mnie tytuł. Za tydzień "Jabłka Adama" - film, który ku mojemu zaskoczeniu nie zrobił na mnie dużego wrażenia, chociaż powinien, bo a) to kino skandynawskie, do którego mam sentyment, b) jest w nim to, co w kinie skandynawskim cenię: ciut zadumy, szczypta dramatu i śmiech przez łzy, c) film przewrotnie bawi się z widzem, kierując najpierw jego domysły na utarte tory, żeby go później z nich nagle wytrącić. A zresztą, skoro i tak przenoszę moje filmowe blogowanie z FW tutaj, to przekleję też to, co o filmie napisałam świeżo po projekcji (są spoilery). 

 "Jabłka Adama", 2005, reż. Anders Thomas Jensen

Jest mi bardzo trudno napisać cokolwiek o tym filmie. Pierwsza i najważniejsza rzecz - nie zachwycił mnie tak, jak by się można było spodziewać, sądząc po zachwytach forumowiczów. Lubię skandynawskie kino (von Trier, Moodysson, "Manneken Pis", "Elling"), lubię obrazy spokojne i refleksyjne. A tutaj... ok, nie żałuję, że widziałam, ale jednak czegoś zabrakło. Po pierwsze rzuca się w oczy jakaś... nierealność sytuacji. Odnosi się wrażenie, jakby wszystko miało miejsce w delikatnych oparach absurdu. To nie są krwiste postacie, które na co dzień widzimy obok siebie, to nie są sytuacje, które mogłyby zdarzyć się nam lub naszym znajomym. Do tej nierealności, oniryczności widz musi najpierw przywyknąć. Potem okazuje się, że za to wrażenie odpowiada po części dziwaczne zachowanie Ivana. Oczywiście od początku podejrzewamy, że nie wszystko jest w porządku, ale wtłoczeni w schemat "dobro zwycięża zło", nie dopuszczamy do siebie myśli, że z pastorem może być rzeczywiście coś nie tak. Właściwie główną zaletą tego filmu jest właśnie odejście od prostych rozwiązań. Osobiście film zainteresował mnie w momencie, gdy odkryłam, że Ivan wypiera negatywne zdarzenia ze świadomości. Tylko, że dalej... hmm, nie było nic więcej. Niejaką rekompensatą stało się dla mnie zakończenie, kiedy okazuje się, że Ivan pozostał w gruncie rzeczy taki sam (scena witania na przystanku autobusowym kolejnych dwóch kandydatów do resocjalizacji), a co więcej - przekonał do tej postawy także Adama. Nie odbieram tego jako kiczowatego happy endu, jak niektórzy. Wręcz przeciwnie - jest to przewrotny dowód na to, że dobro rzeczywiście zwycięża zło. :) Bo oto Ivan, doświadczany tak strasznie przez los, docierając do kresu swojej wytrzymałości, wreszcie przechodzi przez swego rodzaju katharsis; zło, które w przypadku każdego innego człowieka rozłożone jest na lata, w jego przypadku wypełniło się dużo wcześniej, osiągnęło apogeum i teraz może być tylko lepiej. Obaj - Ivan i Adam - czują to, wiedzą, że cud, który się zdarzył, przełamał fatum i dlatego teraz mogą pozwolić sobie na ignorowanie zła i optymizm, bo dopiero teraz wypływa to z nich naturalnie, bez samooszukiwania się.

Z innych zapowiedzi niezmiernie cieszą mnie "Okna" Ozpetka ("Hamam - łaźnię turecką" przegapiłam w Zone Europe :() i "Vera Drake".

19:38, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
czwartek, 24 maja 2007
Dziecko Rosemary

 "Dziecko Rosemary", 1968, reż. Roman Polański

Ze starszymi filmami mam pewien problem. Sposób filmowania, maniera gry aktorskiej czy ogólnie specyficzna stylistyka sprawiają, że nie potrafię odbierać tego kina poważnie. Choćby "Piękność dnia": wychodząca spod prysznica perfekcyjnie wymalowana Deneuve lub budząca się nad ranem z równie idealnym makijażem. Do tego sztuczność gestów, jakaś ich mechaniczność, popadająca w śmieszność. Tym większy mój podziw i respekt dla Polańskiego. Na tle filmu Bunuela zrobione zaledwie o rok później "Dziecko Rosemary" zaskakuje autentyzmem. Żadnego wystudiowania, przerostu formy, nadmiernej teatralności. Gdy przyjaciele mówią Rosemary, że źle wygląda, że jest blada, tę bladość daje się łatwo zauważyć. Kiedy budzi się po porodzie, jej twarzy nie zdobi kilogram tapety. Aktorzy grają wiarygodnie, naturalnie, zwłaszcza doskonały John Cassavetes. Zupełnie nie miałam poczucia, że oglądam film sprzed 40 lat! Ani trochę nie raził formalnym anachronizmem. Jak to się stało, że tak niewiele z Polańskiego dotąd widziałam? Zaledwie "Pianistę", "Śmierć i dziewczynę" i "Frantic", filmy dobre, ale bez porównania z "Dzieckiem Rosemary".

A "Dziecko Rosemary" to żaden horror, tylko studium schizofrenii paranoidalnej. Świetne studium zresztą. Bardzo lubię takie pozornie wieloznaczne filmy! "Labirynt Fauna" też był taki i stąd między innymi moja fascynacja obrazem del Toro. Del Toro mówił zresztą w wywiadach, że jego film jest trochę jak test Rorschacha - interpretacja zależy w większym niż zazwyczaj stopniu od własnych zapatrywań. W "Dziecku Rosemary" jest właściwie podobnie, ale ja - twardo stąpająca po ziemi realistka i zaprzysięgła scjentystka - po prostu nie mogę zinterpretować rojeń Rosemary inaczej niż jako chorobę psychiczną. Z powodów jak powyżej, z racji mojego wykształcenia, także - ponieważ miałam bezpośrednią styczność ze znajomą osobą w ostrym epizodzie psychotycznym. I tylko żal mi było Rosemary, że nikt nie przejął się jej stanem na tyle, by coś z tym zrobić. Zdobyli się ledwie na próby przemawiania jej do rozsądku, co oczywiście efekty daje zerowe, bo schizofrenik widzi i słyszy to w co wierzy, a jakże przestać wierzyć własnym zmysłom? Schizofrenia z poznawczego punktu widzenia jest fascynująca. "Piękny umysł" też był niezwykle sugestywnym obrazem, zwłaszcza, że unaoczniał widzom jak może się czuć chory - w końcu przez połowę filmu widzowie wierzą w to, w co wierzy Nash; przyjmują jego perspektywę, która - jeśli jest jedyną perspektywą - jest nie do odróżnienia od tej właściwej, obiektywnie istniejącej.

W "Dziecku Rosemary" świetny jest też umiar. Wszystkiego jest dokładnie tyle, ile trzeba. Skoki czasowe, nawet kilkumiesięczne, nie dezorientują, bo nie implikują zmian poza percepcją widza. I sprawa równie istotna - brak dosłowności. Poza pociętymi kawałkami sennych majaczeń Rosemary, gdzie widać fragmenty kosmatego ciała spółkującego z nią diabła (cóż, tak sobie wyobraża to Rosemary), nie ma żadnych zmaterializowanych strachów. Tytułowego dziecka przecież nie widzimy. Wszystko pozostaje w sferze wyobraźni, domysłów, a w pamięć wgryza się tylko posępny, przejmujący widok spowitej czarnymi zasłonami kołyski z wiszącym u góry odwróconym krzyżem.

07:46, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 maja 2007
Ekstrawersja po fińsku

"Powiadają, że ekstrawertycznego Fina można poznać po tym, że gapi się w cudze buty, a nie w swoje własne, jak cała reszta." - to Neil Gaiman w wywiadzie we wczorajszych Wysokich Obcasach. :)

sobota, 19 maja 2007
Części zamienne

 "Części zamienne", 2003, reż. Damjan Kozole

Film pokazywany we wtorkowym cyklu "Kocham kino". Taki sobie. Zobaczyć i zapomnieć. I zgadzam się oczywiście z tym, o czym mówili Torbicka i Sobolewski - że trzeba mieć w sobie ogromne pokłady psychicznej siły, żeby przeciwstawić się światu, w którym to, co amoralne, uważane jest za normę, że postawa Ludvika to taka klasyczna racjonalizacja i spychanie własnej winy na zewnątrz - świat zszedł na psy, więc ja muszę sobie jakoś w tym świecie radzić, a inni są i tak gorsi ode mnie. Film ukazuje też dobrze nasiąkanie tym cynicznym sposobem patrzenia na rzeczywistość; Rudi się uodparnia, nabiera dystansu i odrzuca sentymenty. Tę zmianę widać też dobrze w dwóch scenach z kobietami - drugą z kobiet traktuje już obcesowo. Wszystko to widzę i rozumiem, ale zabrakło jakiejś dodatkowej nutki, która by to wszystko spoiła nie tylko pod względem fabuły, ale też emocjonalnego oddziaływania. Bo w tej sferze pozostałam obojętna.

"Części zamienne" przypominają troszeczkę belgijską "Obietnicę" - oczywiście tematyką, ale też relacją głównych bohaterów zaangażowanych w nielegalną nieetyczną działalność - stary wyjadacz i niedoświadczony młodzik. Tyle, że w "Obietnicy" chłopak wyzwala się spod wpływu apodyktycznego ojca i wybiera własną, inną drogę, a w "Częściach zamiennych" zwycięża jednak cynizm i nic się na lepsze nie zmienia.

13:26, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 maja 2007
"Nie mam dziecka, bo..."

Wśród czynników wymienianych najczęściej jako przyczyny niskiego przyrostu naturalnego są m.in. strach kobiet o utrzymanie posady, kulawa polityka prorodzinna państwa, a co za tym idzie trudności w godzeniu roli matki i pracownicy, kiepska sytuacja finansowa młodych małżeństw i inne jeszcze, nazwijmy to ekonomiczne powody odsuwania decyzji o rodzicielstwie (macierzyństwie). Do jednego przyznawać się nie wypada - do tego, że się po prostu nie chce mieć dzieci. Takie postawienie sprawy oburza, zawstydza i żenuje. Oczywiście tylko wówczas, gdy padnie z ust kobiety, naturalnie predestynowanej do bycia matką (mężczyzna już naturalnie predestynowany do bycia ojcem nie jest; ciekawe, że zazwyczaj jednak nim bywa - całkiem naturalnie w dodatku). Byłam kiedyś świadkiem rozmowy dwóch pań, z których jedna zarzucała współczesnym kobietom wygodnictwo i egoizm i w tym upatrywała przyczynę nierodzenia dzieci, a druga w ich obronie wysuwała argumenty natury społeczno-ekonomicznej ("Jakie wygodnictwo? Pani wie, jak ciężko jest teraz młodym ludziom? Nie mają własnych mieszkań, po studiach nie mogą znaleźć pracy!"). I to jest właśnie sedno sprawy. Świadoma decyzja o nieposiadaniu dzieci, jawna deklaracja na ten temat jest nie do przyjęcia, bo z jednej strony wywołuje zaciekłe oburzenie, z drugiej - zażenowanie, czego efektem jest zaprzeczanie i wstydliwe przykrywanie tych wynaturzonych kobiecych kaprysów schludnym płaszczykiem doraźnych problemów społecznych. Nie neguję ich realnego istnienia, nie twierdzę, że takie problemy nie mają wpływu na decyzje kobiet w kwestii macierzyństwa, ale mam niejasne wrażenie, że nie mówi się całej prawdy. Że nadal na pytanie "dlaczego wciąż nie macie dzieci"? prędzej padnie odpowiedź "czekamy, aż będzie nas stać" niż "bo na razie nie chcemy". W ogóle, jeśli kobieta mówi o dzieciach, czasownik "chcieć" może być użyty tylko w zdaniu twierdzącym, co najwyżej z jakimś zastrzeżeniem "ale", dotyczącym rzecz jasna spraw obiektywnych, uporczywie stających na drodze ku wypełnieniu naturalnego posłannictwa kobiety. 

"Łowcy dusz" i skojarzenia

"Strzeżcie się ludzi, którzy nie mają nałogów" - tak oto twierdzi jeden z moich ulubionych bohaterów fantastyki, inkwizytor Mordimer Madderdin. I jestem skłonna przyznać mu rację. :) Tacy psychicznie sterylni, pozbawieni słabości ludzie muszą budzić czujność. Osobiście mam parę nałogów (choć "nałogi" to jednak za mocne słowo), z których za nic w świecie bym nie zrezygnowała, bo dają mi radość, chociaż bywa, że przez nie cierpię. ;) Ale czym byłoby nasze człowieczeństwo bez właściwych mu ułomności? Bylibyśmy jak Phinneas Cage, słynny pacjent z mechanicznym uszkodzeniem płatów czołowych, który na skutek odniesionych obrażeń stracił zdolność odczuwania emocji. Pozostał mu wprawdzie cały aparat poznawczy, potrzebny do rozumowej analizy rzeczywistości, ale okazało się, że funkcjonował fatalnie, podejmując błędne decyzje, dokonując dziwacznych złych wyborów, brnąc w kłopoty etc. Dualizm rozum-emocje to fikcja, a samo racjonalne podejście niewiele daje bez domieszki tego, co nazywamy potocznie intuicją, a co jest tak naprawdę emocjonalną ścieżką na skróty, wydeptaną dzięki wcześniejszym doświadczeniom i towarzyszącym im śladom afektywnym.

Wynotowałam sobie kilka ciekawych cytatów z ostatniego zbioru opowiadań o inkwizytorze pt. "Łowcy dusz". Następna książka, którą udało mi się w całości i bez ociągania przeczytać. :) Może to wreszcie trwałe symptomy ozdrowienia? Oby. Nic nie sprawia takiej radości jak czytanie. O "Łowcach dusz" napiszę innym razem, dziś tylko luźne refleksje zainspirowane cytatami.

"Nigdy nie zwyciężysz wroga, którego twoja wyobraźnia uczyniła niepokonanym." I dotyczy to nie tylko wrogów. Jak to dobrze, że Einstein tworząc zręby swojej teorii względności nie był świadom, że rozwiązuje właśnie największy paradoks ówczesnej fizyki, nad którym od dawna bezskutecznie głowiły się wielkie umysły. Przypomina mi się też jedno z opowiadań Grzegorza Babuli ze świetnego zbioru "A to mistyka" o kimś, kto stworzył coś niemożliwego, bo nie wiedział, że jest to niemożliwe. :) Pracę magisterską pisałam natomiast o samoocenie i w części teoretycznej wspominałam o badaniach, udowadniających, że ludzie o wysokiej samoocenie funkcjonują lepiej niż ludzie o niskiej, przy czym termin "niska samoocena" jest nieco mylący, bowiem jest to raczej samoocena neutralna, realistyczna. Osoby charakteryzujące się wysokim poczuciem własnej wartości przeceniają swoje możliwości, niemniej właśnie to pozwala im odnosić większe sukcesy. Wiara czyni cuda, o czym wiedziano już dawno. :) W praktyce ludzie tacy po prostu nie boją się podejmować pewnych wyzwań, są bardziej odporni na ewentualne skutki porażek, nie generalizują porażki, nie rozciągają jej na inne dziedziny życia i są skłonni tłumaczyć ją raczej czynnikami sytuacyjnymi niż osobowościowymi. Częściej niż osoby o niskiej samoocenie podejmują różne działania i nawet jeśli im się nie udaje, próbują ponownie. A wiadomo, że praktyka czyni mistrza. :) Natomiast ci, którzy w obawie przed konsekwencjami błędów, nie robią nic, nie mają szans na osiągnięcie sukcesu. Wprawdzie brak działania uchroni ich przed dyskomfortem związanym z przeżywaniem porażki, ale pozbawi też okazji do ewentualnej radości z sukcesu.

"Bez prawa jesteśmy sforą zagryzających się nawzajem drapieżników." Oj, tak. I znów nie trzeba rozumieć tego aż tak dosłownie. Prawo to reguły, jakiekolwiek jasne zasady określające wzajemne relacje. Bez tego puszczają hamulce, bez wyraźnych wytycznych górę biorą partykularne interesy, pojawia się zjawisko rozmywania odpowiedzialności, deindywiduacja i próżniactwo społeczne. Jeśli jakieś zadanie nie jest jednoznacznie do kogoś przypisane, nie znajdą się chętni, by je wykonać, nawet jeśli jest ono w tzw. wspólnym interesie. Mój szef dziwi się, że się wściekam, gdy mówi moim kolegom z biura: "Jeśli z czymś nie nadążacie, poproście Anię, ona wam pomoże". Tłumaczę po dobroci, że danie wolnej ręki to prosta droga do nadużyć, to zachęta do wykorzystywania. Mówię: "Nie dość, że nie mamy tu żadnych zakresów obowiązków, to jeszcze rozszerzasz możliwości nie zawsze uzasadnionego cedowania zadań na innych", a on patrzy na mnie oczętami o wzroku ufnym w świat prawy i sprawiedliwy i kwituje smutno: "No, jeśli tak chcesz to wszystko formalizować... A przecież tworzymy team...". Pewnie. Jak jesteś na górze, możesz sobie święcie wierzyć w prawo i sprawiedliwość, bo to ty je stanowisz (albo wydaje ci się, że stanowisz); gorzej, jak jesteś trochę niżej. A propos - w niedzielę w TVP1 "Dogville" von Triera. Jeden z najlepszych filmów, jakie w życiu widziałam.

"Jeśli płaczesz nad tym, że w twoim życiu słońce zapadło za horyzontem, łzy przeszkodzą ci dostrzec piękno gwiazd.
- A jeśli ich nie ma? - wyszeptałem, myśląc o gwiazdach.
- To je stwórz. (...)"

Wiecznie oglądam się za siebie. Czy to znaczy, że się starzeję? Wciąż i wciąż szukam namiastki przeszłości, która wydaje mi się czasem "sielskim i anielskim". Ja wiem, że to przekonanie złudne. Mijający czas pozwala spojrzeć z dystansu, zaciera złe wspomnienia, przez co te dobre wydają się dominujące, wyraźniejsze, liczniejsze. Zabawne, że nawet niemiłe przeżycia jawią nam się jako wartościowe i potrzebne.

Jacek Piekara, "Łowcy dusz", wyd. Fabryka Słów, 2006

czwartek, 17 maja 2007
"Pod jednym dachem" i "Pręgi"

 "Pod jednym dachem", 1999, reż. Jan Hrebejk

Obejrzałam wreszcie jedną z zaległości, nagranych kiedyś z TV (five more to go). "Pod jednym dachem" oglądałam na raty; moim zdaniem film jest stanowczo za długi. Za długi, bo chwilami monotonny, mało spójny, czasem wręcz chaotyczny. Nakręcony w dość surowej manierze, "chropowaty", ale akurat to mi nie przeszkadza (lubię taką chropowatość, sprawiającą wrażenie niedopracowania). Problem w tym, że film ciągnie się, ciągnie, opowiada historię składającą się z trzech, a jeśli wziąć pod uwagę także wątek młodzieży, czterech mini-historyjek, z których właściwie nic nie wynika. Ot, kilka zabawnych scen (najlepsza oczywiście ta z piciem płonącej wódki i smoczym oddechem :)) i trochę obyczajowych obserwacji na tle wydarzeń historycznych i ówczesnych społecznych realiów (a rzecz dzieje się w Czechosłowacji'68). Skojarzenia? Trochę "Sex w Brnie", trochę obyczajowe obrazy-mozaiki w rodzaju "Gudzikowców", "Magnolii" czy "Hawaje, Oslo", choć oczywiście "Magnolia" to klasa sama dla siebie, a "Guzikowcy" to realizacja z większym pazurem. A jednak, a jednak... 115 minut przeznaczonych na seans nie uważam za stracone. Sposób Hrebejka na portretowanie ludzi i czasów sprawdza się, jeśli nie znakomicie (jak w świetnym "Musimy sobie pomagać"), to przynajmniej nieźle; jest w tym jakiś trudny do zdefiniowania, ale bezdyskusyjny urok. Miło popatrzeć też na dobrą rolę Michala (taki typowy młody-gniewny). W rezultacie ocena 4/6 (choć obiektywnie powinno być nieco mniej, ale obiektywna być tutaj nie chcę :)). Jeśli natomiast miałabym polecać jakieś czeskie śmieszno-smutne kino z wielką historią w tle, to przede wszystkim "Musimy sobie pomagać". Mnie udało się niedawno kupić ten film na DVD w jakimś hipermarkecie za 9,90 zł. :)

A wczoraj w TV - "Pręgi". Oglądałam już kilka lat temu, teraz poinformowałam mamę, która też chciała to zobaczyć. Ciekawa jej opinii, po kilkunastu minutach zajrzałam do pokoju z pytaniem o wrażenia. "Jakieś to takie sztuczne" - usłyszałam i trafiła tym w sedno, idealnie podsumowując i moje odczucia. Pamiętam, że oglądałam film z rozszerzonymi ze zdumienia oczami i dochodząc do wniosku, że jeśli takie filmy zbierają laury, to z naszą kinematografią musi być już naprawdę bardzo kiepsko. Sztuczne, źle zagrane (zwłaszcza drewniana, a w dodatku irytująca jakąś dziwaczną napastliwością Grochowska), niewiarygodne, nieprzekonujące i nadmuchane. Do tego burkliwy i cierpiętniczo wykrzywiony Żebrowski, który na odegranie traumy z dzieciństwa wybrał najgroszą z możliwych manierę. Za to książka jest cudowna. Tak samo zresztą, jak pozostałe teksty Kuczoka, zebrane w tomach "Szkieleciarki" i "Widmokrąg". Zęby ostrzę sobie też na "To piekielne kino" - publicystyczne rozważania Kuczoka.

12:07, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2