Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 31 maja 2008
Jest cudnie

...A na razie fruwają motyle,
tyle tego, tamtego też tyle.
A na razie wierzymy w baśnie
i jaśniej, i jaśniej

A na razie kołyszą nas noce,
a na razie kołyszą nas dni
Choć już życia, psiamać, popołudnie,
jest cudnie, jest cudnie...

piątek, 30 maja 2008
Czerwiec - miesiącem kibicki! :)

Bez względu na wszystkie moje kłopoty w pracy, w domu, ze sobą, jedna fajna rzecz widnieje na horyzoncie: Euro 2008! Od czasu Mundialu'90 staram się oglądać wszystkie mecze na wszystkich większych imprezach (mistrzostwa świata, Europy) i potrafię się tym nieziemsko emocjonować. :) Powiedziałabym, że należę do wierniejszych kibiców niż A., któremu zdarza się zasnąć podczas meczu. ;) Najchętniej wzięłabym wolne na czas Euro i oglądała wszystko jak leci już od fazy grupowej. Być może moja fascynacja piłką nożną przekracza zainteresowanie przeciętnego amatora ważniejszych świąt futbolu, ale i tak mam wrażenie, że wyjątkiem wśród kobiet nie jestem. Zewsząd natomiast słychać dowcipy, dykteryjki, prześmiewcze zdanka na temat tego, jak to kobietom źle będzie w czerwcu z powodu duchowej nieobecności mężczyzn, wpatrzonych non-stop w ekran wypełniony murawą. Jestem skłonna się zgodzić, że wśród mężczyzn więcej jest miłośników futbolu (dlaczego - to inna kwestia, może po prostu dlatego, że mają więcej czasu, bo np. nie zajmują się domem), ale sugerowanie, że kobiety piłki nożnej nie lubią tylko dlatego, że nie mają penisa, jest cokolwiek dziwaczne, zwłaszcza teraz, kiedy na trybunach widzi się mnóstwo kolorowo ubranych, wymalowanych w narodowe barwy kibicek, mocno przeżywających sukcesy i niepowodzenia piłkarzy. No, mniejsza o stereotypy. Ja już się nie mogę doczekać, a żeby milej mi się oglądało, nie omieszkam się zaopatrzyć w kilka zgrzewek Becksa i parę butelek Grolscha. :)

czwartek, 29 maja 2008
Co by tu jeszcze spieprzyć...

Jako że z demonami własnej psychiki na razie sobie radzę (i oby tak dalej, oby!), ponarzekam na szefa. zlosc Jego odporność na logiczną argumentację i zdroworozsądkowe myślenie jest porażająca. Już mniejsza o to, co dzieje się obecnie, o te wszystkie nieprzemyślane rozwiązania, o totalny brak komunikacji, koordynacji prac, o nieuniknioną frustrację "ostatnich ogniw", zbierających chcąc nie chcąc żniwo błędów poprzedników, którzy z błogosławieństwem szefa ufali, że "jakoś to będzie". Ok, ktoś na początku nie pomyślał, nie wziął wszystkich aspektów pod uwagę, ale, na litość, uczmy się chociaż na własnych błędach! A tymczasem... Za kilka miesięcy rozpoczynamy nowy projekt. Aranżacja biura trochę się zmieni, może ubędzie kontenerów, bo i ludzi będzie trochę mniej. Pocztą pantoflową dowiedziałam się, że zamiast osobnych pokoi szef myśli o open space! Nie będziemy więcej siedzieć zamknięci w swoich dziuplach, odgrodzeni od świata, musimy się integrować, być razem, w grupie! Nic to, że taka integracja na siłę to gwóźdź do trumny relacji międzyludzkich. Nic to, że i teraz, mimo zamknięcia w tych "dziuplach", kto chce to się integruje, ja sama mam kilku kolegów, z którymi chętnie gawędzę w czasie pracy. I nic to, że takie open space'y to brak minimum intymności, której człowiek jednak potrzebuje, niewygoda, hałas i niemożność koncentracji, gdy 5 osób rozmawia w jednym czasie przez telefon. On chce z nas wreszcie stworzyć ten wymarzony team! W tej sytuacji drugi pomysł z księżyca, by wyrzucić mnie na parter i posadzić przy drzwiach jako prowizoryczną recepcję (w sumie po co zatrudniać recepcjonistkę z prawdziwego zdarzenia, skoro ja sobie do tej pory radziłam z obowiązkami recepcjonistki, sekretarki, tłumaczki, asystentki i office managera?) wydaje mi się pewnego rodzaju wybawieniem od stłoczenia pośród niekoniecznie lubianych kolegów. wall

Z dedykacją dla mojego szefa niezapomniane "Co by tu jeszcze" Wojciecha Młynarskiego:

Słów kilka w sprawie grupy facetów
chcę tu wygłosić,
lecz zacząć muszę nie od konkretów,
a od przeprosin:
skruszon szalenie, o przebaczenie
pokornie proszę,
że trochę pieprzny jest felietonik,
który wygłoszę.

     Lecz mam nadzieję, że choć się w słowie
     tutaj nie pieszczę,
     to wybaczycie mi to, panowie,
     raz jeden jeszcze...

Otóż faceci wokół się snują,
co są już tacy,
że czego dotkną, zaraz popsują,
w domu czy w pracy,
gapią się w sufit, wodzą po gzymsie
wzrokiem niemiłym,
na niskich czołach maluje im się
straszny wysiłek !

     Bo jedna myśl im chodzi po głowie,
     którą tak streszczę:
     Co by tu jeszcze spieprzyć panowie,
     co by tu jeszcze ?

Czasem facetów, żeby mieć spokój,
ktoś tam przerzuci,
do jakiejś sprawy, co jest na oko
nie do popsucia.
I już się prężą mózgów szeregi
i wzrok się pali,
i już widzimy, żeśmy kolegi
nie doceniali.

     A oni myślą w ciszy domowej
     lub w mózgów truście -
     Co by tu jeszcze spieprzyć panowie,
     co by tu jeszcze ?

Lecz choć im wszystko jak z płatka idzie,
sprawnie i krótko,
czasem faceci, gdy nikt nie widzi,
westchną cichutko,
bo mając tyle twórczych pomysłów,
tyle zdolności,
boją się, by im wkrótce nie przyszło
trwać w bezczynności.

     A brak wciąż wróżki, która nam powie
     w widzeniu wieszczym:
     jak długo można pieprzyć, panowie
     jak długo jeszcze ?

Pozwólcie, proszę, że do konkretów
przejdę na koniec:
okażmy serce dla tych facetów,
zewrzyjmy dłonie,
weźmy się w kupę, bo w tym tkwi sedno,
drodzy rodacy,
by się faceci czuli potrzebni
w domu i w pracy.

     Niechaj ta myśl im wzrok rozpłomienia,
     niech zatrą ręce,
     że tyle jeszcze jest do spieprzenia!
     A będzie więcej!

środa, 28 maja 2008
Takie sobie filmy trzy

Dziś słów kilka na temat trzech filmów, które okazały się niestety mniejszym lub większym rozczarowaniem.

 "Oczy węża", 1998, reż. Brian De Palma

Ten seans to czysty przypadek. Film wypatrzony w programie TV na weekend majowy, a jako zachęta zadziałały nazwisko reżysera i jednego z aktorów - Gary'ego Sinise (kurczę, może on i nie jest klasycznie przystojny, ale ma coś w sobie ;)). Po prawdzie to za wiele już nie pamiętam prócz tego, że Gary zagrał czarny charakter i że wyjściowo chodziło o walkę bokserską. W recenzji w Gazecie Telewizyjnej film dostał chyba ze 4 gwiazdki, a tekst wymieniał jeszcze kilka atutów - świetna sekwencja początkowa filmowana za pomocą jednego długiego ujęcia, skomplikowana intryga, oglądanie tego samego zdarzenia z różnych punktów widzenia. Technicznej sprawności sekwencji początkowej nie jestem chyba w stanie docenić, a szczerze mówiąc dopiero post factum przypomniałam sobie, że trzeba było zwrócić na coś uwagę. ;) Zmiany perspektywy w zależności od uczestnika wydarzeń to akurat coś, co bardzo lubię i chyba tylko ze względu na to właśnie rozwiązanie, no i dzięki obecności Gary'ego Sinise obejrzałam film z umiarkowanym zainteresowaniem.

 "Iris", 2001, reż. Richard Eyre

Po tym filmie z kolei wiele sobie obiecywałam. I fakt, że mnie nie poruszył, jest dla mnie zaskakujący. Potencjalnie było tu wszystko, co mi do filmowego szczęścia potrzebne: biograficzny charakter, w tle literatura, środowisko intelektualistów, nietuzinkowa osobowość Iris, wreszcie całkowicie dezintegrująca życie choroba. Tymczasem film zaciekawiał mnie tylko momentami, w dodatku nie zostawił po sobie absolutnie żadnego śladu. Przychodzi mi do głowy podobny, jeśli chodzi o wymienione wyżej 'składniki' obraz - "Sylvia", który podziałał na mnie o wiele silniej.

 "Pojedynek", 1977, reż. Ridley Scott

Wysoka ocena na FW (8,63) dla tego filmu to, przyznam, niezrozumiały dla mnie fenomen. A może działa tu też trochę magia nazwiska autora literackiego pierwowzoru (Joseph Conrad)? To pełnometrażowy debiut Ridleya Scotta i ten nieoszlifowany jeszcze warsztat moim zdaniem widać. Niewątpliwie ciągnąca się latami niechęć, wywołana zresztą przez błahostkę, skutkująca coraz to nowymi wyzwaniami na pojedynek to motyw zajmujący. Keitel w roli niezrównoważonego psychicznie oficera, opętanego żądzą zemsty i mordu też wypada nieźle. Ale sam film jest zlepkiem scen, pojedynczych fragmentów, nieskładających się na solidną nadrzędną konstrukcję. To obraz z rodzaju tych, przy których już w trakcie oglądania mam problem z przypomniem sobie co działo się 10 minut temu i jakie przełożenie ma to na bieżącą akcję.

11:13, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 maja 2008
Pewnego razu na Dzikim Zachodzie

No to kujmy żelazo, póki gorące. :) Przez ostatni miesiąc sporo obejrzałam, trochę w chwilach faktycznego zainteresowania, a trochę jako spodziewane antidotum na chandrę. Jeden z tym filmów okazał się nawet moim prywatnym odkryciem. A mowa o:

 "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", 1968, reż. Sergio Leone

Są takie rodzaje filmów, których nie oglądam z zasady. Bo, znając już siebie trochę i w związku z tym mogąc zawierzyć własnej kinowej intuicji, nie chcę tracić czasu na coś, co z dużym prawdopodobieństwem mi się nie spodoba. A są to: komedie romantyczne (z maleńkimi wyjątkami), tzw. kino familijne ("Śnięty Mikołaj", "Kevin sam w domu" etc.), Bollywood, współczesne horrory, superprodukcje, współczesna sensacja i przygoda (Bourne'y, Szklane pułapki etc.) i... westerny. Z tym, że westerny w tym gronie znalazły się trochę na zasadzie domniemania. :) Wielu ich nie widziałam (a w ogóle widziałam jakieś?), ale jakoś tak założyłam, że westerny nie, bo strzelanie, bo okres historyczny i rejon geograficzny nieszczególnie mnie interesujące, bo intrygi nie z tych, które by mnie zajmowały. Aż trafiłam na (arcy)dzieło Leone i zgłupiałam. Bo chociaż zdaję sobie sprawę, że to film wybitny i niekoniecznie nobilitujący sam gatunek (zresztą moja prywatna definicja arcydzieła to właśnie m.in. zdolność wzbudzenia zainteresowania/zachwytu u osób, które w danym gatunku niespecjalnie gustują), to być może warto przyjrzeć się przynajmniej pozostałym filmom Leone, np. trylogii dolarowej.

Film zahipnotyzował mnie już od pierwszych scen, gdy w ciszy i upale pustynnego pejzażu ludzie Franka czekają na przyjazd pociągu. Zbliżenia na twarze, monotonne dźwięki w tle, długie ujęcia - wszystko to nie jest ani przez moment nużące. Ten styl filmowania przypomina mi trochę "Barry'ego Lyndona" Kubricka, gdzie chwile bezruchu i statyczne kadry sprawiały, że wstrzymywało się oddech. Zresztą... co tu dużo mówić, "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" to też perfekcja w każdym calu. Jest kilka fragmentów, które zapamiętałam szczególnie, np. panorama miasteczka, gdy kamera unosi się nad budynkiem stacji czy pierwsze spotkanie Cheyenne'a z Harmonijką w przydrożnym barze. Tę scenę mogę zresztą oglądać w nieskończoność, podziwiając idealne zestrojenie obrazu z muzyką, gdy Cheyenne jednym ruchem popycha lampę w kierunku Harmonijki, po czym w chwili oświetlenia skulonej w kącie postaci rozbrzmiewa niezapomniany motyw muzyczny. :) No i sam Harmonijka znakomicie wpisujący się w archetyp bezimiennego, milczącego człowieka przychodzącego znikąd i odchodzącego w nieznane...

A wracając do filmów, których za nic nie obejrzę, to jest to np. najnowszy Indiana Jones. Ja naprawdę już z tego wyrosłam. O ile ze sporym rozrzewnieniem wspominam część drugą, "Indiana Jones i Świątynia Zagłady", którą ekscytowałam się jako dziecko, o tyle teraz na tego typu produkcjach ziewam z nudów. ;)

18:28, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2008
Wgląd

Potrzebowałam trochę czasu na przemyślenie formuły tego bloga. Nie, żebym chciała zaraz coś radykalnie zmieniać, ale zaczęłam ostatnio wpadać w pułapkę autokreacji. Chciałabym, żeby to miejsce było swego rodzaju pamiętnikiem, czymś raczej osobistym, chciałabym tu móc być - na ile to tylko możliwe - szczera wobec siebie. Tymczasem, wbrew tym chęciom i zamierzeniom, zauważyłam już parę razy, że świadomość publicznej dostępności moich wynurzeń ogranicza mnie w mojej wylewności z jednej strony, z drugiej - popycha ku, nawet przypadkowej i sporadycznej, kokieterii. Jestem tu bardziej kimś, kim chciałabym być niż kimś, kim naprawdę jestem (kim naprawdę się jest, "bycie sobą" etc. to oczywiście temat-rzeka). To bardziej Ja idealne niż Ja realne, ukierunkowane w dodatku na odbiór przez innych. Trudno mi, zwłaszcza w chwilach podwyższonego nastroju, zachować obiektywizm i utrzymać w ryzach automatyczny pęd ku rozjaśnianiu rzeczywistości.

Czytam sobie czasem stare wpisy i dochodzę do wniosku, że obraz autorki, który można sobie na ich podstawie ułożyć, bardzo odbiega od stanu faktycznego. Owszem, wspominam tu i ówdzie o mojej przyczajonej depresji, o stanach totalnej niemożności, ale zaraz kompensuję te informacje nieproporcjonalnie dużą dawką beztroski. Wchodzę potem na inne blogi, w których autorzy piszą o swoich wiecznych zmaganiach z życiem, o poczuciu nieistotności, o ciągłym braku sensu i chociaż widzę w tym odbicie własnych przeżyć, ten blog ich nie oddaje. A może u mnie jest jeszcze gorzej? Bo potrafię pisać tylko wtedy, kiedy nie jest beznadziejnie. Ci inni, jak widzę, nie tracą przynajmniej mocy na tyle, by pisać. Coś jednak pozostaje. Odnajdują też pocieszenie np. w literaturze. A ja, kiedy dopada mnie bezsilność (w weekendy, przede wszystkim w weekendy), nie umiem sięgnąć po nic, co byłoby dla mnie chociaż namiastką rozrywki. Książki leżą odłogiem, filmy oglądam z rozpędu, u kotów wynajduję setki chorób, za A. nie tęsknię. Jest źle, naprawdę bardzo źle. A potem, bywa, że tego samego dnia, wszystko obraca się o 180o i to, co było barierą nie do pokonania, w ogóle nie stanowi przeszkody. Wtedy wchodzę na bloga, piszę zaległe recenzje i znów udaję osobę, którą nie jestem albo może którą bywam jednak rzadko. Dziś, teraz jest dobrze, ale wiem, że bez żadnego powodu, wieczorem, mogę wpółleżeć na kanapie i patrzeć tępo w regał.

Idealizuję przeszłość. To normalne. I bardzo ludzkie. Nie od dziś wiadomo, że "drzewiej lepiej bywało". Ale u mnie przybiera to formę patologii. Strasznie znoszę zmiany, kurczowo wręcz trzymam się chwili, co oczywiście nic nie daje, bo życie przepływa obok i tak, nieuchronnie, choć niedostrzegalnie w danym momencie, wszystko przeobrażając. Ani się obejrzę, kiedy biblioteka, do której zachodziłam w czasie lunchu, nie jest już moją biblioteką, bo zmieniłam miejsce pracy. Ostatni raz byłam tam... kiedy? Boże, 6 lat temu... A. pyta kiedy się do niego przeprowadzam. A ja wcale nie chcę się przeprowadzić. Panicznie się boję. Boję się rozpoczęcia nowego etapu w życiu, który ludzie w moim wieku rozpoczęli już średnio 10 lat wcześniej. Przerażają mnie absurdy i drobnostki. Że nie będzie comiesięcznego rytuału wstępowania po drodze z pracy do bibliteki przy ul. X, że widok z okna będzie inny, że stracę wszystkie te małe przyjemności, które składają się na moją i tak jałową codzienność. Przy tym wszystkim widzę jasno całą groteskowość takiego myślenia, całą jego żałosność, ale na niewiele ta świadomość się przydaje.

Stąd już tylko krok do konstatacji, że ja się w ogóle nie nadaję do trwałych związków. I może tak faktycznie jest. Z drugiej strony trwam w tym, który na dzień dzisiejszy wydaje mi się najlepszym z dotychczasowych, najstabilniejszym, który daje mi jakiś punkt zaczepienia. Tylko nie mam pomysłu co dalej... Co dalej, bo czas biegnie, a ja tylko doraźnie widzę jakiś cel i to cel na najbliższe parę godzin, może dni.