Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 30 czerwca 2007
Machuca

 "Machuca", 2004, reż. Andres Wood

Coś było nie tak. Na pierwszy rzut oka to idealna mieszanka prostych wzruszeń bazujących na zderzeniu dziecięcej przyjaźni przekraczającej społeczne podziały z brutalnym światem dorosłej polityki. Jest i trochę autentycznych wydarzeń i pierwsze dziecięce zauroczenia i klimat młodzieżowych powieści o szkolnych latach, chłopięcych psotach i konfliktach. A mnie ten film chwilami zwyczajnie nudził i przede wszystkim wcale nie wzruszał. Może problemem było właśnie to, że to taka kompozycja złożona ze wszystkiego, co najoczywistsze i najbardziej banalne w tym temacie? Tyle, że realia (dla nas) nieco egzotyczne, bo Chile, a nie Europa czy choćby USA i tym w jakimś stopniu może czarować "Machuca". Sama historia w różnych wariantach i w poszczególnych składnikach powtarzała się już setki razy, a tutaj nie zrobiono z niej niczego wyjątkowego. W mojej punktacji tylko 3/6.

22:48, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2007
"Pod światło"

Asasello


pod światło

najbliżej
pośrodku
siedzi mój syn umarły
i córka
tak blisko że butem ona lewym a on prawym
przydeptali brzeg szarfy
za nimi siostra z mężem i dziećmi
a obok
na posadzce leży umarły
łebek goździka

w nawach
umarła ciotka
i siostrzenica
z woskowym dzieckiem na ręku
umarły Zbyszek z wojska
pierwsza żona
umarłe sąsiadki z przeciwka
i inni umarli

a potem
ksiądz święci umarłych
wynoszą im kwiaty
i idą pod lipami
krok za krokiem

a potem
zasypują ich nade mną


Znalezione na pl.hum.poezja

To chyba jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie w życiu czytałam. Jednocześnie prosty i złożony, bez eksperymentów lingwistycznych i zabaw karkołomnymi metaforami, za to tak odwracający naturalny porządek, że olśnienie przychodzi dopiero po chwili. Nie zrozumiałam go zresztą przy pierwszym pobieżnym czytaniu. Coś było nie tak, coś brzmiało na tyle dziwnie, że patrzenie "pod światło", tylko mnie oślepiało. Kombinowałam, zmieniałam konfiguracje, ale wciąż znaczenie wypełniały dysonanse. Czułam, że koncepcja jest genialna w swojej prostocie. A gdy przyszła iluminacja, oniemiałam z zachwytu.

12:51, aniaposz , Strofy
Link Komentarze (7) »
czwartek, 28 czerwca 2007
Poetyckie oczarowania

Patryk Doliński



Kufer na strychu

dzikie jabłka
mają smak dzieciństwa

słodko-kwaśne wyzwalacze wspomnień

brodzenie w rzece
dom na drzewie
świerszcze w trawie

nie wrócisz tam nigdy
na dłużej niż jedno
mrugnięcie powiek
krótki błysk

sąsiedztwo winogron
braterstwo krwi

wspomnienia parują
w powolnym procesie
zapominania


Wizja #4

długa pusta droga
dwa płonące słońca
gorący piasek pustyni
jaszczurka na kamieniu
białe kości umarłych
walki kogutów o wschodzie słońca

święta ziemia
święte miejsce
święty dym

Ta ulica

czasami potrzebujemy
zbyt wiele czasu na to
by dostrzec pewne rzeczy
takimi jakie są

ta ulica
ta ulica prowadzi
ta ulica prowadzi wprost do piekła

za późno
nie ma odwrotu


Zaczerpnięte ze strony autora: www.dolinski.hg.pl
11:49, aniaposz , Strofy
Link Dodaj komentarz »
Sylvia

 "Sylvia", 2003, reż. Christine Jeffs

Nie wiem dlaczego ten film ma tak niską notę na FW (niską jak na FW oczywiście, gdzie większość filmów oceniana jest na 7,5 - 8,5). Nie mówię, że jest wybitny, ale na pewno nie gorszy niż parę innych przeciętnych biografii, ocenionych jednak wyżej. Ja oglądałam z zaciekawieniem. Fakt, nie znałam szczegółów życia Sylvii Plath, nie czytałam "Szklanego klosza" ani jej poezji, więc wszystko, co reżyserka zawarła w tym obrazie, było dla mnie nowością. Nie występowałam z pozycji kogoś, kto konfrontuje własną wiedzę z czyjąś wizją. Z drugiej strony identycznie rzecz się miała np. z "Całkowitym zaćmieniem", a o moim rozczarowaniu tym filmem pisałam już kilkakrotnie. "Sylvia" nie jest zła - przede wszystkim jest to dość spójna opowieść, sensownie łącząca poszczególne epizody w całość. Może jest nieco pobieżna, za bardzo koncentrująca się na związku Sylvii z Tedem, pomijając przy tym inne sfery, a głównie tę związaną z brakiem twórczego spełnienia, ale nie mam poczucia niedosytu czy wrażenia jakichś rażących ominięć. Wizja Jeffs przekonała mnie na tyle, że bardzo dobrze Sylvię rozumiem, jej samotność, rozpacz, poczucie rozdarcia i całkowitej pustki. Jeżeli jestem w stanie zrozumieć jej ostateczny tragiczny wybór, to znaczy, że wszystkie zdarzenia, które do tego wyboru ją przywiodły, zostały wystarczająco uwiarygodnione.

Znalazłam w sieci artykuł z Wysokich Obcasów: Sylvia Plath. Podobają mi się przytaczane tam fragmenty z jej dzienników czy urywki listów. To taka bardzo plastyczna i intensywna emocjonalnie proza. Może jeszcze dziś wypożyczę coś z biblioteki. Poza tym... odnajduję część siebie w osobowości Sylvii. Jakąś mroczność, cień czyhający na granicy postrzegania. To nie jest ta zżerająca od wewnątrz, przygważdżająca depresja, ale czasem czuję jakby czekała tuż za rogiem, a bywa, że dopada mnie zupełnie bez przyczyny jakaś okropna niemoc, straszliwa tęsknota za przeszłością i mdlące przekonanie, że to, co dobre, już było. Zawsze lubiłam duszną poezję Małgorzaty Hillar, która też zresztą nasyciła swoją twórczość prawie w całości cierpieniem i depresją.

08:38, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
środa, 27 czerwca 2007
Duża Ryba

 "Duża Ryba", 2003, reż. Tim Burton

Do grona szczególnych wielbicieli Tima Burtona nie należę. Bardzo podobała mi się "Gnijąca Panna Młoda", ale już "Charlie i Fabryka Czekolady" raczej mnie znudziło, a z takich obrazów jak "Jeździec bez głowy" chyba wyrosłam. Po "Dużą Rybę" sięgnęłam, bo wymieniano ją jako film w stylu "Interstate 60". Rzeczywiście coś jest na rzeczy. "Big Fish" wprawdzie mnie nie oczarowała, ale oglądałam, nie wiercąc się niespokojnie i nie łażąc w trakcie seansu, a to już świadczy na korzyść filmu. :) Jest kilka uroczych pomysłów, odrobina życiowej refleksji, no i Ewan McGregor, na którego tak przyjemnie było patrzeć. :D Raz, że mi się podoba, ale poza tym świetnie grał. Nie bardzo natomiast rozumiem zachwyty pod adresem Finneya; nie mam nic do niego, ale jego gra ograniczała się tutaj do kilku standardowych grymasów i mamrotania opowieści. Dziwi mnie kompletne niedostrzeżenie McGregora, który wzbogacił swoją kreację mnóstwem drobnych a smakowitych szczegółów w mimice, gestykulacji, artykulacji. Fajnie było zobaczyć Helenę Bonham Carter, do której mam słabość. :) Jak zwykle zawojował mnie Steve Buscemi. I Jessica Lange - im starsza, tym ładniejsza. :) Ach, wyglądać tak pięknie w tym wieku!

Bardzo podobał mi się motyw z zagubionym miasteczkiem, które Edward odmiennie postrzegał, trafiwszy tam w dwóch różnych momentach życiowych. Jakie to znamienne! Pamiętamy coś z przeszłości, pielęgnujemy to wspomnienie latami, ubarwiamy własną nostalgią, idealizujemy, tęsknimy, a gdy wreszcie przyjdzie nam wrócić do tej Arkadii dzieciństwa czy młodości, nagle nie znajdujemy tej magii, wszystko wydaje się zwyczajne, trywialne. Nie wiem jak inni znoszą taką weryfikację wspomnień, ale ja ciężko to zawsze przeżywam. Dlatego np. wolę nie czytać ukochanych książek ponownie, a jeżeli to tylko fragmentami, by przypomnieć sobie aurę z przeszłości, ale w żadnym wypadku nie całość, żeby nie zepsuć tego, co zapamiętałam. Pamiętam np. niezwykle angażującą emocjonalnie lekturę "Braci Lwie Serce" i nigdy, przenigdy nie sięgnę po nią ponownie, bo jestem prawie pewna, że taraz, jako dorosła osoba, zupełnie inaczej bym ją odbierała i zniszczyłabym to jedyne w swoim rodzaju wspomnienie z dzieciństwa, łączące się przecież nie tylko z treścią książki, ale z całym mnóstwem uwarunkowań, czynników, które miały rację bytu wtedy, ale minęły bezpowrotnie. Z kolei Amelie Nothomb pisze w "Biografii głodu" o zapamiętanym z dzeciństwa miasteczku japońskim, gdzie spędziła pierwsze lata życia. Każdy załom muru, każda uliczka były wtedy wciąż na nowo odkrywanymi terytoriami, Nothomb pisze o nich z czułością i pasją. Powróciwszy tam po kilkunastu latach, konstatuje rozczarowana, że wszystko jest pozbawione tajemniczości, nie tak wspaniałe i... mniejsze. :) Ja wolę unikać takich konfrontacji, chociaż nie zawsze się da.

Końcówka filmu przewrotna i przypominająca zakończenie "Człowieka z księżyca", kiedy nagle, ku konsternacji widzów pojawia się Tony Clifton. :) W "Dużej Rybie" przesuwa się przed nami parada dziwaków zaludniających opowieści Edwarda. W sumie ciekawe, odprężające kino.

08:27, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 czerwca 2007
Warszawa

 "Warszawa", 2003, reż. Dariusz Gajewski

Następny film do kolekcji najbardziej męczących filmów mojego życia. Porównałabym go do czeskiego "Indiańskiego lata" - równie nielogiczny, bzdurny i wydumany. Na forum FW ktoś wspominał o skojarzeniach z "Miastem gniewu" i "Amores perros". To jak porównywać ferrari z maluchem tylko dlatego, że oba mają cztery koła i czerwony lakier. :) Owszem, "Warszawa" też, jak "Crash", opowiada histore kilkorga osób spotykające się w jednym mieście, też, jak w "Amores perros" w pewnym momencie ich ścieżki się przecinają. Tyle, że "Crash" starał się zajrzeć pod powierzchnię obiegowych opinii na temat przyczyn ludzkiej skłonności do uprzedzeń rasowych i kulturowych, a "Warszawa" ordynarnie powiela stereotyp o warszawskich snobach i stojących do nich w opozycji wielkodusznych przyjezdnych. Trzeba mieć dużo złej woli albo być kompletnie ślepym, żeby nie dostrzec, iż podział nie jest ani tak prosty ani tak jednoznaczny. Jeśli już tworzyć jakieś reguły, to jest wręcz przeciwnie. To przyjezdni, sądząc, że złapali Pana Boga za nogi, wyłażą ze skóry, żeby się wybić: pracują po 14 godzin dziennie, jako szefowie bywają bezwzlędni, a o zatrudnianiu warszawiaków nie chcą słyszeć, bo wiedzą, że ci mają tu rodziny i życie prywatne, do którego o ludzkiej porze chcą wracać. To tyle z mojego własnego podwórka doświadczeń zawodowych. O porównaniu z "Amores perros" aż wstyd pisać, bo jeśli ma polegać na scenie z wypadkiem samochodowym, to podobieństwo jest tyleż zauważalne, co żenujące nieudolnością. Inspiracja fajna rzecz, ale jakiś poziom trzeba zachować (jak np. Zelenka w "Guzikowcach", wzorujących się na Tarantino).

Największą bolączką "Warszawy" są jednak dialogi - drewniane, sztuczne, pretensjonalne, głupie. Jak w ogóle można przejąć się losem ludzi, komunikujących się ze sobą jakby czytali z kartki? Poza tą nienaturalnością, są też zwyczajnie nieprzemyślane, logicznie błędne. Kiedy Wiktoria pyta Andrzeja czy może jechać szybciej, ten całkiem niezgodnie ze zdrowym rozsądkiem i regułami logiki języka polskiego, odpowiada jej pytaniem "po co?". Jeżeli już, powinien spytać "dlaczego"; "po co" ma się nijak do tej sytuacji. Zresztą potem okazuje się, że to Andrzej się śpieszy, bo jest już ileś tam minut spóźniony, więc dlaczego przedtem jechał na tyle wolno, że Wiktoria musiała go ponaglać? Swoją drogą tego pośpiechu Wiktorii też nie rozumiem. Takich bzdur jest znacznie więcej. Np. kolejna wymiana zdań pomiędzy nimi, tym razem na temat perfum. "A ty jakich używasz?" - pyta Andrzej. "A co cię to obchodzi, liczy się zapach, a nie nazwa", odpowiada jakże błyskotliwie Wiktoria. Jak mnie ktoś teraz spyta, jakiego kompozytora lubię słuchać, odpowiem z rozkoszną pewnością siebie "A co za różnica, liczy się muzyka, a nie nazwisko". Niezły jest też motyw z parkowaniem samochodu. Sama niezbyt dobrze sobie z tym radzę, ale, na litość, niechże twórcy trochę bardziej uwiarygodnią taki problem, bo naprawdę nie wiem jaki u licha można mieć kłopot z zaparkowaniem auta na rogu, gdzie z tyłu nie ma nic, tylko przestrzeń! Dalej - aktorstwo. Wiecznie obrażona, szczekającym tonem grająca Grochowska to już dla mnie zbyt wiele, ale aktorzy w ogóle przejaskrawiają tutaj swoje role, np. wrzeszcząca rozhisteryzowana Bujakiewicz nie jest ani przez chwilę naprawdę wiarygodna.

Ręce opadają, gdy takie filmy dostają "Złote Lwy". Przecież tu nawet przeintelektualizowania nie można zarzucić z powodu tych bzdur w dialogach, zwyczajnie nieporadnych i bezsensowych. "To jest kompletnie bez sensu", mówi w pewnym momencie Paweł i jest to idealne podsumowanie całego seansu. Rzadko jestem aż tak radykalna, ale tym razem nie mam wątpliwości i oceniam na 1/6. I jak tu nie przyznać racji inżynierowi Mamoniowi, który na polskie filmy nie chodzi? ;)

23:25, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Dom latających sztyletów

 "Dom latających sztyletów", 2004, reż. Zhang Yimou

Pierwsze podejście do "Domu latających sztyletów" zrobiłam kilka miesięcy temu; wtedy z przyczyn obiektywnych nie mogłam obejrzeć do końca (przeskakująca płyta), ale szczerze mówiąc nie byłam tym jakoś mocno rozczarowana, bo film nie wydał mi się interesujący. Oglądanie skończyłam na scenie kąpieli Mei w leśnej sadzawce. No i potem pisałam o moich zawiedzionych nadziejach, infantylnych dialogach i ogólnej harequinowości tego filmu (przy czym zastrzegałam, że wrażenie może być mylne, bo jednak widziałam zaledwie kawałek produkcji). Co ciekawe, ta moja rezerwa nie wynikała wcale z braku zainteresowanie kinem wuxia, bo przecież "Przyczajony tygrys, ukryty smok" mnie zachwycił, o "Hero" też pisałam dobrze, zresztą w opozycji do "Domu..." właśnie. No i wreszcie za sprawą emisji w TVP przyszło mi obejrzeć "Dom..." w całości. Sprawa ma się następująco: oglądałam oczarowana pięknem krajobrazów, choreografią walk (scena w bambusowym lesie to rzeczywiście poezja) i samą fabułą, a wrażenie egzaltacji i przerysowania musiało wynikać ze specyfiki intrygi (podczas pierwszej rozmowy Jin wmawia Mei, że przeszedł na jej stronę, a ona zdaje się mu wierzyć - wszystko to zbyt proste i naiwne, ale w dalszym toku akcji okazuje się przecież, że Jin udawał, a Mei wiedziała, że udawał; tak więc to dwupoziomowa intryga jest przyczyną pewnej sztuczności zachowań bohaterów).

W tej beczce miodu nie może zabraknąć łyżki dziegciu, a nawet dwóch. Pierwsza to upadki koni. Nie akceptuję w żadnej postaci zadawania bólu zwierzętom czy narażania ich zdrowia i życia dla potrzeb filmu. Bez względu na nazwisko reżysera czy walory artystyczne jego dzieła, jest to zwykłe barbarzyństwo, za które należałoby wlepiać kary finansowe albo wyciągać sankcje, z zakazem rozpowszechniania filmu włącznie. Może takie radykalne rozwiązania coś by dały. Nie wiem jak było w tym przypadku, podejrzewam, że żaden koń nie ucierpiał, bo pewnie byłoby o tym głośniej, ale same upadki wyglądają makabrycznie i absolutnie nie dodają filmowi wartości (wręcz przeciwnie). Druga łyżka dziegciu to samo zakończenie, czyli - jak to ktoś na forum FW trafnie a ironicznie nazwał - "umieranie cztery razy po dwa razy". :) Scena przeciągnięta ponad miarę i przekombinowana. Nawet w takich wystawnych produkcjach można przedobrzyć.

14:12, aniaposz , Kino
Link Komentarze (11) »
piątek, 22 czerwca 2007
Zmiana planów powakacyjnych

Przemyślałam sprawę i chyba zrezygnuję z tych studiów filozoficznych, a przynajmniej odłożę ich rozpoczęcie o rok. Nie jestem w stanie utrzymać 10 srok za ogon, a są sprawy jednak pilniejsze: kontynuacja kursu niemieckiego, no i przygotowanie do egzaminu CAE. Nie dałabym rady, ani finansowo ani czasowo, ciągnąć wszystkiego naraz - studiów i dwóch kursów językowych. A przecież trzeba też mieć coś z życia zupełnie poza realizacją własnych ambicji zawodowych czy poznawczych, np. czas na czytanie i oglądanie filmów. :) Z tego nie zrezygnuję za nic! Już i tak na pewne przyjemności nie starcza energii ani funduszy - w tym sezonie na przykład ani razu nie byłam w teatrze. :( Jasne, filozofia fajna rzecz i naprawdę znów chciałabym przeżywać ten dreszczyk związany ze studiowaniem, pisaniem esejów etc., ale przede wszystkim chcę wreszcie sformalizować moją znajomość angielskiego. Lektorka, z którą miałam rozmowę kwalifikującą na kurs, była impressed i namawiała mnie na Proficiency, ale ja jak to ja, zawsze zbyt mało w siebie wierzę, a poza tym nie chcę się za bardzo spinać, a żeby zdać Proficiency, trzeba naprawdę ostro przez rok pracować, w tym przeczytać po angielsku książkę i być z jej treści przygotowanym (koleżanka mówiła mi np. o "Testamencie" Grishama). Zresztą dochodzi niemiecki, któremu też trzeba trochę czasu poświęcić (mam nadzieję, że kolega, z którym tworzyliśmy grupę, nadal jest zainteresowany kontynuacją i nie wystawi mnie do wiatru).

Ach, gdybym tak miała i czas i pieniądze, to chyba non-stop uczyłabym się języków. Uwielbiam to, no i muszę przyznać, że łatwo mi wchodzą do głowy, np. w liceum ani minuty nie poświęciłam na naukę angielskiego w domu; wszystko łapałam na lekcjach. Dość szybko podłapuję też akcent. Najpiękniejszy komplement w życiu usłyszalam w Anglii z ust rodowitego Anglika, że w ogóle nie podejrzewał, iż pochodzę spoza UK. :) Ale to było daaawno, jeszcze kiedy miałam stały kontakt z językiem.

Kurs niemieckiego też zamierzam zakończyć, zdobywając Zertifikat Deutsch, a później pewnie dalsze poziomy. Następnym językiem, który chciałabym poznać, jest hiszpański. :) I jeszcze francuski, i rosyjski, który przydałoby się odświeżyć po tylu latach... :) Życia nie starczy! Ale fakt, że uczenie się języków to dla mnie nie obowiązek, tylko czysta przyjemność. Tutaj muszę bez fałszywej skromności przyznać, że I have a good ear for languages. :)

czwartek, 21 czerwca 2007
Hi way

 "Hi way", 2006, reż. Jacek Borusiński

Obejrzałam (uff, jestem teraz na bieżąco, jeśli chodzi o filmy nagrywane z TV; nie zalegają w zatrważającej liczbie na kasetach). Chyba nie napiszę nic oryginalnego, powtórzę tylko to, co przede mną już napisano i powiedziano o tym filmie: to zlepek skeczy, mniej lub bardziej interesujących, nieskładających się jednak w integralną całość. Reklamy Plusa z udziałem Mumio to już klasyka. Oglądając ich festiwalowe występy w TV, dławiłam się ze śmiechu. Widziałam też ich skecze na żywo. Wszystko prima sort. Z wyjątkiem właśnie "Hi way". Zbyt duże stężenie pure nonsensu? Nieprzystająca do takiego rodzaju humoru formuła długiego metrażu? Bo to, co w skeczach zaskakuje, bawi i zaciekawia, w dłuższej formie zaczyna po prostu nużyć. W sumie najbardziej podobał mi się fragment z Jaco jako nuworyszem, nonszalancko oprowadzającym po swoich włościach pana Andrzeja, który, oszołomiony tym bogactwem, wyznaje w końcu, płacząc: "jestem przy tobie nikim". :) Reszty filmu już nawet nie pamiętam - wszystko było mało śmieszne, za to sprawiało wrażenie wymuszonego. Piszę to z ciężkim sercem, bo - jak wspomniałam - lubię Mumio, a i Jacek Borusiński, który był gościem "Kocham kino" przed emisją filmu, wydał mi się bardzo w porządku i z przyjemnością go słuchałam.

10:10, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
środa, 20 czerwca 2007
Środowe refleksje

Wczoraj w "Kocham kino" - "Hi way". Oczywiście nie siedziałam w nocy przed telewizorem, tylko jak zwykle nagrałam. Oglądałam kawałeczek, może 10 minut i nie zapowiadało się najlepiej. Hm, zobaczymy. Od niedzieli próbowałam też oglądać "Bracie, gdzie jesteś?", ale w końcu oddałam do wypożyczalni nieobejrzane. Rozczarowali mnie tym razem Coenowie, zwłaszcza po genialnym "Big Lebowskim". Lubię absurdalny humor, ale tutaj było tego chyba za dużo, albo źle porozkładane akcenty, albo przesadna komiksowość i wyczuwalna nienaturalność rzeczywistości. Trudno mi to zresztą zdefiniować, bo np. surrealistyczny "Delicatessen" bardzo mi się podobał. Z "Bracie, gdzie jesteś?" pewnie spróbuję ponownie, za jakiś czas, może akurat nie byłam nastrojona na odbiór tej właśnie filmowej czestotliwości. :) Zresztą Coenowie i tak mają u mnie potężny kredyt sympatii, którego tak łatwo nie da się wyczerpać. Oprócz "Big Lebowskiego", kocham ich "Fargo", "Hudsucker Proxy", niezły jest "Człowiek, którego nie było", cudowna - nowelka w "Zakochanym Paryżu".

Przestałam ćwiczyć. :( Od czasu epizodu z Nescą. (A z Nescą na razie trwam w stanie zawieszenia i oczywiście nadziei. W usg nic złego nie wyszło, dostała drugą dawkę antybiotyku, za jakieś 10 dni powinnam jej zrobić badanie kontrolne moczu. Znów będę umierać z niepokoju. Ach, gdyby tak wszystko było dobrze i gdybym mogła wyjechać szczęśliwie i spokojnie na wakacje pod koniec lipca!). Pozostałe rzeczy wówczas zeszły na plan dalszy, przestałam mieć tak prozaiczne ambicje, jak ta, żeby ładnie wyglądać. A potem, z radości, że Nesca czuje się dobrze i nie ma zniszczonych nerek, obżerałam się przez następne dni, więc... Tragicznie nie jest, ale jak przestanę się pilnować, może być. Zwłaszcza, że nie zadowala mnie stan istniejący i chcę po prostu schudnąć, tyle że jestem jak pijak z "Małego Księcia", cierpiący na syndrom "wszystko albo nic". Wstydzę się tego i jednocześnie nie potrafię wziąć się w garść. Jak coś idzie źle, zawalam wszystko po kolei, spadam w przepastny dół rozpaczy, upijam się i biadolę. Ale przynajmniej mi to pomaga, bo zawsze po takim sponiewieraniu się, czuję się znacznie lepiej niż przed. :) Może przez kontrast, ale i to dobre. ;)

Właśnie. A propos braku silnej woli i deficytu konsekwencji. Oglądam ostatnio we wtorki na Discovery cykl "Amazing Medical Stories", który A. odbiera jako przygnębiający i straszny, a mnie daje zawsze niesamowitego pozytywnego kopa. Zgadza się, przypadki tam przedstawione bywają szokujące, nieraz pociekły mi łzy, gdy patrzyłam na rozpacz, obawy i wyścig tych ludzi i ich bliskich ze śmiercią czy trwałym kalectwem, ale w efekcie to w wielu sytuacjach wielki triumf nie tylko medycyny i determinacji lekarzy, ale także, a może przede wszystkim ogromnej woli życia i żelaznego uporu głównych bohaterów tych historii. Ci ludzie często prowadzą bolesną heroiczną walkę z własnymi słabościami, z chorobą, która wydaje się nieuleczalna, wbrew zdrowemu rozsądkowi i sceptycznym opiniom lekarzy podejmują wielomięsięczną uciążliwę rehabilitację, w dodatku bez żadnej gwarancji sukcesu, bo lekarze bezradnie rozkładają ręce w obliczu niewiadomego. A jednak im się udaje, co często zakrawa na cud. A ja? Bujam się już drugi rok z bezskutecznymi i wciąż na nowo podejmowanymi próbami zrzucenia paru kilo! Bo mi się nie chce, bo tak ciężko zwlec tyłek z wygodnej kanapy, bo czekoladki takie pyszne, bo trzeba sobie paru rzeczy odmówić i do kilku się zmusić. Ohydztwo!

Po przeczytaniu "Biografii głodu" dalej mam - nomen omen - apetyt na Nothomb. Wiedziałam, że tak to się skończy. :) Dziś wybieram się do biblioteki po "Peplum" albo "Dziennik jaskółki". Z braku laku zaczęłam przedwczoraj czytać "Tego lata w Zawrociu" Hanny Kowalewskiej, ale średnio mnie wciągnęło, chociaż naczytałam się o tej powieści samych dobrych rzeczy. Ale dam jej jeszcze szansę.

 
1 , 2 , 3