Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 28 czerwca 2008
Obok świata

Czasem - jak dzisiaj - myślę, że chciałabym przeżyć życie samotnie. Kiedy przychodzi A., jego obecność irytuje mnie. Męczę się, będąc zmuszoną do konwersacji, do odpowiadania na jego pytania, do dostosowywania się do wymagań drugiego człowieka. Mam poczucie, że ktoś zawłaszcza moją przestrzeń, moją prywatność. Może wyjść za mąż lub przynajmniej zamieszkać z kimś trzeba przed trzydziestką? Bo potem ciężko zrezygnować ze swojej wolności, z przyzwyczajeń, zaadaptować się do nowej rzeczywistości, w której brać trzeba pod uwagę kogoś jeszcze, oprócz siebie? A może - myślę o tym coraz częściej - jestem jak mój ojciec, który nigdy nie nadawał się do życia rodzinnego? Nie wyobrażam sobie ograniczeń w postaci czyichś oczekiwań np. "trzeba zrobić obiad", "trzeba posprzątać", "nie siedź ciągle przy komputerze", "spotkajmy się ze znajomymi" itd. W tej chwili robię to, na co mam w danym momencie ochotę. Chcę oglądać filmy przez cały dzień - robię to. Mam chęć na sałatkę z tuńczyka, popijaną colą - voila! Nie życzę sobie żadnego wychodzenia z domu - siedzę w czterech ścianach. A kiedy tylko odwiedza mnie A., natychmiast czuję presję jego oczekiwań, nawet niekoniecznie werbalizowanych czy wyrażanych wprost, ale one i tak są. To mnie krępuje, drażni, przeszkadza mi. Ale to nie jest problem tego konkretnego związku, zbyt dobrze już siebie znam, żeby się oszukiwać. To tkwi we mnie, a z wiekiem jest coraz bardziej dominujące. Kiedy patrzę na "normalne rodziny", to przerażają mnie te wizje. Nie umiem wyobrazić sobie siebie jako żony i matki. Wiele kobiet, jak przypuszczam, byłoby wniebowziętych, gdyby trafił im się taki facet jak mój A. - wrażliwy, tolerancyjny, rozumiejący, pragnący dzieci. A dla mnie to ciężar nie do zniesienia czasami.

Kiedy zastanawiam się nad znaczeniem słowa "miłość", to z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że kocham moje koty. I mamę, ale to miłość rozumiana per se. Natomiast nigdy żadnemu mężczyźnie nie wyznałam miłości. Bo chyba żadnego nie kochałam, a nie mylę miłości z pożądaniem, namiętnością, szaleństwem na czyimś punkcie.

Filmy-widma

Mam kilka zaległych notek do uzupełnienia, jako że oglądam ostatnio niesamowite ilości filmów. :D To dobrze, lubię jak mi życie sprawia przyjemność. :) Nie zawsze są to filmy, które rzucają mnie na kolana, a niekiedy w ogóle pozostaję z poczuciem bezradności co do opinii na ich temat. Kiedy film podoba mi się bardzo lub odwrotnie - zawodzi na całej linii, zwykle nie mam problemów ze sformułowaniem oceny. Gorzej, jeśli pozostawia wrażenie pustki, obojętności, a tuż po projekcji mam kłopot z przywołaniem jego treści. Zatem dziś dwie mini-notki na temat takich właśnie filmów-widm. :)

 "Wszystkie niewidzialne dzieci", 2005, różni reżyserzy

No właśnie. Od 5 minut patrzę w ekran komputera i nie mam pojęcia co napisać. Bo, holender, nic już nie pamiętam! Poza tym, że to obraz o nowelowej strukturze i że każdą z nowelek wyreżyserował ktoś inny. I jeszcze, że bohaterami były dzieci z różnych zakątków świata, portretowane w społeczno-politycznych kontekstach ich krajów urodzenia. Afryka, Bałkany, USA, Brazylia, Anglia, Włochy, Chiny (wspieram się teraz informacją dystrybutora :)). Z tych siedmiu mini-opowieści tylko dwie pamiętam dość dobrze - pracowity dzień dwójki rodzeństwa z Sao Paulo i przecinające się za sprawą wyrzuconej z samochodu lalki losy dwóch małych Chinek z dwóch społecznie różnych światów. I ta ostatnia etiuda była naprawdę wzruszająca, nie tylko ze względu na obie dziewczynki, ale także na bardzo sugestywnie pokazany powrót do normalności po życiowej traumie, o którym zadecydowała brzemienna w skutki chwila. W sumie zaskakująco dużo treści w tak krótkiej historii i świetnie wszystko wyważone, nie popadające ani w pretensjonalność, ani w schemat.

 "Wiosna, lato, jesień, zima... i wiosna", 2003, Kim Ki-duk

Dla miłośniczki filozofii Wschodu (za którą się uważam) to powinna być filmowa uczta. Nie była. Dlaczego? Może dlatego, że o niektórych rzeczach wolę czytać niż je widzieć? Bo rozciągnięta w plastyczne obrazy koncepcja cykliczności ludzkiego życia, przy jego jednoczesnej unikalności i nieprzewidywalności bardziej mnie nużyła niż skłaniała do refleksji? Atutem dla estetów jest natomiast niezwykła uroda filmowanych krajobrazów.

Minusem (niezwiązanym bezpośrednio z filmowym przekazem, ale z punktu widzenia mojej wrażliwości - istotnym) są sceny z kotem. Kto to słyszał, żeby maczać ogon kota w farbie i używać go w charakterze pędzla! Kot w ogóle nie lubi, gdy dotyka się jego ogona, a co dopiero manipulować nim w taki sposób. Oczywiście jawnej krzywdy kotu nie robiono, ale dlaczego uważamy, że wolno nam składać na ołtarzu sztuki psychiczny komfort zwierzęcia? Nie ma we mnie na to zgody.

A tu kilka rzeczywiście pięknych zdjęć.

12:10, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 czerwca 2008
Persepolis

 "Persepolis", 2007, reż. Marjane Satrapi

Dość szeroko komentowana i - wydaje mi się - w większości wychwalana produkcja. Fajna kreska, fakt. Ale poza tym nie potrafię znaleźć niczego wyjątkowego w tej animacji. Zapamiętałam przede wszystkim medialną otoczkę z czasów nawet przed polską premierą, która jednak z samą wartością obrazu nie ma wiele wspólnego. Mam wrażenie, że o popularności "Persepolis" zadecydowały właśnie względy koniunkuralne. Oto naturalizowana irańska Francuzka opowiada o swoim kraju, bez koloryzowania, bez propagandy, ale i bez resentymentu czy krytyki. Jest w tym trochę nostalgii, właściwej wszystkim wspomnieniom z dzieciństwa, jest trochę ciepłego dystansu i humoru, jest i uniwersalizm, o którym rozpisywali się nasi krytycy - "można w tym filmie odnaleźć paralele do dzieciństwa/młodości, spędzanych w komunistycznej rzeczywistości". I to ostatnie jest chyba decydujące - chcemy przejrzeć się w doświadczeniu innych nacji i po raz kolejny uświadomić sobie, że nie tylko naszym udziałem było tęskne wyglądanie na Zachód, realizowane w wybiegach, by za wszelką cenę zdobyć np. zagraniczne hity itd. Jednym słowem - wspólnota doświadczeń. I chyba głównie ona każe nam zachwycać się "Persepolis". Zwłaszcza, że ta wspólnota łączy tak odmienne kulturowo regiony, nie dotyczy przecież sąsiedniego kraju z bloku socjalistycznego. Z jednej strony więc egzotyka, z drugiej - poczucie podobieństwa, wynikające z jednakowości ludzkich tęsknot niezależnie od szerokości geograficznej.

08:48, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
środa, 25 czerwca 2008
Bracie, gdzie jesteś?

 "Bracie, gdzie jesteś?", 2000, reż. Joel Coen

Pierwsze podejście do filmu w zeszłym roku zakończyło się niepowodzeniem. Oraz lekkim dysonansem poznawczym, bo jak to, Coenowie mnie nie zachwycają? Odłożyłam seans "na później", a nuż to ja byłam akurat nie w nastroju (chociaż byłoby to, przyznam, nieco dziwne, bo zawsze jestem w nastroju na wizje Coenów). No ale. :/

Owo "później" nadeszło wreszcie wczoraj. Pierwsze wrażenie okazało się trafne, a mój nastrój nie miał tu jednak nic do rzeczy. Ktoś na forum FW napisał, że fabuła jest zbyt poszatkowana i ja się z tym zgadzam. Oczywiście, jak to u Coenów, jest kilka scen do zapamiętania, np. niezawodny John Goodman, zgniatający "kumpla zamienionego w ropuchę". :) Albo wątek "Chłopców z Mokradeł", na punkcie których oszalał cały stan Mississipi. W ogóle klimat południa Stanów jest dobrze oddany i miło posłuchać tego skrzeczącego, przeciągającego sylaby akcentu. :) To są takie typowo coenowskie smaczki, charakterystyczne drobnostki. Nie ma natomiast czegoś, co odpowiadałoby na pytanie, po co powstał ten film. Nie chwytam sensu ogólnego. Rozłazi się wszystko w poszczególnych epizodach. Ja wiem, to trawestacja "Odysei" i to jest właśnie zamysł filmu. Ale... mimo zachowania specyficznych elementów, jest to chyba najsłabsze jak do tej pory oglądane przeze mnie dzieło braci. A z zaległości pozostało jeszcze tylko "Ladykillers".

12:58, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 czerwca 2008
Fight Club

 "Fight Club", 1999, reż. David Fincher

UWAGA - SPOILERY!

Film kultowy (cokolwiek owa kultowość oznacza). Wywołujący, jak zdążyłam zauważyć, gorące spory. Mający mnóstwo fanatycznych miłośników. A jakie są moje wrażenia? Film niezły, dobrze mi się oglądało - rewelacyjny Edward Norton, bardzo dobry Pitt, oryginalna ilustracja choroby psychicznej - ale poza tym nie mogę się tu doszukać jakiejś przepastnej głębi psychologicznej czy obyczajowej.

Osobowość wieloraka to nader wdzięczny temat zainteresowań literatury czy kina. Oczywiście tytuł "Dr Jekyll i Mr. Hyde" narzuca się sam. Przypomina mi się też film "Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym", a z książek choćby "K-PAX" Brewera i kontynuacja. Bo też jest to faktycznie fascynująca i pobudzająca wyobraźnię przypadłość. Wszyscy posiadamy przecież wiele twarzy - inni jesteśmy wobec znajomych, inni wobec obcych, jeszcze inni w czterech ścianach własnego domu. Czasem zachowujemy się tak różnie w różnych sytuacjach, że obserwatorzy mają o nas skrajnie odmiennie opinie (np. mój kolega parsknął niedawno szczerym śmiechem, gdy usłyszał, że określam siebie jako osobę nieśmiałą). Aby nawiązać do tytułu filmu, można też wspomnieć o walce ze sobą, jakże częstą (a jeszcze częściej - daremną) w przypadkach prób porzucenia jakiegoś nałogu. A jednak nasza osobowość jest jako całość dobrze zintegrowana. Mimo tych czasowych przeobrażeń, wahań nastrojów, zmiany gustów i przyzwyczajeń, mamy poczucie ciągłości w czasie i przestrzeni, scalają nas nasze wspomnienia, myśli, dążenia i poczucie jedności Ja. Jak i dlaczego dochodzi czasem do patologicznego rozszczepienia osobowości - specjaliści wciąż tego nie wiedzą na pewno. W przypadku Jacka-Tylera to jakaś przemożna chęć bycia innym, potrzeba wyłamania się z narzuconych przez konsumpcyjny świat reguł, bycia na przekór i wbrew, bycia podziwianym i szanowanym. Nie potrafi taki być jako Jack, jest to dla niego kompletnie nie do zaakceptowania na poziomie świadomym, dlatego stwarza Tylera, który jest ucieleśnieniem wszystkiego, czym Jack mógłby być, ale nie ma odwagi. Co więcej - odwagi tej nie ma nawet na to, by móc świadomie zaakceptować w sobie choć namiastkę cech, jakie posiada Tyler. Stąd rozszczepienie osobowości. Tylko stawiając między swoim Ja realnym Ja idealnym nieprzekraczalną barierę, jest w stanie zrealizować swoje "grzeszne" pragnienia. Nieźle zrobione, ciekawe pomyślane, świetnie zagrane, z tym że dla mnie - niezbyt odkrywcze. :)

Z innych filmów, wykorzystujących motyw osobowości wielorakiej przypominają mi się jeszcze "Mechanik", "Lęk pierwotny" i "Tożsamość".

21:21, aniaposz , Kino
Link Komentarze (8) »
Butelki zwrotne

 "Butelki zwrotne", 2007, reż. Jan Sverak

Kino czeskie jest u nas modne - to fakt. Przez jakiś czas patrzyłam krzywym okiem na tę modę, bo ja w ogóle jakoś tak mam, że się dystansuję wobec masowych zjawisk, trendów itd. Nie wynika to ze snobizmu; jest to raczej coś na kształt automatycznej reakcji, niepodlegającej woli. :) Nie rzucam się na wszystkie czeskie filmy, jakie się ukazują i nie podzielam powszechnego przekonania, że jak czeskie, to na pewno śmieszne. Ale muszę przyznać, że coś w tej kinematografii jest takiego, co i mnie przyciąga. Czeskie filmy zawsze mnie odprężają, nawet jeśli nie awansują do grona ulubionych.

Lubię Hrebejka, Zelenkę, uwielbiam "Jedna ręka nie klaszcze" Ondricka. Ale akurat za Sverakiem nie przepadałam; "Jazda" znudziła mnie straszliwie, a "Kolę" uważam za film mocno przeciętny (jedyne, co zapamiętałam to pięknie sfilmowana Praga). Do "Butelek zwrotnych" podchodziłam więc z rezerwą. I szczerze mówiąc na początku odniosłam wrażenie, że reżyser serwuje nam banały o jesieni życia, erotycznych fantazjach starszych panów i gderliwych żonach, okraszone wymuszonym humorem. Zasadniczo te motywy przewijają się przez cały film, ale na szczęście nie dominują, a poza tym zostają otulone miękką siateczką rozmaitych uwarunkowań i przyczyn, co sprawia, że zaczyna się patrzeć przez palce na ludzkie słabości.

"Butelki zwrotne" to trochę taka czeska "Amelia", tyle że zamiast młodej Paryżanki zdolności do zaklinania losu odnajduje w sobie emerytowany praski nauczyciel. Miły seans, kilka pomysłowych rozwiązań, parę zabawnych scen.

11:31, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Czepianie się słówek

Obserwuję ostatnio sporo różnorakich dyskusji internetowych (w kilku nawet brałam udział, póki nie zorientowałam się, że właściwie prowadzę monolog) i co jakiś czas rzuca mi się w oczy pewien zwrot, występujący zazwyczaj w charakterze zarzutu, a mianowicie: "czepiasz się słówek". O to "czepianie się słówek" ma pretensję osoba, której adwersarz zwraca uwagę na niekonsekwencję wypowiedzi, brak logiki, niespójności, sprzeczności, kluczenie i nadmierną ogólnikowość, skutkującą ryzykiem wyciągnięcia fałszywych wniosków z dyskusji. Ktoś np. pisze "widziałem nieraz jak..." (tu opis incydentu). No to drążymy. Okazuje się w toku takiego drążenia, że nieraz to dwa razy, po czym, że właściwie raz, bo ten drugi raz nie spełnia jednak kryteriów, o jakie wyjściowo chodziło. A ów raz to też rzecz problematyczna. Wniosek? Dla mnie oczywisty - świadoma manipulacja lub bezmyślna niefrasobliwość. W obu przypadkach postawa wymagająca przynajmniej zwrócenia uwagi i wytknięcia nieścisłości. Tymczasem bardzo często próby zebrania rozbieganych dygresji i wyciągnięcia logicznych wniosków spotykają się z napiętnowaniem! Poza wspomnianym odwarknięciem "czepiasz się słówek!" w odpowiedzi na wypunktowane dowody konfabulacji (modne słowo! ;)), odzywa się też wianuszek obserwatorów "obiektywnych", biorących w obronę atakowaną zewsząd biedną istotkę, którą osaczają domagające się logicznej argumentacji potwory. Co za bezczelność żądać precyzji wypowiedzi i odpowiedzialności za swoje wcześniejsze słowa! Tacy adwokaci rekrutują się najczęściej z osób przypadkowych, trafiających na daną polemikę z zewnątrz, wpadających gdzieś w środek i tylko bardzo pobieżnie wiedzących o co chodzi. A niuanse mają kolosalne znaczenie i czasem bez znajomości jakiegoś detalu, nie da się prawidłowo ocenić sytuacji. A co widzą tacy wpadający z zewnątrz? Na przykład "czepianie się słówek". ;)

sobota, 14 czerwca 2008
Euro-szaleństwo trwa

Moje życie kręci się ostatnio wokół piłki nożnej. pilka Takie mecze jak wczorajszy Holandia-Francja chciałoby się oglądać jak najczęściej. Dziś już zacieram rączki na pojedynek Szwecja-Hiszpania, kibicując Hiszpanom, ale przede wszystkim mając nadzieję na kolejne piękne widowisko. Cóż ja mogę więcej napisać, skoro nic innego nie robię tylko oglądam futbol. pilka2 Rozpoczętą książkę doczytuję z doskoku, filmy leżą nietknięte, chociaż trzeba je zaraz zwrócić do wypożyczalni, a ja połykam zachłannie wszelkie analizy i artykuły na temat Euro w gazetach. ;)  

A mój dobry nastrój trwa... Radzę sobie dość łatwo ze wszystkim, co standardowo niesie codzienność, nie załamują mnie na kilka dni drobne kłopoty. Myślę sobie, że bardzo trudno jest zrozumieć co to znaczy depresja czy choćby okresowe stany depresyjne osobie, która ich nigdy nie doświadczyła. Komuś patrzącemu z boku będzie wydawać się, że remedium na depresję jest "wzięcie się w garść", "ruszenie tyłka" etc. Nie ma nic gorszego niż takie "dobre rady". Ale maleńka cząstka prawdy w tym jednak jest. Wyjściu z depresji sprzyja aktywność, jakakolwiek, nawet minimalna. Choćby mówienie o swoich emocjach. Albo pisanie. Mam wrażenie, że pomogło mi w pewnym stopniu otwarte napisanie o tym na blogu. To był taki mój osobisty coming-out. Nie tyle przed ewentualnymi czytelnikami, ile przed samą sobą. Mogłabym teraz, pretensjonalnie wprawdzie, ale jednak szczerze, powiedzieć z całym przekonaniem, że szczęście to chyba poczucie posiadania tego wewnętrznego pancerza, chroniącego przed pokaleczeniem przez życie.

Tonight I'm gonna have myself a real good time
I feel alive
And the world, I'll turn it inside out yeah
I'm floating around in ecstasy
So don't stop me now
Don't stop me
'cause I'm having a good time
Having a good time

I'm a shooting star leaping through the sky
Like a tiger defying the laws of gravity
I'm a racing car passing by like Lady Godiva
I'm gonna go go go there's no stopping me
I'm burning through the sky yeah
Two hundred degrees that's why they call me Mr. Fahrenheit
I'm travelling at the speed of light
I wanna make a supersonic man out of you

Ktoś rozpoznaje? :)

piątek, 13 czerwca 2008
Koniec marzeń o wyjściu z grupy (i bardzo dobrze)

Że co? Że nie jestem patriotką, że marny ze mnie kibic, wbrew temu, co o sobie piszę? Jestem realistką, a poza tym zbyt kocham piłkę nożną, żeby bez bólu patrzeć jak zarzynają ten sport polscy reprezentanci. Owszem, ważniejsza jest dla mnie przyjemność czerpana z oglądania pięknej finezyjnej gry niż wątpliwa satysfakcja z przeturlania się Polski do dalszych rozgrywek, mimo fatalnej postawy. Sędzia popełnił ewidentny błąd, to nie ulega dyskusji, ale nie musielibyśmy liczyć na łut szczęścia, gdyby nie szmaciana gra najlepszych podobno w naszym kraju piłkarzy. Już w pierwszym meczu było źle i naprawdę nie chodzi o wynik. Jak na dłoni widać było wszystkie wady naszego stylu (a mamy w ogóle jakiś styl?): niecelne podania, kopanina na chybił trafił, gubienie piłki, potykanie się o własne nogi, brak koncepcji, pustki na polu karnym, nieumiejętność zaplanowania i przeprowadzenia akcji ofensywnej. Z jednej strony - tragiczna obrona, z drugiej - kompletna indolencja napastników. Oczy rozszerzały mi się ze zdumienia, gdy czytałam, że "zagraliśmy naprawdę dobry mecz". Bo ja tam widziałam jedynie potężny wysiłek zmachanych chłopców, by dotrwać do końcowego gwizdka arbitra. W takiej sytuacji optymistyczne wizje moich kolegów z pracy, wróżących lekkie zwycięstwo nad Austrią ("no daj spokój, dziewczyno, przecież Austria słaba jest") odbierałam w kategoriach pobożnych życzeń. W rezultacie jako jedyna postawiłam na remis 1:1. Dziś patrzą na mnie z nabożną czcią, a przed weekendowymi typowaniami przychodzą się skonsultować. ;) Bo dodam, że jestem obecnie na pierwszym miejscu w biurowym totku. :D

Co do wczorajszego meczu, to naprawdę żołądek mnie bolał, kiedy patrzyłam na obronę, już nawet nie tyle dziurawą, ile po prostu nieistniejącą. Boruc marnuje się w tej drużynie nieudaczników. Druga połowa - nieco lepsza. Na tyle, że można było patrzeć bez grymasu cierpienia na twarzy. Nie oszukujmy się, nie zasłużyliśmy na to zwycięstwo, a dalszy udział w rozgrywkach zaowocowałby kolejnymi meczami, podczas których tylko ślepcy mogliby bez wpływu na psychiczne i fizyczne zdrowie "podziwiać" grę polskich asów.

wtorek, 10 czerwca 2008
Kraina traw; Brazil

Po obejrzeniu "Brazil" dochodzę do wniosku, że mam z Gilliamem problem. O ile podziwiam jego rozhulaną wyobraźnię, o tyle nie zawsze podoba mi się sposób jej krystalizacji w konkretne rozwiązania.

Po "The Fisher King" rzuciłam się na Gilliama zachłannie. :) Na pierwszy ogień poszła "Kraina traw", także z tego względu, że polecano mi ją jako coś a la "Labirynt Fauna", czyli kolejną wariację na temat Alicji w Krainie Czarów. Niestety, bardzo źle wspominam popołudnie spędzone przy tym filmie: koszmarnie wręcz się wynudziłam! Dawno już nie pamiętam takiej męki. Do tego denerwująca manierą rozkosznej pieszczoszki Jeliza-Rose. "Labirynt Fauna" pochłonął mnie całkowicie i nie umiałam zachować dystansu do wydarzeń, a ponury świat baśni może nawet bardziej mnie angażował niż wydarzenia realne; tutaj nie było ani jednego fragmentu, który by mnie jakoś obszedł. Po drodze próbowałam obejrzeć jeszcze "Bandytów czasu", ale nie dałam rady. Po jakichś 30 minutach wyłączyłam. :/

 "Brazil", 1985, reż. Terry Gilliam

"Brazil" wciągnął mnie zdecydowanie bardziej. Już sama sceneria rodem z antyutopii, zbiurokratyzowany świat, atmosfera będąca połączeniem klaustrofobicznych klimatów kafkowskich i motywów orwellowskich (i jeszcze parę skojarzeń kołacze mi się po głowie, ale nie umiem ich zdefiniować), odrobina surrealizmu, ale tylko na tyle, by zasygnalizować, że rzecz dzieje się w nieokreślonej przyszłości - wszystko to sprawiło, że od pierwszych kadrów poczułam przyjemny dreszczyk emocji. Ale dalej akcja "siada", mniej więcej od momentu, gdy bohater pierwszy raz widzi w rzeczywistości dziewczynę ze swoich snów. Albo inaczej - raz jest ciekawe, obiecująco, a raz - rozwlekle. I chyba spodziewałam się nieco konkretniejszej osi fabularnej. Wszystko skupia się wokół relacji Jill-Sam, usiłujących za wszelką cenę odnaleźć namiastkę prywatnego raju (znów nie sposób uniknąć porównań z Julią i Winstonem), ale cały film jest rozciągnięty i poprzetykany scenami, które się dłużą, np. scena w restauracji, na przyjęciu, walki na mieście. Za to rewelacyjna jest sekwencja majaków umęczonego umysłu Sama. Podsumowując, film miejscami naprawdę świetny, ale niektóre fragmenty sprawiają wrażenie wypełniaczy.

18:01, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2