Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
wtorek, 30 czerwca 2009
Filmowe czołówki - cd.

Jedna z najlepszych w mojej opinii czołówek. Do równie dobrego, acz trochę niedocenionego filmu Dziękujemy za palenie.




Niepokojąca sekwencja początkowa do Pani Zemsty.




Jedna z najbardziej znanych czołówek w historii kina.



Złap mnie, jeśli potrafisz
. Koncept trochę podobny do tego z Różowej pantery. Animacja przekazująca konkretne treści, ciekawie wykorzystane napisy. No i świetne nawiązanie do fabuły filmu.




I kolejna animowana miniatura.


11:09, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 czerwca 2009
Małe, a cieszy... (Saul Bass)

...czyli rzecz o filmowych czołówkach, które - jeśli niekonwencjonalne, pomysłowe, zabawne, intrygujące - potrafią być małymi dziełami sztuki.

Ostatnio zachwyciłam się czołówką do filmu Północ - północny zachód. Pogrzebałam trochę głębiej i znalazłam autora owej genialnej w swojej prostocie sekwencji początkowej. Saul Bass, amerykański grafik, autor wielu filmowych czołówek, plakatów i firmowych logo współpracował m.in. z Kubrickiem, Scorsese i właśnie z Hitchcockiem.

Czołówka z Północ - północny zachód, prosta wizualnie, pomysł niemal banalny, a efekt - zaskakujący i wyjątkowo miły dla oka. Do tego logo MGM na zielonym tle. Jako bonus - w ostatnich sekundach sir Hitchcock, któremu kierowca autobusu zamyka drzwi przed nosem.



Filmu Czynnik ludzki nie widziałam, ale sugestywna czołówka z pomysłowo wkomponowanym tytułem mówi wiele.




Zawrót głowy. Chyba jedna z najbardziej znanych prac Bassa.




I równie znany plakat do filmu (który notabene zauważyłam na ścianie w gabinecie doktora Wilsona z popularnego serialu ;)).




A na koniec czołówka do Złotorękiego, czarno-biała, operująca głównie ruchomymi paskami ustawianymi w różnej konfiguracji w stosunku do napisów, a przecież w jakiś magiczny sposób przyciągająca wzrok.


12:00, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 czerwca 2009
Hitchcock, czyli lepiej późno niż wcale



Byłam dotychczas chyba jedną z niewielu osób (kinomanów), które Hitchcocka właściwie nie znały. Najpierw powodem była uogólniona niechęć do kina starszego niż lata 60., później, a może i równocześnie, brak upodobania do kina sensacyjnego, kryminałów, thrillerów itd. A potem obejrzałam Psychozę...

Dalej poszło już gładko. Widziałam dotąd dziesięć filmów Hitchcocka, co jest zaledwie kroplą w morzu jego bogatego dorobku reżyserskiego. Niektóre podobają mi się bardziej, inne mniej, ale podsumowując jest to po prostu kawał dobrej rozrywki. Jeśli sięgać po kino komercyjne, dostarczające dreszczyku emocji i niczego poza tym, to właśnie po takie.

Jednym z moich hitchcockowskich odkryć, a jednocześnie sporym zaskoczeniem okazał się film Północ - północny zachód. Miłośniczką filmów szpiegowskich nie byłam nigdy (Bondów nie trawię), a w tym przypadku miałam po prostu czystą radość z seansu. Słynna scena z samolotem zapiera dech w piersiach, także ze względu na chwile tuż przed kulminacją - cisza, pustka pylistej szosy, napięcie towarzyszące oczekiwaniu oraz mylenie tropów; w takich momentach  widać jak na dłoni, że określenie "mistrz suspensu" nie jest ani trochę przesadzone. Nie bez znaczenia jest też specyficzny humor i świetne zdjęcia. Rozmowa z Eve w wagonie restauracyjnym - bardzo śmiała jak na lata 50.; przyznam, że przez chwilę własnym uszom nie wierzyłam. Było wprawdzie parę naiwności, skrótów charakterystycznych dla starszych produkcji, przesady i przerysowania, ale tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia, bo mam wrażenie, że ten film jest dla wszelkich późniejszych Bondów, Pułapek czy Mission Impossible jak wzorzec w Sevres. Coś jak Ich noce dla komedii romantycznych. Ma urok, klasę, świeżość, sens - mimo upływu tylu lat. Późniejsze klony to tylko blade odbicia, powielanie pomysłów albo ich bezsensowne rozdmuchiwanie. Wśród morza mniej lub bardziej udanych kopii, oryginał zawsze się obroni.




A dla kontrastu film, który - mimo iż bywa zaliczany do najlepszych dokonań Hitchcocka - na mnie nie zrobił szczególnego wrażenia. W Oknie na podwórze nie ma właściwie żadnych zaskoczeń. Jest sporo spekulacji, wątpliwości, ale nie budują one napięcia. W sumie dość przewidywalny jest to film -
początkowe podejrzenia znajdują absolutne potwierdzenie w finale, a sceptycyzm przyjaciela zbyt wiele zamętu nie wprowadza - trudno dopuścić myśl, by główny bohater ostatecznie nie triumfował. Również poszlaki prowadzące do rozwiązania zagadki są nader czytelne. Z filmu zapamiętałam przede wszystkim namacalną niemalże atmosferę dusznego i gorącego lata - to udało się oddać świetnie. Kiedy porównuję Psychozę, Północ - północny zachód czy nawet Zawrót głowy z Oknem na podwórze, to ten ostatni tytuł nie budzi we mnie żadnych emocji w przeciwieństwie do trzech pozostałych. W Psychozie Hitchcock zagrał na nosie widzom koncertowo (choćby niespodziewanie uśmiercając bohaterkę, która zdawała się być centralną postacią filmu), w Zawrocie głowy też nieźle nas zwodzi. W Oknie na podwórze drobne wątpliwości i domysły nie podważają pewności widza, że to główny bohater ma rację. A i samo morderstwo do szczególnie wyrafinowanych nie należy.
13:27, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 czerwca 2009
Małymi kroczkami

Mam za sobą trzy miesiące niemal ciągłego napięcia. Kiedy w pewnym momencie wydawało się, że wszystko zaczyna się układać, mama miała nocny atak bólu. A więc jak najszybciej usg, potem skierowanie na zabieg diagnostyczny. I wycieńczające psychicznie 5-tygodniowe czekanie na wynik histopatologii. Kiedy wynik wreszcie dostałyśmy, nasza ulga i radość nie były proporcjonalne do przeżywanych wcześniej obaw. Chyba za długo czekałyśmy, wymęczone i zrezygnowane... Ale przecież i tak cieszę się ogromnie. W czasie tych pięciu tygodni wielokrotnie zaklinałam się sama przed sobą i przed Bogiem, o którym nie wiem czy istnieje, że jeśli tylko z mamą będzie w porządku, jestem w stanie znieść wszystko inne, ze wszystkim sobie poradzić, bo nic nie ma takiego znaczenia jak zdrowie i życie najbliższych.

Nie śmiem marzyć, że wreszcie jest lepiej, że wreszcie mogę się martwić tylko i wyłącznie sobą i swoim niedopasowaniem. Niech  już tak będzie. Z tym chyba nauczyłam się jako tako zmagać i czasem wygrywam nawet na dłuższy czas. Wygrywam też powoli ze swoimi nałogami i słabościami. Przestałam się systematycznie podtruwać alkoholem (te praktyki skończyły się poważnym niedoborem magnezu, dającym fizyczne dolegliwości), zaczęłam regularnie ćwiczyć. Kiedy mam lepsze dni, zaraz po ćwiczeniach, taka mokra od potu, zdyszana i zmęczona - czuję się niemal szczęśliwa. Endorfiny buzują, rzucam się na kanapę, łapczywie piję wodę i myślę, że jeszcze nie wszystko stracone, że znów siebie polubię, że się do czegoś komuś przydam, że może kiedyś jakaś praca będzie mi sprawiać przyjemność, a przyszły szef okaże się sensownym człowiekiem, a nie małostkowym idiotą. Muszę tylko wytrwać w tych małych kroczkach naprzód i modlić się, żeby już nic nie przeszkodziło.



Dużo czytam ostatnio i to w tempie, o jakie bym siebie nie podejrzewała. Od początku czerwca przeczytałam sześć książek - rezultat wcześniej nie do pomyślenia. Z Nothomb - ostatnie dwie, których nie znałam: Peplum i Tak wyszło. O Peplum piszą, że niedorzeczny pomysł i absurdalne rozwinięcie. Nawet trudno się nie zgodzić (bohaterka w rozmowie ze znajomym wysuwa hipotezę, że wybuch Wezuwiusza został spowodowany przez przyszłe pokolenia, posiadające już zdolność podróży w czasie, a następnie ona sama zostaje przeniesiona w XXVIII wiek, ponieważ - jak się okazuje - jej rzucona luźno uwaga wcale nie była od rzeczy), ale ja chyba nie potrafię być zbyt surowa w ocenie powieści Nothomb. Zawsze znajduję coś, co mnie intryguje i przyciąga. To nigdy nie jest czas stracony.



Czasem straconym w żadnym razie nie były też dwie godziny poświęcone na lekturę Tak wyszło. Autorka eksploatuje tu jeden ze swoich ulubionych motywów - zmiany tożsamości, porzucenia dawnego Ja i kradzieży czyjegoś życia. Jak zwykle na pozór realistyczne zdarzenia prowadzą do niesamowitych rozstrzygnięć. Część pytań pozostaje bez odpowiedzi, a bohaterowie - bez własnej przeszłości i z zagadkową teraźniejszością. Baptiste vel. Olaf, narrator, ze swoją nigdy niewyjawioną profesją i ledwie naszkicowanymi faktami z poprzedniego życia, lecz jasną motywacją działań, jest i tak najmniej tajemniczą postacią. O Sigrid, żonie Sildura, najistotniejsze co wiemy i co określa ją najpełniej, to jej upodobanie do szampana. Ach, ten szampan! Wprost wylewa się z kart powieści, przejrzysty, szumiący bąbelkami, nalewany do oszronionych kieliszków wypełnionych kostkami lodu. Czy może być coś lepszego na upał niż taki schłodzony szampan? No dobrze, może zimne piwo, ale gdzież mu tam się równać wyrafinowaniem z szampanem!

O jedenastej otworzyła butelkę veuve-clicquot. Pierwsze łyki napełniły mnie paraliżującą rozkoszą. Należało nic nie mówić i zamknąć oczy; całym swym jestestwem chłonąć tę rozkosz. [...] Jest taki moment między piętnastym a szesnastym łykiem szampana, kiedy każdy czuje się arystokratą. Moment ten uchodzi uwagi gatunku ludzkiego z przyziemnej przyczyny: ludziom tak spieszno osiągnąć szczyt upojenia, że przegapiają ów subtelny etap, w którym jest im dane dostąpić szlachectwa.