Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 28 lipca 2007
Wreszcie!

Aż się boję pisać, tak mi dziś dobrze! :) Przede mną tydzień na Mazurach ze znajomymi, z książkami i filmami. Z kartami i piwem. :) A jak pogoda dopisze, to oczywiście też ze słońcem i jeziorem, chociaż raczej bez maniakalnego opalania. Wszystko już spakowane, siedzę i czekam na Artura, po drodze kupimy jeszcze piwko na drogę. :) Chyba mało wymagam od życia, ale po tym wariactwie ostatnich miesięcy, naprawdę wiele mi nie trzeba. O Nesce aż nie chcę pisać, żeby nie zapeszyć (a przecież nie jestem przesądna!) - w każdym razie jest wesoła, ma apetyt, karmię ją odpowiednią pastą i jedzonkiem, a weterynarz, na którego ostatnio trafiłam, bardzo mnie uspokoił, wydaje się kompetentny i wiarygodny. Mocz do kontroli dopiero we wrześniu i generalnie żadnej paniki. :) Jadę się relaksować. :)

piątek, 27 lipca 2007
Borat

 "Borat", 2006, reż. Larry Charles

Nie wiem, co o tym filmie myśleć. Rozśmieszył mnie parę razy, ale nie na tyle, by go z czystym sumieniem nazwać dobrą komedią. W jakiej części był to eksperyment naturalny, a w jakiej rzecz wyreżyserowana - też do końca nie wiem. Nawet jeśli przyjąć, że fałszywy Borat rzeczywiście nabiera ludzi, to co uświadamia? Jakoś nie widzę tego, o czym tyle się naczytałam - obnażenia hipokryzji Ameryki, ksenofobii i zaściankowości Amerykanów. Odpowiednio manipulując faktami, zmontować można dowolny paszkwil. Co tak naprawdę "Borat" udowadnia? Absolutnie nic, poza tym, że istnieje na świecie nietolerancja i nienawiść przykrywana hasłami sprawiedliwości społecznej. Tacy ludzie żyją wszędzie. W Polsce nie od dziś aktywnie przekonuje nas o tym LPR. :) Zresztą tak jednoznacznych scen nie ma aż tak dużo. Wprawdzie Borat w sklepie z bronią pyta o najlepszy pistolet do zabicia Żyda, a sprzedawca podaje mu broń, nie komentując tej wypowiedzi, ale czy to automatycznie ma świadczyć o antysemityzmie sprzedawcy? Absolutnie nie! Co najwyżej o niechęci do wdawania się w dyskusję z dziwakiem - bo po co? Broni i tak Boratowi by nie sprzedał, bo ten nie jest obywatelem amerykańskim. Poza tym Borat zachowuje się, delikatnie mówiąc, nietypowo. Trudno dziwić się ludziom, że się do niego nie garną, wypraszają z hotelu, ze studia, z domu. To, że podaje się akurat za Kazacha, nie ma w tej sytuacji wielkiego znaczenia. Nie bardzo czuję po prostu co też Sacha Baron Cohen chciał osiągnąć. Bo jeśli to faktycznie miała być satyra na Amerykę, to bardzo tendencyjna, mało subtelna i mocno naciągana. Jeśli miała to być komedia, to w sumie dość prymitywna. Jeśli swoisty eksperyment, to mało wyrafinowany i odtwórczy (ukrytą kamerę wymyślono już dość dawno). Koniec końców bynajmniej nie dziwi mnie reakcja władz Kazachstanu - ciekawe co my, teraz tacy skorzy do śmiechu z "Borata", byśmy powiedzieli, gdyby Cohen wziął na warsztat Polskę. Coś mi się zdaje, że nie doszłoby nawet do dystrybucji filmu. :) Ile byłoby gadania i świętego oburzenia! Że twórcy zafałszowują wizerunek naszego kraju, że to szkodliwe i niegodne, że powiela się negatywne stereotypy etc. Łatwo nam śmiać się z Kazachów, że nie pojęli przewrotnej satyry. Gdyby to dotyczyło nas, o satyrze nie byłoby mowy. Z siebie śmiać się nie potrafimy.

23:07, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 lipca 2007
Bloody Mary wg Topora

"Popijałem właśnie Bloody Mary przyrządzoną według mojej ulubionej receptury (cztery czwarte wódki i dwie krople soku pomidorowego) [...]"

Roland Topor "Po angielsku", w: "Najpiękniejsza para piersi na świecie"

piątek, 20 lipca 2007
Hot Fuzz - ostre psy

 "Hot Fuzz", 2007, reż. Edgar Wright

Wanna know my opinion? Well, here it is. :) First of all it was the hell of a pleasure to listen to that lovely English accent. :)

A konkretniej - niezła rozrywka na piątkowy wieczór. :) Z tym, że wszystkie peany na cześć tego filmu, jakie wygłaszają np. "tetrycy" Esensji biorę w nawias, bo - the way I see it - bez brawurowej roli Simona Pegga nie byłoby tego filmu. To on nadaje swojej postaci wszystko to, o co toczy się gra: bezkompromisowość, fully professional look, absolutne oddanie służbie, graniczące z nadgorliwością. Jest do tego stopnia przekonujący, że przez cały film nie opuszczało mnie życzenie, by tacy policjanci służyli u nas. :) Sama fabuła to nic aż tak przewrotnego - "rada starszych" zrzeszonych w imię "wyższych racji" i ukrywających prawdę przed gawiedzią to żadna nowość, a jako as z rękawa zaskakiwała bardziej choćby w "Osadzie" Shyamalana. Humor - niezły, ale prowokujący raczej do uśmiechnięcia się pod nosem niż do wybuchów śmiechu. Końcowe sceny strzelanek-pościgów trochę przydługie, mimo świadomości parodystycznej ich wymowy. Dla mnie number one to Simon Pegg; bez niego ten film byłby tylko kolejną przeciętną komedyjką.

21:03, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Jak zwykle - filmy, filmy, filmy :)

No, to będzie hurtowo. :) Ostatni tydzień poświęciłam na oglądanie, zaniedbując pisanie.

 "Opowiadanie", 2001, reż. Todd Solondz

Drugi, po "Happiness", obejrzany przeze mnie film Solondza. Niezły. Solondz znów drąży pod powierzchnią normalności, wydobywa bezlitośnie wszelkie dziwactwa, ukrywane wstydliwie problemy, chociaż - tak samo jak w "Happiness" - robi to ze sporą dozą ironicznego humoru, a przede wszystkim bez patosu, ckliwości i moralizowania. Ten film, szczególnie druga nowelka - "Fakty" to dekonstrukcja schematów. Solondz coś pokazuje, prowadzi za rękę i wpuszcza na dobrze znane tereny, żeby potem nagle wytrącić nas z błogiego poczucia zakorzenienia w tym, co oczywiste. Scooby, którego na początku poznajemy jako apatycznego, pozbawionego ambicji nastolatka, mamroczącego pod nosem, że nie lubi czytać, okazuje się w gruncie rzeczy chyba najsympatyczniejszą postacią w tym filmie, bo przynajmniej szczerą. Scooby ma jedno marzenie - stworzyć w TV swój własny talk show, ale na pytanie szkolnego pedagoga, jak zamierza to osiągnąć przy swojej niechęci do dalszej nauki, chłopak odpowiada z rozbrajającą szczerością, że po prostu poszuka dojść. :) Jasne, to żałosne i smutne, gdy młodzi ludzi w ten sposób patrzą na życie, ale czy lepszy jest mały yuppie, najmłodszy syn Livingstone'ów, wygłaszający zawdolonym z siebie tonem pod adresem ich gosposi rady w stylu "powinnaś się częściej uśmiechać, masz świetną pracę, Consuelo"? Nie ma w nim ani krzty współczucia, wszystko jest dla niego czarne albo białe, znaczenie mają tylko te rzeczy, które kręcą się wokół niego. W tym świecie beznadziei i pozorów przegrywają wszyscy - ci zdesperowani zabijają, ci pozbawieni skrupułów giną, a Scooby ostatecznie traci wiarę w swoje marzenie i w ludzi, gdy na pokazie ukończonego dokumentu widzi ich, naśmiewających się z jego naiwnych, niezbyt sprawnych językowo wypowiedzi.

 "Nigdzie w Afryce", 2001, reż. Caroline Link

To nie niespieszny rytm narracji (na co wskazuje Mossakowski jako na potencjalny defekt dla niektórych) tak razi mnie w tym filmie, tylko zbyt grubą kreską znaczone rozwiązania fabularne, za łatwe, zbyt przewidywalne, zbyt toporne wręcz. Niektóre sceny są jak przesłodzone obrazki z filmów familijnych - oto mała Regina czyta czarnym rówieśnikom bajkę o Jasiu i Małgosi, a potem mamy scenkę rozkosznej zabawy małych Kenijczyków, przebranych za poszczególnych bohaterów tej opowiastki - jakież to wzruszające! Przerysowana jest konfrontacyjna postawa Jettel, niechętnej pozostawaniu w Kenii, zbyt uwypuklona wyniosłość w stosunku do Owuora, wprost skierowująca naszą uwagę na podobieństwo do traktowania Żydów przez nazistów, za wiele tu oczywistości w dialogach (np. wygłaszane komunały o pięknie różnic międzykulturowych) etc. W epickości tego filmu gubią się ważne detale, które powinny przekonywać widza do bohaterów i ich losów. Tutaj wszystkie trzy główne postacie to pionki, odgrywające potulnie swoje role. Nie ma dramatyzmu, nawet w scenach kłótni małżonków, bo te kłótnie to znów kalki wszystkich przeszłych i przyszłych małżeńskich niesnasek, bez grama oryginalności, indywidualnego rysu. Zmęczył mnie ten seans okrutnie, film długi i nieangażujący, Oscar kompletnie nie do pojęcia.

 "Ziemia niczyja", 2001, reż. Danis Tanović

Świetne kino. "No Man's Land" to znakomity dowód na to, że kino poruszające ważne tematy, skromne inscenizacyjnie nie musi być nudne i przebierać się w artystowskie łaszki. Ten film od początku do końca trzyma w napięciu, a przy tym autentycznie, choć nienachalnie bawi! Dramat wojny pokazany trochę w stylu "Full Metal Jacket" Kubricka - przez pryzmat dramatu jednostek; to zaledwie wycinek obrazu całościowego. Poprzez koncentrację na wybranej (kuriozalnej) sytuacji, Tanoviciowi udaje się wyłapać wiele absurdów i zakpić z paru schematów. Świetnie (w stylu "Miasta gniewu") pokazuje też niemożność wzajemnego porozumienia między ludźmi i nakręcanie się spirali niechęci, prowadzącej do kolejnych, coraz groźniejszych w skutkach napięć. Serb i Bośniak, stojący po przeciwnych stronach konfliktu, gdyby spotkali się w czasach pokoju, mogliby się zaprzyjaźnić. Tutaj - wszelka, nawet chwilowa, utrata czujności, jest natychmiast wykorzystywana do uzyskania przewagi. I, mimo że czasem mężczyźni gawędzą niemal jak starzy znajomi, cały czas mają świadomość, że oficjalnie są wrogami i to właśnie ta oficjalna sytuacja determinuje ostatecznie ich zachowanie. Dziennikarka, chociaż pomaga sierżantowi w próbie ratowania żołnierzy, ani na chwilę nie przestaje być typową dziennikarką, żądną sensacji i jak najlepszych ujęć. Chociaż pewnie zależy jej na uratowaniu mężczyzn, rzuca się na nich z mikrofonem i prośbą o wywiad, a gdy - co tu się dziwić - obaj traktują ją dość obcesowo, kwituje pogardliwie: "bałkański barbarzyńca". Najwięcej jednak dostało się chyba siłom międzynarodowym, które jawią się tutaj jako dekoracyjne pajacyki, pociągane za sznurki przez znudzonych przywódców, których ulubionym zajęciem jest uczestnictwo w szkoleniach ze zdolności interpersonalnych. :)

20:46, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
piątek, 13 lipca 2007
"Tsotsi" i "Sophie Scholl"

 "Tsotsi", 2005, reż. Gavin Hood

"Tsotsi" nie nudził mnie podczas projekcji ani trochę. Wręcz przeciwnie - fascynował całą egzotyczną otoczką, tętniącą w tle muzyką, wibrującym tempem. To było przyjemne doznanie. Nie nudziła też historia. Natomiast określenie z okładki - "przełomowy film" (Variety) - to jednak przesada. Jaki on tam przełomowy! Kolejna produkcja o zbawiennym wpływie dziecka na dorosłego, tyle że dziecko młodsze niż zazwyczaj. Po seansie nie pozostały we mnie żadne wrażenia. Widziałam, dobrze mi się oglądało i to wszystko. Nie znam całej konkurencji "Tsotsi" w kategorii "Najlepszy film zagraniczny", więc trudno mi powiedzieć czy Oscar trafił po prostu do propozycji najlepszej z nominowanych. Ciekawym doświadczeniem było oglądanie filmu, w którym występują prawie sami czarni aktorzy. Nabrałam ochoty na lekturę "Hebanu" Kapuścińskiego. :)

 "Sophie Scholl", 2005, reż. Marc Rothemund

Już kilkakrotnie pisałam o problemie z recenzowaniem historii, opartych w całości na prawdziwych wydarzeniach, zwłaszcza tych o tragicznym finale. O "Sophie Scholl" właściwie nie mam odwagi pisać. Nie wiem co, nie wiem jak. To zapis kilku dni, ostatnich dni (jak głosi zresztą nieprzetłumaczony oficjalnie przez dystrybutora podtytuł) z życia Sophie Scholl. Dni odtworzonych z dużą precyzją na podstawie protokołów z przesłuchań i wywiadów z przyjaciółmi, możemy więc wierzyć, że wszystko istotnie z dużym prawdopodobieństwem tak właśnie wyglądało. Poraża tempo, w jakim cała akcja została przeprowadzona. Jednego dnia Sophie jest wesołą młodą dziewczyną, studentką monachijskiego uniwersytetu, roześmiana słucha z przyjaciółką radia, a już kilka dni później nie żyje, skazana za rozrzucenie na uczelni ulotek. Przy całej wiedzy historycznej i znajomości mechanizmów dyktatury i absolutyzmu, ciężko pojąć ten dramat.

10:14, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 lipca 2007
Kawka, herbatka... kelnereczka

W moim biurze większość stanowią mężczyźni. Kobiet jest łącznie ze mną 5 na 21 mężczyzn. Nie ma osoby, której obowiązkiem jest obsługa gości pod kątem zaopatrywania ich w napoje wszelakie (aczkolwiek niektórzy roili sobie na samym początku, że taką osobą powinnam być ja, co jednak szybko wybiłam im z głowy, zresztą zgodnie z tym, co sam szef mi kiedyś zakomunikował - "każdy będzie obsługiwał swoich gości sam"). Trochę szkoda, bo ruch coraz większy, potrzeby w tym zakresie coraz bardziej palące i jestem w stanie zrozumieć moich współpracowników, gdy narzekają na konieczność samoobsługi. Napomykałam o tym zresztą szefowi, mówiłam o zalegających w salach konferencyjnych brudnych filiżankach, których nikomu nie chce się odnosić do kuchni, o braku koordynacji spotkań i opieki nad gośćmi, ale szef twierdzi, że "jakoś to będzie". I rzeczywiście - jakoś jest z naciskiem na "jakoś". A jak konkretnie? Choćby tak, że gdy w spotkaniu bierze udział jakaś kobieta, to ona jest wysyłana po kawkę i herbatkę dla gości. B. usłyszała nawet od swojego kolegi tego rodzaju tłumaczenie: "No wiesz, przecież ja tam nie wejdę serwować im kawę, jak by to wyglądało. A kobieta to jakoś tak naturalnie..." Strzelić od razu w pysk czy wdać się jednak w dyskusję? ;) Czyli niby każdy troszczy się o swoich gości sam, ale kobiety bardziej. Stara sprawdzona orwellowska zasada. To również a propos dyskusji, jaką toczyłam niedawno z moim kolegą z biura, który twierdził, że męski szowinizm i nierówność płciowa to pieśń przeszłości i co najwyżej pojedyncze odosobnione przypadki.

Uzak

 "Uzak", 2002, reż. Nuri Bilge Ceylan

To było straszne. ;) Chyba równie straszne jak oglądanie "Warszawy". Zresztą do "Warszawy" nieco podobne. Tu też prowincjusz przyjeżdża do stolicy (Stambułu) w poszukiwaniu lepszego życia i też, jak bohaterowie "Warszawy", snuje się bez celu i rozgląda dookoła, a na jego twarzy maluje się wyraz doskonałej bezmyślności. Na forum określenia tego filmu to m.in.: piękny, uroczy, genialny, cudowny. Wiem, de gustibus etc., ale w tym przypadku naprawdę nie jestem tego w stanie pojąć. Przecież "Uzak" to nawet nie film, tylko jakiś nieporadnie zmontowany filmowy materiał! Przedłużające się w nieskończość sceny, np. bohaterowie oglądający telewizję. Ileż razy i jak długo można patrzeć na coś takiego?! Ile razy można oglądać jak bohater włóczy się po mieście, patrzy w dal, siedzi zamyślony albo spaceruje po nabrzeżu! Czy nudę i poczucie bezsensu egzystencji trzeba koniecznie pokazywać w sposób nudny i bezsensowny? Toż to najbanalniejszy i najmniej wyrafinowany z środków wyrazu! To ma być artyzm i wysmakowanie? Dla mnie król jest nagi i to raczej nieporadność i brak koncepcji. Oderwane, niesklecone w fabularną całość epizody, sporadyczna wymiana zdań, odkrywająca jakże doniosłą prawdę o konflikcie tubylcy-przybysze i - na poziomie indywidualnym - o narastającej irytacji gospodarza, związanej z zawłaszczaniem życiowej przestrzeni przez przymusowego gościa. I do tego trzeba było 110 minut nudy? A wystarczyłby krótki metraż. Jedyny plus to ładne zdjęcia - np. ujęcie statku ponad dachami albo ławeczka na promenadzie.

10:06, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 lipca 2007
"Lokator" i "Sekretarka"

Weekend filmowy. Ponagrywałam trochę z TV, wzięłam trochę z osiedlowej wypożyczalni, piję piwko i oglądam. :) Za oknem pogoda niespecjalnie sprzyja spacerom, ale ja to lubię, bo dzięki temu nie muszę się tłumaczyć dookoła z faktu, że zamiast iść się przewietrzyć, siedzę w domu. :) Dlatego m.in. lubię jesień i zimę - mogę rozgrzeszona "siedzieć w domu" i oglądać filmy albo czytać.

 "Lokator", 1976, reż. Roman Polański

Po genialnym "Dziecku Rosemary" i dobrym, choć jak na mój gust, trochę zbyt anachronicznym "Wstręcie", "Lokator" mnie zawiódł. Z jednej strony to może być kwestia trudnej przekładalności na język kina literackiego pierwowzoru, bo "Chimeryczny lokator" Topora to kawałek kompletnej i dopracowanej we wszystkich szczegółach wizji. Ciężko na filmową konwencję przełożyć to, co stanowiło atut prozy Topora: specyficzne stonowane poczucie humoru, niedefiniowalność obaw głównego bohatera, paranoję podszytą demonicznym śmiechem. To wszystko świetnie działa na wyobraźnię i nie do końca zostało uchwycone w filmie. Wygrywają chyba ci, którzy "Chimerycznego lokatora" po prostu nie czytali. Znając tę historię, mając w pamięci zaskakujące zakończenie, film Polańskiego nie poruszył mnie. Niestety nie mogę powiedzieć, że to reguła, bo pisałam w superlatywach o "Pachnidle", którego ekranizacja mogła wydawać się "mission impossible", a udała się znakomicie i - też znając oryginalne dzieło - oglądałam film w napięciu. Przykro mi, ale tym razem Roman Wielki mnie nie zachwycił.

Osobną sprawą jest reżyserski zamysł. Z powieści niewiele już pamiętam, ale bez względu na intencje Topora, Polański znów grzebie w ludzkiej psychice, nie dając jednoznacznej odpowiedzi i pozostawiając widzom pole do interpretacji jak w "Dziecku Rosemary". Każdy może sobie dowolnie wyjaśniać przypadek Trelkovskiego. Współmieszkańcy z premedytacją doprowadzili go do samobójstwa czy tylko to sobie uroił, a choroba postępowała, układając się w całkiem przekonujący obraz schizofrenii paranoidalnej? "Lokator" nie jest tak perfekcyjnie dwuznaczny jak "Dziecko Rosemary", gdzie każdą scenę, każdy epizod można wyjaśnić na gruncie racjonalnym, choćby i rzadkim zbiegiem okoliczności (co się przecież zdarza). W "Lokatorze" nie da się nie zauważyć dziwaczności zachowań mieszkańców kamienicy, przesadnej surowości w respektowaniu reguł współistnienia i zaciętości, z jaką dyscyplinują Trelkovskiego. Z drugiej strony Trelkovski ewidentnie miewa przywidzenia i doszukuje się spisku tam, gdzie go nie ma. W każdym razie to już było w "Dziecku Rosemary" i to z o wiele lepszym efektem.

 "Sekretarka", 2002, reż. Steven Shainberg

Film polecany przez właściciela wypożyczalni, zapewniającego, że "to się pani na pewno spodoba". Pudło. Cóż, fakt, że rozumiem intencje twórców i zgadzam się z generalną ideą, nie oznacza, że akceptuję wykonanie. Film, który mnie znużył i o którym mogę powiedzieć zasłyszane gdzieś stwierdzenie: "Dla mądrych za głupi, dla głupich za mądry". Bohaterowie to nieprzystosowani, zagubieni, skrzętnie skrywający swoje nietypowe seksualne upodobania samotnicy. Niepotrafiący się otworzyć, zbliżyć do siebie, choć tego zbliżenia pragnący. Przekraczający granice, napierający na tamy, których zerwania jednocześnie się boją. Itd., itp. I co z tego? Dziwaczność realizacji, parę kontrowersyjnych pomysłów to jednak za mało. Albo za dużo, przynajmniej dla mnie, bo nagromadzenie surrealizmu przy jednoczesnym zachowaniu pozorów realizmu wywoływalo dysonans i sprawiało, że całość wydała mi się mało wiarygodna, przekombinowana. Trudny związek, przełamywanie barier i zbliżanie się do siebie pomimo wszystko bardziej sugestywnie ukazują "Księżniczka i wojownik" albo "Czekając na wyrok". Może nie są tak awangardowe, ale żeby mnie zachwycić, nie trzeba na siłę szokować. A jeśli już mowa o dewiacjach seksualnych to zdecydowanie wolę głębszą, intensywniejszą i mroczniejszą "Pianistkę". I nie oszukujmy się, że "Sekretarka" obala jakieś tabu, że stanowi jakiś kamień milowy. Tę tematykę poruszał już Bunuel w "Piękności dnia", zresztą, jak dla mnie, równie nieprzekonująco i beznamiętnie.

16:11, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lipca 2007
Madagaskar

 "Madagaskar", 2005

Lubię współczesne animacje. Uratowały dla mnie namiastkę dzieciństwa. Potrafią mnie zainteresować, rozbawić i wzruszyć. Mogłabym tu oczywiście przywołać "Shreka", pisząc o ozdrowieńczej sile, jaką tchnął w skostniały gatunek, ale to nie do końca prawda. "Shreka" wprawdzie uwielbiam, ale lubię też "Toy Story" z 1995, czyli film, który powstał, gdy o "Shreku" nikomu się jeszcze nie śniło. Jeśli więc nawet cenię pomysłowy eklektyzm "Shreka", to podobają mi się także spokojniejsze, bardziej tradycyjne animacje, o ile nie odurzają lwią (nomen omen ;)) dawką dydaktyzmu i mdłej ckliwości jak to jest w przypadku "Króla Lwa", który mnie serdecznie znudził i wymęczył, atakując zewsząd patosem i dosłownością. Poza tym mam alergię na obowiązkowe do niedawna w animacjach Disneya piosneczki towarzyszące fabule i przez bohaterów średnio co 10 minut sumiennie odśpiewywane. Muzyka ma stanowić tło, ilustrację wydarzeń, a nie być wydarzeniem samym w sobie, zawłaszczającym część filmu. Jak dobrze dobrać muzykę do obrazu widać na przykładzie "Shreka" (do dziś utwór The Proclaimers i słowa "I'm on my way from misery to happiness today" kojarzą mi się jednoznacznie :)). Natomiast jeśli piosenki mają być wkomponowane w fabułę, to tylko te z biglem, jak właśnie "Wyginam śmiało ciało" (cały czas to podśpiewuję :)).

"Madagaskar" nie jest może arcydziełem gatunku, ale rozśmieszył mnie tak, jak powinien. Dobre są pingwiny, szczególnie w scenie na statku, gdy policzkują kapitana. :) Bezkonkurencyjny jest król Julian i tutaj ogromną pracę wykonał Jarosław Boberek, bo w jego dubbingu ta postać jeszcze zyskuje. Dla porównania obejrzałam kawałek wersji angielskiej i jednak Boberek rządzi. :D Jak dla mnie nie ustępuje kreacji Stuhra w "Shreku". Król Julian wysuwa się chyba na czoło mojego prywatnego rankingu ulubionych kreskówkowych postaci.

11:12, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2