Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
wtorek, 22 lipca 2008
Urlopowo

Trzeci dzień mojego urlopu. Na pogodę nie można narzekać. Wprawdzie wczoraj padało cały dzień, ale aura znamionowała poprawę i dziś już było na tyle ciepło, że przedpołudnie spędziłam na pomoście, a nawet wykąpałam się w jeziorze. Prognozy są optymistyczne - ma być słonecznie i upalnie do pierwszych dni sierpnia. Oby. Zrekompensuje mi to kompletnie nieudany urlop zeszłoroczny, gdy przez bity tydzień lało i wiało. Bity tydzień mojego urlopu, dodajmy.

Wszystko jest dobrze. Kończę 2. tom trylogii o Mistrzu Zagadek Patricii McKillip, piję piwo albo przyrządzam sobie Pina Coladę. Czasem jakieś odległe odbicie moich stanów depresyjnych da o sobie znać, ale staram się mu nie ulegać. To zresztą sprawy namacalne, np. wczorajszy telefon od mojego ojca. Nie poznałam jego głosu. Zadzwonił z okazji moich 34. urodzin. Rozmawialiśmy kilkanaście minut chyba, ale nie pamiętam już o czym. Próbowałam rozpaczliwie udawać, że jeszcze mamy ze sobą cokolwiek wspólnego, ale chyba zbyt się od siebie oddaliliśmy. Jego świat już zupełnie nie jest moim światem. Nie rozumiem tego, co mówi, jak mówi. Ten telefon, zamiast mnie ucieszyć, zdołował mnie. Cały czas tkwi we mnie i nie bardzo potrafię sobie z tym poradzić. Przeraża mnie obcość, którą czuję. Nie umiem nawet martwić się o ojca z powodu jego stanu zdrowia. A może inaczej - może po prostu nie pozwalam sobie na zbliżenie się do niego, na to, aby mnie znów zaczęło cokolwiek obchodzić, bo nie chcę rozdarcia mojego świata, nie chcę znów wszystkiego burzyć i budować od nowa. Nie mam na to psychicznej siły.

Z innej beczki. Jestem tu z A. i ze znajomymi z dziećmi - chłopczyk 3 lata i 8-miesięczna dziewczynka. Patrzę na koleżanki i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że własnych dzieci mieć nie chcę. Ja robię teraz to, na co akurat mam ochotę, mogę powiedzieć, że rzeczywiście wypoczywam. One - od rana do wieczora przywiązane do swoich dzieci. Kupka, zupka, myju-myju, przez cały czas maksymalnie napięta uwaga, żeby dziecko nie odbiegło za daleko, żeby sobie czegoś nie zrobiło, żeby zająć je czymś, bo inaczej się nudzi. A to przygotowywanie posiłku, a to karmienie, a to kąpanie, a to podcieranie tyłka (ew. zmienianie pieluchy), a to bujanie na rękach, a to chociażby obserwowanie. Zero czasu dla siebie. Przy tym ich mężowie cieszą się wolnym czasem, chodzą na ryby, jeżdżą na rowerach, piją piwo. To one dźwigają na barkach cały ciężar opieki nad ich wspólnymi przecież dziećmi. W to się nie wtrącam - to ich prywatny wybór, ich poczucie misji. Tyle że mnie to nie bawi. Absolutnie nie mam ochoty poświęcać kilku moich lat życia na pozostawanie w ciągłym alercie, na bezwarunkową opiekę, na rezygnację z siebie. Myślę, że przez to rozpadnie się mój związek. Ale może to i lepiej... 

wtorek, 15 lipca 2008
Wściekły Byk

 "Wściekły byk", 1980, reż. Martin Scorsese

Przy całym moim uwielbieniu dla filmowych biografii, sentymencie dla De Niro i sympatii dla Scorsese, muszę wyznać, że ten otaczany czcią film po prostu mnie znudził. Oczywiście De Niro w roli Jake'a "Wściekłego Byka" La Motty jest świetny, dziegciu dodaje charakterystyczny Pesci, ale mogłabym zaryzykować twierdzenie, że bez nich ten film byłby po prostu nieudany, że tylko oni ratują ten przeciętnie w sumie wyreżyserowany obraz. Przede wszystkim obserwując spory kawałek życia La Motty, nie czułam ciągłości, nie wychwytywałam powiązań między poszczególnymi zdarzeniami (powiązań psychologicznych). Przeszkadzał mi archaiczny styl filmowania, zauważałam zbędność niektórych scen, drażniła mnie sztuczność pewnych ujęć. Właściwie tylko w końcówce, gdy La Motta stacza się coraz niżej i niszczy sam siebie, odczułam cały tragizm jego sytuacji. Ten pęd ku autodestrukcji, ta psychiczna skaza wbrew talentowi, wbrew szansom oferowanym przez życie, jest czymś niesłychanie smutnym. Przekreśla wszelkie okazje i sposobności. Ludzie zwichnięci emocjonalnie, ludzie jako cmentarzyska pogrzebanych szans i zmarnowanych talentów, obdarowani zarodkami wspaniałych możliwości i wykorzystujący je ledwie w ułamku, blokowani przez mroczną część swojej osobowości. Ja ich rozumiem...

12:17, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
Dziki Zachód a la Leone

 

Zawsze twierdziłam, że nie lubię westernów. Coś drgnęło, kiedy zachwyciłam się "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", ale to ponoć western niestandardowy. Potem przyszła pora na kolejne dzieła Leone - "Za garść dolarów" oraz "Dobry, zły i brzydki". I muszę przyznać, że uzależniłam się od Dzikiego Zachodu a la Leone. Od charyzmatycznych, milczących lub wręcz przeciwnie - do przesady rozgadanych bohaterów, od muzyki Ennio Morricone, splecionej nierozerwalnie z obrazem, od panoramicznych ujęć i epickiego rysu opowieści. Od anonimowego małomównego przybysza znikąd, prowadzącego podwójną grę i lawirującego między lufami wymierzonych w niego pistoletów dwóch konkurencyjnych gangów. Bezimienny w pierwszej części trylogii dolarowej i Blondie w "Dobrym, złym i brzydkim" sprytnie wodzą za nosy bandytów i degeneratów, sprawnie grają na ich wzajemnych animozjach i obsesjach, by w końcu wygrać dla siebie ową "garść dolarów" i ujść z życiem, co wcale nie wydaje się takie łatwe, bowiem główny bohater w filmach Leone nie jest bynajmniej herosem, przyjmującym bez uszczerbku na zdrowiu wszystkie ciosy. Mimo wszystko jest człowiekiem, tak samo jak inni śmiertelnicy wrażliwym na ból i podatnym na zranienie; wygrywa dzięki sprytowi, inteligencji, doświadczeniu i łutowi szczęścia.

Czyżbym mogła już powiedzieć, że lubię westerny? Na pewno polubiłam wizje Leone i chciałabym zobaczyć wszystko, co nakręcił.

09:07, aniaposz , Kino
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 lipca 2008
Back to normal (nearly)

Powoli wracam do pionu. Nagłe wtargnięcie obcej półdzikiej kotki do mojego życia zburzyło równowagę na kilka dni, ale teraz przyzwyczajam się już do myśli o jej obecności. Nie, nie na stałe. Na pewno nie mogę jej umieścić u siebie z powodu tej agresji wobec moich kotów, ale czuję, że zrobiłam to, co powinnam. Wczoraj podczas zabiegu okazało się, że koteczka była w początkowej fazie ciąży - 5 płodów. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym wróciła po urlopie w sierpniu i zamiast jedną koteczką, musiałabym się zająć całą szóstką, częściowo pewnie chorą na koci katar, a może wykańczaną w szybkim tempie przez panleukopenię. :( Kotka śpi teraz obok mnie na służbowym biurku. :) W całej tej sytuacji bardzo ważne jest to, że moje koty mimo wszystko reagują dość dobrze na jej obecność w domu (przez parę dni po sterylce muszę ją przetrzymać u siebie, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku) - przede wszystkim neurotyczna Nesca zachowuje się bardzo spokojnie i nie w porównaniu ze schizą, jaką prezentowała po wzięciu Ramzesa dwa lata temu. Dobre samopoczucie moich rezydentów to dla mnie ogromnie ważna rzecz podczas całej tej akcji. Gdyby Nesca buczała, chowała się po kątach i uciekała przede mną, szczerze -  nie wiem czy zdecydowałabym się dalej tą kotką zajmować. :(

Wraca nadzieja na niezły urlop. :) Dziś jadę odebrać ze sklepu zamówiony odtwarzacz mp3 (4GB) i przygotuję sobie pakiecik nagrań do słuchania nad jeziorem. ;) Po powrocie do domu walnę sobie chyba piwko. :)

środa, 09 lipca 2008
"Życie i cała reszta"

Znów mam doła, tylko tym razem jego źródło jest całkiem realne i nie da się tego sprowadzić do wyimaginowanych problemów. Wszystko spadło na mnie naraz - mandat do zapłacenia (całkiem spory przecież), w pracy przeprowadzka z biura do biura, na dodatek jeszcze przed moim urlopem, no i zajęłam się kotką spod bloku. Nie jest tak naprawdę dzika, podbiega do ludzi, domaga się głaskania, rezyduje pod zaparkowanymi przed klatką samochodami. Bałam się, że wreszcie trafi na jakiegoś zwyrodnialca, który wykorzysta tę jej ufność. Sąsiedzi mówią, że pojawiła się na osiedlu w czerwcu, chuda i wynędzniała, teraz wygląda już lepiej. W sobotę zabrałam ją do domu, ale pogoniła mojego Ramzesa, smoczyca jedna. ;) Ja absolutnie nie mam warunków lokalowych, żeby odizolować moje koty na czas oswajania nowej. Dwa pokoje, maleńka łazienka, otwarta kuchnia. I kompletny brak doświadczenia w takich akcjach. Nie mogę narażać Ramzesa i Neski. Kotkę trzymam teraz w domku na działce. Co dalej - nie mam pojęcia. Tak czy siak chcę ją zaszczepić i wysterylizować. Znów nieprzewidziane koszty. :( Urlop za półtora tygodnia też przecież nie jest za darmo. Wszystko naraz zwaliło mi się na łeb.

A poza tym... mam wrażenie, że nie umiem znaleźć się wśród ludzi. Nie umiem się wdzięczyć, nie umiem rozśmieszać, nie umiem prosić o pomoc, bo boję się ośmieszenia, zignorowania, upokarzającego braku odzewu. Nie potrafię się odkryć i pokazać, że potrzebuję wsparcia, bo obawiam się odrzucenia. Paradoksalnie lepiej odnajduję się w sytuacji, gdy to ja udzielam pomocy, niż wtedy, kiedy sama o nią powinnam poprosić.

Mam poczucie bezsilności, pustki dookoła. A jeszcze 3 tygodnie temu tryskałam optymizmem i z zapałem układałam plany na moje wakacje. Że słońce, jezioro, wycieczki do lasu, książki, filmy, gra w karty, śniadania na werandzie, wieczorne grillowanie ze znajomymi, piwko. Że wreszcie, od kilku dobrych lat, mój urlop będzie wolny od jakichkolwiek zmartwień, bo koty zdrowe i szczęśliwe... Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach.

sobota, 05 lipca 2008
Zakochany Szekspir

 "Zakochany Szekspir", 1998, reż. John Madden

Przypomniałam sobie wczoraj, po kilku latach, "Zakochanego Szekspira". I - szczerze - zupełnie nie rozumiem skrajnie krytycznych opinii. Że totalna pomyłka, knot itd. Komedii romantycznych raczej unikam, ale jeśli już coś na kształt owych, to właśnie w takim wydaniu. Bo to urocza mieszanka humoru, wzruszeń (prostych, zgoda) i porozrzucanych aluzji do sztuk Szekspira. Choćby wtedy, gdy Will leży na kozetce u swojego... hmm, psychoastrologa? i mówi "słowa, słowa, słowa". :)

Świetne aktorstwo i nie mam tu na myśli Paltrow; raczej role pomniejsze - Afflecka, Rusha, Firtha, Everetta, Wilkinsona, którego bohater pod wpływem sztuki przechodzi spektakularną przemianę - od prymitywnego wierzyciela po zaangażowanego aktora (ach, to przejmowanie się epizodzikiem scenicznym! ;)), a dla mnie bonus wyjątkowy - apoteoza teatru. :) I pochwała Szekspira jako dramaturga ponadczasowego (drugim takim jest dla mnie Molier). No i wszelkie drobiazgi historyczne, pomysłowo strawestowane - śmierć Marlowe'a, Ned Alleyn i jego trupa, John Webster jako straszny dzieciak. :D Ten film jest najeżony aluzjami i odwołaniami, tylko trzeba je wychwycić, a wówczas film zyskuje drugie dno i przestaje być jedynie kostiumowym błahym romansem. Zresztą takim też nie jest, głównie dzięki Fiennesowi, który swoją mimiką czyni cuda i uwiarygadnia najbardziej wyświechtane miłosne frazesy. :)

Śliczny wizualnie i dobry muzycznie, rewelacyjnie zagrany, pogodny, dopracowany w szczegółach film, który dla miłośników teatru musi być wyjątkową gratką. :) I jeszcze parę scen, przy których nie mogłam powstrzymać emocji - gdy jąkający się protegowany Henslowe'a staje przed publicznością, William spodziewa się katastrofy, a nasz narrator czysto i pięknie recytuje tekst. :) Jak to możliwe? "I don't know, it's a mystery". :) Albo gdy siedząca na widowni niania na padające ze sceny pytanie Julii "Where is my love?", krzyczy, szlochając: "Dead!". :)

Bardziej niż historia miłosna (też przecież ujmująca) ważne są dla mnie  w tym filmie wątki okołoteatralne. I, nawiązując do powtarzanego uparcie przez Henslowe'a komentarza do wszelkich cudów i fortunnych zrządzeń losu - "It's a mystery", mogłabym powiedzieć, że rozwiązaniem owej mystery jest the power of art. :) 

14:54, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 lipca 2008
Na ratunek kotom

Jest lato, czas beztroski, odpoczynku, zabawy. Jeśli komuś zepsuję humor tym wpisem, trudno, ale inaczej po prostu nie mogę. Bo bez świadomości pewnych rzeczy, bez wiedzy, nie da się pomóc. A może ktoś zechce...

http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=77732
http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=77628&start=0&postdays=0&postorder=asc&highlight

Tak właśnie wygląda ta osławiona kocia wolność. :/ Potrzebny jest każdy grosz, potrzebne są domy tymczasowe, ale w sezonie, tuż przed wakacjami, kiedy "opiekunowie" pozbywają się balastu, bardzo o nie trudno. Jedni stają na głowie, żeby zapobiec kocim nieszczęściom, umieraniu w bólu, z przeżartymi przez koci katar oczami lub w męczarniach panleukopenii, a inni beztrosko rozmnażają własne zwierzęta lub oddają do schroniska, bo "kot zasyczał" albo "drapał meble", uważając w dodatku, że postąpili szlachetnie, bo przecież nie wyrzucili na bruk, prawda? A co powiedzieć o właścicielach, którzy bez jednego mrugnięcia pozbywają się kota po 7 latach, bo... ma im się urodzić dziecko? Ręce opadają.

Ja wiem, że nie każdego stać na bycie tzw. domem tymczasowym (odchowanie kociąt, ewentualne leczenie, socjalizowanie, a potem szukanie domów stałych), to zresztą duża odpowiedzialność, trzeba się na to przygotować psychicznie, mieć warunki, rodzinę, która to zaakceptuje etc. Ja sama z powodu małego mieszkania, a przede wszystkim trudnego charakteru mojej Neski, brać kotów na tymczas nie mogę. Ale gorąco proszę w imieniu tych, którzy poświęcają cały swój wolny czas i energię na ratowanie cierpiących kotów, o finansowe wsparcie. Bez pieniędzy cała dobra wola świata na nic się niestety nie przyda. Naprawdę liczy się każda złotówka i nie jest to frazes - na forum zdarzyło się już tyle cudów. Są wątki, które przywracają wiarę w ludzi. O, choćby ten: http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=74436&highlight. Beczę za każdym razem, kiedy tam wchodzę. ;)

Forum uświadamia, niekiedy brutalnie, całą prawdę o kociej wolności. Bo te duże odpasione koty, które czasem widać na ulicach i skwerach, to wierzchołek góry lodowej. To są te, które miały szczęście, te które przeżyły. Reszta - umarła w cierpieniach, z głodu, zamarzła, zginęła pod kołami samochodów (niekedy umierając gdzieś na poboczu przez kilka dni), została zagryziona przez psy, zadręczona przez dzieci, otruta przez zwyrodnialców. Długa jeszcze droga do ograniczenia bezdomności zwierząt. Potrzebne są pieniądze na masowe sterylizacje, zmiany w prawie, przekonywanie właścicieli, by nie rozmnażali swoich zwierząt (to jest dopiero droga przez mękę!) - mnóstwo pracy! Ale póki co - ważny jest każdy gest, każdy maleńki przelew, który pomoże ratować kocie istnienia, a czasem - da szansę po prostu odejść w ciszy i spokoju, dzięki zastrzykowi z morbitalu i komuś, kto zatrzymał się, by sprawdzić czy ten kot na poboczu rzeczywiście zginął na miejscu, a nie umiera w bólu od kilku dni, mijany przez setki samochodów.

czwartek, 03 lipca 2008
Monsunowe wesele

 "Monsunowe wesele", 2001, reż. Mira Nair

Pierwszy od bardzo dawna film, który z czystym sumieniem mogę zaliczyć do ulubionych. Seans odkładałam kilka miesięcy, zawsze coś przeszkadzało, a może podświadomie obawiałam się, że - wbrew recenzjom i opiniom - będzie to jednak coś na kształt Bollywood? Z Bollywood oglądałam "Czasem słońce, czasem deszcz" i jakoś nie mam ochoty na więcej. Chociaż ma pewien urok ta radosna, niczym nieskrępowana pochwała indyjskości. :) Zresztą w "Monsunowym weselu" Mira Nair również nie odżegnuje się bynajmniej od hołdów składanych swojemu krajowi, jego kulturze, kultowi rodziny, tradycji i zbiorowości. Duchem kolektywizmu przesycony jest cały film. Ale bez wątpienia jest to wszystko o wiele bardziej kameralne, poprzetykane obiekcjami bohaterki i - mam wrażenie - jednak malowane większą ilością odcieni niż bollywoodzkie produkcje.

Ale nie będę oszukiwać - urzekł mnie też klimat Indii; moim wielkim marzeniem jest się tam kiedyś wybrać. :) Zauroczyło mnie niewiarygodnie harmonijne połączenie współczesności z tradycją i indyjską specyfiką. Hindusi, tak jak przedstawiła to Mira Nair, łączą stare i nowe w sposób absolutnie bezbolesny, niemal naturalny, fascynujący! Choćby taki drobiazg jak tradycyjne stroje noszone na co dzień. Zupełnie to niepodobne to ultranowoczesnej Japonii, gdzie kimona można zobaczyć już tylko podczas specjalnych uroczystości lub w teatrach. Przy tym wszystkim sama (dość prosta) fabuła, dla której punktem wyjścia jest ślub głównej bohaterki, dokonującej wyboru między żonatym kochankiem a wskazanym przez rodziców przyszłym mężem, schodzi na plan dalszy. Delektować się można wyłącznie klimatem opowieści oraz urodą poszczególnych sekwencji, a jest ich niemało, jak choćby tańce na weselu z oszałamiającą feerią barw strojów gości i tętniącą w uszach egzotyczną muzyką. Lub liryczna scena, podczas której organizator weselnego przyjęcia obserwuje zauroczony młodą śliczną służącą, przymierzającą przed lustrem biżuterię. Rzadko się zdarza, by statyczne ujęcia były tak wymowne i tak zajmujące. Urzekający seans. Uczta dla zmysłów. :)

21:41, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
Poezja brzmienia

Jestem właśnie w trakcie tłumaczenia na angielski CV mojego szefa (co za miglanc! Swoje własne CV powinien przetłumaczyć sam albo zapłacić stosownej firmie, jeśli sam nie daje rady!). Do przetłumaczenia są między innymi okresy zatrudnienia: od - do (miesiąc, rok). Przy tej okazji po raz kolejny stwierdzam, że polskie nazwy miesięcy brzmią pięknie, poetycko i oryginalnie. Chyba w większości języków indoeuropejskich są to wariacje angielskich January, February, March, April... itd. Nawet w języku rosyjskim, który jest językiem słowiańskim, a więc nam bliższym. A po polsku nazwy miesięcy nie tylko pieszczą ucho, ale też niosą określoną treść związaną z danym okresem w roku, np. kwiecień, sierpień, wrzesień. Tymczasem jest lipiec, a lipy już przekwitły. :( A tak cudnie pachniały jeszcze pod koniec czerwca...

środa, 02 lipca 2008
Jasny szlag!

Dzisiejszy wpis jest nader prozaiczny. Mandat!

Prawo jazdy mam od 13 lat i przez ten czas ani razu nie zapłaciłam mandatu. Może z raz byłam zatrzymana przez policję na "rutynową kontrolę", podczas której oblewały mnie zimne poty, chociaż byłam w porządku. Do pracy tą samą trasą jeżdżę od ponad dwóch lat. Zwykle raczej sensownie, jeśli chodzi o prędkość; nie lubię szaleńców gnających 150 km/h, czasem nawet nie dających szansy zjechania z lewego pasa, tylko wyprzedzających z prawej. Staram się jeździć zgodnie z przepisami, jestem przeczulona wręcz na punkcie włączania kierunkowskazów, patrzenia w lusterko, bezpiecznego wyprzedzania itd. Bezpieczny kierowca generalnie. greatI co? Ano, złapał mnie fotoradar na Hynka. 300 zł mandatu i 6 punktów karnych na koncie. conf I stoi jak byk - 100 km/h, przekroczenie dozwolonej prędkości o 40 km/h. Na zdjęciu - ja, nie wyprę się. Kurde, co ja mam teraz zrobić? 300 zł - kupa kasy! Aż mi się zimno robi, jak o tym pomyślę. A mama i A. śmieją się ze mnie i mówią, żem pirat drogowy. pirat A. jeszcze mówi, że powinnam to oblać, bo to mój pierwszy raz. ;)