Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
wtorek, 14 lipca 2009
Trochę inny Hugh Laurie

Znalezione przypadkiem w sieci. Jak ja lubię brytyjski humor!





16:18, aniaposz , Kino
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Kupić sobie kozę

Dziś jest dobrze. Nesca śpi właśnie na brzeżku mojej kanapy, Ramzes w drugim pokoju z mamą. Ja piję kefir (to zamiast żubrówki z sokiem jabłkowym) i przeglądam najnowsze wpisy na zaprzyjaźnionych blogach. Za oknem ciepły, chociaż nie za gorący, lekko zamglony dzień. Czuję spokój i wewnętrzną harmonię. Wszystko zdaje się być na właściwym miejscu. Nic niepokojącego się nie dzieje, a moje osobiste wymyślone strachy tkwią gdzieś w zakamarkach mojej głowy na tyle głęboko, że nie pamiętam nawet jak wyglądają. Czeka mnie dziś wizyta w wypożyczalni filmów, potem podjadę może do biblioteki (lubię jeździć do biblioteki, przyjemność sprawia mi sam rytuał - przekraczania jej progu, zwrotu książek, chodzenia między półkami, przyglądania się tytułom). Potem codzienna porcja ćwiczeń (dziś pogoda sprzyja, więc pewnie zdecyduję się na trochę większy wysiłek niż zwykle), może obejrzę Smak życia II, nagrany wczoraj z TV, może dokończę Miasto w zieleni i błękicie Anny Kańtoch (chociaż po prawdzie czyta mi się opornie; przykre zaskoczenie, zważywszy na nazwisko autorki). Albo pogram w Spyro, przechodząc kilka następnych etapów. Najważniejsze, że każda z tych czynności brzmi dla mnie obiecująco, nie będzie tylko aktem zabijania czasu i próbą zajęcia się czymkolwiek, bez entuzjazmu.

Wczoraj wyjechał od nas kot, którym opiekowałam się przez ostatnie dziesięć dni podczas urlopu właścicielki (muszę dobrze zagospodarować te zarobione 200 zł). Niezbyt uciążliwa to praca, ale jednak trzeba było uważać na reakcje Neski i Ramzesa, w razie czego interweniować, poza tym nie chciałam, by koty były pozostawione całkiem bez kontroli i np. zaczęły się intensywnie nawzajem wylizywać. Lepiej dmuchać na zimne. Więc jednak trzeba było trochę mniej zajmować się sobą, pamiętać o zamykaniu drzwi od pokoju, rozdzielać na czas jedzenia itd. Dzisiaj już luz. Czyli rabin miał świętą rację, doradzając kupno kozy, gdy Mosze skarżył się na ciasnotę i hałas w domu, a następnie każąc mu tę kozę sprzedać. Błogosławiona niech będzie ludzka natura, którą tak łatwo można oszukać! Może to jest jedyny skuteczny sposób na moje wieczne malkontenctwo? Co jakiś czas utrudniać sobie życie całkiem realnie (jeśli ślepy los okaże się w tej materii zbyt opieszały), by potem odczuwać ulgę i beztroskę chociaż przez kilka dni...
niedziela, 12 lipca 2009
Saturno Contro

"Saturno Contro", 2007, reż. Ferzan Ozpetek

Oglądając filmy Ozpetka zastanawiam się jak to możliwe, że kiedy trzy lata temu byłam w Rzymie, to miasto mnie nie oczarowało. A może była to po prostu forma samoobrony, idealna sytuacja dla zastosowania techniki kwaśnych winogron. Wiedząc, że kilka dni to za mało, żeby nasycić się atmosferą wiecznego miasta i że ograniczenie stanowią także skromne w gruncie rzeczy fundusze (gdzie czas i środki na przykład na nieskrępowane korzystanie z uroków włoskich kafejek?), zamknęłam się na głębsze przeżycia, żeby nie tęsknić i nie żałować. Być może... Bo Rzym filmowany przez Ozpetka odurza. Wabi zapachem świeżej bazylii i aromatem czerwonego wina. Rozbrzmiewa melodyjną miękkością języka i przyciąga chłodem cienistych zaułków. Rodzi pragnienie innego życia...

Saturno Contro nie jest może filmem tej klasy, co poprzednie dzieła Ozpetka, a głównie On, ona i on, ale pobrzmiewają tu nadal echa tego, co dla reżysera najważniejsze i o czym z pasją opowiada od dawna: meandry międzyludzkich relacji, złożoność związków, erotyczna fascynacja, homoseksualna miłość.

Filmy Ozpetka poruszają we mnie zawsze coś, o czym żyjąc z dnia na dzień nie pamiętam albo o czym usilnie staram się nie pamiętać. Wpadł mi kiedyś w oko fragment recenzji sztuki "Markiza de Sade" autorstwa Agnieszki Fryz-Więcek: Mishima i Bradecki pokazują życie jako nieustanną huśtawkę między nudą a cierpieniem, normalnością i szaleństwem, tym co jasne i mroczne w nas. Ścieżkę pomiędzy tymi skrajnościami każdy wytycza sam. To, co staram się wypierać ze świadomości to właśnie owa skłonność do szaleństwa, chęć nagłego wywrócenia życia do góry nogami, radykalnej zmiany. Bycia kimś innym, gdzieś indziej, doznania amnezji totalnej i otrzymania szansy rozpoczęcia od nowa. A przecież wiem, że to tylko impuls; przykrość sprawia mi wszak najdrobniejsza zmiana i dłuższe niż jednodniowe rozstanie z domem i kotami. Problem w tym, że nie jestem szczęśliwa i spełniona ani po jednej ani po drugiej stronie tej linii granicznej.

Ktoś napisał o Saturno Contro, że chociaż Ozpetek wciąż bierze na warsztat te same tematy, to jednak po raz pierwszy w swojej karierze przesunął akcent z jednostki na grupę. To trafne spostrzeżenie. W poprzednich filmach skupiał się na losach i rozterkach pojedynczych osób, a tutaj interesuje go bardziej portret zbiorowy kilkorga przyjaciół. Może to jedna z przyczyn, dla których ten film trochę mnie jednak rozczarował. Zawsze wolałam perspektywę psychologiczną od socjologicznej. Ale jedna scena rekompensuje mi wszystko (minuta 5:38 do 7:51).



Antonio przychodzi do Isabelli nazajutrz po zerwaniu (jest jego kochanką, a on nie chciał dłużej okłamywać żony). Staje po prostu na ulicy i patrzy, a Isabella o nic nie pyta, nie domaga się wyjaśnień, nie robi wyrzutów. Nie liczy się dla niej to, co było wczoraj. Nie ma słów, tylko spojrzenia. I kilkadziesiąt kroków, które trzeba przejść, żeby znów być razem.

Zawsze bardziej poruszał mnie w filmach los kochanek niż zdradzanych żon i historie romansów niż małżeństw. Może dlatego, że żoną nie byłam nigdy, a kochanką bywałam... A może dlatego, że w ogóle nie wierzę w monogamię i mam wiele zrozumienia dla ludzkich słabości. I może jeszcze dlatego, że nie należę do kobiet, które za wszelkie zło i perwersję tego świata obwiniają mężczyzn. Gdy w grę wchodzą uczucia, jesteśmy chyba tak samo bezradni i zdesperowani. Namiętność potrafi ogłupić zupełnie...
18:02, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
LonNiedyn

China Mieville, "LonNiedyn"

Już od dawna przymierzam się do lektury Dworca Perdido Chiny Mieville'a. Nie trafiłam dotąd na negatywne recenzje; wręcz przeciwnie - wszyscy rozpływają się nad nieskrępowaną wyobraźnią autora, rozmachem i spójnością wykreowanego świata i mówią o zupełnie nowej jakości w tak skonwencjonalizowanym gatunku, jakim jest fantasy. Ponoć czym dla SF jest Dukaj, tym dla fantasy jest Mieville. Zresztą sam Dukaj Mieville'a poleca. Tymczasem zamiast po Dworzec Perdido, sięgnęłam najpierw po LonNiedyn, książkę... dla dzieci, o której recenzenci mówią, iż równie dużej frajdy dostarcza dorosłym. I dodają, że jest lepsza niż Harry Potter. Z tym ostatnim się wprawdzie nie zgadzam, ale rzeczywiście można przypomnieć sobie smak dzieciństwa.

To fantastyka, opowiadająca o świecie obok, wchodzącym w interakcje z naszym, tym dobrze znanym i do gruntu racjonalnym. Uwielbiam tę odmianę fantasy, zwłaszcza gdy dodatkowo miejscem akcji są współczesne metropolie. Doskonałym filmowym odpowiednikiem takiej literatury jest Po godzinach Martina Scorsese, a z kolei LonNiedyn nie może się nie kojarzyć z Nigdziebądź Gaimana. Dużo tych negacji w poprzednim zdaniu i nie bez kozery, bowiem LonNiedyn to, jak sama nazwa wskazuje, swego rodzaju odwrotność Londynu, coś jak świat po drugiej stronie lustra. Trafiają tam pewnego dnia dwie przyjaciółki, w tym ta, na którą w LonNiedynie czekają od wielu lat, ponieważ zgodnie ze starożytnym proroctwem ona jedna jest w stanie pokonać potężnego wroga. Jednym słowem - Wybrana. W starej i mądrej Księdze zapisane są magiczne artefakty, które Wybrana ma zdobyć, by wypełnić swoją misję. Tyle, że... nie zrobi nic, bo już na samym początku pada nieprzytomna po ataku Smoga i traci pamięć. Mieville posłużył się tu podobnym trikiem co Hitchcock w Psychozie. Misji ratowania LonNiedynu podjąć się więc musi, z braku alternatywy, NieWybrana.

Świadome igranie z konwencją i kpina ze sztampy to plusy, ale  i tak największą przyjemność sprawiała mi eksploracja świata LonNiedynu. Są tu na przykład przydasiowe domy, zbudowane z tego, co mieszkańcy Londynu wyrzucają na śmietnik, a co w LonNiedynie przyda się. Zepsute parasole trafiają do LonNiedynu jako rapasole, zyskując świadomość i nową tożsamość. W starym opactwie żyją kolonie oknotul, których kosmate odnóża przyczepione są do... okien oczywiście. Za oknami otwierają się alternatywne światy, z których szalenie trudno się wydostać. Podejrzewam, że w oryginale oknotule to black windows. Dosłowne tłumaczenie nie wchodziło w grę, ale tłumacz wybrnął chyba całkiem nieźle.

Książka kończy się tak, jakby ciąg dalszy był nieunikniony, ale Mieville twierdzi, że ma sto innych pomysłów i do LonNiedynu raczej nie wróci. No chyba, że do... BezParyża, Zgon Kongu albo Nie Jorku... (w oryginale brzmią te nazwy jeszcze lepiej: Parisn't, No York, Lost Angeles, Hong Gone).
środa, 08 lipca 2009
"W rytmie serca", czyli w poszukiwaniu straconego życia

"W rytmie serca", 2005. reż. Jacques Audiard

Ten film to przede wszystkim jeden wielki popis gry Romaina Durisa, który w Smaku życia Klapischa był bezbarwny, nijaki, irytujący i o wątpliwej aparycji, a tutaj - charyzmatyczny, ekspresyjny, aktorsko kreatywny i przystojny. Czerpałam czystą radość z obserwowania arsenału środków, za pomocą których Duris konstruuje swojego bohatera. A był to obraz zarówno bogaty, jak i niezwykle w swej różnorodności spójny. To jest właśnie typ aktorstwa, które lubię: bardzo pomysłowe, korzystające z całego mnóstwa składających się na ludzką indywidualność detali.

A fabuła? To film o próbach stania się kimś innym, a właściwie powrotu do siebie z przeszłości, do którejś ze swoich alternatywnych wersji Ja, zagubionych po drodze, porzuconych w ślepych uliczkach niepodjętych decyzji, niedokonanych wyborów i niezrealizowanych zamiarów. Czy nie takimi właśnie ślepymi zaułkami poznaczone jest nasze życie? W każdym z nich siedzi jakaś kopia nas samych, zostawiona na zawsze bez opieki. To my - tacy, jakimi już się nie staniemy, ściskający w rękach tobołki z raz na zawsze przekreślonymi planami. Czasem coś pęka, coś zgrzyta i trzeszczy w teraźniejszości i wtedy zastanawiamy się, co by było, gdybyśmy kiedyś tam postąpili inaczej...

A gdyby na przekór wszystkiemu spróbować wrócić? Tak właśnie myśli Thomas, który zaplątany jest w nielegalne interesy, który żyje szybko i mocno i który dzięki przypadkowi przypomina sobie, że kiedyś grał na pianinie, miał talent i aspiracje i że teraz mógłby być kimś zupełnie innym. Podjęte na nowo lekcje gry zdają się go wewnętrznie porządkować i wyciszać, odnajduje w nich psychiczną enklawę, odpoczywa od codzienności, znaczonej prostactwem i agresją, coraz bardziej odsuwa się od tego życia w kierunku sztuki i wysublimowania. To dwa oddzielne światy, sfery sacrum i profanum. Thomas żyje w obydwu, przenika gładko, na zasadzie idealnej osmozy, choć do żadnego w pełni nie przynależy. Scena finalnego przesłuchania, w której bezskutecznie zmaga się z próbą bezbłędnego wykonania fugi, niesie w sobie ogromny ładunek dramatyzmu, zwłaszcza po poprzedzających ją ujęciach, w których Tom niemal celebruje przygotowania do tej chwili, zakładając kupioną specjalnie na tę okazję białą koszulę, czyszcząc paznokcie, ćwicząc palce. Zachowuje się jak przed czymś przełomowym, czego nie można głupio przegrać.

Są w tym filmie wątki, których nie rozumiem i które wydają mi się w gruncie rzeczy niepotrzebne. Część epizodów związanych z ojcem Toma i prześladowania przez rosyjskiego gangstera, scena z dziewczyną gangstera, inne pojedyncze fragmenty i wtręty. Być może nie ogarniam całości, może wszystko układa się w jakiś nadrzędny logiczny zamysł, jednak ja skupiłam się na wewnętrznej szarpaninie głównego bohatera, bo tylko to wydało mi się naprawdę istotne i ważkie.
11:04, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
środa, 01 lipca 2009
English teacher

A gdyby tak dla odmiany zostać nauczycielką angielskiego w podstawówce lub gimnazjum? Zaczepić się przynajmniej na jakiś czas, zobaczyć jak będzie. Jeśli próbować w życiu czegoś nowego, to właśnie teraz jest chyba ostatni dzwonek.

Zawsze gdzieś w mojej podświadomości kiełkowało marzenie o interakcji z młodymi ludźmi, przekazaniu im tego, co uważam za ważne, możliwości wpływania na kształt czyjegoś życia. Niektórych moich nauczycieli pamiętam do dziś. I wiele im zawdzięczam. Najwięcej - nauczycielce angielskiego z liceum. Wszystko co umiem, umiem głównie dzięki niej. Dała mi solidne podstawy. Chciałabym być kiedyś przez kogoś równie miło wspominana. I co więcej wydaje mi się, że umiałabym moją wiedzę nieźle przekazać. Intuicyjnie wiem jak postępować z dziećmi. Moje psychologiczne wykształcenie dostarcza konkretnych rozwiązań tam, gdzie intuicja może nie wystarczyć. Reszta - metodyka nauczania, umiejętność poruszania się w gąszczu szkolnych procedur - przyszłaby z czasem i doświadczeniem. Póki co potrzebny mi certyfikat, za który, jeśli wszystko dobrze pójdzie, zapłaci Urząd Pracy. Chyba jestem gotowa na zmianę. W każdym razie - tak czuję dzisiaj...