Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 23 sierpnia 2007
Jesiennie

Wciąż jest jeszcze ciepło, w ciągu dnia - gorąco, ale jesień wyczuwa się już w zapachu powietrza, dostrzega w padających pod innym kątem promieniach słońca i słyszy w tym specyficznym wyciszeniu przyrody późnego lata. To moje najukochańsze miesiące w roku - sierpień, wrzesień, październik. Kiedy wychodzi się z domu w jasne przedpołudnie albo złote popołudnie, można usłyszeć jak świat się uspokaja, przygotowuje powoli do odejścia. Nostalgia, melancholia, zaduma... które wieńczy i dopełnia 1 listopada z wszechobecną wonią i dymem zniczy, stawianych pośród opadających liści.

Jako nastolatka lubiłam wiosnę, kojarzyła mi się - jakże by inaczej! - z pierwszymi porywami serca, spacerami za rączkę wśród ukwieconych drzew, możliwością założenia krótkiej spódniczki i przechadzania się pod domem aktualnej sympatii. ;) Potem kochałam lato z jego wibrującą młodzieńczą aurą i ekscytującym upałem. Lato to był czas gorących romansów, coraz śmielszych ubrań, wakacyjnych przygód, drinków nad  morzem i upajających imprez. Nie chcę przez to powiedzieć, że nadal nie sprawia mi to przyjemności, ale jednak oddaliłam się od takiego rodzaju spędzania wolnego czasu. Bardzo lubię zimę, głównie ze względu na narty, ale to jesień oddziałuje na mnie najpełniej.

Moje prywatne jesienne skojarzenia: Michał Bajor, Park Skaryszewski, "Lapidaria" Kapuścińskiego, perfumy: Lolita Lempicka i "Eternity" Calvina Kleina, Bieszczady, deszcz w tamto październikowe popołudnie, szampan, no i niezwykła intensywność emocji, związanych z P. Wciąż pamiętam wszystko tak wyraźnie, ciągle nie potrafię się uwolnić od tych wspomnień, cały czas wydaje mi się, że tak już nigdy nie będzie i że tamte 10 miesięcy definiowało mnie najwłaściwiej, że bez P., bez tych przerw kawowych, bez sporów i śmiechu, bez jego spojrzeń i dotyku, że bez tego wszystkiego po prostu nie ma mnie w pełni, że jestem tylko jakąś częścią siebie, egzystującą "z przyzwyczajenia", "z rozpędu".

środa, 22 sierpnia 2007
Obiecanki-cacanki

Niedawno rozmawiałam z siostrzeńcem Artura. Chłopak ma 10 lat. Owszem, nie jest jakoś szczególnie skory do nauki czy pomocy w domu, ale chyba nie odbiega też specjalnie w tym zakresie od rówieśników. Taki typowy dzieciak, wchodzący za chwilę w okres -nastu lat. Agnieszka skarżyła mi się, że chłopak sprawia kłopoty i od dłuższego czasu nie może sobie z nim dać rady, że Maciek nie chce się uczyć, buntuje się, ciężko się z nim dogadać. Skoro tak mówi, to pewnie ma powody. Ale przy jakiejś okazji podpytałam też Maćka. To, że do matki ma żal o różne sprawy, to w końcu nie nowość, ale - co ważniejsze - ten żal jest często uzasadniony. Maciek mówił mi na przykład, że bardzo go irytuje jak mama coś obieca i nie spełnia swojej prośby, tylko stawia kolejne warunki, np. "Odrób lekcje, to będziesz mógł pograć na komputerze". Maciek odrabia i - zgodnie z danym słowem - oczekuje spełnienia obietnicy. Tymczasem matka wykorzystuje dogodną sytuację i mówi: "Wiesz co, jak już odrobiłeś i tak dobrze ci idzie, to jeszcze sprzątnij swój pokój". Każdy by się wkurzył, nie? ;) To są zachowania absolutnie niedopuszczalne, podkopują wiarę w ludzi, w moc słowa, w sensowność umów, uczą krętactw i wykorzystywania okazji, nie mówiąc już o zwykłym dojmującym poczuciu zawodu i bycia przez najbliższych ignorowanym. To zresztą rodzi też skutki natury behawioralnej - jednym słowem matka strzela sobie samobója, bo dzieciak po prostu po iluś tam razach (a dzieje się to szybciej, niż można przypuszczać) przestanie jej wierzyć i nie będzie robił już nic! Jasne, że fajnie byłoby mieć dziecko-aniołka, które samo rozumie potrzebę nauki, dba o własny pokój, pomaga rodzeństwu, zajmuje się w jakiejś części domem itp. Ale, umówmy się, takie dzieci to rzadkość, a zresztą, żeby takie dziecko mieć, trzeba je przyzwyczajać do obowiązków niemal od kołyski. Ilu rodziców ma czas i chęć na taką konsekwencję i determinację? To już prędzej matka sama sprzątnie te zabawki za malucha raz dwa! No, ale nie ma rady - kiedyś wreszcie trzeba zacząć wychowywać, a zacząć można od niepopełniania takich właśnie rażących błędów jak niedotrzymywanie danego słowa. Skoro już dziecko jest jakie jest i pewne rzeczy trzeba z nim negocjować, to warto to robić z głową, zamiast dalej psuć relacje.

08:04, aniaposz , Psyche
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 sierpnia 2007
"Malowany welon" i "Raising Arizona"

 "Malowany welon", 2006, reż. John Curran

Błyskawiczne skojarzenie: "Nigdzie w Afryce". Niestety podobieństwa nie kończą się na schemacie fabularym, chociaż jest on faktycznie bardzo zbliżony: młode małżeństwo, wyjazd do egzotycznego kraju, życie dalekie od komfortu, do jakiego przywykła żona, problemy w związku, wreszcie odkrywanie siebie na nowo w innych okolicznościach. Właściwie lista moich zarzutów jest też łudząco podobna, z tym, że "Malowany welon" jest bodaj jeszcze mniej angażujący niż "Nigdzie w Afryce".

Najlepsze w tym filmie było to, że się skończył. :) No dobrze, warto jeszcze wspomnieć o: ładnej buzi Naomi Watts, charyzmatycznej grze Nortona i klimatycznych zdjęciach. Dawno natomiast nie oglądałam filmu, który tak usilnie próbowałby wzruszać i tak do cna pozostawił mnie obojętną. Perypetie pary głównych bohaterów skłaniają mnie co najwyżej do refleksji natury społecznej - jak dobrze, że dzięki przemianom obyczajowym młodzi ludzie mogą się teraz nieco lepiej poznać przed ewentualnym ślubem. Cała warstwa psychologiczna - tak infantylna, że szkoda gadać. Oto wyniosła pannica przechodzi cudowną metamorfozę pod wpływem dostrzeżenia otaczającego ją bezmiaru nieszczęść (prawie jak Siddhartha, przy czym - jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę) i dobrych uczynków jej pełnego poświęcenia męża (aka doktor Judym). Trudno o większy banał. Twórcom udało się jeszcze coś, a mianowicie opowiedzenie łzawego samograja w sposób doskonale beznamiętny. Całość płaska, bez polotu, bez ikry, bez błysku i do zapomnienia w 5 minut.

 "Raising Arizona", 1987, reż. Joel & Ethan Coen

Jak to dobrze, że mam video. :) Przerwy reklamowe irytują nawet, gdy można je bez trudu przewinąć, a co dopiero być zmuszonym do ich znoszenia podczas seansu o 1 w nocy! Filmy emitowane w TV później niż o 20 zawsze nagrywam i oglądam w dogodnym czasie, dysponując siłą mojego pilota. :) Identycznie rzecz się miała z "Raising Arizona", a jako wielbicielka wyobraźni braci Coen po prostu nie mogłam tego przegapić!

Można powiedzieć, że to film na wskroś Coenowski. :) Wprawdzie pozbawiony charakterystycznych dla braci zawiłych meandrów kryminalnej zagadki, ale za to po brzegi wypełniony typowym, bazującym na absurdzie i kontraście humorem i naszpikowany rozpoznawalnymi sztuczkami realizatorskimi: powtórzenia, ostre cięcia, dynamika ujęć, zabawa slapstikiem. Wszystko to, co obecne tutaj, Coenowie rozwinęli i dopracowali do perfekcji w "Big Lebowskim". "Raising Arizona" jest jakby preludium do późniejszej, pod każdym względem genialnej, produkcji. "Raising Arizona" to raczej dość błaha rzecz, ale pełna wdzięku i specyficznego humoru (ach, to pełne dumy i wzgardy wyplucie gumy prosto w twarz Leonarda ;)), a zresztą... kocham Coenów. :)

19:05, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
piątek, 17 sierpnia 2007
"Hollywoodland" i "Orkiestra"

 "Hollywoodland", 2006, reż. Allen Coulter

Ocena filmwebowa: 6,79. Jak na FW - bardzo nisko. Notę w okolicach 7 mają przecież straszne knoty, najczęściej zwyczajnie nieudane reżysersko. A "Hollywoodland" to przecież całkiem dobry film! Interesujący, inspirowany prawdziwymi wydarzeniami temat, zgrabna koncepcja narracyjna, wykorzystująca dwie płynnie przenikające się perspektywy, dyskretnie budowane napięcie, kilka ciekawych pomysłów np. wizualizacje poszczególnych rozważanych przez Simo wariantów śmierci Reevesa. Do tego zaskakująco dobry Affleck, który naprawdę stworzył kawał złożonej kreacji i rewelacyjny Adrien Brody, który tą rolą ostatecznie mnie do siebie przekonał. Szczerze mówiąc, trochę się obawiałam tego filmu, bo wydawało mi się, że trudno będzie zainteresować mnie wątkiem śledztwa w sprawie problematycznego samobójstwa aktora z lat 50. A tymczasem patrzyłam, może nie z zapartym tchem, ale na pewno bez znudzenia; mimo później nocnej pory, film oglądałam konsekwentnie do samego końca. Ocena: 4/6.

 "Orkiestra", 1996, reż. Mark Herman

Jeśli już serwować proste wzruszenia i odwoływać się do prostych, oczywistych wartości - to właśnie tak jak zrobił to Mark Herman w "Brassed off" (znów nieprzetłumaczalny, a jakże cudownie dwuznaczny angielski tytuł :)). Bo właściwie ten film jest zrobiony ściśle według przepisu na 'cheer up movie': krąg przyjaciół/sąsiadów, obiektywne trudności/wewnętrzne kłótnie, osoba z zewnątrz, najpierw traktowana nieufnie, która jednak okazuje się z czasem "aniołem nadziei", często też jakaś idea lub zajęcie, które pomagają przetrwać lub coś zrozumieć (np. muzyka), wreszcie spektakularny sukces i konkluzja, że tak naprawdę liczy się ludzka przyjaźń. Do takich filmów należą "Czekolada", "Jak w niebie", "Pan od muzyki", "Włoski dla początkujących", "Uczta Babette". Jednak z wymienionych obrazów naprawdę cenię tylko "Ucztę Babette". Wprawdzie "Orkiestra" równać się z tym filmem nie może, ale stoi za to o klasę wyżej od pozostałych. Wpasowuje się co prawda w schemat, ale nie ma irytujących wad takich jak moralizatorstwo, sentymentalizm czy przesłodzenie. Wzrusza, ale jakby mimochodem, bez wyciskania widzom z oczu łez na siłę. Niby wiadomo, jak się wszystko skończy, a przecież i tak trzymamy kciuki za to, by orkiestra z Grimley wygrała. :) No i muzyka. :) Jak mówiła jedna z członkiń 'fan clubu': "Nie przepadałam za orkiestrami dętymi, ale kiedy słyszysz to brzmienie, chwyta za serce". :) Exactely. :)

No i Ewan McGregor. :) Ech, dorosła pannica, a afektuję się ekranowymi idolami jak, nie przymierzając, piszcząca nastolatka. ;)

18:43, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 sierpnia 2007
O wampirach raz jeszcze

 

Ledwie wróciłam z urlopu, już znów przede mną dni wolne. :) Prawie wszyscy wzięli urlop 16-17, więc co miałabym tam sama, a co gorsza - tylko z szefem robić? ;)

Czytam. :) Mam ostatnio fazę kończenia rozpoczętych dawno temu, a przerwanych za sprawą mojej czytelniczej niemocy, cykli. Poprzednio "Zakon Krańca Świata", teraz - "Renegat" Magdaleny Kozak, kontynuacja "Nocarza". O czym był "Nocarz" pisałam kiedyś: tu. "Renegat" to 2. tom, w którym Vesperowi przychodzi odnaleźć się po przeciwnej stronie barykady.

To prawda, co zarzucają niektórzy recenzenci - autorka trochę przesadza ze stylizacją języka bohaterów, owszem, to twardzi faceci, żołnierze, lubią sobie czasem rzucić przekleństwem, ale ich nagromadzenie i - bywa - nieadekwatne użycie, chwilami po prostu śmieszy. Sprawia to wrażenie sztuczności, tak jakby dzieci podsłuchały rozmowy dorosłych i teraz próbują ich naśladować, ale siłą rzeczy wychodzi z tego tylko zabawna karykatura. No, ale znów bez przesady - to można wybaczyć, bo sama intryga jest jednak ciekawa, wybory dokonywane przez Vespera - niejednoznaczne i skłaniają do głębszej refleksji nad słusznością idei, o którą się walczy i nad konfliktem między wiernością ideom a lojalnością wobec przyjaciół. Nad tym, co jest właściwe, jeśli z jednej strony są właściwe wartości, a z drugiej niewłaściwi ludzie, tym wartościom służący. Dylematy stare jak świat, wciąż aktualne i wciąż tak samo nierozstrzygalne. Filmy: "Pluton" Stone'a, "Przejażdżka z diabłem" Anga Lee, "Donnie Brasco" Newella. I mnóstwo innych. Iść bez względu na wszystko raz obraną ścieżką, bez skrupułów strzelając do przyjaciół, którzy mieli nieszczęście znaleźć się po niewłaściwej stronie? Czy może jednak otworzyć oczy na fakt, że nic nie jest czarno-białe, ale wtedy szamotać się już bez końca między dwiema rozchodzącymi się drogami? Nex, generał renegatów, tak mówi w pewnym momencie do Vespera:

"Nie miej do siebie żalu. Taka jest po prostu ścieżka kompromisu: jeśli raz na nią wejdziesz, nie schodzisz już nigdy. Ale z drugiej strony człowiek niezdolny do kompromisów jest niczym więcej jak ślepym na cudze argumenty fanatykiem. Widzisz, i tak źle, i tak niedobrze. Być może odnajdziesz kiedyś swój złoty środek. Życzę ci tego z całego serca."

Przewijająca się tu i ówdzie sugestia wciąż tlącego się uczucia Aranei do Ultora, bezlitośnie obśmiana przez jednego z recenzentów, w moich oczach jeszcze podnosi wartość książki. Wiem, to kwestia osobistych wspomnień i doświadczeń. :)

I na koniec:
"Traktuj ludzi lepiej, niż na to zasługują, a zrobią wszystko, żeby sprostać swemu nowemu wizerunkowi", czyli jaka płaca, taka praca. :) Chyba sobie powieszę na tablicy korkowej nad biurkiem. ;)

piątek, 10 sierpnia 2007
"Moda na Rydzyka", odc. 1056

W najnowszym Przekroju - mini-wywiad z ks. Józefem Klochem, rzecznikiem prasowym Episkopatu Polski (w nawiasach kursywą moje własne komentarze):

- Dlaczego biskupi boją się ojca Rydzyka?
- A to jest pana teza. Na jakiej podstawie pan ją formułuje? (Jasne, nie ma przecież absolutnie żadnych podstaw! Zgrywa idiotę czy naprawdę nim jest? W sumie bez znaczenia.)
- Od skandalicznych wypowiedzi dyrektora Radia Maryja na temat żony prezydenta Kaczyńskiego i Żydów minął prawie miesiąc, a Episkopat nadal milczy.
- Pierwszym przełożonym ojca Rydzyka jest prowincjał zakonu redemptorystów, a nie Episkopat Polski. Tak było, jest i będzie w Kościele, bo tak stanowi prawo kanoniczne. Ojciec Zdzisław Klafka niemal natychmiast powołał zespół do zbadania sprawy, a potem opublikował oświadczenie [w którym napisał, że "wszystko ma znamiona poważnej prowokacji i manipulacji medialnej" - przyp. red.]. (Ach, cóż to musi być za profesjonalny zespół ekspertów!)
- Sądzę jednak, że wierni chcieliby wiedzieć także, co na ten temat mają do powiedzenia biskupi. Wypowiedzi ojca Rydzyka kładą się cieniem na całym Kościele.
- To, co pan sądzi w tej kwestii to mniej istotna sprawa. (Jakaż kultura wypowiedzi i szacunek dla rozmówcy!) Proszę pamiętać, że niedawno prokuratura otrzymała od tygodnika "Wprost" nagranie i zapewne dokona stosownych ekspertyz, zanim sama wypowie się na ten temat. Nie przypuszczam, by Konferencja Episkopatu Polski zajęła stanowisko - jeśli w ogóle zajmie - dopóki prokuratura nie stwierdzi, że nagranie jest autentyczne. (No jak to? Po co Episkopat czeka na opinię prokuratury, skoro ma własny panel ekspertów, który już dokonał niezbędnych analiz?!) Jeśli reagować to poważnie i spokojnie.

Żyję w tym kraju już tyle lat, a wciąż jeszcze coś potrafi mnie wyprowadzić z równowagi.

Ostatni dzień urlopu

Ostatni dzień mojego urlopu przed weekendem i powrotem do pracy. Miniony tydzień spędziłam na leniuchowaniu w Warszawie. Też dobrze. :) Trochę pojeździliśmy z Arturem za wyposażeniem mieszkania, trochę posiedziałam w naszym maleńkim dwupokojowym "bocianim gnieździe" (16. piętro), żeby się zaaklimatyzować. Aneks kuchenny już prawie gotowy, w łazience to, co najważniejsze, też już jest, materac na podłodze sypialni czeka jeszcze na ramę. Sofa w "salonie" stoi pod oknem. Na upartego można się wprowadzać. Będę to robić etapami. ;) Na początek posiedziałam tam trochę we wtorek i poczytałam, próbując oswoić tę obcą na razie dla mnie przestrzeń. Będzie ciężko wyprowadzić się od mamusi. ;)

Skończyłam "Zakon Krańca Świata". Myliłam się jednak co do fabularnych rozwiązań, co mnie bardzo cieszy. :) Dobra, nie wszystkie zarzuty odwołuję - Bergerson jednak trochę zbyt papierowy, za bardzo, nachalnie wręcz kreowany na takiego "cynika za wszelką cenę", parę pomysłów niezbyt trafionych (np. żenujący epizod z amazonkami) - ale wybaczam, bo jako całość, wraz z 1. tomem, to jednak kawał fajnej fantastyki rozrywkowej, wciągającej i starannej warsztatowo, z ciekawym światem, do którego na pewno będę wracać we wspomnieniach. A co do amazonek... Jakoś niebezpiecznie kojarzy mi się ten pomysł z drwiną z feminizmu, taką najbardziej bezrozumną i prymitywną - dzikie, ogolone na łyso kobiety, szalejące z nienawiści do mężczyzn i wygłaszające przed krwawą egzekucją swój manifest o wyższości płci żeńskiej nad męską. Nie wiem, może jestem przewrażliwiona, może to tylko mrugnięcie okiem w stronę "Seksmisji", takie sobie - modne teraz - intertekstualne nawiązanie. I oby! Chociaż czasem mam wrażenie, że odkąd Maja jest żoną Grzędowicza, konserwatysty co się zowie, który w wywiadach klepie jak mantrę, że absolutnie popiera prawo kobiet do wolnego wyboru, ale ten cały feminizm to w ogóle śmiech na sali, jakoś niebezpiecznie dryfuje w swojej prozie w stronę ideologicznych uproszczeń i topornych pomysłów. Znów - mam nadzieję, że się mylę.

A w poniedziałek do roboty. :/ Odzwyczaiłam się. ;)

środa, 08 sierpnia 2007
Barton Fink

 "Barton Fink", 1991, reż. Joel & Ethan Coen

Od czego by tu zacząć? Bo to film-rzeka i można by napisać esej na jego temat. Ktoś na forum FW wspomniał, że to obraz w stylu Lyncha i zgadzam się z tym. Głównie za sprawą obecności metafory i symbolizmu, kryjących się za pozornie realistycznymi, choć dziwacznymi wydarzeniami. Jak w "Zagubionej autostradzie" lub "Mullholand Drive", gdzie wydarzenia, których w pewnym momencie już nie sposób wyjaśnić na gruncie racjonalnym, są emanacją psychiki bohaterów, materializacją ich oczekiwań, ukrytych pragnień czy fobii. Tutaj to pojawiający się Charlie, prosty sprzedawca polis ubezpieczeniowych, którego Barton wymyśla sobie w okresie twórczej niemocy. Wymyśla jako środek zastępczy? Źródło inspiracji? A może to próba obrony przed przemieleniem przez hollywoodzką maszynkę przeciętniactwa i tandety? Przed wtłoczeniem w ramy komercyjnego chałturzenia? Charlie to Barton taki, jakim chciałby pozostać - piszący o zwykłych ludziach i prostych sprawach, nieograniczony artystycznie. Z czasem Charlie przechodzi metamorfozę i z niegroźnego przeciętniaka przeistacza się w szalonego mordercę, w anioła zemsty. Zemsty na tych, którzy Bartonem pomiatają. Bo Barton, mimo że to zdolny i odnoszący ostatnio sukcesy literat, nie ma łatwego życia. Napisał wprawdzie sztukę, która zgarnęła świetne recenzje, producent z Hollywood kreśli przed nim wizję świetlanej kariery, ale z drugiej strony jedna dobra sztuka to może być zaledwie wstęp, a później równia pochyła, z której stoczenie się może być tym boleśniejsze, im wyższy był piedestał. Mało to artystów jednego sukcesu, przeboju, książki? Barton, popadając w kryzys twórczy, tego się właśnie obawia, formułując tę myśl wprost. Utalentowani artyści może i są oklaskiwani, uwielbiani, ale wcale nie są tak pewni siebie, jak by można przypuszczać; to zawsze balansowanie na krawędzi zwątpienia. Bo jeśli jest dobrze, to jest dobrze, euforycznie, słowa płyną same, a każda fraza jest idealnym wyrażeniem myśli, ale gdy w głowie pustka, można zwariować od nachodzących wątpliwości czy człowiek w ogóle do czegoś się nadaje, czy tamten sukces to nie był jakiś chwilowy triumf i przypadkowy przebłysk kreatywności. Recenzje to może nie to samo, ale męki nad tekstem też czasem przeżywam. :)

W tej niepewności i frustracji Barton podlega z jednej strony presji prostackiego producenta, który narzuca mu nie tylko temat, ale też brutalnie uświadamia reguły rządzące przemysłem filmowym, z drugiej - spotyka się z niespodziewaną zajadłością i zawiścią. Kiedy, odpowiadając na pytanie detektywów, informuje ich, że pisze scenariusze filmowe, jeden z nich komentuje ironicznie: "Też mi coś! Chcesz, żeby mój partner pocałował cię w tyłek? Wystarczyłoby?", a gdy Barton, tłumacząc się, choć nie jest winny, mówi dalej: "Szanuję ludzi pracy", detektyw na to: "Ale przywalił!". Cokolwiek Barton by nie powiedział, i tak byłoby źle. To takie szyderstwo wynikające z kompleksów, poniżenie dla dowartościowania się. Jak w "Malenie", gdzie sama uroda tytułowej bohaterki była solą w oku miejscowych kobiet, które dopiero po zniszczeniu, oszpeceniu Maleny, poczuły się lepiej. Spotykam się z tym ostatnio dość często. Przedtem, gdy słyszałam słowo "wykształciuchy" wydawało mi się, że to jakiś żart, że przecież nikt na poważnie nie może kogoś nie znosić i niszczyć tylko dlatego, że ten ktoś reprezentuje jakiś poziom wykształcenia, kultury czy obycia. Do czasu, aż sama nie stałam się obiektem takich ataków. Zabawne, bo ja nigdy nie pretendowałam do miana jakiegoś autorytetu, nie czuję się też jakoś specjalnie wyniesiona ponad przeciętność. A jednak wyrażając tu i ówdzie swoje opinie, spotykam się czasem z taką zawziętością, z takim szyderstwem, jakbym obrzucała interlokutorów kalumniami. A co jest moją przewiną? Okazuje się, że na przykład styl i język. :) To, co piszę, to np. " bełkot przeintelektualizowanej, samotnej i niespełnionej dziewicy", "wyrafinowane teksty, jakich się używa w pracach magisterskich", "język uczony, którego sama chyba nie rozumiem", "wymądrzanie się", "stawianie siebie ponad innymi", "snobizm i zbyt wysokie mniemanie o sobie", "poniżanie innych poprzez fakt pisania na tzw. wysokim poziomie, używając zwrotów ogólnie mało znanych, charakterystycznych dla nauczycieli polskiego i doktorów historii". Poza tym powinnam zrozumieć, że "bycie inteligentnym a udawanie czy może lepiej pozowanie na takiego to dwie różne sprawy" oraz że "rozsądny i inteligentny człowiek dopasowuje sposób wypowiedzi do swojego odbiorcy. Nie szafuje pojęciami, które mają na celu ośmieszenie czyjejś niewiedzy". A to tylko wyjątki z bogatej kolekcji komentarzy do moich wypowiedzi. :) Czyli teraz w cenie jest bylejakość i ignorancja. Trzeba przepraszać, że coś się umie i że coś się wie, a najlepiej w ogóle to ukrywać, żeby broń Boże nikt nie pomyślał, że się chce z premedytacją kogoś poniżyć. Mnie się do tej pory wydawało, że zwracając się do kogoś uprzejmie i ładną polszczyzną, okazuję w ten sposób szacunek rozmówcy, wierząc w jego inteligencję i kompetencję. A tu nie dość, że zbieram cięgi, to jeszcze w dobrym tonie jest wywrzeszczeć na całe gardło, że się nic nie rozumie i to jest dopiero cool. Ja raczej bym po cichu wertowała słowniki i encyklopedie niż zwerbalizowała pretensję, że mój rozmówca jest za mądry. :) No i tą okrężną, znaczoną opisem moich własnych doświadczeń drogą, zmierzam do konkluzji, że wcale nie dziwię się furii Charliego, gdy w szale zabija obu detektywów. :)

A "Barton Fink" kojarzy mi się i z "Basenem" Ozona i z "Adaptacją" Jonze'a i z "Lśnieniem". To wszystko obrazy o twórcach, twórczej bezpłodności i wytworach umęczonego umysłu.

15:51, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 sierpnia 2007
"Szef wszystkich szefów"; "Zapach zielonej papai"

 "Szef wszystkich szefów", 2006, reż. Lars von Trier

Ech, robił Lars lepsze rzeczy. I to nie tylko te superpoważne, jak "Przełamując fale" czy "Dogville", ale i "Królestwo", pełne niewymuszonego komizmu. "Szef wszystkich szefów" opiera się wprawdzie na ciekawym pomyśle, ale niestety prawie w całości rozmytym w pseudofilozoficznych dywagacjach. Bo von Trier, owszem, zastrzega na początku, że chodzi tylko o śmiech, ale to raczej przymrużenie oka, swego rodzaju kokieteria i zasłona dymna, że niby tym razem będzie na luzie, więc nie czepiajcie się komediowej formy, ale tak naprawdę nie potrafi wyjść poza swoje uwarunkowania i mam wrażenie, że forma jest tyko pretekstem do rozważań o etyce, odpowiedzialności etc. I - jak często się zdarza w przypadku, gdy twórca sam nie potrafi się zdecydować - nie wyszło ani wystarczająco zabawnie, ani wystarczająco mądrze. Jeśli było zabawnie to tylko w momentach, które automatycznie zabawne być musiały z uwagi na pomysł - kompletna niewiedza fałszywego szefa na tematy firmowe w zderzeniu z konsternacją pracowników. A mądrze być nie mogło, bo to wszystko w sumie truizmy. Poza tym nie za długi jak na dzisiejsze standardy film dłużył mi się bardzo, a przeskakiwanie kadrów irytowało. Przykro mi to pisać, bo von Triera uwielbiam, ale w świetle tego, co o nim ostatnio czytałam (gdzie???), że wpadł w depresję i twórczą niemoc, może lepiej niech faktycznie da sobie na razie spokój, odpocznie i nabierze dystansu.

 "Zapach zielonej papai", 1993, reż. Anh Hung Tran

"Rykszarza" tego samego reżysera nie zmogłam; wyłączyłam bodaj po 20 minutach przerażającej nudy. Nie zniechęciło mnie to jednak do "Zapachu zielonej papai". Może to dziwnie zabrzmi, ale... nęcił mnie już sam tytuł - poetycki, kołyszący zmysły, łączący w jedno zapach, smak i obraz. I taki jest też sam film - soczysty i przesycony doznaniami, drgający impulsami, wypełniony po brzegi wonią owoców i warzyw, wszechobecnością zieleni, bujnością życia, cykaniem świerszczy i świergotem ptaków. Dawno nie widziałam filmu, który tak mocno zawładnąłby wszystkimi zmysłami naraz. Od tej strony jest piękny. Mało w nim słów, wszystko rozgrywa się na poziomie spojrzeń i gestów. Fabuła jest właściwie szczątkowa: fragment z życia dziewczynki, potem młodej kobiety, splecionego z życiem rodziny, u której służyła jako dziecko, wreszcie odnalezione szczęście u boku mężczyzny. Nie mogę oprzeć się skojarzeniu z Kopciuszkiem. :) I to nie fabuła mnie urzeka, właściwie jestem prawie pewna, że szczegóły szybko wylecą mi z głowy. Za to na pewno zapamiętam aurę tej opowieści. Film bardzo specyficzny, ale na swój sposób ujmujący.

20:45, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 sierpnia 2007
Ojciec chrzestny

 "Ojciec chrzestny", 1072, reż. Francis Ford Coppola

Znów łyk klasyki. Tak się jakoś złożyło, że "Ojca chrzestnego" wcześniej nie widziałam - najpierw była to kwestia kinowych zainteresowań, którym do takich filmów nie było po drodze, później - ogromu zaległości do nadrobienia, w wyniku czego zawsze coś umyka. Fakt, że TVN wyemituje wszystkie części przyjęłam więc z radością. Pierwszą nagrałam i dziś dopiero miałam sposobność zobaczyć (niestety drugą z powodu urlopowego wyjazdu przegapiłam, więc nie wiem jeszcze czy zdecyduję się nagrać trzecią).

Obrosły legendą i wielbiony przez kinomanów film nie rzucił mnie na kolana. Oczywiście - doskonały Brando, świetnie ukazana przemiana Michaela, od stojącego na uboczu kontestatora rodzinnych interesów po bezwzględnego gracza, który "przerósł mistrza". Klimatyczne obrazki z włoskiej prowincji lat 40. Rodzinna saga rozegrana w rytmie wendety, z silnymi mężczyznami, których rolą jest "talking business" i kobietami, których mottem jest "stand by your man". Film długi, ale, poza kilkoma przestojami, nie nudziłam się. Niestety, są niedociągnięcia, których współczesny widz nie może nie zauważyć - np. widoczne markowanie ciosów i w ogóle sceny przemocy jakieś takie teatralne, nienaturalne. A czy Michael nie za długo miał tego siniaka pod okiem? ;) Oczywiście, w przypadku starszych filmów, trzeba je przyjąć z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo takie techniczne niedostatki są po prostu świadectwem poziomu warsztatowego ówczesnej kinematografii i tyle. Mnie to jakoś uwiera, bo odbiera mi przy okazji możliwość autentycznego przeżywania pewnych filmowych sekwencji. A poza tym... nie wiem. Film dobry, ale nic ponad to.

17:12, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2