Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
niedziela, 31 sierpnia 2008
Szczypta SF

"Trzynaste piętro", 1999, reż. Josef Rusnak

Zdeklarowani wielbiciele SF mogą obejrzeć, ale ani to oryginalne, ani szczególnie wciągające. Jeszcze jedna wariacja na temat światów wirtualnych. Od momentu wprowadzenia wątku romansowego w ogóle odechciewa się oglądać. Bardziej uważni widzowie zapewne domyślą się wcześniej niż ja, na czym polega odkrycie Fullera. Ja dałam się zaskoczyć. Może to i dobrze, bo to właściwie jedyna przyjemność z seansu. Tak czy inaczej, lepiej poczytać Lema - motywów nawiązujących do kreacji bytów i piętrowych rzeczywistości jest u niego mnóstwo, by wspomnieć choćby skrzynie profesora Corcorana czy "Kongres futurologiczny". "Irrehaare" Dukaja też jest o wiele ciekawszą alternatywą.

"Misja na Marsa", 2000, reż. Brian De Palma

Ja naprawdę lubię filmy o podróżach kosmicznych, eksploracji odległych planet, o miesiącach czy latach międzygwiezdnych wojaży. "2001: Odyseja kosmiczna" to oczywiście niedościgły wzorzec, ale świetnie oglądało mi się też "W stronę Słońca" Danny'ego Boyle'a czy "Apollo 13". W sumie niewiele mi trzeba - kilku ujęć statku w przestrzeni kosmicznej, klaustrofobicznej atmosfery wnętrza, poczucia milionów mil odległości od Ziemi. No cóż, tak mi się wydawało, zanim zobaczyłam "Misję na Marsa". Bo wymienione wyżej elementy, owszem, są obecne, ale i tak uważam, że to jeden z gorszych filmów SF, jakie zdarzyło mi się obejrzeć. Oglądałam na raty, bodaj za 5. podejściem skończyłam. Schematycznie, nudno, ckliwie i banalnie. Bardziej sztampowego rozwiązania zagadki Marsa nie można sobie chyba wyobrazić. Strata czasu.
19:03, aniaposz , Kino
Link Komentarze (9) »
sobota, 30 sierpnia 2008
Pada deszcz...

Milczenie A., zmienność dzisiejszej pogody i bliskość jesieni - wszystko to nadwątla moje siły i wolę. Właściwie nie chcę już nic, tylko spokoju. Chcę nie musieć się o nic martwić i niczym przejmować, chcę móc obudzić się obok A., zrobić śniadanie, obejrzeć razem z nim film, wyskoczyć do sklepu po składniki do sałatki greckiej, a wieczorem z kieliszkiem czerwonego wina w ręku  i kotami na kolanach wtulić się w poduszki na sofie i czytać po raz któryś "Opowieści o pilocie Pirxie".

Wspomnienia mnie dziś zjedzą. Nie bardzo wychodzi mi zajęcie myśli czymś innym. Na książce nie umiem się skupić. Jednym okiem obejrzałam "Trzynaste piętro", kolejną wariację na temat rzeczywistości wirtualnych. Mam ogromną ochotę na podtopienie tych sobotnich smutków w żubrówce z sokiem jabłkowym, ale... nie ma w domu żubrówki. A poza tym... płakać mogę  też na trzeźwo. Te kilka drinków to tylko pozorna ulga, potem jest jeszcze gorzej. Oparłam się pokusie wyjścia do sklepu.

Nie tylko w krakowie na brackiej pada deszcz. Ale ja nawet nie płaczę. Jestem dziś jakaś odrętwiała. Czuję się zawieszona, bezwolna, jakbym czekała, aż wypadki dalej potoczą się same i zadecydują za mnie. Nie robię żadnego ruchu, po prostu stoję i czekam...

A tu, jak na złość, Carla Bruni śpiewa je suis l'amoureuse. I patrzy w paryskie niebo ożywione roztańczoną kreską jej wyobraźni.


Bracka

Na północy ściął mróz
z nieba spadł wielki wóz
przykrył drogi pola i lasy
myśli zmarzły na lód
dobre sny zmorzył głód
lecz przynajmniej się można przestraszyć

na południu już skwar
miękki puch z nieba zdarł
kruchy pejzaż na piasek przepalił
jak upalnie mój boże
lecz przynajmniej być może
wreszcie byśmy się tam zakochali

a w krakowie na brackiej pada deszcz
gdy konieczność istnienia trudna jest do zniesienia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez

na zachodzie już noc
wciągasz głowę pod koc
raz zasypiasz i sprawa jest czysta
dłonie zapleć i złóż
nie obudzisz się już
lecz przynajmniej raz możesz się wyspać

jeśli wrażeń cię głód
zagna kiedyś na wschód
nie za długo tam chyba wytrzymasz
lecz na wschodzie przynajmniej życie płynie zwyczajnie
słońce wschodzi i dzień się zaczyna

a w krakowie na brackiej pada deszcz
przemęczony i senny zlew przecieka kuchenny
kaloryfer jak mysz się poci też
z góry na dół kałuże przepływają po sznurze
nie od deszczu mokrym lecz od łez

bo w krakowie na brackiej pada deszcz
gdy zagadka istnienia zmusza mnie do myślenia
w korytarzu i w kuchni pada też
przyklejony do ściany zwijam mokre dywany
nie od deszczu mokre lecz od łez
bo w krakowie na brackiej pada deszcz

bo w krakowie na brackiej pada
pada deszcz
pada deszcz

---
Grzegorz Turnau "Bracka"


12:14, aniaposz , Muzyka
Link Dodaj komentarz »
Mickey Niebieskie Oko

"Mickey Niebieskie Oko", 1999, reż. Kelly Makin

Lubię Hugh Granta. Wbrew temu, że gra zazwyczaj w tym, czego nie oglądam (komedie romantyczne), wbrew jego prawie niezmiennemu emploi. Lubię go za jego angielski akcent i fakt, że jeśli już zdecyduję się obejrzeć coś łatwego i lekkiego, to obecność Hugh Granta wynagradza mi nawet niezbyt mądrą fabułę.

W filmie "Mickey Niebieskie Oko" fabuła jest nawet niegłupia. Michael, pracownik galerii sztuki, oświadcza się dziewczynie, która okazuje się być córką członka mafii. Wprawdzie ojciec dziewczyny jest całkiem w porządku, ale już jej wuj i reszta rodzinki - nie bardzo. Nieproszeni używają swoich wpływów, by zbesztać niesolidnych dostawców, z którymi Michael ma wieczne problemy. I oczekują oczywiście przysługi za przysługę, a rodzinie się wszak nie odmawia. :) Tak więc Michael musi np. wystawić na aukcji w swojej prestiżowej galerii bohomazy namalowane przez jednego z kuzynów. Potem sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, a nasz miłośnik sztuki o manierach angielskiego dżentelmena zmuszony jest udawać tytułowego Mickey Niebieskie Oko, członka zaprzyjaźnionej mafijnej familii.

Najzabawniej jest chyba na początku; późniejsze zagęszczenie intrygi nie idzie w parze z jakością dowcipu, chociaż oczywiście są przebłyski humoru. Ale - jak pisałam - i tak było warto ze względu na Hugh. :) I dla sceny w restauracji, kiedy Michael klnie jak rasowy bandzior i wyrzuca z knajpy swojego szefa, częstując go jeszcze kopniakiem na do widzenia. Byłoby pewnie jeszcze ciekawiej, gdyby oryginalnych dialogów nie zagłuszał lektor.

11:01, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
piątek, 29 sierpnia 2008
Fakty i akty

 "Fakty i akty", 1997, reż. Barry Levinson

To mógł być bardzo dobry film. Ukazujący kulisy pracy współczesnych mediów i ich przemożny wpływ na ludzkie wyobrażenia o tym, co dzieje się na świecie. Obnażający mechanizmy manipulacji i łatwość, z jaką spreparować można każdy materiał. Przecież przeciętny człowiek nie ma narzędzi, by zweryfikować podawane informacje. Jakim cudem oddzielić ma prawdę od fikcji, skoro skazany jest tylko na dwuwymiarowe relacje stłoczone na kilkunastocalowym ekranie? Można na przykład pokazać na tym ekranie wojnę toczoną gdzieś na dalekim froncie, za siedmioma górami, w zapomnianym kraju o tak egzotycznej nazwie jak Afganistan. Można wmontować chwytający za serce obrazek dziewczynki z kotkiem w ramionach, uciekającej z płonącej wioski. Jak to zakwestionować, nie będąc samemu na miejscu?

W filmie "Fakty i akty" spec od PR wspólnie ze znajomym producentem i jego ekipą wymyślają taką właśnie wojnę i fabrykują medialne newsy, łącznie z poruszającą cały kraj wiadomością o przetrzymywanym w niewoli jeńcu. A wszystko po to, aby odwrócić uwagę społeczną od romansu prezydenta, który w dodatku przeciekł do opinii publicznej na kilkanaście dni przed wyborami.

No to dlaczego, skoro i pomysł świetny, i temat w dobie hegemonii TV nadzwyczaj aktualny, film mnie po prostu znudził i wymęczył? A przecież "do smaku" byli tam Dustin Hoffman i Robert De Niro. Trafiłam gdzieś na zarzut, że film jest przegadany. I chyba coś w tym jest. Potoki słów i mnóstwo dialogów, których, jak sądzę, nie dało się w dodatku przetłumaczyć tak, by nic nie uronić. Nie wiem..., jakieś mało angażujące to wszystko, płaskie i nijakie. Historia opowiadana epizodami i skokami, które jednak nie wprowadzają za grosz dynamiki. Ten film to dla mnie modelowy przykład jak na etapie reżyserii zmarnować można niezły scenariusz.

08:32, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 sierpnia 2008
Niebezpieczny umysł

"Niebezpieczny umysł", 2002, reż. George Clooney

Debiut reżyserski George'a Clooneya. Opowieść o skomplikowanej osobowości Chucka Barrisa, który wciąż pozostaje postacią enigmatyczną, mimo opublikowanej autobiografii i nakręconego na jej kanwie filmu. W wywiadach, na pytania o swoją podwójną tożsamość, odpowiada podobno: "Nie mogę potwierdzić ani zaprzeczyć". CIA stanowczo dementuje informacje, jakoby Barris pracował w latach 60. i 70. jako płatny zabójca na usługach agencji. Może faktycznie był tylko autorem i gospodarzem nowatorskich w swoim czasie teleturniejów i rozrywkowych programów telewizyjnych, które stały się później rozpoznawalnymi formatami (choćby znana u nas "Randka w ciemno" czy "Familiada")? Przez medioznawców i piewców kultury wysokiej głośno oskarżany o sprowadzenie telewizyjnej rozrywki do poziomu rynsztoka. Człowiek o wybujałych ambicjach i przenikliwej znajomości ludzkich gustów, bon vivant i playboy, który dusił się, gdy życie nie dostarczało mu wystarczającej porcji adrenaliny, a więc postanowił je jeszcze ubarwić, wymyślając sobie flirt z CIA? Dobrze funkcjonował tylko na wysokich obrotach, wciąż zaangażowany w nowe projekty, ciągle eksplodujący nowymi pomysłami, zabawiający masy niewybrednym żartem i bezlitośnie obśmiewający na antenie ludzkie słabości. A w przerwach między jednym a drugim teleturniejem dyskretnie usuwający z tego świata wrogów amerykańskiej demokracji... Tylko czy na pewno? Osobiście jednak w to wierzę. Wszelkie niedopowiedzenia pozwalają wprowadzić w tę historię na tyle dużo wątpliwości, że Barris może czuć się bezpieczny. Przecież ostatecznie ani nie potwierdza ani nie zaprzecza. Może to tylko jego kolejny żart?

Poza tym, że to świetna historia sama w sobie, bardzo podoba mi się strona realizacyjna filmu. Narracja jest poszatkowana, cięcia ostre, ale to zabieg celowy, znakomicie odpowiadający pulsującemu natłokiem wydarzeń życiu Barrisa. Trwa jakaś rozmowa, Barris właśnie świętuje antenowy debiut swojego nowego programu, a już rozlega się echo kroków w pustej helsińskiej uliczce i pada strzał. Kolejne wydarzenia zachodzą na siebie. Zanim wybrzmi jakiś dialog, Barris już bierze się za kolejną rzecz. Trzeba uważnie oglądać, żeby nic nie umknęło, czasem konieczne jest cofnięcie o kilka sekund, by wyłapać jakiś niuans, którego konsekwencje za chwilę zobaczymy. Może to sprawiać wrażenie chaosu, ale to tylko złudzenie; wszystko jest spójne i przemyślane. Jak umysł Barrisa, szalejący i rozgorączkowany, ale działający precyzyjnie i bezbłędnie. Ten szybki montaż i rwana narracja przypominają mi trochę "Trainspotting" i "Dziękujemy za palenie", a przewrotnością puenty film Clooneya nawiązuje do "Człowieka z księżyca" (zresztą komik Andy Kaufman też traktował swoje życie jak jeden wielki żart i wymyślał je wciąż na nowo, mieszając fakty z fikcją i zmuszając swoje otoczenie do nieustannych domysłów).
23:10, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
Egzorcyzmy Emily Rose

 "Egzorcyzmy Emily Rose", 2005, reż. Scott Derrickson

Staram się trzymać z daleka od współczesnych horrorów z tej prostej przyczyny, że mnie zupełnie nie straszą, tylko albo usypiają, albo śmieszą, a żadna z tych funkcji nie leży raczej w zamyśle twórców horrorów. :) Kiedyś, przy okazji notki o "Egzorcyście", polecono mi "Egzorcyzmy Emily Rose" jako przykład niezłego współczesnego nawiązania do tamtego klasyka z lat 70. I muszę przyznać, że swoje podstawowe zadanie - straszenia - film spełnił całkiem nieźle. Istotnie parę razy podskoczyłam na krześle, a idąc spać miałam szczerą nadzieję, że nie obudzę się o trzeciej nad ranem. ;) Tymczasem sama z rozmysłem zafundowałam sobie seans wieczorkiem, żeby spotęgować ewentualny efekt. :)

Ciekawym pomysłem reżysera było połączenie horroru z dramatem sądowym. To na pozór ryzykowne przedsięwzięcie okazało się strzałem w dziesiątkę. Dzięki fragmentom na sali sądowej, udaje się odpowiednio dozować napięcie, unikając przeładowania typowymi scenami rodem z horroru, czyli krzykami, grymasami i wygibasami opętanej Emily (a te, które widzimy, rzeczywiście mogą przerażać). Ładnie ścierają się dwa punkty widzenia - ten racjonalny, stawiający na medyczną przyczynę kłopotów Emily i ten metafizyczny, dopuszczający możliwość opętania przez demony. Podejrzewam zresztą, że gdyby reżyser nie zdecydował się na wplecenie motywów sądowych, film wiele by stracił, przynajmniej w moich oczach. Nie wiem nawet czy większej dawki emocji nie dostarczało mi przypadkiem śledzenie potyczek prawników niż retrospekcje zmagań Emily z demonami. W każym razie nie mam poczucia straconego czasu i wyrzuconych w błoto pieniędzy jak przy okazji "Sierocińca", "Nieodebranego połączenia", "Kręgu", "Amityville", "Głosów" i pewnie jeszcze paru innych filmów, które czym prędzej wyrzuciłam z pamięci.

13:24, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 sierpnia 2008
Raport z codzienności

Wagaruję. Wzięłam sobie dwa dni wolnego ad hoc, bo nie chce mi się chodzić do roboty. Szefa nie ma, wniosek podpisze po powrocie z urlopu. Cóż, nie będzie miał innego wyjścia. Taaak, szkoła nie była najwspanialszym okresem w moim życiu, ale jedno było jej niezaprzeczalnym atutem - można było chodzić do woli na wagary, przy czym jechać na opinii grzecznej dziewczynki i ukradkiem usprawiedliwiać sobie nieobecności w dzienniku dorwanym przy okazji wysłania do pokoju nauczycielskiego. Prawie całą 2. i połowę 3. klasy LO równo przewagarowałam. To były czasy! W sumie cud, że zdawałam bez większych problemów, ale to był efekt wyrobienia sobie marki jeszcze w 1. klasie. No i wyglądu w pewnej mierze, bo nikt nie spodziewał się przecież takich wybryków po tej niewysokiej dzieweczce o niebieskich oczętach i niewinnej buzi.

Zaczyna się drugi tydzień, jak nie dzwonimy do siebie z A. Poszło o głupotę, po części faktycznie istotną dla mnie, po części sprowokowaną, chyba podświadomie. W ubiegłą sobotę wyszłam, trzaskając drzwiami. W niedzielę napisał mi smsa; nie odpowiedziałam. Zadzwonił; nie odebrałam. Od tamtej pory cisza. Nie wiem, co będzie. Ważne jest tylko, żeby się nie załamać i nie zadzwonić. Ważne jest, żeby przetrwać kryzys, jeśli ten związek ma zakończyć się właśnie teraz. I proszę mi nie mówić, że to nie jest dobry sposób ani dobry moment. Na takie rzeczy nigdy nie ma dobrego momentu. Zawsze boli i zawsze coś jest nie tak jak powinno być. To efektywność jest jedyną właściwą miarą. Nie piszę w tym miejscu o wszystkich moich myślach, które zaczynają mi się powoli gromadzić w głowie, bo sama staram się nie dopuścić do ich eksplozji. To nie jest takie łatwe, jak może wyglądać, ale nie mam wyjścia.

W niedzielę, z braku innego zajęcia, a też i dlatego, że usilnie starałam się zająć czymś totalnie błahym, oglądałam Sopot. Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałam po raz pierwszy, że ma to być impreza w klimacie nostalgii za latami 80., wybuchnęłam sardonicznym śmiechem. No przecież, bez przesady, that was then and this is now! I nawet jeśli kiedyś, w wieku 13 lat, słuchałam Modern Talking i umierałam w ekstazie przy C.C.Catch, to teraz gust mam stanowczo bardziej wyrafinowany i takie żerowanie na wspomnieniach uważam za niesmaczne! A tymczasem niedzielny koncert naprawdę mnie rozrzewnił. :) Nie tyle muzyka, która pozostaje symbolem kiczu tamtej epoki, ile okazja zobaczenia na scenie ówczesnych idoli, starszych o 20 lat. Rozbroił mnie Limahl, który zachowywał się niezwykle swobodnie i naturalnie, do tego śpiewał dawne przeboje z lekkością współczesnej gwiazdy estrady, a kontaktu z publicznością pozazdrościć mu mogłaby nawet Doda; zaskoczył mnie Thomas Anders, o którym dawno temu czytałam jako o bubku, nieznającym słowa po angielsku i stroniącym od kontaktu z fanami, a zobaczyłam wyluzowanego faceta, bawiącego się swoim wizerunkiem. Oczywiście wszystko co pokazali, można złożyć na karb ich przemijającej sławy i chęci wybicia się za wszelką cenę. Ale nie byłabym taka surowa w ocenach. Oni po prostu byli autentyczni. W przeciwieństwie do plastikowej Sandry, która jako jedyna śpiewała z playbacku. Jak dla mnie, brawa dla dinozaurów za to, że umieją być sobą i wciąż bawić, nie wywołując zażenowania.
niedziela, 24 sierpnia 2008
Wody głębokie jak niebo

Anna Brzezińska, "Wody głębokie jak niebo"

"Powiadają, że nie można uciec przed czarodziejem, ale Sirocco zdołała tego dokonać.

Wyszła z chaty o świcie, kiedy marmurowe kopuły Brionii ledwie jaśniały na ciemnym niebie, a pąki róż nie rozchyliły się jeszcze w ogrodzie. Poczekała, aż srebrne dzwoneczki u framugi znieruchomieją i umilkną. Później starannie zaparła drzwi, wyrównała na oknie donice z mirtem, barwinkiem, hyzopem, lawendą i ciemiernikiem, i z fletem w dłoni ruszyła ku miastu. Niewolnice, czerpiące u Porta d'Argento wodę z akweduktu, na widok Sirocco niżej pochyliły się pod ciężarem dzbanów. Kiedy przeszła pomiędzy dwoma skrzydlatymi lwami, które wyrzeźbiono w żółtym piaskowcu, aby strzegły miasta, wydało się jej, że słyszy, jak ich kamienne powieki rozwierają sie z mozołem, a pazury zaczynają rwać granitowe bloki traktu. Zaklęcie słabło i demony rychło ockną się z niewoli.

Na ulicach nie spotkała nikogo, prócz gromady wróbli trzepoczących się w gałęziach tamaryszków u sadzawki. Za to nad jej głową małe kamienne gargulce odrywały się od gzymsów i unosiły, świszcząc i wirując z radości jak frygi. Podtrzymujący portyki świątyń atlanci prostowali ramiona, akroterioni przykucnięci na skrajach dachów leniwie poruszali skrzydłami, roztańczone bachantki ze zdumieniem wychylały się z reliefów fryzów. Pośrodku placu, z twarzą ukrytą w dłoniach, klęczał mosiężny pastuszek, z którego dłoni jeszcze wczoraj biła miejska fontanna. Sirocco przystanęła i przez chwilę chciała płakać razem z nim. Zamiast tego przyłożyła flet do warg i zaczęła grać pawanę, powolny, żałobny lament nad miastem, które wkrótce roztopi się w promieniach słońca jak zamek ze śniegu. I nad ludźmi Brionii, którzy nie próbowali nawet uciekać przed armią, ciągnącą ku nim od strony Valle delle Lacrime, Doliny Łez, gdzie pokonano ich władcę. A także nad sobą, ponieważ była córką maga, który panował nad tym miastem."
sobota, 23 sierpnia 2008
Jim Jarmusch


"Mystery Train", 1989
"Poza prawem", 1986

Wygląda na to, że to, co mogłoby mi się z Jarmuscha podobać, obejrzałam dawno temu. :/ Ciekawym kinowym doświadczeniem był "Ghost Dog". Przyjemny leniwy seans zaliczyłam przy "Broken Flowers". Dobrze bawiłam się przy "Kawie i papierosach". "Noc na Ziemi" - już gorzej. Oglądałam wprawdzie dwa razy, ale powtórkę zafundowałam sobie tylko w nadziei, że zebrane w międzyczasie doświadczenie kinowe pozwoli mi spojrzeć na obraz dojrzalej. Niestety znów poza epizodem w rzymskiej taksówce, całość nieszczególnie mnie wciągnęła.

To, co dla jednych stanowi o atrakcyjności stylu Jarmuscha - przeciągane sceny, filmowanie codzienności, długie momenty ciszy, rozmowy "o niczym" - dla mnie jest totalnie niestrawne. Nie wiem co sprawia, że u Kubricka mogę przez całe minuty wsłuchiwać się w milczenie i kontemplować twarze bohaterów, że u Lyncha mogę z zachwytem niemalże obserwować monotonny ruch kosiarki wzdłuż drogi, a Jarmusch okazuje się być niezawodnym środkiem nasennym i to dosłownie; oba filmy - "Mystery Train" i "Poza prawem" przerywałam mniej więcej po półgodzinie, by zapaść w drzemkę. :) W "Mystery Train" tylko ostatnia historia była "o czymś" - było i ciekawie, i groteskowo, i... tarantinowsko troszeczkę. :) Natomiast epizod No. 1 z japońskimi turystami to była droga przez mękę! Momentem decydującym o przerwaniu seansu i zapadnięciu w błogi sen była bodaj rozmowa w pokoju hotelowym na temat "smutnych rysów twarzy". Ale ostatecznie nie uważam filmu za totalne nieporozumienie tak z uwagi na trzecią część, jak i z powodu przeplatających się wydarzeń, a ja takie zazębianie się historii bardzo lubię.

"Poza prawem" uśpiło mnie również i właściwie tylko dzięki Benigniemu i nielicznym fragmentom, dotrwałam do końca. Przykro mi, ale to kompletnie nie moja bajka.
16:22, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2