Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
niedziela, 23 września 2007
Kopia mistrza

 "Kopia mistrza", 2006, reż. Agnieszka Holland

Wyznaję - mam słabość do filmów kostiumowych, tym bardziej do biografii, a do biografii wielkich kompozytorów - szczególnie. Co mnie w tych filmach urzeka? Klimat tamtych czasów, pasja tworzenia, a przede wszystkim oczywiście muzyka, którą kocham miłością nie do końca odwzajemnioną, bowiem muzykę klasyczną uwielbiam, choć nie rozumiem. To jest wielka przyjemność słuchania, chłonięcia tych doskonałych fraz, ale bez solidnych edukacyjnych podstaw. Może to i lepiej... Może dzięki temu, że nie wiem, że nie analizuję, jestem w stanie wciąż i wciąż zachwycać się na nowo, bezkrytycznie. Czasem sobie myślę, że jedyne dla czego warto było przyjść na świat, to właśnie sztuka. I jeśli czegoś będę żałować, umierając, to tego, że jeszcze tylu książek nie zdążyłam przeczytać, tylu filmów i spektakli zobaczyć, tylu utworów posłuchać. A życie jest takie krótkie i ciągle trzeba wybierać, a wybierając, tak naprawdę przecież odrzucamy. Ciągłe dylematy - przeczytać dziś książkę czy obejrzeć film? A kiedy do teatru? A może na koncert? Są też jeszcze gazety, które i tak zredukowane do dwóch tytułów tygodniowo, zamieszczają coraz więcej dodatków i broszur. A wszystko takie ciekawe! I jeszcze ta praca zawodowa, która bruździ, bo zabiera cenny czas, który powinnam przeznaczyć na zajęcia daleko ważniejsze, a wymienione powyżej. :) Ech... Tak czy inaczej, ludzie przemijają, zostają ich wielkie dzieła. Móc się nimi delektować choć w namiastce to już jest szczęście. :)

"Kopia mistrza" arcydziełem na miarę "Amadeusza" nie jest. Chwilami razi patosem, miejscami nuży naiwnością (cała łzawo i dość schematycznie rozegrana relacja Beethovena z kuzynem, niektóre łatwe do przewidzenia szablonowe rozwiązania fabularne). W ogóle trochę ten film taki... plastikowy. Nie przeszywa, nie drąży gdzieś w żołądku, nie odciska piętna. Ale, jak pisałam, mam słabość do tej tematyki i mimo zauważalnych mankamentów, podobało mi się. Fakt, największy walor to muzyka. Przyćmiewa wszystko i litościwie przesłania defekty. :) Przy kluczowej partii chóru w IX Symfonii zwyczajnie się pobeczałam...

Dziwne, że oś fabularna, czyli znajomość Anny Holtz z Beethovenem nie skupiła mojej uwagi. Rozpłynęła się we wrażeniu ogólnym. Ale może tak miało być, bo Agnieszka Holland w bardzo ciekawym komentarzu zamieszczonym na DVD mówi, że Anna miała być tylko filtrem, medium, ułatwiającym widzom uzyskanie dostępu do Beethovena. Czyli powinna być do pewnego stopnia przezroczysta, eteryczna bardziej niż rzeczywista, choć reżyserka twierdzi, że chciała też uniknąć zamknięcia jej całkiem w ramy symbolizmu. Film ciekawy również z poznawczego punktu widzenia, zwłaszcza jego końcowe fragmenty, gdy Beethoven tworzył zręby nowego stylu w muzyce, wyprzedzając swoje czasy, nierozumiany jeszcze przez jemu współczesnych.

19:06, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
Grindhouse: Death Proof

 "Grindhouse: Death Proof", 2007, reż. Quentin Tarantino

Bałam się tego filmu i moje obawy niestety się sprawdziły. Jestem wielką fanką Tarantino; do ulubionych zaliczam oczywiście "Pulp Fiction", ale również "Wściekłe psy" i "Kill Bill". Podobała mi się nowelka w "Czterech pokojach". Porządnym kawałkiem sensacji była "Jackie Brown". Potem Tarantino przez długi czas milczał, aż huknęło wiadomością o produkcji, mającej być specyficzną stylizacją i swego rodzaju powrotem do raju dzieciństwa. Owszem, już w "Kill Bill" Tarantino zdradzał tendencję do skręcania w stronę formalnych zabaw, ale było to nowatorskie i dobrze zrobione. "Kill Bill" było pomysłem odważnym, świeżym, było prowokacją i zabawą. Ale - miało też sens fabularny. Poza dziesiątkami nawiązań i świadomych zapożyczeń, poza celową przesadą, była to historia, którą chciało się oglądać i której finał chciało się poznać.  Przy "Death Proof" obawiałam się przegięcia, całkowitego postawienia na formę i grę. Można, jasne. Tylko po co? Ile jeszcze własnego ogona strawić musi Big Quentin, żeby krytycy się otrząsnęli z bałwochwalczego zachwytu?

Niektórzy recenzenci wskazują na pokłady mądrości, jakie film niesie - 'girls power' w najbardziej ekstremalnym wydaniu, zmierzch męskości rozumianej jako samcza dominacja etc., etc. Inni wskazują na czystą radość z kina jako imitacji rzeczywistości, czyli - popatrzmy sobie na przemoc i krew, lubimy to, a jakże, siedząc bezpiecznie po drugiej stronie ekranu, a Quentin nam to daje i jest frajda. Do mnie nie trafia żadna z tych interpretacji. Doszukiwać się kulturowych diagnoz nie mam zamiaru, bo jak król jest nagi, to jest nagi, a nie ubrany w gustowne, nowocześnie szyte i przemyślnie zaprojektowane szaty (zresztą np. dialogi lasek to nie dialogi lasek, tylko męskie wyobrażenia o tym, jak wyglądają dialogi lasek). A frajdy nie miałam, bo jej nigdy nie miewam przy nadmiarze lub bezsensie kinowej przemocy i efekciarstwa. Wprawdzie uwielbiałam krew i flaki jako dziecko, taki ze mnie straszny dzieciak był, patrzyłam z fascynacją na przecinanie piłą, tudzież inne makabryczne kawałki. Ale wyrosłam. :) Teraz ziewam z nudów.

Owszem, było kilka ciekawych fragmentów i pomysłów, choćby autotematyczne nawiązania, jak Big Kahuna Burger, masaż stóp czy "gwizdany" dzwonek telefonu. Ale poza tym... dialogi 'ostrych panienek' stają się dość szybko nużące, no bo ileż można słuchać mielenia wciąż o tym samym, czyli głównie o problemach z facetami. Zresztą nawet, gdy panny o mężczyznach nie rozmawiają, tematy ich dyskusji są beznadziejnie płytkie i ani trochę błyskotliwe, a przecież Tarantino potrafił niegdyś między słówka "bitch" i "fucking" wcisnąć świetne teksty. W "Death Proof' "fucking bitch" jest tematem przewodnim i tylko pobieżnie obudowanym innymi frazami. O, przepraszam, jest jeszcze "mother fucker". ;) Nużące to wszystko i - mimo widowiskowości - w gruncie rzeczy nijakie i do zapomnienia w 5 minut.

Swoją drogą zaobserwowałam ciekawe zjawisko: mężczyźni uwielbiają filmy o "ostrych laskach" i nader chętnie nazywają je filmami feministycznymi. Jak to jest, że taki feminizm (stojący jawnie w opozycji do męskości) jest dla nich do zaakceptowania, a postfeminizm, realizujący się w społecznym dyskursie o równych prawach, budzi śmiech politowania? Może chodzi o to, że te "ostre laski" spotkać można tylko po drugiej stronie ekranu, atrakcyjnie to wygląda, pobudzająco działa na męską wyobraźnię, to zjawisko ekscytujące, bo niezagrażające "tu i teraz", a feminizm jako ruch społeczny... o, to zdecydowanie za wiele, a nuż się przyjmie i co wtedy? ;)

16:04, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »
środa, 19 września 2007
Człowiek jak jaszczurka

Czytałam gdzieś, że nawet mała ilość alkoholu niszczy bezpowrotnie mrowie szarych komórek. Niemniej sporo ostatnich badań wskazuje, że neurogeneza dokonuje się także w wieku dorosłym, przy czym i tak dla zachowania sprawności umysłowej najważniejszą kwestią jest nie ilość neuronów, lecz sieć połączeń między nimi. Podzieliłam się tą optymistyczną myślą z Arturem, na co usłyszałam jeszcze bardziej optymistyczny komentarz:

"Wątroba się odradza, neurony się odradzają - można chlać." :D

Ku ludzkiej uciesze i wolności od poczucia winy cytuję. :)

Kubrick wielkim reżyserem był!

Nie miałam ostatnio ani nastroju, ani weny do pisania bloga. Zamiast marudzić i skrobać łapką u potencjalnych czytelników o pocieszenie (którego i tak by nikt nie udzielił, a jeśli - to bez nadmiernej troski ;)), wolałam zaszyć się na jakiś czas we własnym kącie i przeżuć swój podły nastrój w nadziei, że z każdego dna można się jakoś wydostać. Rewelacyjnie nie jest (i nie będzie, dopóki nie dam sobie rady z pewnymi rzeczami, z którymi tylko ja mogę się uporać), ale przynajmniej mam ochotę napisać coś znów o filmach, które wciąż wiernie dotrzymują mi towarzystwa. :)

 "Mechaniczna pomarańcza", 1971, reż. Stanley Kubrick

Sporo przez ostatni miesiąc obejrzałam, ale najwięcej wrażeń dostarczył mi Kubrick. Zachwycałam się już "Full Metal Jacket", teraz przyszła kolej na "Mechaniczną pomarańczę" i "2001: Odyseję kosmiczną". Stosunkowo późne zainteresowanie kinem ma swoje dobre strony - ciągle tyle odkryć przede mną. :D A im więcej poznaję, tym bardziej przychylam się do opinii, że wszystkie najlepsze filmy dawno już nakręcono. I przy okazji znajduję potwierdzenie dla słów Witkacego, że "wielkie dzieło powinno narzucać się samo właśnie dlatego, że jest wielkie". Dokładnie tak jest z "Mechaniczną pomarańczą" - to film, który nie kluczy i nie prosi, tylko bez pardonu wyważa drzwi, wpada z impetem i jeszcze na dzień dobry wymierza siarczysty policzek. :) Bez dwóch zdań pokazuje kto tu rządzi i nie ma się nic do gadania. :) Ten obraz po prostu chwycił mnie za gardło i nie puścił do końca. Mam wciąż poczucie, że zetknęłam się z czymś genialnym, ponadczasowym. Film wykrzywiony karykaturą i hiperbolą, z premedytacją wynaturzony, 'przesterowany'. Otwierająca scena, gdy czwórka zblazowanych Królów Życia siedzi w Korova Milk Bar, a w tle pobrzmiewa przewodni temat muzyczny, bezbłędnie wprowadza w klimat.

Swoją drogą Kubrick wiedział, co robi, zakazując dubbingowania i nakładania głosu lektora w swoich filmach - te dzieła to arcydzieła w każdym calu, a głosy aktorów są tu nie mniej ważną składową. A przekaz? To ja poproszę "Mechaniczną pomarańczę" jako kopalnię refleksji na temat zemsty i jej zasadności zamiast filmów Chan-wook Parka. :)

 "2001: Odyseja kosmiczna", 1968, reż. Stanley Kubrick

Zaczarowana "Mechaniczną pomarańczą", natychmiast sięgnęłam po "2001: Odyseję kosmiczną". A potem przez jakiś czas nie chciało mi się oglądać więcej filmów. Po tym seansie nic już nie jest takie samo. "2001: Odyseja kosmiczna" to mistyczne przeżycie, obcowanie z geniuszem i dotknięcie ideału, a zważywszy na rok produkcji, te zachwyty są tym bardziej uprawnione. Niektórzy twierdzą: "nuuuda", a dla mnie to świetny przykład kina, w którym napięcie wyczuwalne jest w każdym geście postaci i każdym ujęciu, gdzie właściwa akcja jest wewnątrz, a ciarki przechodzą za sprawą Niewysłowionego, Niedefiniowalnego i Niepoznawalnego, a nie dlatego, że pięcioogoniasty potwór pluje magmą, a w poprzek ekranu strzelają wiązki laserów. Ja siedziałam chwilami odrętwiała z wrażenia. Ale zdaję sobie sprawę, że to nie kino dla każdego. Mnie klimat filmu od razu skojarzył się z twórczością Lema, a zwłaszcza z tym jej nurtem, na jaki składają się np. "Opowieści o pilocie Pirxie", "Głos Pana", "Niezwyciężony" czy "Solaris". Najbardziej jednak cykl pirxowski z międzygwiezdnymi podróżami, niezwykle sugestywnymi opisami kosmicznej czerni i pustki czy przeraźliwą ciszą statku, przemierzającego niewyobrażalne przestrzenie kosmosu. Zero efekciarstwa, karkołomnych pomysłów, gwiezdnych wojen czy spektakularnych spotkań z obcymi - wszystko zasadzało się na budowaniu nastroju, filozoficznej refleksji i celnych obserwacjach. Taki jest też film Kubricka, a przy tym doskonale wytrzymuje próbę czasu! Oprócz drobnych szczegółów (np. ubiór czy fryzury aktorów), pozostałe elementy śmiało mogłyby powstać dziś - przecież konstrukcja statku, jego wnętrze czy inne pomniejsze 'technikalia' absolutnie nie rażą naiwnością.

To, co najbardziej zapadło mi w pamięć: powolne osiadanie lądownika w takt walca wiedeńskiego, dopracowanie najmniejszych detali jak np. błysk jednego z reflektorów kapsuły zawieszonej przed macierzystym statkiem, świetne zdjęcia krzywizn wnętrza Discovery, gdy kamera podąża za biegającym Frankiem, nieruchome 'mumie' zahibernowanych naukowców, monolog HALa, usiłującego powstrzymać Dave'a, sam akt unicestwiania wyższych funkcji logicznych komputera, "oko" HALa, głos HALa, "computer malfunction", właściwie... mogłabym tak wymieniać jeszcze długo. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie środkowa część filmu - konfrontacja z maszyną. Osobowość HALa to jeden z najlepiej wykreowanych kinowych bytów, tak oszczędna, a tak intrygująca!

 "Dr. Strangelove", 1964, reż. Stanley Kubrick 

Kolejnym krokiem był "Dr. Strangelove", ale tu już przyszedł czas na otrzeźwienie. Doceniam przewrotny pomysł i aktualność przekazu, odnoszącą się do wszelkich politycznych sporów i międzynarodowych konfliktów, ale niestety sam temat takiej polityki na wysokim szczeblu, nawet w formie komicznej, niespecjalnie mnie zajmuje. Nawet nie jestem w stanie wiele przypomnieć sobie z seansu. Kilka zabawnych w zamierzeniu momentów, nie rozśmieszyło mnie bynajmniej, chociaż skojrzenia miałam z humorem a la Coenowie.

11:44, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »