Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
niedziela, 28 września 2008
Koci weekend

Lubię takie spokojne, rzekłabym nawet - beztroskie weekendy. Nie przeszkadza mi to, co ludzie o dużej potrzebie stymulacji nazwaliby monotonią, a ja nazywam optymalnym dla mnie poziomem pobudzenia. :) A może w ogóle potrzebowałam totalnego wyciszenia po poprzednim weekendzie.

Od paru dni moje koty szaleją tak, że roznoszą mieszkanie w strzępy. Znaczy - zdrowe i szczęśliwe. :) Co więcej - większość tych zabaw inicjuje Nesca i to Nesca zaczepia Ramzesa, gdy ten, zmęczony, odpoczywa na półce przy telefonie w nadziei, że siostra da mu trochę spokoju. Oba moje czarne słońca wyglądają oczywiście kwitnąco - lśniąca miękka sierść, błyszczące oczy, wilczy apetyt i ochota do harców. No jak ja mogę w takiej sytuacji mieć depresję? :)

Sen z powiek spędza mi trochę moja tymczasowa kotka, która cały czas rezyduje w domku na działce. Miałam już kandydatkę do jej adopcji, ale najwyraźniej przestraszyła się umowy adopcyjnej. No cóż, widocznie to nie była ta osoba. Dziś spotykam się z młodymi ludźmi, którzy też odezwali się z ogłoszenia. Pisali w mailu, że zakochali się w kotce. Zobaczymy czy okażą się rozsądni i czy nie zamilkną, gdy pokażę im umowę adopcyjną. Nie chcę wydawać kotki w nieodpowiednie ręce, nie po to ją ratowałam.

A oto moje ukochane czarnuchy. :)

Nesca, która choć raz nie wyszła na zdjęciu naburmuszona...



...i Ramzes w pozie Króla Lwa z myszką u boku. :)


poniedziałek, 22 września 2008
Nieprzystawalność

Moje parokrotne próby dołączenia do bohemy (głównie w rozmaitych jej wirtualnych wcieleniach) bez wyjątku kończyły się niepowodzeniem i rozczarowaniem. Nie umiem się zresztą odnaleźć i w innych internetowych społecznościach. Drażni mnie protekcjonalny ton wypowiedzi starszyzny, irytują wszechobecne drwina i sarkazm, nagminnie wykorzystywane jako narzędzia w argumentacji, a postrzegane jako wyraz błyskotliwej inteligencji, męczy mnie pretensjonalny, nadęty styl dyskusji. Nie lubię i nie umiem przerzucać się ripostami, żarcikami, aluzjami, jednozdaniowymi odniesieniami. Nie toleruję meandrowania i piętrowych dygresji. Jestem uczulona na lans, nawet (albo tym bardziej) w wykonaniu tzw. inteligentów. Czasem mnie to boli. Kiedy dla własnego kaprysu ktoś, czyje artystyczne dokonania cenię, wyżywa się na nowicjuszu, tym samym wykazując całkowity brak klasy. Zupełnie nie przystaję mentalnością do tych mieszkańców Olimpu, z elitaryzmu czyniących nadrzędną wartość. Do pewnego stopnia winię tu mój perfekcjonizm i łączące się z nim niedocenianie własnych umiejętności (potem np. okazuje się, że ktoś inny przy gorszych kompetencjach dzięki tupetowi zaszedł dalej niż ja); wolę się wycofać niż zaryzykować porażkę, popełnić błąd. Ale to tylko cząstka prawdy. Reszta to brak chęci wkupywania się w łaski takiej społeczności, niesmak wobec prezentowanych postaw. Od ludzi kultury oczekuję... kultury, a nie pozoranctwa w postaci wkładania przed mordobiciem białych rękawiczek. Wiem, to myślenie życzeniowe. Ludzie są, jacy są i tytuł profesora nie chroni przed chamstwem. Ale tym bardziej nie mam ochoty na takie spotkania.

Z drugiej strony, co tu kryć, nie znajduję też przyjemności w rozmowach o banałach. Nie udzielam się na forum onetu, bo odrzucają mnie ciągłe prowokacje i prymitywizm. Znajomych też mam raczej od kielicha i pośmiania się niż od intelektualnych dysput. I tak źle, i tak niedobrze. I może to jest chociaż częściowe uzasadnienie tego mojego uporczywego trwania w izolacji...
Błogosławione powroty

Weekend zbyt intensywny jak dla mnie. Albo może intensywny w niewłaściwy sposób. Od sobotniego popołudnia aż do wczesnego niedzielnego wieczora zajęta byłam sprawami związanymi z weselem kuzyna A. To nie tak, że nie lubię się bawić. Tańczę też całkiem nieźle. Tylko jakoś obco czułam się pośród tych wszystkich ludzi, krewnych A. Odzwyczaiłam się od ludzkiej obecności wokół mnie, poza znajomymi z pracy. Nieporadnie szły mi te wszystkie towarzyskie gierki. Albo uparcie milczałam, albo recytowałam jakieś banały, by pokryć zmieszanie. Nie pomagała mi też moja prezencja - nie miałam nic naprawdę stosownego do okazji, założyłam spódnicę i bluzkę, raczej zwyczajne. Zdecydowanie za dużo też ważę, źle się z tym czuję, próbuję walczyć, ale nie chcę podejmować drastycznych kroków. Stawiam raczej na ruch niż na głodzenie się, więc trochę to potrwa nim wrócę do wymarzonej figury. Teraz nie czuję się ze sobą dobrze. I to przekłada się na moją pewność siebie w kontaktach międzyludzkich.

Ten psychiczny i fizyczny paraliż, jaki mnie ogarnął na początku przyjęcia, sprawił, że rozpaczliwie potrzebowałam jakiegoś ratunku i pretekstu, by jednak zostać i mimo wszystko dobrze się bawić. Ratunek był oczywiście jeden - płynny i rozlewany obficie do kieliszków. W rezultacie wypiłam więcej niż powinnam, dzięki czemu rzeczywiście zrobiłam się bardziej rozmowna, ale za to zbyt długo dochodziłam do siebie następnego dnia. Uniknęłam wprawdzie klasycznego kaca, ale czułam się zmęczona i wypluta. Właściwie nie wypoczęłam w ten weekend wcale. W niedzielny wieczór z ulgą wjeżdżałam na moje osiedle, w domu do kotów przytulałam się tak, jakbym nie widziała ich co najmniej tydzień, potem z błogością usadowiłam się na mojej kanapie i napiłam ulubionej herbaty z sokiem malinowym, wreszcie obejrzałam Taniec z gwiazdami (ach, to moje niezrealizowane marzenie o tańcu towarzyskim!), w przerwach podczytując prościutkie opowiadanka fantastyczne z tomu Załatwiaczka Mileny Wójtowicz. I tajałam. Opadało ze mnie całe napięcie i cały zgiełk weselny. Chyba dziczeję...

W sobotni ranek dokończyłam oglądanie "Zemsty Sithów". Nareszcie film nawiązujący klimatem do pierwszej trylogii. Esencjonalny, zwarty, dużo mroczniejszy od części 1. i 2. Dość przekonująco ukazana droga Anakina na Ciemną Stronę Mocy. I naprawdę przejmujące sceny narodzin Dartha Vadera. Szkoda, że Lucas nie poszedł od samego początku w tę stronę.

piątek, 19 września 2008
spacer

***

park rozszerza się wyłania
z przesmyku w krajobrazie

i już
rozwija w dół schodami
przejściami uwalnianymi
spomiędzy gałęzi

mrok prowadzi przez kładkę
przerzuconą nad zgiełkiem miasta
kule latarń kołyszą się miękko
na świetlistych aureolach

po kamiennych stopniach schodzę
kontemplując przeszłość zamarłej fontanny
nieruchome posągi patrzą na mój zachwyt
z pobłażaniem świadków lepszej epoki

z duszą przysypaną stosem liści
oddycham jesienią

to ostatni taki ciepły wieczór

09:27, aniaposz , Strofy
Link Komentarze (3) »
niedziela, 14 września 2008
Prosta rozrywka

Dalszy ciąg apetytu na pulpę. :) I chyba zaczyna mi się przejadać. Wczoraj obejrzałam "Atak klonów". O ile "Mroczne widmo" było miłą bajeczką, a dodatkowo zapowiedzią ciekawej przygody, o tyle Episode 2 to przydługi i chaotyczny korowód nijakich obrazków. Dzieje się dużo, ale niewiele z tego wynika. Właściwie całą treść można by skrócić i podzielić między część poprzednią i następną. Mimo iż momentami oglądałam "Mroczne widmo" z pobłażliwym uśmiechem na twarzy, to jednak muszę przyznać, że dałam się zaczarować atmosferze gwiezdnej epopei. Za to "Atak klonów" wręcz mnie zniesmaczył.

Poza tym obejrzałam też ostatnio "Sekretne okno" i - wczoraj - "Ocean's Eleven".

"Sekretne okno", 2004, reż. David Koepp

Do tego filmu przyciągnęły mnie głównie nazwiska: Johnny Depp, a przede wszystkim John Torturro.  Niestety, to co stanowi o atrakcyjności tego obrazu (puenta, element zaskoczenia) było dla mnie czytelne właściwie od początku. Praktycznie od pierwszej sceny z udziałem Shootera zaczęłam przeczuwać, o co chodzi. Zbyt dużo już filmów bazujących na podobnym koncepcie widziałam. Poza tym tak na zdrowy rozum - zbyt banalne byłoby wszystko, gdyby miało chodzić jedynie o psychopatę, który prześladuje mieszkającego na odludziu pisarza. Zresztą i tak jest banalnie. Skojarzenia? Proszę bardzo: "Barton Fink", "Fight Club", "Adaptacja", "Basen", "Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym", "Tożsamość", "Mechanik" i na dokładkę któreś z opowiadań Grabińskiego. Tak naprawdę to mam wątpliwości czy jeszcze w ogóle można motyw osobowości wielorakiej ciekawie, nietuzinkowo pokazać.


"Ocean's Eleven", 2001, reż. Steven Soderbergh

Bardzo średnie kino. Owszem, wydobyłam z siebie pełne podziwu wow dla pomysłowości chłopaków, kiedy Benedict odkrywa podstęp, ale to chyba jedyny moment, dla którego warto obejrzeć ten film. Aktorsko - klapa. Właściwie nie widzi się tu kreowanych postaci, a tylko znane w filmowym światku nazwiska. Nie sądzę zresztą, że to wina aktorów. Ot, po prostu oni w założeniu mieli pełnić rolę służebną wobec fabuły i scenariusza. Są tylko trybikami, uruchamiającymi precyzyjny plan skoku na kasyno. To warstwa narracyjna, koncepcja są tu najważniejsze, nie ludzie i charaktery. Z kolei koncepcja nie jest na tyle angażująca, by mogła z powodzeniem zastąpić lukę psychologiczną. Stąd chyba moja dość sceptyczna opinia o tym dziele. Nie muszę chyba dodawać, że raczej nie mam ochoty na "Ocean's Twelve" czy "Ocean's 13".
13:45, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
sobota, 13 września 2008
Gwiezdne Wojny. Mroczne widmo

"Gwiezdne Wojny. Mroczne widmo", 1999, reż. G. Lucas

Ostatnio mam fazę na komerchę. :) Erarchpembrok mnie pochwali. :) Tydzień temu skorzystałam z okazji i obejrzałam wreszcie w TV "Gwiezdne Wojny. Mroczne widmo". Szczerze mówiąc przez tyle lat jakoś mnie nie ciągnęło do prequeli oryginalnej trylogii. Trudno sprostać wspomnieniom z dzieciństwa. Bałam się rozczarowania i zniszczenia legendy. A "Imperium kontratakuje" wywarło na mnie kiedyś niesamowite wrażenie. Ile ja mogłam mieć wtedy lat? Osiem, dziewięć? Pamiętam, że wróciłam z kina z wypiekami na twarzy, buzia mi się nie zamykała, kiedy omawiałam z tatą możliwości skonstruowania takich robotów jak C3PO czy R2D2 oraz technik wyćwiczenia w sobie siły woli. :) Zaczęłam od usiłowań przesunięcia wzrokiem piłeczki pingpongowej po powierzchni wody. Aha, i wcale nie chciałam być księżniczką Leią. Chciałam być Lukiem Skywalkerem i władać mieczem świetlnym. :) Nigdy zresztą nie pociągały mnie postacie księżniczek, królewien, zabawa lalkami etc. Kiedyś zapragnęłam mieć wprawdzie zielony wózek, który tak pięknie prezentował się na sklepowej wystawie, ale to raczej była chęć robienia tego, co koleżanki. Przeszłam się z nim po osiedlu raz, z lalką w środku, udając Matkę Polkę, a potem wózek poszedł w kąt, by nie wychynąć z niego aż do czasu wylądowania w śmieciach. :/ Zdecydowanie wolałam ganiać po drzewach, bawiąc się w Załogę G.

Wracając do filmów Lucasa... Już jako dorosła osoba trafiłam przypadkiem w TV na fragment "Imperium kontratakuje", na pojedynek Luke'a z Vaderem. Zapamiętałam go z dzieciństwa jako wielką, pełną emocji scenę. A zobaczyłam dwóch tańczących wokół siebie facetów w dziwacznych kostiumach leniwie wymachujących świecącymi kijami. :/ Wstrząsnęło mną to odkrycie. Musiało minąć trochę czasu, żebym nabrała dystansu i aby rozumowe wyjaśnienie miało szansę wbudować się w struktury emocjonalne. :) Do pewnego stopnia się udało. Chyba jestem już w stanie oddzielić moje teraźniejsze nastawienie od sentymentów przeszłości. I jedno drugiemu przestało wadzić. W związku z tym postanowiłam z otwartym umysłem i bez specjalnych oczekiwań zasiąść do "Mrocznego widma". No cóż, bajeczka taka. :) Miejscami mocno infantylna, ale w sumie sympatyczna. Zapierająca dech w piersiach sekwencja wyścigu. Pewnie 10 lat temu, kiedy "Mroczne widmo" grano w kinach, dzieciaki też wychodziły z wypiekami na twarzy po seansie, tak jak ja kiedyś po "Imperium kontratakuje" i "Powrocie Jedi". :)

11:46, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 września 2008
Rachunek sumienia

Nie powiem o sobie, że jestem ateistką; raczej - agnostyczką. Mój religijny światopogląd kształtował się w dzieciństwie pod wpływem lektury "Życia po życiu", uzupełnionej później o teksty na temat filozofii Wschodu. Może zresztą agnostycyzm to też nienajlepszy termin dla określenia mojego stosunku do wiary. Bo ja chyba jednak wierzę... Albo bardzo chciałabym wierzyć, że jest coś ponad byt doczesny. Jakaś praprzyczyna, a przede wszystkim Cel istnienia. Bez tego nie miałoby sensu nic, choćby ta odwieczna walka dobra ze złem, która dokonuje się codziennie, na każdym kroku i w każdej międzyludzkiej relacji. Najmniejszy uprzejmy gest i uśmiech, próba zrozumienia drugiego człowieka to kolejny triumf dobra. I chociaż wydaje się, że tak tego niewiele, to każde takie małe zwycięstwo przywraca wiarę w ludzi. Słyszałam kiedyś taką sentencję, że piekło jest wtedy, gdy dobrzy ludzie nic nie robią. A nie robią nic ze wstydu, z lęku przed innymi, z obawy przed kompromitacją, z lenistwa, dla własnej wygody. Czasem jest ciężko, ja wiem o tym najlepiej, ale odwrócenie wzroku i udawanie, że się nie dostrzega i że nie warto się angażować nie jest wyjściem. Nie dla ludzi o elementarnej wrażliwości, bo wyrzuty sumienia są w takiej sytuacji tylko kwestią czasu.

Cztery lata temu nie zajęłam się należycie dwoma kotami, które znalazł A. Nie wykastrowałam, nie zaszczepiłam. Nie szukałam domu, mając nadzieję, że będą mogły zostać u rodziców A. Nie zostały, rodzice wywieźli je po kilku miesiącach do krewnych na wieś, a po jakimś czasie słuch po nich zaginął. Nigdy już ich nie zobaczę i do końca życia będę się dręczyć podsuwanymi przez wyobraźnię obrazami ich powolnego konania we wnykach albo umęczonych chorobą. Usprawiedliwia mnie trochę moja ówczesna ignorancja - o kotach nie wiedziałam wtedy prawie nic. Ale to żadne usprawiedliwienie, bo pewne sprawy przeczuwałam intuicyjnie. Po prostu nie chciało mi się poświęcać własnego spokoju ducha, a energii starczyło mi tylko na lamentowanie i prośby, by kotów nie wywozić. Zresztą nie mogę też tego darować rodzicom A., skądinąd całkiem wrażliwym na krzywdę zwierząt. Ale w czym jestem od nich lepsza, żeby oceniać?

Dziesięć lat temu, w Zakopanem, szukaliśmy z A. noclegów na majowy weekend. Przyjechaliśmy bez żadnej rezerwacji, licząc na łut szczęścia. Znaleźliśmy kwaterę u pary starszych ludzi, niezbyt wyględną, ale i tak cieszyliśmy się, że jest cokolwiek. Zostawiliśmy walizki i poszliśmy się przejść. W trakcie spaceru trafiliśmy na śliczny domek, gdzie, jak się okazało, były jeszcze wolne pokoje. Uparłam się, żeby się przenieść. Było mi głupio, więc wysłałam A. Opowiadał mi później, jak bardzo ci państwo byli zawiedzeni, jak prosili A., żeby mnie jakoś przekonał, jak oferowali nawet niższą cenę za pokój. Wciąż pamiętam tamten incydent i wciąż nie mogę sobie wybaczyć mojej bezduszności.

Z drugiej strony pamiętam wszystkie bezinteresowne gesty dobroci, wyświadczone nam przez całkiem obcych ludzi. Kiedy nawalił nam maluch w naszej pierwszej wspólnej podróży, dawno temu, w niedzielę, gdzieś między Bukowiną Tatrzańską a słowacką granicą, pewien gospodarz zaprosił nas do siebie, wprowadzili z A. samochód do garażu, naprawili go wspólnie, a w tym czasie jego żona podała mi ciasto i herbatę. Nawet nie wzięli kilku groszy "na piwo", które usilnie próbowaliśmy im wcisnąć, bo tylko tak mogliśmy jakoś podziękować, poza niezdarnymi słowami, które nie wyrażały ogromu naszej wdzięczności. Słowacki laryngolog, który przyjął A., przeczyścił zatkane od kilku dni ucho i też nie chciał słyszeć o zapłacie. Student, który przenocował nas w maleńkim akademickim pokoiku, kiedy kręciliśmy się po Bratysławie, przerażeni widmem spędzenia nocy w maluchu.

Wierzę, że dobro jest ogromną siłą, chociaż to zło wydaje się bardziej ekspansywne. I że przymykanie oczu, zakładanie do tyłu rąk jest strategią krótkoterminową, bo egoistyczne wybory wracają prędzej czy później w postaci wyrzutów sumienia i poczucia, że nie można się cofnąć, by to naprawić.

wtorek, 02 września 2008
Gra pozorów

 "Gra pozorów", 1992, reż. Neil Jordan

"Gra pozorów", wedle wielu zasłyszanych opinii, miała mieć jedno z najbardziej zaskakujących zakończeń w historii kina. Oraz prowadzić z widzem wyrafinowaną, zwodniczą grę. Spodziewałam się więc czegoś na kształt filmów-labiryntów jak "Memento", "Fight Club" czy, nomen omen, "Gra". Zgoda, moment zaskoczenia jest, ale nie na końcu, lecz gdzieś w połowie seansu. Niestety okazało się, że film fragmentami musiałam widzieć wcześniej - domyśliłam się finału intymnego spotkania Fergusa i Dil, w rezultacie czego dla mnie nie był on żadnym zaskoczeniem. Mogło to zaważyć na odbiorze całego filmu. Po tej scenie czekałam jeszcze z nadzieją na ową niesamowitą końcówkę, ale nie zdarzyło się już nic szczególnego. To prawda, Jaye Davidson zagrał świetnie, postać Dil jest postacią niesamowicie magnetyczną, ale to właściwie tyle. Szczerze mówiąc nie bardzo dociera do mnie nawet ambiwalencja uczuć Fergusa. Widzę oczywiście, że zmaga się ze sobą i ostatecznie postępuje w sposób, który można nazwać honorowym, ale emocjonalne uzasadnienie tego postępowania pozostaje przede mną zakryte.

10:41, aniaposz , Kino
Link Komentarze (4) »