Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 27 września 2012
A my tak łatwopalni...
Przeraża mnie, że nie uczę się na błędach. Gdyby On teraz zadzwonił, chciał się spotkać, pobiegłabym na jedno Jego skinienie. Owszem, starałabym się przemyśleć strategię, grać zimną i niedostępną, obojętną, wyleczoną. Może powiedzieć mu parę słów do słuchu, odzyskać twarz, żartować ze swadą i swobodą, ironizować. Ale jak długo bym wytrzymała? Do Jego pierwszego rozbierającego mnie spojrzenia? Do Jego pierwszego dotyku i pocałunku? Zawsze tak było. Nieważne jak bardzo czułam się silna i niewzruszona, wystarczał Jego niespodziewany widok, Jego spojrzenie, by serce zaczynało mi bić jak szalone i krew uderzała do głowy. Miękłam jak wosk w jednej cholernej sekundzie...

Oczy na skrzydłach

Ćmy srebrne, ślepe i ciche, lecą w ogniste sidła,
nie widzą złotego ciernia, który się chwiejnie żarzy.
Lecz czemu ja wpadłam w ogień, czemu spaliłam skrzydła?
Widać mam oczy na skrzydłach, zamiast je mieć na twarzy...

Oczy na skrzydłach nie widzą, choć są otwarte szeroko.
Tęczowe oczy na skrzydłach nie wiedzą, gdzie lecieć trzeba.
I zawsze zmylą drogę. Bo na cóż skrzydłom oko?
Wpatrzy się ślepo w błysk świecy i myśli, że leci do nieba.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
13:20, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2012
Że jest ktoś...
To takie miłe wiedzieć, że jest ktoś, komu zależy. Słyszeć to w jego głosie i czuć w dotyku, gdy głaszcze mój policzek albo wtula usta w moje włosy. Mieć świadomość, że być może w tej chwili myśli o mnie i wspomina wczorajszy wieczór. Że z niecierpliwością czeka na kolejne spotkanie. Jest mi to potrzebne. Ogrzewam się w cieple tych uczuć. Tylko czy to uczciwe z mojej strony? Bo sama chyba nie czuję nawet w połowie tego, co on do mnie. Choć przecież niczego nie wykluczam. Tyle że wciąż i wciąż porównuję go z P. A nie powinnam... Nie wiem co będzie, ale póki co - przynajmniej trwam. 
09:37, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 września 2012
Substytuty
Problemem nie jest brak. Gdybym chciała, mogłabym teraz wybierać spośród sześciu kandydatów na mojego kolejnego faceta. I to kandydatów całkiem sensownych, inteligentnych i na poziomie. Tylko co z tego, skoro żaden z nich nie jest Nim. Co mi po tych wszystkich smsach, telefonach, spotkaniach, jeśli to tylko sposób na zabicie czasu. Kiedy wieczorem wracam do domu wyludnionym autobusem po jednym ze spotkań, ściskam w rękach komórkę i wpatruję się tępo w wyświetlacz.

A jednak te spotkania jakoś mi pomagają. Z pewnością dowartościowują. Zajmują czas i myśli. Sprawiają, że czuję się piękna, kobieca i podziwiana. I za każdym razem mam nadzieję, że spotkam kogoś, kto wreszcie zastąpi mi Jego. Że zakocham się jak wariatka i uwolnię od tego beznadziejnego uczucia do człowieka, który nie zasługuje na nie. Jest bodaj jedynym mężczyzną, któremu powiedziałam "kocham" i jednocześnie tym, który spośród wszystkich moich facetów najmniej jest tego wart.

I czegóż ci nie przebaczę,
uśmiechając się jak gejsze?
Nawet słowa od lodu zimniejsze,
nawet to, że cię już nie zobaczę...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

A jednak jest ktoś, kto mnie w pewnym stopniu intryguje. Artysta. Muzyk. Jest... dziwny. Ale pokazuje mi świat, jakiego mi przez ostatnie lata brakowało. Wczoraj - świetny koncert "Mój Staszewski" w Piwnicy pod Harendą.



Potem spacer z powrotem na przystanek zaułkami Mariensztatu skąpanymi w zamglonym świetle latarń. Nie wiedziałam, że moje miasto jest takie piękne...

A M. posuwa się tak powoli w swojej drodze ku mnie. Tak, że mnie samą to zaskakuje. Dopiero na trzecim spotkaniu odważył się pocałować mnie w usta na pożegnanie. A zaraz po koncercie delikatnie przesuwał między palcami pasma moich włosów...

I tylko czasem boli serce, że ten ktoś, kto siedzi obok mnie w ciemności sali koncertowej, nie jest Nim...

A poza tym wszystkim, poza tęsknotą i poczuciem braku Jego dotyku i pocałunków, jest wciąż ta porażająca i niewiarygodna ulga, że zakończyłam związek bez przyszłości. I cały czas to zdziwienie jak mało boli w gruncie rzeczy. Właściwie... wcale. Wcale, po 16 latach...

Chciałabym, żeby trafił tu ktoś, kto - jak ja kiedyś - szarpie się w nierokującym związku. Żeby przeczytał, co napisałam i żeby zebrał w sobie tę odwagę, której mi brakowało przez tyle czasu...
12:12, aniaposz
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 września 2012
Gość w dom
Ta wolność, o której pisałam, to nie tylko odzyskanie statusu singla. To też doświadczanie zupełnie nowych rzeczy, otwieranie się na nowe doznania. Na przykład odkrywam jak to miło gościć kogoś u siebie. Przedtem zawsze chodziliśmy z A. do jego znajomych, od lat tych samych. Teraz muszę zatroszczyć się o krąg własnych znajomych, których do tej pory nie miałam. Już samo poznawanie nowych ludzi jest fascynującym doświadczeniem (tyle różnych typów ludzkich, tak różne style rozmowy, różne reakcje na te same - podawane przeze mnie - informacje!), choć nie zawsze równie miłym, trzeba przyznać. Ale jeśli trafi się ktoś wart poznania bliżej i jeśli tego kogoś zaprosi się do siebie, by wspólnie opijać nasze smutki, to nawet przygotowania są ekscytujące i pozwalają choć na chwilę oderwać myśli i wzrok od telefonu, który uparcie nie dzwoni...

I oby nie było tak, jak w tym wierszu Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej "Trzy godziny":

Pierwsza godzina czekania to radość i strach z gorączką.
Tu kwiaty, a tu papierosy.... masz, perfum się wylał na marmur!
Lustrzane drzwi szafy skrzypią. Gdzie wstążka? Jak gorąco!
Pokój musi pachnąć i wzdychać, i być pełen, pełen lękliwego charme'u...

A druga godzina czekania to uważne, czujne słuchanie.
Ktoś przeszedł i nie zapukał. Wrócił, zapukał: służąca.
Minuty jak blady makaron leniwie toną w dywanie...
Cisza szepce, że jest za późno i że jest śpiąca...

A trzecia godzina czekania to polip o oczach starca.
Czarna kawa dawno wystygła. Nikt nie przyszedł. I to się zdarza.
Człowiek inteligentny sam sobie wystarcza,
I gwiżdże na wszystko żałośnie, jak wiatr wśród cmentarza.
17:45, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 września 2012
Love bites...
Niewiarygodne jak po szesnastu latach wystarcza zaledwie tydzień, by przestać tęsknić, cierpieć i żałować. I niewiarygodne jak po ośmiu wystarcza chwila, by wróciło fatalne zauroczenie. To znamienne, że po tej największej od dawna zmianie w moim życiu więcej myśli zajmuje mi ten, którego nie widziałam od ośmiu lat niż ten, który był ze mną przez szesnaście. Przez tak wiele czasu bałam się palić za sobą mosty. Tyle lat uważałam, że nieźle jest być w związku stabilnym, przewidywalnym, spokojnym i jakoś tam rokującym, gdzie druga strona kocha i podziwia. Nie było większego tchórza niż ja. I co? Zerwałam ten związek w jednej chwili i pod wpływem emocji. Dla iluzji, dla fantomu. I... chyba czuję ulgę... Bo nie ma już powrotu. I to też jest kojąca myśl. Nie będzie już więcej szarpaniny, dylematów, wzajemnych pretensji, ponownych prób i kompromisów, które niczego nie załatwiają. Zamiast - jest poczucie swobody i wolności, jakiego nie zaznałam od bardzo dawna. Poczucie, że nikogo już nie muszę oszukiwać - ani jego, ani siebie. Oczyszczające doświadczenie. A tak się tego bałam, tak potwornie się bałam...


09:02, aniaposz
Link Dodaj komentarz »