Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
środa, 31 października 2007
Dwa wieczory z Tornatore

 "Czysta formalność", 1994, reż. Giuseppe Tornatore

Tornatore znałam do niedawna tylko z dwóch produkcji. Podobała mi się "Malena", za to nie zachwyciło "Cinema Paradiso", film dla niektórych wręcz kultowy. Ostatnio poprosiłam w wypożyczalni o "Sprzedawcę marzeń", a zamiast tego (film jest "w szukaniu") dostałam "Czystą formalność". Puenta, owszem, zaskakująca i może przypaść do gustu tym, którzy takie rozwiązania i taką tematykę lubią. Ja bardzo ciężko toleruję zarówno symbolizm, jak i metafizykę. To byłby świetny spektakl teatralny. Rewelacyjny. W konwencji filmowej jakoś mi zgrzyta.

Miło było popatrzeć na Polańskiego, do którego mam słabość. Z kolei za Depardieu nie przepadam - mam wrażenie, że wiecznie jest taki sam, gra tym samym zestawem środków i takie same postaci, nawet jeśli w założeniu powinny się różnić.

Wracając do filmu - są w tym koncepcie pewne dziury. To zrozumiałe, że trafiający do "komisariatu" ludzie są zdezorientowani, nie wiedzą, co się stało, ale dlaczego nie wiedzą tego również pracownicy, w tym - komisarz? Załóżmy, że jest to swego rodzaju przedsionek, ostatni przystanek przed drogą w wieczność, oczyszczenie duszy z ziemskich spraw, miejsce, gdzie oferowana jest pomoc w odrzuceniu doczesności, w zrozumieniu motywów, które kierowały życiem etc. Ale to byłoby możliwe tylko, gdyby pracownicy komisariatu byli świadomi powierzonej im roli. Dlaczego nie są? I czym wobec tego jest ten zagubiony na pustkowiu "posterunek policji"? Ale ja tak naprawdę wcale nie jestem ciekawa. Obejrzałam i (już prawie) zapomniałam.

 "Nieznajoma", 2006, reż. Giuseppe Tornatore

Film może nie wybitny i jakoś wyjątkowo mnie nie poruszył, ale to przyzwoity dramat z odpowiednią dawką tajemnicy i umiejętnie sączonym napięciem. Jest wprawdzie trochę przesadnej ckliwości i łatwych rozwiązań a la deus ex machina (choćby śmierć głównego prześladowcy), ale całość ogląda się z zaangażowaniem.

Tylko... znów niewiele zostało po projekcji, mimo że to przecież opowieść, która powinna silnie działać na emocje. Nie umiem określić, w czym rzecz. Może chodziło o rozłożenie akcentów, bo jednak sporo tu było z rasowego thrillera, mniej z tradycyjnego kina obyczajowego. Za dużo schematycznych scen, by mogły wyodrębnić się w pamięci jako osobny oryginalny obraz. Właściwie wrażenia mam identyczne jak po "Tsotsi" - spore zainteresowanie podczas seansu, zaciekawienie, jak się to wszystko skończy, parę zaskoczeń, ale bez fajerwerków i poczucie nieźle spędzonego czasu. Jeśli napiszę "niezłe, rozrywkowe kino", to bardzo dziwnie zabrzmi w kontekście fabuły, ale nic na to nie poradzę - takie są właśnie moje odczucia.

10:31, aniaposz , Kino
Link Komentarze (3) »
środa, 24 października 2007
Bracia

 "Bracia", 2004, reż. Susanne Bier

Uwaga - SPOILERY

Dziwny film. A właściwie dziwnie na niego reagowałam. Pierwsza część (do czasu powrotu Michaela) wydała mi się bardzo schematyczna i... hollywoodzka. "To męska rzecz być daleko, a kobieca - wiernie czekać". On - jedzie na misję, są czułe telefony, ona z dziećmi tęskni i czeka. Potem on ginie, ona jakoś sobie musi poradzić. Jest jeszcze cudownie nawrócony brat i rodząca się między nimi więź, której oboje nie chcą ulec do końca. W międzyczasie mamy sceny, pokazujące, że Michael jednak żyje i zapewne któregoś dnia wróci.

Oglądam i myślę sobie - nie, tylko nie rozdzierający romans o rodzinnym trójkącie. Wątpliwości miałam też zresztą co do tempa, w jakim rozgrywają się wydarzenia po rzekomej śmierci Michaela. Wydaje się, że wszyscy w ciągu kilku dni wracają do normalności; dziewczynki (bądź co bądź już na tyle duże, by rozumieć pojęcie śmierci) wesoło dokazują w kuchni już dzień po pogrzebie, podczas gdy na samym pogrzebie starsza zalewała się łzami. Rozumiem, że ten czas sprzed powrotu Michaela miał być tylko rozbiegiem i przygrywką do właściwej akcji, więc celowo reżyserka potraktowała go skrótowo i pobieżnie. Może warto było w takim razie zasugerować, że wszystko to ma miejsce na przestrzeni kilku miesięcy? Byłoby zdecydowanie bardziej wiarygodnie.

A teraz plusy, czyli to, co mnie do filmu ostatecznie przekonało. Zdrętwiałam podczas kluczowej sceny masakrowania współwięźnia. Świetnie rozegrane zostało narastanie paranoi Michaela po powrocie do domu, podejrzenia, zasypywanie pytaniami, agresja, wreszcie wybuch szału (bardzo dobra gra Ulricha Thomsena). Duszna atmosfera skrywania czegoś, z czym nie da się normalnie żyć, czego nie da się wyrzucić z pamięci. Właśnie - w to wierzę. Jeśli cokolwiek może zmienić człowieka, to właśnie tego rodzaju przeżycia. Zresztą trudno tu mówić o zmianie - takie rzeczy zżerają i niszczą osobowość. I Bier świetnie to pokazała. Żadne tam cudowne przemiany postaw za sprawą podsłuchania jakiejś rozmowy ("Życie na podsłuchu", które już na zawsze pozostanie dla mnie modelowym przykładem naiwnej ludzkiej wiary w cuda).

"Bracia" to nie jest żadne arcydzieło, gołym okiem widać mankamenty, opowiada też w gruncie rzeczy dość prostą (choć dramatyczną) historię. Chodzi o to, że Bier umiała tę prostą historię przedstawić w bardzo poruszający sposób, nie unikając wprawdzie czasem szablonowych rozwiązań, ale wybaczam, bo jako całość ogląda się to naprawdę dobrze. Tylko to zakończenie... Czuję niedosyt. Czy to było zamierzone? Czy jednak pomysłu zabrakło na zdecydowane, jednoznacznie domknięcie?

08:24, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
Przypadki Cricka i Jana Dite

 "Obsługiwałem angielskiego króla", 2006, reż. Jiri Menzel

W weekend zdołałam obejrzeć dwa filmy. Piszę "zdołałam", bo ostatnio, szczególnie w ciągu tygodnia, mam taki nawał zajęć, że na filmy albo nie mam zwyczajnie czasu, albo siły. Dwa kursy językowe zajmują mi cztery popołudnia, a w piątek marzę już tylko o tym, żeby iść wcześnie spać. :) Weekend niby wolny, ale trzeba zrobić jakieś pranie, jakieś sprzątanie, a i odrobić pracę domową z języków też by wypadało. :) Ale przynajmniej nie gnuśnieję i nie mam głowy do jesiennych depresji. ;)

Najpierw "Obsługiwałem angielskiego króla". Taki sobie filmik, w sam raz na niedzielne przedpołudnie. Prozy Hrabala nie znam, więc nie mogę porównywać z literackim pierwowzorem. Także pomysły fabularne trudno mi oceniać, bo to są pomysły Hrabala, a ich realizacji nie mam do czego odnieść. Treść to kwintesencja "czeskiej duszy" i pochwała małych radości życia, z dala od patriotycznych zrywów. Dite nie jest bohaterem, nie zdobywa się na heroiczne czyny i ostentacyjny sprzeciw wobec okupanta, ale zawsze jest wierny sobie i swojemu osobistemu poczuciu przyzwoitości, co też jest nie lada wyczynem w czasach, gdy miłość do Niemki jest postrzegana w kategoriach narodowo-politycznych.

Dużo jest w filmie ślicznych kobiet, fotografowanych z wyczuciem i subtelnością, których nagość jest jak dzieło sztuki. Świetnie zagrał odtwórca głównej roli, Ivan Barnev. Teraz uświadomiłam sobie, jak mało mówił; grał głównie mimiką i gestykulacją. A fakt, że uświadomiłam sobie to dopiero teraz świadczy, jak dobrze sobie z tym dość trudnym aktorskim zadaniem poradził. :) Ten film to taki miks motywów, trochę z "Zezowatego szczęścia", trochę z "Musimy sobie pomagać" i trochę z "Zaklętych rewirów". Miłe kino, ale nic ponad.

 "Przypadek Harolda Cricka", 2006, reż. Marc Forster

Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam - historię interesującą, utrzymaną w Kaufmanowskich klimatach, choć raczej miałką, jeśli chodzi o morał. Zmiana życia w obliczu rychłej śmierci? Toż to taki banał, że nie pomaga nawet osadzenie go w fantastycznych realiach. Proces twórczy jako ciężka praca, pełna potknięć, wątpliwości i długich okresów przestoju, a dodatkowo skomplikowana złożonym stosunkiem do wytworów własnej wyobraźni? Nic nowego. W sumie siła tego filmu mimo wszystko zawiera się w pomyśle i sprawnie poprowadzonej narracji. Nothing special after all.

13:44, aniaposz , Kino
Link Komentarze (1) »
W nowej PO-lsce

No i tak. Oczywiście poszłam na wybory (jak zawsze) i mimo odgrażania się, że oddam nieważny głos, nie zrobiłam tego. Mogę mieć poczucie, że mój głos był ważny tym bardziej, że wygrała partia, na którą ten głos oddałam. Rację mają publicyści i eksperci, że gros osób głosowało nie "za", lecz "przeciw". Nie mam obecnie przekonania do żadnej z funkcjonujących na scenie politycznej opcji. PiS - wiadomo. LiD - farbowane lisy, które w dodatku ideologią lewicową tylko gęby sobie wycierają, ale ogony pod siebie kulą zawsze, gdy trzeba się otwarcie opowiedzieć np. za związkami homoseksualistów czy w sprawie aborcji. To już wolę konserwatywne, ale przynajmniej pozbawione hipokryzji poglądy PO. Czy PO będzie choć w części przeciwwagą dla węszącego spisek PiS-u? Zobaczymy. Inaczej po prostu zagłosować nie mogłam, a jakoś - musiałam.

sobota, 06 października 2007
Nelly "żadnej-pracy-sięnieboję" Rokita

Pomijam całą szopkę z publicznym wyznaniem miłości i wewnętrzną małżeńską schizmą. Jak tam było, tak tam było, tylko zainteresowani znają prawdę. Ale chroń mnie Boże przed taką doradczynią ds. kobiet. "Kobjjjeta bez rodzieny nie istnieje", twierdzi doradczyni. No proszę, a ja istnieję i mam się dobrze. Jak to, kurczę, możliwe, że kobieta, która bez rodziny nie istnieje, strzela w stopę własnemu małżeńskiemu stadłu? Żeby choć jeszcze faktycznie miała coś do powiedzenia! Ale Frau Rokita jest idealną ilustracją złotej myśli ze "Szpitala na peryferiach": "Gdyby głupota miała skrzydła, fruwałaby pani jak gołębica". Nelly, którą miałam wątpliwą przyjemność widzieć w "Kropce nad i" jakiś czas temu, jest za, a nawet przeciw. Jest trochę za PiS, ale bardziej i jednocześnie mniej za PO. Jest za wolnym wyborem kobiet, ale i za prawnymi sankcjami. Jest trochę tu, a trochę tam. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Jestem wprawdzie głupia, ale znana. I to wystarczy. 

czwartek, 04 października 2007
Warming up before the run...

Nadszedł październik, a więc zaczynam z kopyta. :) Mam przed sobą 6 miesięcy do wiosny, czyli do czasu, gdy można będzie zrzucić ciepłe ciuchy. 6 miesięcy to sporo i, jeśli znów mi się nic nie zwali na głowę (Nesca wesoła, w listopadzie badania krwi, mam nadzieję, że wszystko będzie ok), powinnam dać radę zrzucić te parę kilo. Odchudzanie to oczywiście nie jedyna misja na jesienno-zimowy okres. Zapisałam się na kurs przygotowujący do CAE, będę kontynuować naukę niemieckiego. Kusi mnie też rosyjski (zwłaszcza, że znalazłam kursy dla osób, które uczyły się kiedyś, znają alfabet i potrzebują po prostu przypomnienia i usystematyzowania wiadomości), ale wiem, że tego bym już ani fizycznie, ani psychicznie, ani finansowo nie wytrzymała. Zajęcia zaczynają się 8 października, 4 dni z rzędu w tygodniu załadowane nauką po pracy, tylko piątek zostawiłam sobie na przyjemności. A między pracą a kursem trzeba jeszcze wcisnąć godzinkę na ćwiczenia. Będzie ostro. :)

Życie poza moim osobistym mało mnie obchodzi. Już nie mam siły ani czasu przejmować się dodatkowo polityką. Z TV atakują mnie reklamówki wyborcze, jedna durniejsza od drugiej, a każda opluwająca kontrpartię. Reklama pozbawiona krytycznej retoryki i skupiona na konkretach - to dopiero byłaby teraz awangarda!

Korzystam z biernego prawa wyborczego, od kiedy skończyłam 18 lat. Raz tylko nie głosowałam - byłam akurat na wakacjach w UK. Potem sumiennie szłam do urny, żeby spełnić mój obywatelski obowiązek, chociaż kilkakrotnie już się zarzekałam, że "nie ma mowy, nie idę! Nie będę głosować na tych palantów!". I teraz, szczerze mówiąc, też mam taką pokusę. Ale pewnie znów skończy się jak zawsze. Tylko jeszcze nie wiem czy nie wrzucę do urny mojego weta w postaci nieważnego głosu z jakimś dosadnym hasełkiem wypisanym czarnym flamastrem przez całą długość karty do głosowania. Zdecyduję w ostatniej chwili.