Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 24 października 2008
Tydzień wyrwany z życia

A miało być tak pięknie! Gorączka i inne niemiłe objawy miały się utrzymywać jak zawsze dwa, góra trzy dni. Zaczęło się w niedzielę, w poniedziałek byłam u lekarza, a od wtorku liczyłam już na błogie lenistwo, najwyżej z zanikającym katarkiem. Tymczasem apogeum złego samopoczucia przypadło właśnie na wtorek (gorączka 38,7 oC), w środę i czwartek wciąż bolało mnie gardło i czułam się ogólnie rozbita. Zamiast nadrabiania zaległości czytelniczych i filmowych, byłam w stanie jedynie wgapiać się w idiotyzmy na MTV, a w coś wgapiać się musiałam, żeby nie myśleć o dolegliwościach, które trzeba było po prostu przeczekać. Dopiero dziś jest pierwszy dzień od początku choroby, kiedy czuję się sensownie i jestem w stanie trzeźwo pomyśleć o jakiejś ukierunkowanej aktywności. Fatum jakieś. Albo klątwa mojego szefa, który zapewne jest osobiście dotknięty faktem mojej nieobecności. Może nawet powątpiewa w prawdziwość mojej choroby.

Mam ostatnio w głowie mnóstwo myśli, dziesiątki refleksji, które chciałabym jakoś zwerbalizować i opisać tutaj. Ale nie potrafię. Albo nie chcę. Otwieram czasem nową notkę, ale kończę zwykle na pierwszym zdaniu. Potem mam blokadę. Nie jestem w stanie sformułować tego, co odczuwam. I trochę też się boję. Że słowo stanie się ciałem. Że przyznając się do pewnych rzeczy przed samą sobą, nazywając je, wskazując na nie wprost, nie będzie już ucieczki. Właściwie non-stop ostatnio funkcjonuję na granicy wyparcia i zaprzeczenia. Wiem, że powinnam skonfrontować się ze swoimi lękami, bo takie wieczne chowanie głowy w piasek absolutnie niczego nie rozwiązuje. Ale bardzo się boję. Boję się jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Znów trwam w zawieszeniu. Czepiam się małych rzeczy, które pozwalają mi nie myśleć o tamtych, istotnych. Błogosławieni ci, dla których życie jest proste, którzy wiedzą kim są i do czego dążą. Dla których miarą szczęścia jest małżeństwo, dzieci, obiadki rodzinne. Lub chociaż praca, której się z pasją oddają. I którzy wiedzą mniej więcej co chcieliby robić, gdzie i z kim być za rok. I nawet nie chodzi o ich zamiary, plany, wytyczone cele. Chodzi o zwykłą wiedzę, najpierwotniejsze chęci. Ja tej wiedzy nie mam. Coś, co wydaje się właściwe dziś, jutro przestaje mieć rację bytu. Coś, co cieszyło mnie wczoraj, dzisiaj wydaje się bez znaczenia. Nawet o filmach nie chce mi się ostatnio pisać... W ogóle nie chce mi się ostatnio pisać. Czuję niemoc, wyjałowienie nie tylko emocjonalne, ale też intelektualne, które odczuwam dotkliwiej. Czuję się niezdolna do zebrania w całość poszczególnych wrażeń i sądów. A przede wszystkim brak mi motywacji.
sobota, 18 października 2008
If I were a rich woman...

Tak sobie wczoraj gawędziliśmy popołudniowo z kolegą zza biurka i zastanawialiśmy się, co by było, gdybyśmy byli bogaci. :) I ile wystarczyłoby wygrać w totka, żeby sobie żyć spokojnie z procentów. Bo, jak od razu zaznaczyłam, nie bawiłabym się w żadne inwestycje, doglądanie biznesu, zarządzanie etc. - po prostu czerpałabym przyjemność z życia. :) Przy ostrożnym założeniu, że oprocentowanie w skali roku wynosi 3%, trzeba by włożyć na konto 2 mln, żeby wyciągać ok. 4000 zł już po odliczeniu podatku. Trochę mało, żeby rzucić w diabły robotę. Ale już przy 5 mln, byłoby to 10 000 zł miesięcznie. Mnie to w zupełności wystarcza. :) Kolega wprawdzie słusznie przypomniał bajkę o Złotej Rybce, idealnie ilustrującą paskudną ludzką cechę zwaną chciwością, ale sądzę, że mnie by owa przypadłość nieumiarkowania nie dotknęła. Bo ja nie łaknę dóbr materialnych w coraz lepszej wersji. Ja tylko nie chcę pracować. :) Chcę mieć czas na aktywności, między którymi teraz muszę wybierać. Na czytanie, na oglądanie filmów, na chodzenie do teatru, do filharmonii, do opery. Oczywiście życie przeznaczone tylko na przyjemności, bez wyzwań, bez stawiania sobie celów do realizacji skutkowałoby powolnym gnuśnieniem. I  na to mam radę. :) Otóż studiowałabym. :) Fakultet za fakultetem. Najpierw filozofia, potem kulturoznawstwo, potem polonistyka, potem biologia. I jeszcze w międzyczasie kursy językowe. Na to właśnie potrzebne mi są pieniądze. Pieniądze i czas, którego nie musiałabym marnować na pracę. Dlatego też zupełnie nie dla mnie jest opcja kariery zawodowej, wiodącej na szczyt finansowy. Co z tego, że będę zarabiać 30 tysięcy miesięcznie, skoro nie będę miała kiedy korzystać z tych pieniędzy? To już wolę zarabiać 10 razy mniej, wychodzić z roboty po 8 godzinach i wykorzystywać czas, który mi pozostał, na to, co naprawdę lubię robić. Jeśli już mi ta gotówka z nieba nie spływa...
wtorek, 14 października 2008
Epidemie i zarazy

 "Epidemie i zarazy", antologia, Fabryka Słów, 2008

Dzień jest stanowczo za krótki na zaspokojenie wszystkich kulturalnych potrzeb. W każdym razie nie umiem go dzielić sprawiedliwie między kino i literaturę. Mało ostatnio oglądam. Prawie nic. Nagrane z TV ponad dwa tygodnie temu filmy blokują mi wszystkie dostępne kasety. Wypożyczyłam za to kilka książek z biblioteki i czytam - ze sporą przyjemnością.

Antologie Fabryki Słów to mają do siebie, że ich poziom jest bardzo nierówny, tak jeśli chodzi o poszczególne tomy, jak i o opowiadania w obrębie jednego zbioru. To zresztą w większości przypadków stała cecha antologii. I o ile nie jest to zbiór całkowitych knotów, mnie ten niejednakowy poziom tekstów nie przeszkadza. Po pierwsze właściwość ta niesie zawsze element niespodzianki, a po drugie słabe opowiadanie wprawdzie może irytować, ale za to następujący po nim dobry tekst odbiera się jako niezłą rekompensatę i lektura jest tym większą przyjemnością. :)

W Epidemiach i zarazach jakość sukcesywnie wzrasta w miarę czytania kolejnych historii. Zaczyna się irytującym jak zwykle tekstem Pilipiuka pt. Parowóz. Pilipiuk dołączył do pisarskich malkontentów i moralistów: Ziemkiewicza i Grzędowicza, formując tym samym trójcę dyżurnych kaznodziejów, którzy zamiast ciekawie opowiadać, coraz częściej ustami bohaterów wykładają swoje prywatne poglądy. Ziemkiewicz przynajmniej przestał udawać, że pisze fantastykę; już od dość dawna uprawia wyłącznie publicystykę dydaktyczną. Za to Grzędowicz lamentuje w niemal każdym, w założeniu fabularnym, tekście nad upadkiem obyczajów, rozszerzającym się konsumpcjonizmem i gejowską propagandą. Pilipiuk natomiast pluje nienawiścią do komunistów, nie zauważając, że okładany razami wróg jest tylko rozsypującym się trupem. Parowóz nie dość, że wychodzi od wyświechtanego pomysłu nakładania się alternatywnych rzeczywistości, nie dość, że Pilipiuk pisze topornym, gimnazjalnym stylem, to jeszcze fabuła okazuje się pretekstem do kolejnej porcji wyzwisk pod adresem naczelnego chłopca do bicia. Dodatkowo mam nieprzyjemne wrażenie, że język, jakim się pisarz posługuje jest coraz bardziej agresywny, wulgarny i niesmaczny. Tak jakby się Pilipiuk sam nakręcał w swojej zaciekłości. Ciekawe, czy oglądał "Przypadek" Kieślowskiego...

Ognisko 11 Michała Cholewy nieźle się zaczyna i dość dobrze oddaje nerwową atmosferę odseparowanego od reszty kraju z powodu kwarantanny miasteczka, tytułowego Ogniska 11. Niestety pod koniec jest klasyczne puff, jakie wydaje zawiedziony schematyczno-łzawym rozwiązaniem czytelnik. Zmarnowany potencjał i szkoda sprawnej w sumie narracji.

Dom na wzgórzu Jakuba Ćwieka. Właściwie mogłabym powtórzyć to, co napisałam wyżej. Też niezły warsztat, jeszcze lepszy klimat, wzorowo piętrzone zagadki, ale puenta trochę przekombinowana. Natomiast czytało się bardzo przyjemnie i praktycznie przez cały czas miałam wrażenie przebywania w Domu na wzgórzu razem z przymusowo przetrzymywanymi tam nosicielami groźnego wirusa.

Rafał Dębski. Ketew Meriri. Realia II wojny światowej. Masowe wysiedlenia z ziem wschodnich. I chłopiec, który jest zawsze tam, gdzie panuje zaraza. Są też nazistowscy decydenci, bawiący się i pijacy najlepsze trunki w czasie, gdy w bydlęcych wagonach umierają na stojąco dzieci. Finał do odgadnięcia, prawda? Niezupełnie. Bo chociaż jest tu motyw zemsty, to nie wszystko jest do końca jednoznaczne, a Ketew Meriri ma w sobie więcej bezbrzeżnego smutku niż żądzy zniszczenia.

Anna Kańtoch w Światach Dantego temat zarazy potraktowała raczej pretekstowo. Epidemia jest obecna, ale w tle. Straszna choroba rozprzestrzenia się na Ziemi, a miejscem akcji jest świat Dante 3, łudząco przypominający piekło z legend i baśni, wywodzących się z judeochrześcijańskiej tradycji. Wysłana tam ekipa naukowców szuka antidotum na ziemską epidemię. Anna Kańtoch potrafi pisać tak, że aż dech zapiera, umie kreować nowe rzeczywistości i sytuacje niemal z taką lekkością i piorunującym efektem jak robi to moja ulubiona pod tym względem autorka polskiej fantastyki Maja Lidia Kossakowska. Obcość, dziwaczność, tajemniczość Dantego 3 poraża. Dusiłam się wraz z bohaterką w klaustrofobicznym wnętrzu stacji i razem z nią oddychałam pylistym powietrzem terenów wokół Otchłani. Właściwie nic się nie wyjaśnia do końca (hmm, może warto by rozwinąć to opowiadanie w jakiś cykl, bazując na pomyśle Bram?), parę detali wydaje mi się niedopracowanych, ale nie ma to znaczenia przy świetnej całości. Trochę, troszeczkę ten tekst skojarzył mi się z Solaris. Pobyt naukowców w odległym świecie, którego natura jest trudna do pojęcia, wywoływane przez bohaterów duchy przeszłosci w postaci zmarłych bliskich, stopniowo ogarniająca ludzi paranoja. Jeśli Kańtoch wzorowała się na Lemie (nawet nieświadomie), to takich naśladowców Mistrza chciałabym więcej. :)

Do końca pozostały mi jeszcze trzy opowiadania.

sobota, 11 października 2008
Pieniądz rządzi światem

Słucham alarmistycznych doniesień z warszawskiej giełdy i cieszę się, że mnie to nie dotyczy. Nie dotyczy bezpośrednio, bo pośrednio dotyka ponoć każdego. Nawet w firmie dostaliśmy bardzo poważny w tonie mail odnośnie sytuacji na rynkach finansowych oraz efektu, jaki może mieć ona na prosperowanie sektora prywatnego. Bla, bla, bla. I tak się na tym kompletnie nie znam. Z mechanizmów ekonomicznych rozumiem tylko wzajemną zależność popytu i podaży oraz ceny od popytu, której doświadczyłam w praktyce, sprzedając i kupując na Allegro. :)

Właściwie chciałam napisać, że szczęśliwi ci, dla których pieniądze nie są celem i tematem życia, ale to byłaby chyba z mojej strony zwykła racjonalizacja własnej dość przeciętnej sytuacji finansowej. Miałam wygłosić triumfalistyczne credo, że co tam pieniądze, akcje, skoro można wyjrzeć przez okno na cudną jesień, wsłuchać się w mruczenie kota, przeczytać książkę, obejrzeć film, pójść do teatru... I tu właśnie zatrzymałam się w tym potępieniu finansjery. A za co pójść do teatru, kiedy się pieniędzy nie ma na bilet kosztujący 50-60 zł? Za co wykarmić koty, żeby się nie trząść o ich kondycję zdrowotną? A co z całą machiną pomocową, w którą się ostatnio zaangażowałam na kocim forum? Co komu po dobrej woli i wypruwanych żyłach wolontariuszy, jeśli nie ma sponsorów, od których płynie gotówka na karmę, kastracje, leczenie? Można sobie być kloszardem z wyboru, który w nosie ma materialne dobra tego świata i którego nie obchodzi nic poza codzienną skromną porcją jedzenia, a można też rozglądać się wokół i pomagać... a do tej pomocy niezbędne są niestety właśnie pieniądze. Dlatego ta notka podczas pisania zatraciła zupełnie swą w założeniu kontestacyjną wymowę.
poniedziałek, 06 października 2008
Dachy

Październik. Miesiąc, który lubię chyba najbardziej. Z mojej ukochanej letnio-jesiennej triady sierpień bywa nieco za gorący, a wrzesień wciąż jeszcze za mało kolorowy. Październik ze swoją feerią barw, szelestem spadających liści, zamglonym blaskiem słońca i powietrzem przesyconym zapachem ognisk, jest idealny. W październiku szczególnie lubię słuchać Michała Bajora. Zwłaszcza piosenki "Bar pod zdechłym psem". Mimo, że to o listopadzie...

Michał Bajor - Bar Pod Zdechłym Psem

Wczoraj sączyłam niedzielnego drinka, wdychałam wpadające przez uchylone okno aromatyczne powietrze i patrzyłam na wygładzony popołudniowym światłem dach przeciwległego budynku. Uwielbiam ten obraz. Nie wiem dlaczego, bo to nie jest dach malowniczy, kryty czerwoną dachówką. To najzwyklejszy szary płaski dach bloku z wielkiej płyty poprzetykany gęsto kominami. Ale gdy słońce znajdzie się w odpowiednim położeniu, zwykle ok. godz. 15-16, przydaje temu zwykłemu widokowi łagodności, miękkości i ciepła. Aż chciałoby się dotknąć tej rozświetlonej rozgrzanej powierzchni. :) Poniżej, między płaszczyzną dachu a biegnącą wzdłuż bloku rynną gnieżdżą się gołębie. Niektóre siadają na samej górze w bezruchu, stroszą piórka i wygrzewają swoje małe ciałka. :) Rozczula mnie to. I uspokaja.

piątek, 03 października 2008
Pracownik (nie)zaangażowany

Oto zbliża się w naszej firmie druga edycja badania zaangażowania pracowników. Pośrednio jest to również ocena szefa. Niestety wnioski, jakie szefowie wyciągają, są z gruntu fałszywe, a działania, jakie podejmują, by poprawić sytuację idą w odwrotnym kierunku. Szef danego zespołu, jeśli ten zespół wypada w badaniu słabo, brany jest na dywanik przez swojego z kolei szefa. Do tej pory niby wszystko zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Gorzej, że szef zespołu uznaje, iż to nie jego działania wygenerowały tak słaby wynik, tylko zła wola podwładnych. Zaangażowanie rozumiane jest powierzchownie i nikt nie pyta o prawdziwe przyczyny jego braku. Jeśli np. na pytanie czy swoje obowiązki uważam za jasno określone przez firmę/przełożonego odpowiadam zgodnie z moim odczuciem nie, to przełożeni uznają, że jestem niewystarczająco zaangażowana w wykonywaną pracę, zamiast zastanowić się wreszcie nad wprowadzeniem zakresów obowiązków.

Zaangażowanie rzadko ma swoje źródło jedynie w predyspozycjach osobowościowych, o wiele częściej - w poczuciu bycia docenionym i potrzebnym. Nawet najbardziej zaangażowany pracownik, gdy notorycznie spotyka się z niezrozumieniem i niedocenieniem, w końcu da sobie spokój z zaangażowaniem. I jest to reakcja jak najbardziej naturalna i ludzka. Pojawi się zniechęcenie, wypalenie. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nie można wymagać wiele (ciągle więcej), nie dając nic w zamian. Przykre, że zamiast skorzystać z okazji i wyciągnąć wnioski na własny temat, firma traktuje wyniki badań tylko jako barometr nastrojów. A przecież tak naprawdę jest to wskazówka dla przełożonych i sygnał konieczności przeprowadzenia poważnych zmian w organizacji.