Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 21 września 2012
Love bites...
Niewiarygodne jak po szesnastu latach wystarcza zaledwie tydzień, by przestać tęsknić, cierpieć i żałować. I niewiarygodne jak po ośmiu wystarcza chwila, by wróciło fatalne zauroczenie. To znamienne, że po tej największej od dawna zmianie w moim życiu więcej myśli zajmuje mi ten, którego nie widziałam od ośmiu lat niż ten, który był ze mną przez szesnaście. Przez tak wiele czasu bałam się palić za sobą mosty. Tyle lat uważałam, że nieźle jest być w związku stabilnym, przewidywalnym, spokojnym i jakoś tam rokującym, gdzie druga strona kocha i podziwia. Nie było większego tchórza niż ja. I co? Zerwałam ten związek w jednej chwili i pod wpływem emocji. Dla iluzji, dla fantomu. I... chyba czuję ulgę... Bo nie ma już powrotu. I to też jest kojąca myśl. Nie będzie już więcej szarpaniny, dylematów, wzajemnych pretensji, ponownych prób i kompromisów, które niczego nie załatwiają. Zamiast - jest poczucie swobody i wolności, jakiego nie zaznałam od bardzo dawna. Poczucie, że nikogo już nie muszę oszukiwać - ani jego, ani siebie. Oczyszczające doświadczenie. A tak się tego bałam, tak potwornie się bałam...


09:02, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 maja 2012
Majówka z książkami
Obudzić się w słoneczny majowy dzień przed szóstą, wstać zaraz po, zjeść pyszne śniadanie, na deser pączka i rozkoszować się długim porankiem, popijając dla ochłody gruszkowo-imbirowe piwo i słuchając RMF Classic - oto szczęście.

Mało ostatnio oglądam, dużo czytam. Chyba nadrabiam czas sprzed kilku lat, gdy potrafiłam miesiącami nie wziąć do ręki książki. Albo odłożyć po paru stronach, nie umiejąc się skupić na lekturze. Aż się wzdrygam na to wspomnienie. Życie bez książek, bez przyjemności czytania jest nie do zniesienia.

Philippa Gregory Dwie królowe. Rozczarowania na szczęście nie było - powieść prawie tak wciągająca jak Kochanice króla. Autorce udało się świetnie zróżnicować trzy bohaterki, a jednocześnie narratorki: Jane Boleyn - wdowę po Jerzym oraz dwie kolejne żony Henryka VIII - Annę Kliwijską i Katarzynę Howard. Każda ma swój własny styl opowiadania, w którym odbijają się ich odmienne osobowości, lęki, nadzieje i obsesje. Chyba najlepiej udało się to z paplaniną trzpiotowatej Katarzyny. Brawa należą się też tłumaczce. A cała reszta - wykreowana atmosfera, oddanie klimatu zagrożenia na dworze coraz bardziej nieprzewidywalnego Henryka, realia epoki - równie dobra jak w Kochanicach.

Krzysztof Rutkowski Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach. Eseje o Paryżu i jego mieszkańcach. Gawędy o znanych malarzach, literatach i muzykach. Ploteczki z życia bohemy. Opisy słynnych, a już nieistniejących miejsc, które inspirowały i pobudzały masową wyobraźnię. Ciekawostki z życia miasta. Chyba za dużo się spodziewałam, słysząc zewsząd same pochwały. Właściwie trudno mi autorowi coś zarzucić; raczej pochylam z szacunkiem głowę przed jego erudycją i gawędziarskim talentem. Nie wiem - jakieś zbyt powierzchowne i chłodne wydały mi się poszczególne teksty. Czułam niedosyt.

Jurgen Thorwald Stulecie chirurgów. Spodziewałam się solidnej dawki wiedzy z zakresu historii medycyny (a właściwie chirurgii), podanej w formie suchych faktów, gwarantujących zachowanie zdrowego dystansu, a dostałam... zbeletryzowaną opowieść, która wciąga i absolutnie nie pozwala na trzymanie emocji na wodzy...Rozpacz ogarnia, gdy czyta się o tych wszystkich geniuszach, wizjonerach i pionierach swoich czasów, którym zawdzięczamy narkozę i aseptykę oraz wiele innych nowatorskich rozwiązań chirurgii, a którzy znaleźli u współczesnych jedynie uśmieszek pobłażania, jeśli nie jawne szyderstwo i szykany... To będzie z pewnością jeden z moich czytelniczych hitów 2012. W kolejce czeka następna część, Triumf chirurgów.

Richard Dawkins Rozplatanie tęczy: Nauka, złudzenia i apetyt na cuda. Jak kocham Dawkinsa, tak ta akurat książka niespecjalnie mnie porwała. Trochę za dużo grzybów w barszcz - jest i o DNA, i o memach, i o postrzeganiu kolorów, i o teorii prawdopodobieństwa... Uff. I jeszcze o paru innych sprawach po drodze. Są interesujące fragmenty (jak choćby rozdziały na temat paranauk czy arcyciekawe akapity dotyczące strategii rozrodczej kukułek), ale jako całość książka właściwie bez głównej tezy. Chociaż i tak warto, jak wszystko co wychodzi spod pióra Dawkinsa.

Philippa Gregory Błazen królowej. Gregory jest nierówna. Świetne Kochanice króla, nudna Wieczna księżniczka, bardzo dobre Dwie królowe, a teraz znów średni Błazen królowej. Tym razem rzecz o Marii I Tudor, a w tle także o Elżbiecie, córce Anny Boleyn i przyszłej wielkiej władczyni Anglii. Narratorką natomiast jest młodziutka Żydówka, która wraz z ojcem znalazła się na Wyspach, uciekając z Hiszpanii przed religijnymi prześladowaniami. Przypadkiem dostaje się na dwór mocno już niedomagającego Edwarda, a następnie wplątana zostaje w sieć dworskich intryg i walk o władzę, stając się w międzyczasie sługą trzech panów. Zupełnie nie przekonała mnie główna bohaterka, motywy jej postępowania wydawały mi się w niektórych miejscach kompletnie niezrozumiałe. Natomiast rzetelności historycznej, jak zwykle u Gregory, trudno coś zarzucić. Ale czytałam bez zaangażowania.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Burning through the sky...
Odkąd chodzę na fitness (przez ostatni rok właściwie codziennie oprócz niedziel), stałam się zupełnie inną osobą. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że wystarczy regularny, w miarę intensywny, wysiłek fizyczny, by zmienić to, co wydawało mi się integralną częścią mojej osobowości, wyśmiałabym go. Tymczasem niemal bez śladu zniknęły moje quasi-depresyjne nastroje, spadki formy bez wyraźnej przyczyny i nagłe chwile totalnego bezwładu i niechęci do świata. A przecież obiektywnie nie zmieniło się nic. Pod pewnymi względami parę lat temu było nawet lepiej. Tyle że to nie ma znaczenia. Cieszę się spokojem, dobrą książką, ciekawym filmem, słońcem (albo deszczem), smacznym śniadaniem, mile spędzonym wieczorem z rodziną A. Wstaję rano wesolutka jak skowronek. I nie mam najmniejszej wątpliwości, że wszystko to zawdzięczam aktywności fizycznej. Zwłaszcza tuż po zajęciach fitness czuję niesamowity przypływ energii. Niemal widzę, jak endorfiny buzują mi tuż pod skórą. Taki stan maksymalnej euforii utrzymuje się przez ok. godzinę, ale jest lepszy niż setka wódki.

Jasne, bywa, że jestem w gorszym nastroju, bo przecież zdarzają się sytuacje, które ten nastrój czasowo obniżają. A jednak pozytywny wpływ ćwiczeń widać i tutaj. Łatwiej znoszę problemy, szybciej otrząsam się z porażek, bez trudu przychodzi mi stosowanie metody Scarlett. Bywa wprawdzie, że czasem coś przypomni mi przeszłość albo nagle boleśnie uświadomię sobie bezlitosny upływ czas (jak dziś - te stare kobiety w autobusie...), ale to tylko chwila, kilka minut może. I znów wracam do równowagi, której poziom wyznaczają teraz górne strefy na skali nastroju.

A kondycję mam taką, jakiej nie miałam nawet w czasach liceum...


13:18, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2012
"Nazajutrz - bez nas"
To już koniec. Czekania na kolejny tomik wierszy. Świadomości, że gdzieś tam jest ktoś tak bardzo podobny do mnie w swoim zadziwieniu światem i koncentracji na drobiazgach. Obiecywania sobie, że kiedyś do niej napiszę o tym jak bardzo ją cenię. W ciągu ostatnich kilku lat odeszło troje najważniejszych dla mnie ludzi kultury: Lem, Kapuściński, teraz - Wisława Szymborska.

W zeszłym roku władze Norymbergi wpadły na oryginalny pomysł, by przekonać naszą poetkę do odwiedzenia tego miasta - nakręcili taki oto uroczy filmik:



Podobno widziała i się wzruszyła, ale chyba ostatecznie nie zdążyła tam pojechać...
14:45, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 stycznia 2012
E-booki? Nie, dziękuję.
Szwagier A. kupił sobie Kindle'a. Dzięki temu mogłam zweryfikować moje podejrzenia i przeczuwaną zaledwie niechęć potwierdzić w praktyce. Oprócz takich, czysto technicznych, niedogodności jak za mały wyświetlacz (wiem, wiem, można powiększyć czcionkę, ale to nie poprawia komfortu czytania), jest to po prostu coś zbyt odległego od książki, jaką znam i kocham, żeby mogło mi ją kiedykolwiek zastąpić.

Kiedy po raz pierwszy wzięłam do ręki czytnik, towarzyszyło mi oczywiście zaciekawienie, ale jednocześnie też coś na kształt... odrazy. Jakbym była świadkiem dokonywania profanacji na świętym przedmiocie. Książka, która dla mnie nie sprowadza się i nigdy nie sprowadzała wyłącznie do treści, zredukowana została do ciągu literek za szybką. A lektura to również fizyczny kontakt z książką. Z książką, a nie z prostokątnym kawałkiem plastiku. Czytanie to także magiczny moment pierwszego otwarcia okładki, jej faktura i wygląd, zapach papieru, szelest kartek, obserwowanie ile się już przeczytało, a ile zostało do końca, wyczuwanie pod palcami kształtu książki i jej ciężaru. Korzystanie z czytnika było jak lizanie lizaka przez szybkę - czułam dystans, barierę, której nie mogłam sforsować. Tak jakby gdzieś blisko było coś upragnionego, a ja mogłam tylko patrzeć, ale nie wolno mi było wejść i dotknąć.

I jeszcze jedna rzecz: możliwość robienia notatek na marginesach - odręcznie, ołówkiem. Lapidaria Kapuścińskiego mam całe popodkreślane i pozaznaczane, z mnóstwem dopisków. Czytałam je z ołówkiem w ręku i uwielbiałam uzupełniać o własne refleksje, które akurat przyszły mi do głowy podczas lektury. Jak w ogóle porównać ten spontaniczny impuls zaznaczenia szybko jakiegoś fragmentu czy odręcznego skomentowania jakiejś trafnej uwagi z mozolnym, literka po literce, wystukiwaniem notatki na niewygodnej ekranowej klawiaturze?

Mam nadzieję, że nie dożyję czasów, w których zniknie papierowa książka. Ale też, szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to prędko nastąpiło (o ile w ogóle). Budująca jest świadomość, że nawet młode pokolenie niekoniecznie przesiada się masowo na e-booki. Znam kilku gimnazjalistów, którzy twardo obstają przy papierowych wydaniach. Kontakt z książką, również jako przedmiotem, jest dla wielu osób po prostu zbyt intymny i wielowymiarowy, żeby mogli się przesiąść na coś tak dalece książki nieprzypominającego.
11:45, aniaposz
Link Komentarze (8) »
Duchem i ciałem
 

Po intensywnym weekendzie - z wódeczką, wizytą w restauracji (to akurat niewypał - drogo i niesmacznie) i nocnymi Polaków rozmowami, potrzebuję wyciszenia we własnym domu i pobycia tylko we własnym towarzystwie. Lubię zarówno jeden, jak i drugi sposób spędzania czasu. I jeden bez drugiego nie miałby takiego uroku.

Wczoraj skończyłam czytać książkę Mary Roach Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego. Moim pierwszym spotkaniem z tą autorką była rzecz o o wdzięcznym i wiele mówiącym tytule Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków. Roach prezentowała tam w zabawny (!) sposób wielość i różnorodność zastosowań martwych ciał, ofiarowanych nauce za życia ich właścicieli. Tu i ówdzie czytałam zarzuty, że styl książki jest nieco zbyt frywolny jak na taką tematykę, ale myślę, że gdyby Roach wzięła się za sprawę poważniej (jeśli chodzi o ton narracji, bo naukowej skrupulatności nie można jej odmówić) nie dałoby się tego czytać. Tylko żart, śmiech stwarzają odpowiedni dystans i pozwalają czerpać z lektury przyjemność bez popadania co chwila w egzystencjalną zadumę.

Idąc za ciosem sięgnęłam po Ducha. Życie pozagrobowe i w ogóle zjawiska paranormalne to temat, w którym tyle jest domysłów, miejskich legend, plotek i fałszerstw, że trudno w tym gąszczu wyłowić jakieś fakty. Czytając pierwsze rozdziały odniosłam wrażenie, że autorka wcale tego nie ułatwia, rozbijając narrację na mnóstwo pojedynczych epizodów, anegdot i dygresji oraz dodatkowo mieszając prawdę z iluzją. Treść wydała mi się za mało merytoryczna i demaskatorska, a styl zbyt sowizdrzalski. Ale kiedy się już do tych cech prozy Roach przywyknie, czyta się szybko i gładko, zwłaszcza, że im dalej, tym ciekawiej.

Od opisów historycznych prób fizycznego poszukiwania duszy w ludzkim (i zwierzęcym) ciele oraz eksperymentów z jej ważeniem (słynne 21 gramów) przechodzimy przez czasy ektoplazmy i wirujących stolików, aż do współczesnych badań wspartych najnowszymi osiągnięciami nauki i techniki. I właśnie te ostatnie zagadnienia są najciekawsze, bo jednak w dużej części weryfikowalne (poza tymi przypadkami, w których badacze są mocno na bakier z metodologią i właściwie nie robią nic ponad potwierdzanie własnych tez w wątpliwych eksperymentach). I wtedy okazuje się na przykład, że wrażenie czyjejś obecności można wywołać poprzez odpowiednią stymulację mózgu, a wizje "duchów" mogą być całkiem prawdopodobną reakcją na nagromadzenie w danym pomieszczeniu fal elektromagnetycznych lub obecność silnego źródła infradźwięków.

Oczywiście i tak pozostaje sporo pytań, ale najogólniejsza konkluzja jest taka, że wciąż nie znaleziono bezspornego dowodu na istnienie jakichkolwiek zjawisk paranormalnych. Jest za to całe mnóstwo fałszywych tropów, zarówno będących efektem świadomej manipulacji, jak i nieświadomych urojeń. Po tej lekturze jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że cały wysiłek rzetelnych naukowców i demaskatorów i tak na nic się nie przyda, bo prawda jest tylko jedna, a fałszerstw, oszustw i bredni całe mnóstwo.
czwartek, 15 grudnia 2011
W XVI-wiecznej Anglii
 

Prześliczny ten grudzień. Wymarzony. Ciepło, słonecznie. Moje koty wygrzewają się w plamach słońca na balkonie. Ja chodzę z gołą głową i bez rękawiczek. Bardzo to rzadkie. Zwykle grudzień to jeden z najbardziej pochmurnych i ponurych miesięcy. Jak dla mnie cała zima może być równie łagodna i bezśnieżna.

Czytam Wieczną księżniczkę Philippy Gregory. O Katarzynie Aragońskiej. Nietypowość perspektywy polega na tym, że według autorki związek Katarzyny i Artura Tudora został jednak skonsumowany, a wszelkie dalsze wydarzenia prowadzące do małżeństwa z Henrykiem to konsekwencja pewnej przysięgi złożonej przez Katarzynę Arturowi. Historycy być może zżymają się mocno na taką tezę, ale czy to znowu takie karygodne uchybienie? Tam, gdzie historia zostawia sporo miejsca na domysły i wątpliwości, można chyba zapełniać luki zarówno w jedną, jak i w drugą stronę...

Opowieść nabiera kolorów i tempa dopiero od momentu, gdy Katarzyna zostaje wdową, czyli w okolicach... 230. strony. Długo brnęłam przez ten rozwleczony początek, a nie zrezygnowałam tylko dlatego, że wciąż mam w pamięci inną książkę autorstwa Gregory - Kochanice króla. Cóż to była za przygoda! Czytałam w domu, czytałam w samochodzie, czytałam w autobusie, w drodze do sklepu i w przerwie między zajęciami fitness. Rodzeństwo Boleynów - Anna, Maria i Jerzy - stało mi się tak bliskie, jakby to byli moi dobrzy znajomi. Powieść ma prawie 700 stron (drobnym drukiem!), a ja żałowałam, że nie jest dwukrotnie grubsza.

Jedna z moich wirtualnych znajomych, czytając (nie tylko moje) zachwyty nad tą powieścią, wyraziła zdziwienie, że takie zbeletryzowane biografie cieszą się aż tak dużym powodzeniem. "To nie lepiej sięgnąć po uczciwą, regularną biografię?" - spytała. A przecież to nie to samo i jedno drugiego nie zastąpi. "Uczciwą regularną biografię" czyta się "na chłodno", by uzupełnić braki w wiedzy czy przypomnieć sobie to i owo. Biografie zbeletryzowane to historia i postacie przefiltrowane przez wyobraźnię autora, to świat stworzony po to, żeby czytelnika nie tylko zainteresować, ale też wciągnąć po czubek głowy. Styl Gregory w Kochanicach króla sprawił, że postacie historyczne ożyły, nabrały własnych indywidualnych cech, a ja mogłam - zależnie od rozwoju akcji - sympatyzować z nimi lub nie.

Po lekturze długo nie byłam w stanie zabrać się za kolejną książkę. Po prostu nic nie wydawało mi się równe dobre. Zresztą nie chciałam przenosić się w inny świat i opuszczać... przyjaciół. Najchętniej zostałabym z Marią Boleyn i jej mężem w XVI-wiecznej Anglii, śledząc dalszy rozwój sytuacji na dworze Henryka VIII. Dopiero dużo później sięgnęłam po - chronologicznie pierwszą - Wieczną księżniczkę, ale póki co młoda Katarzyna pozostaje mi dość obojętna... Gdy skończę, wezmę się pewnie za wydane niedawno Dwie królowe, które zaczynają się tam, gdzie skończyły się Kochanice - to opowieść o dwóch kolejnych żonach Henryka: Annie Kliwijskiej i Katarzynie Howard. Tylko Marii Boleyn będzie mi bardzo brakowało.
piątek, 08 lipca 2011
Ryszard Kapuściński - Podróże z Herodotem


Kapuścińskiego zaczęłam poznawać trochę niekonwencjonalnie, obok głównego nurtu jego twórczości, jakim był reportaż literacki. Wprawdzie podczytywałam kiedyś zamieszczane w "Gazecie Wyborczej" fragmenty "Hebanu", ale na dobre przygodę z Kapuścińskim zaczęłam od "Lapidariów". I wsiąkłam. Zachwyciło mnie wszystko - styl pisania, w którym czytelnik zanurza się i z którego prądem płynie, refleksje, które zadziwiały mądrością, przenikliwością i precyzją sformułowań i stojący za tym wszystkim Autor - bystry obserwator, ciekawy świata dziennikarz i wielki humanista. Zaczynając od "Lapidariów", poznałam najpierw człowieka, a dopiero potem publicystę, reportera, pisarza. Stał mi się bardzo bliski, dostrzegałam wspólnotę poglądów, zbieżność perspektyw patrzenia na rzeczywistość. A mimo to "Podróże z Herodotem" przez długi czas omijałam z rezerwą. Co innego fragmenty znakomitych wykładów, refleksje, przemyślenia, reportaże z odległych miejsc i opisy własnych arcyciekawych przeżyć, a co innego branie na warsztat monumentalnego dzieła historycznego sprzed 2,5 tysiąca lat! Nigdy nie przepadałam za historią, a już za historią wojen, sojuszy, podbojów, układów i intryg - w szczególności. Kapuściński ma wprawdzie niezwykły talent gawędziarza - myślałam - ale chyba nawet jemu nie uda się zainteresować mnie czymś, od czego, wstyd się przyznać, uciekałam w szkole średniej na wagary. A jednak nie doceniłam Autora!

"Podróże z Herodotem" pochłonęły mnie już od pierwszych stron. Tytuł jest przewrotny, dwuznaczny, ponieważ wątki są dwa, prowadzone równolegle, przeplatające się i uzupełniające - pierwszy to opisy początków reporterskiej kariery Kapuścińskiego, podróży, w które zabierał swój egzemplarz "Dziejów" Herodota. Drugi wątek - to podróże, jakie odbywamy my, czytelnicy, wraz z Herodotem, po Europie i Azji połowy I tysiąclecia p.n.e., a przewodnikiem w tych podróżach jest Kapuściński. To on odkrywa dla nas Herodota i ówczesny świat, cytuje fragmenty "Dziejów", komentuje je, objaśnia i dopisuje własne przemyślenia. Jest pełen podziwu dla tego niestrudzonego reportera i kronikarza starożytności, czuje z nim pokrewieństwo dusz. Ma też mnóstwo pytań, którymi dzieli się z czytelnikami - jakim człowiekiem był Herodot, jak zbierał informacje, czy pisał swoją książkę na bieżąco, czy było to dzieło, które postanowił stworzyć pod koniec życia, gdy już nie miał sił na nieustanne wędrowanie.

Z wypiekami na twarzy czytałam o rzeczach i zdarzeniach, które na lekcjach historii kwitowałam ziewaniem albo które wkuwałam ze zbolałą miną, żeby zapomnieć czym prędzej zaraz po klasówce. Wojenne kampanie, taktyka i strategia, przebiegi bitew - to wszystko było najnudniejszą częścią i tak nudnego przedmiotu szkolnego. A tymczasem czytając Kapuścińskiego, nagle wpadam po uszy w VI w. p.n.e. i śledzę z zapartym tchem marsz perskich oddziałów na Scytów! Że o losach wojny grecko-perskiej i bitwach pod Termopilami i Salaminą nie wspomnę. Kapuściński (z Herodotem pod ramię) ożywił dla mnie ludzi i miejsca do tej pory prawie nieistniejące w mojej świadomości. Długo nie wiedziałam, jak to się dzieje, jak to możliwe, że ta sama historia raz może być nużącym ciągiem pusto brzmiących nazw i nic niemówiących dat, a kiedy indziej - pasjonującą opowieścią o ludziach z krwi i kości, których losem mogę przejąć się tak, jakby to byli moi bliscy znajomi. Aż wreszcie kluczem do odpowiedzi okazała się refleksja Kapuścińskiego na temat pisarstwa Herodota: "Pokazuje on historię świata poprzez losy jednostek, na kartach jego książki, której celem ma być utrwalenie dziejów ludzkości, są zawsze obecni konkretni ludzie, konkretny człowiek, człowiek z imieniem, wielki albo marny, łaskawy albo okrutny, zwycięski lub nieszczęśliwy". Otóż to. Perspektywa indywidualna, zogniskowanie uwagi na kimś, kto może i jest królem albo wielkim wodzem, ale przede wszystkim jest człowiekiem ze swoimi słabościami i atutami, przywarami i zaletami. Herodot wraz z Kapuścińskim kierują moje zainteresowanie najpierw w stronę człowieka, sprawiają, że zaczyna być mi on bliższy, lepiej zrozumiały, a dopiero potem wrzucają go w tryby wielkiej historii, ale wtedy już i ja śledzę z zaciekawieniem przebieg wojennych zmagań Kserksesa, bo ów Kserkses przestał być po drodze tylko nic nieznaczącym imieniem.

Przeplatając gawędę o Herodocie i jego czasach opowieścią o własnych podróżach reporterskich, Kapuściński cały czas podkreśla, jak ważne było dla niego odkrycie Herodota - "Dzieje" stały się w początkach kariery Kapuścińskiego zarówno jego wytchnieniem, jak i inspiracją. Zestawia wydarzenia sprzed wieków z tymi dziejącymi się aktualnie i pokazuje, jak w gruncie rzeczy nic się nie zmienia - ludzka natura jest wciąż taka sama. Tę wyrwę w czasie zasypuje dla niego Herodot. Dla mnie - Kapuściński. Dzięki tej lekturze zapamiętam więcej z historii starożytnej niż zapamiętałam z poświęconych jej lekcji w liceum.
sobota, 09 kwietnia 2011
Po roku
Czasem jest mi dobrze. Na przykład w takie chmurno-słoneczne popołudnia wczesnowiosenne, kiedy życie zdaje się stać w miejscu i niczego ode mnie nie wymagać. Kiedy zimne piwo smakuje wybornie, a z głośników płyną ballady rosyjskich bardów. Wtedy chciałabym zatrzymać czas i trwać tak następne 30, 40 lat...


17:17, aniaposz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 kwietnia 2010
...

Przecież wcale nie muszę iść spać. Nie muszę leżeć, gapiąc się w sufit i wsłuchiwać w bicie mojego serca. W ogóle nic nie muszę. Mogę tak siedzieć bezsennie całą noc z włączonym telewizorem, tą namiastką i iluzją czyjejś obecności. Nie chcę zasnąć, bo zawsze potem trzeba się obudzić i w pierwszych ułamkach sekund zderzyć boleśnie z prawdą. Wtulam twarz w futerko kota, łzy wsiąkają w sierść, ale on nic nie rozumie, śpi mocno, ufny i beztroski. Niech już ten ból wypali mnie do końca, niech nic nie zostanie, niech będzie już tylko pusta skorupka, która nie czuje, nie ma nadziei i której jest wszystko jedno.
23:59, aniaposz
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36