Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 03 grudnia 2009
Komedia (nie)romantyczna

"500 dni miłości", 2009, reż. Marc Webb

On - niespełniony architekt, pracujący aktualnie w firmie produkującej kartki okolicznościowe i trudniący się układaniem życzeń. Ona - nowo zatrudniona asystentka dyrektora w rzeczonej firmie. On - niepoprawny romantyk, wierzący w miłość od pierwszego wejrzenia, grom z jasnego nieba, dwie połówki pomarańczy i tym podobne szkodliwe iluzje. Ona - ceniąca niezależność, trzezwo myśląca pragmatyczka, która mężczyzn traktuje raczej instrumentalnie. On widzi ją pewnego dnia i czuje, że jest dla niego stworzona, że to właśnie ta Jedyna. Ona nie ma ochoty na stały związek i od początku stawia tę sprawę jasno. Ale on wie swoje - będą razem już do końca życia, bo czyż inaczej przeznaczenie postawiłoby mu ją na drodze?

Narrator jednak nie daje widzom złudzeń i jeszcze przed czołówką wyjaśnia: This is a story of boy meets girl. But you should know up front this is not a love story. Żadnych schematów rodem z komedii romantycznych ani utwierdzania widzów w przekonaniu, że miłość zawsze zwycięża. Kto ma ochotę na słodkie kłamstewka i bałamutne opowiastki o idealnym uczuciu, niech sobie zafunduje jakiś milusi obrazek z Meg Ryan albo Jennifer Lopez. Bliżej filmowi Webba do szczerych obserwacji Allena niż do nachalnego optymizmu "Powiedz tak" czy innej "Pokojówki na Manhattanie". To nie jest historia o cudownym odnalezieniu się dwóch bratnich dusz, zakończona niewyartykułowanym wprawdzie, ale oczywistym dla każdego "and they lived happily ever after". To historia odzierania ze złudzeń, demitologizacji miłości romantycznej i rozpadu związku. Brzmi to ponuro, ale reżyser opakował wszystko w lekką komediową formę. Zresztą dokładnie tak, jak robi to Woody Allen, gdy umieszcza gorzkie refleksje trochę z tyłu, dzięki czemu nie jest dosłowny ani mentorski. U Webba te wnioski też brzmią gdzieś w tle (co absolutnie nie znaczy, że zostały strywializowane), a na pierwszym planie rozgrywa się odwieczny dramat porzuconego kochanka, który w tym swoim żalu i nadziei, że ukochaną uda się jednak odzyskać, jest rozczulający i zabawny zarazem.

Mnóstwo w tym filmie małych rzeczy, drobnostek, które na pewno przypomną niejednemu widzowi jego własne miłosne perypetie, a zwłaszcza same początki, czas zauroczenia, gdy z jednej strony chce się za wszelką cenę zwrócić uwagę tego kogoś, a z drugiej udaje obojętność. Kiedy odmierza się dni ilością spotkań - planowanych, przypadkowych i pod pretekstem, zawsze trudnym do znalezienia. Kiedy jedno spojrzenie albo rzucona niedbale uwaga nabierają dziesiątek przeciwstawnych znaczeń. I jest dokładnie tak jak w wierszu Tetmajera:

Szukam cię - a gdy cię widzę
udaję, że cię nie widzę.

Kocham cię - a gdy cię spotkam
udaję, że cię nie kocham.

Zginę przez ciebie - nim zginę
krzyknę, że ginę przypadkiem...



Przewrotny jest to film, bo zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania. Wprawdzie Tom w pewnym momencie zdaje sobie wreszcie sprawę z  beznadziejności swojej sytuacji i rzuca rozgoryczony: Destiny, soulmates, true love. All that stuff. It's nothing more than silly childhood fairy tale nonsense, isn't it?, ale dalsze losy Summer bynajmniej nie potwierdzają tej cynicznej opinii. Zarówno Tom, jak i Summer czegoś się uczą - o sobie samych i o świecie. A może jedyną nauką jest tylko to, że nigdy nie wiesz czego tak naprawdę chcesz i co cię uszczęśliwi, póki tego nie zaznasz? Że twoje wygłaszane z przekonaniem deklaracje, jakkolwiek oparte na własnych doświadczeniach, mogą okazać się za chwilę kompletnie bezwartościowe? Że przypadek nazywamy przeznaczeniem tylko dlatego, że to bardzo wygodne i pozwala nie zwariować na myśl o możliwych scenariuszach naszego życia? A może na odwrót - skoro coś się zdarzyło, to znaczy, że zdarzyć się musiało? Tak tu rozkładam ten film na czynniki pierwsze, a przecież ogląda się go z wielką przyjemnością, mimo że (a może właśnie dlatego) nikt tu nie podaje na srebrnej tacy łatwych do przełknięcia półprawd.


17:47, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
środa, 02 grudnia 2009
What left me speechless, czyli kinowe zachwyty

"Popiół i diament", 1958, reż. Andrzej Wajda

W kinie wciąż jakieś nowe odkrycia, nowe oczarowania. Sięgam po słynny tytuł, nawet bez specjalnych oczekiwań, raczej z przekonaniem, że wypada znać, bo to część kulturalnego dorobku narodowego i należałoby wyrobić sobie własne zdanie, a tymczasem dech mi zapiera z zachwytu. I dalej niemal na oślep drążę już w głąb filmowych wspomnień, jeden tytuł prowadzi do następnego, jedna dekada do kolejnej, wcześniejszej, z mroków przeszłości wyłaniają się nieznani mi do niedawna, fascynujący ludzie srebrnego ekranu.

Zaczęłam nareszcie przyglądać się kinu uważniej, doceniać to, co przedtem było dla mnie przykurzoną historią i niewartą uwagi ramotką. Może i większość miłośników kina, po pierwszym zachłyśnięciu się filmem, rozpoczyna przygodę z X muzą bardziej po akademicku. Z namaszczeniem sięgają po klasykę, odhaczają znane nazwiska, z ołówkiem w ręku poznają dekadę po dekadzie i nurt po nurcie. Ja przez bardzo długi czas kurczowo trzymałam się współczesności i dopiero niedawno zaczęłam moją podróż w czasie, najpierw stąpając bardzo ostrożnie, krok po kroku, a ostatnio coraz śmielej, biegnąc coraz szybciej i zapuszczając się coraz dalej. Polska szkoła filmowa, złota era Hollywood, czasy kina niemego... Może ta podróż nie byłaby tak ekscytująca, gdybym odbyła ją kiedyś zgodnie z ruchem wskazówek zegara?

Filmem, który tak mnie zachwycił jest Popiół i diament. Ramy czasowe ograniczone do 24 godzin (a praktycznie rzecz biorąc do 12 godzin) niesamowicie zagęszczają atmosferę. Ma się wręcz namacalne wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach. Zdjęcia hipnotyzują. Rozbudowana symbolika (której przecież nie jestem entuzjastką) wkomponowana jest w samą fabułę na tyle płynnie i subtelnie, że wydaje się niezbędnym dopełnieniem, tak jakby to sam los przewrotnie dopisywał komentarz do wydarzeń (nie czuje się obecności reżysera, scenariuszowego wyrachowania) - fałszywie brzmiący polonez, odwrócony krzyż w zrujnowanej kaplicy, biały koń. Dialogi, mimo że zupełnie nieprzypadkowe, przemyślane, ważne i niosące istotny dla fabuły przekaz, zachowują jednak autentyzm, nie sprawią wrażenia spreparowanych na potrzeby chwili. Scena podpalania wódki w kieliszkach jest jedną z najlepszych scen jakie w ogóle widziałam w kinie. Uwielbiam takie właśnie filmy - opowiadające obrazami, emocjami, a słowami tylko tyle ile trzeba, oszczędnie, ale wyraziście.

Nie bez znaczenia jest sam moment historyczny, ten jedyny w swoim rodzaju dzień (właściwie noc) tuż po zakończeniu wojny. Przełomowość tej chwili, podwójna, bo dla Polski jest to przecież nie tylko przejście od stanu wojny do pokoju, ale także (przede wszystkim?) brzemienny w skutki moment transformacji ustrojowej. W tym zawirowaniu trzech bohaterów, tak różnych od siebie, mających odmienne cele, którym ta noc także przyniesie zmiany: zasadniczy Andrzej, miotany wątpliwościami Maciek i bezwstydnie cyniczny Drewnowski. Zachwyca mnie w tym obrazie idealne wyważenie między perspektywą psychologiczną a rysem polityczno-ideologicznym. Wajda skupia się tu na małym wycinku rzeczywistości, nie ma ambicji przekrojowego prześlizgnięcia się po wszystkim, co możliwe w danym temacie (to grzech Katynia). To bezsprzecznie jeden z najlepszych filmów obejrzanych przeze mnie w tym roku. Może nawet najlepszy...


22:06, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009
Glorious bastard, czyli that's the Quentin I like!

  "Bękarty wojny", 2009, reż. Quentin Tarantino

UWAGA SPOILERY!!!

Bóstwom filmowym niech będą dzięki! Quentin znów opowiada historie! Przysiadł, wziął się porządnie do roboty, to i wyszło pełnokrwiste mięsiste kino, a nie jakieś popłuczyny, które mu się najwyrazniej przyśniły po pijaku, a na kacu je od niechcenia zrealizował (do Death Proof tu piję). Oto prawdziwe święto kina i hołd złożony X Muzie. I oto coś, co nazywam czystą rozrywką i radością z obcowania ze sztuką filmową. Film ma mnie czarować - obrazem, aktorstwem, narracją, fabułą! Jeśli niesie jakieś ważne treści, tym lepiej, ale - na litość! - najpierw i przede wszystkim ma zainteresować, omotać i wciągnąć. 2,5 godziny, a ja po napisach końcowych wyję w myślach "za krótki!". Od pierwszych kadrów i sceny przesłuchania farmera rzeczywistość zawęża się dla mnie do prostokąta ekranu, a na czas seansu niemal tracę własną tożsamość, która zastępowana jest tożsamościami poszczególnych bohaterów.

Niechże ten Tarantino daje upust swojej miłości do kina w postaci nawiązań i cytatów, w postaci nader czytelnego przekazu - w kinie wszystko jest możliwe (stokroć mocniejszego od tego, co zaprezentował Allen w Purpurowej róży z Kairu), ale niech rdzeniem filmu pozostaje opowieść. Tak jak w Pulp Fiction, Wściekłych psach, jak (jeszcze) w Kill Bill i - znów! - w Bękartach wojny. Tarantino, ku mojej wielkiej radości, nadal potrafi zaskoczyć i ślicznie zagrać wszystkim na nosie. Spodziewasz się hektolitrów krwi i brutalnych popisów tytułowych Bękartów w co drugiej scenie? A figa! Przemoc jest, owszem, ale Bękarty to tylko jeden z wątków, osnowa, tło. Nie na ich wyczynach skupia się uwaga. Bo Tarantino umie żonglować konwencjami, mieszać wszystko, rozsadzać powagę humorem i to tak, że nic nie zgrzyta. Przy scenie prezentacji Włochów prawie spadłam z krzesła. :) Gdzieś czytałam zarzuty o przegadanie. Że co proszę? Przegadany to był Death Proof, tutaj wszystkie kwestie są absolutnie niezbędne i tylko wzmagają napięcie. Jak na lubującego się w paplaninie Tarantino, to akurat ładnie utrzymał swoje skłonności w karbach.

No i ten finał, w którym wszyscy możemy się przekonać o sile i magii kina! Co tam historia, napiszemy własną, a na deser, panie i panowie, popatrzymy sobie jak Żyd rozwala Hitlerowi łeb serią z karabinu. Co za rozkosz. :)
10:02, aniaposz , Kino
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009
Animowane miniatury

W shortach najbardziej cenię pomysł, oryginalność, zaskakujący finał.





14:42, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 października 2009
Lubiewo

 Michał Witkowski, "Lubiewo"

Tak się jakoś ostatnio składa, że gdzie nie spojrzę, widzę Michała Witkowskiego. Zaczęłam od lektury Lubiewa, które czekało na przeczytanie już od dość dawna. W międzyczasie natknęłam się na felieton w "Polityce", świetnie pasujący do moich refleksji i charakteru blogowej notki.  Parę tygodni temu Witkowski był jednym z gości Kuby Wojewódzkiego. Niektórzy doszukiwaliby się w tych zbiegach okoliczności działania jakichś sił metafizycznych, inni powiedzieliby raczej, że to moje zmysły, po lekturze Lubiewa, nastawiły się na selektywny odbiór danych. Zdecydowanie zaliczam się do racjonalistów. :)

Trafiwszy kiedyś na cytaty z Lubiewa: gender czy sex, czyli lubiewo sądziłam, że będzie to zbiór refleksji na tematy homoerotyczne, jakaś próba analizy różnych związanych z tym zjawisk społecznych, w każdym razie coś bliżej publicystyki niż fabuły. Garść ocierających się miejscami o pornografię historyjek z życia erotycznego gejów (ciot?) nie jest więc tym, czego się spodziewałam po lekturze. Nie, nie zniesmaczają mnie drobiazgowe opisy seksualnych fantazji podstarzałych gejów ani nie oburzają częste wulgaryzmy. Przyjmuję tę stylistykę bez żadnych zastrzeżeń i chwilami nawet dobrze się bawię. Tylko... nie bardzo wiem co też Witkowski chciał osiągnąć. Miałażby to być jedynie prowokacja, wykalkulowane drażnienie heteryków siedzących po uszy w twardej rzeczywistości codziennej, manifest inności, o tyle skuteczny, o ile kontrowersyjny? Bo że niekoniecznie tak właśnie, jak to przedstawia Witkowski w Lubiewie, wygląda seksualność gejów, świadczy choćby ogłoszony ostatnio u Kuby Wojewódzkiego związek pisarza z Jacykowem (modelową wręcz ciotą, by posłużyć się klasyfikacją i nomenklaturą z Lubiewa).

O ile zdążyłam się zorientować wolę Witkowskiego publicystę, felietonistę niż autora fabuł. Mnie akurat nie trzeba szokować, by uświadomić istnienie odmienności. A propos - z ogromną satysfakcją obserwuję przemiany obyczajowe w naszym kraju, który - jakkolwiek pozostaje w tyle za europejską awangardą - jednak całkiem dobrze sobie na tym polu radzi. Erupcja medialnej szczerości w wykonaniu słynnych gejów (Raczek, Poniedziałek, Piróg, Szczygieł), nieskrępowane rozmowy o homoseksualnych związkach w porach niezłej oglądalności, wreszcie (na co czekać trzeba było najdłużej) homoerotyczne wątki w polskich serialach. W porównaniu z realiami Polski lat 70. i 80. opisywanymi w Lubiewie jest to siedmiomilowy krok naprzód. I znów nie wiem czy to jakaś osobliwa kokieteria ze strony Witkowskiego, gdy w Lubiewie mówi ustami jednego z bohaterów: Wszystko to zniknie zresztą w fazie postemancypacyjnej, gdy nie będzie już plaż gejowskich, barów pedalskich, pisemek... Nie będzie żadnego getta. Pedalstwo będzie tak przeźroczyste, że nikt nie zauważy na zwykłej plaży, że facet całuje się z facetem. Ale nas wtedy, Paula, na szczęście już nie będzie na świecie.



piątek, 18 września 2009
Umiarkowane szczęście

To moje umiarkowane szczęście ma dziś smak Heinekena, kolor czystego wrześniowego nieba, wabi obietnicą słonecznego weekendu, który spędzę najpewniej na działce, z książką, delektując się tym jedynym w swoim rodzaju wczesnojesiennym spokojem, kiedy wydaje się, że czas się zatrzymał, a nieporuszane najlżejszym powiewem wiatru liście nigdy nie pożółkną i nie opadną. Takie chwile po latach pamięta się najwyraźniej, mimo ich iluzoryczności i krótkotrwałości.

Podreperowałam ostatnio moje finanse dochodami ze sprzedaży paru książek na Allegro (książki kupowałam kiedyś niemal kompulsywnie, wydałam na nie fortunę, której część chciałabym teraz odzyskać) i wynagrodzeniem za kolejny cat-sitting, w dodatku aż jedenastodniowy (święta prawda, że praktyka czyni mistrza - za trzecim razem to już prawie rutyna, zero stresu). Generalnie coraz częściej myślę o podejmowaniu się jakichś dorywczych zajęć - może korepetycje, może ankiety. Z jednej strony oczywiście ze względu na pieniądze, które są mi przecież potrzebne, z drugiej (co przynajmniej równie ważne) chciałabym się sprawdzić w czymś zupełnie nowym, udowodnić samej sobie, że potrafię działać wbrew własnym dotychczasowym doświadczeniom, że yes, I can! W obliczu mojego chronicznego braku wiary w siebie może to być całkiem niezła terapia.

Sporego zastrzyku pozytywnej energii dostarczają mi też ostatnio lektury i filmy. W ogóle wiele najpiękniejszych wspomnień wiąże się u mnie właśnie z chwilami poświęcanymi na czytanie i oglądanie, z wrażeniami okołokulturalnymi. Mężczyźni i tzw. sprawy sercowe są jednak na dalszym miejscu (chyba nawet nie na drugim...). Michał Witkowski w swoim felietonie w "Polityce" okazał się idealnym wyrazicielem moich odczuć, pisząc: Bardziej od akcji poszczególnych książek pamiętam samą sytuację czytania i reakcje na tekst małego Michałka. Fizjologię lektury (co za genialne określenie!). Zimowy wieczór w łóżku, z landrynkami i herbatą, z perspektywą sprawdzianu z chemii dnia następnego. Czytanie w chorobie, czytanie z poczuciem wyrzutów sumienia, że się do tego sprawdzianu nie uczy (tak właśnie czytałam Zapomnianie bestie z Eldu Patricii McKillip zamiast uczyć się do kolokwium z konstruowania narzędzi diagnostycznych), uciekanie przed zimą w wakacyjny świat jezior, ostry zapach wodorostów. Głód wywołany opisem smażenia nad ogniskiem świeżo złowionego leszcza. Szukanie w kuchni czegokolwiek, co choć trochę przypominałoby świeżo złowioną rybę, i zadowalanie się kawałkiem chleba (mnie nieodmiennie nęci aromat czerwonego wina, którym raczą się co kilka stron bohaterowie fantasy, ewentualnie - zwłaszcza w mroźne zimowe wieczory -  cierpki smak grzanego piwa korzennego podawanego w przydrożnych oberżach  :)). Dopiski ołówkiem poczynione przez poprzednich czytelników, bo książka z biblioteki (Lubię. I sama bazgrzę na marginesach, choć to jednak zabronione). Fałszywy akord - brak dwóch kartek w miejscu dla akcji najważniejszym. Głośny dźwięk motorówki, zapach trawy, rozgrzanego igliwia, tajemnicza sceneria podejrzanych interesów w kawiarni Honoratka, tajemnicza autostopowiczka pozostawiająca po sobie w strasznym domu niedopałki papierosów Syrena.

Michał Witkowski wspomina wprawdzie dzieciństwo i książki Nienackiego, ale przecież fizjologia lektury dotyczy całości czytelniczego doświadczenia. W każdym razie w moim przypadku rzecz ma się dokładnie tak samo teraz, jak i wtedy, gdy w wieku 13-14 lat kochałam się w Boce, płakałam po Nemeczku, pisałam przepełnione uwielbieniem i egzaltacją wypracowania na temat Kamieni na szaniec, towarzyszyłam bohaterom Szwedów w Warszawie w ich niesamowitej wędrówce przez miejskie podziemia, drżąc z niecierpliwości na myśl o tym, co czai się za następnym zakrętem, odkrywałam wraz z Awaru tajemnice Atlantydy - wyspy ognia, wreszcie (a Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren to chyba najwspanialsza książka mojego dzieciństwa) z całych sił wspierałam Jonatana i Sucharka w ich walce z Tengilem i Katlą. Nigdy nie odważę się powrócić do tych książek w obawie, że pryśnie czar. I tylko żałuję ogromnie, że jednak niewiele w sumie czytałam jako dziecko. Ominęło mnie całe mnóstwo wzruszeń i emocji.

sobota, 12 września 2009
O wojnie i o sumieniu

 "Milczenie Lorny", 2008, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

Niestety - bez SPOILERÓW nie da rady tym razem...

To chyba najlepszy, obejrzany do tej pory przeze mnie, film braci Dardenne. Nie przeginają z formą w stronę paradokumentu, nie filmują setki zbędnych czynności, historia od początku do końca jest o czymś - przez cały czas dowiadujemy się czegoś nowego, odkrywamy jakąś cząstkę prawdy. Reżyserzy zaskoczyli mnie aż trzykrotnie. Najpierw śmiercią Claudy'ego, poprzedzając informację o tym sceną, kiedy uśmiechnięty odjeżdża na rowerze. Potem - gdy Lorna odkrywa, że jest w ciąży. Wreszcie - gdy okazuje się, że nie jest, a poczucie winy może być tak wielkie i tak paraliżujące, iż uniemożliwia normalne życie, upośledza zdolność podejmowania racjonalnych decyzji, przekreśla wszelkie plany i krystalizuje się w niezwykle realistyczne urojenie.

 "Jutro idziemy do kina", 2007, reż. Michał Kwieciński

Moim zdaniem jeden z niewielu współczesnych polskich filmów, które nie są z jednej strony pretensjonalne, z drugiej - infantylne. Ciekawy pomysł na opowiadanie o wojnie... bez wojny. Zamiast niej - koncentracja na chwilach tuż przed i uczynienie bohaterami młodych ludzi, dopiero wkraczających w dorosłość. Dzięki temu udało się pokazać uniwersalność tej historii, uchwycić podobieństwo doświadczeń młodzieży współczesnej i tej sprzed 70 lat. Oglądamy ten beztroski czas pierwszych porywów serca, układania życiowych planów, chwilowych szaleństw trochę z rozczuleniem, trochę z rozbawieniem, ale przede wszystkim ze smutkiem, bo wiemy to, czego nie wiedzą bohaterowie. A poza tym, abstrahując już od wojny czającej się w tle, jest to też nostalgiczne spojrzenie we własną przeszłość. Wczoraj byliśmy młodzi - pisze w tytule swojej recenzji redaktor FW, Marcin Pietrzyk.

12:51, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
Prądy wznoszące

Jeśli nawet aura ma wpływ na mój nastrój, to tylko warunkowo. O ile słońce niemal zawsze ten nastrój podnosi, o tyle deszcz niekoniecznie go obniża. Bądź co bądź pocieszające... Jest zresztą sporo drobnych powodów do umiarkowanej radości (jestem umiarkowanie szczęśliwa - mówi bohaterka filmu Żeby nie bolało Marcela Łozińskiego, dokumentu, który odebrałam bardzo osobiście. Czuję, że Łozińskiemu powinnam poświęcić osobną notkę, ale chyba jeszcze nie jestem na to gotowa).

Wprawdzie, tak jak przewidywałam, utknęłam na 50. stronie Czarnych oceanów, ale natychmiast pocieszyłam się Błękitną kropką Carla Sagana. Nie ma to jak od czasu do czasu zerknąć w obojętną pustkę kosmosu, uświadamiając sobie własną znikomość, przemijalność i nieważność spraw, o które gotowi bylibyśmy kopie kruszyć. Czytając o szczegółach i odkryciach misji Voyager, przypomniałam sobie rok 1997 i mój list do NASA. W październiku 1997 wystartowała w kierunku Saturna sonda Cassini. Ludzie z całego świata mogli nadsyłać swoje podpisy w celu zeskanowania na dysk, który sonda miała ponieść ze sobą w przestrzeń kosmiczną (nie przyszło mi wówczas do głowy odciśnięcie na papierze śladu łapki mojej Cziki, a wiem, że mnóstwo osób nadesłało odciski łap swoich zwierząt...). Cassini miała dotrzeć na orbitę Saturna po 7 latach, co wydawało mi się wtedy niesamowicie odległym terminem. Kiedy w 2004 roku czas się dopełnił, chyba nawet tego nie zauważyłam, zaabsorbowana tym, co się akurat działo wokół mnie (O roku ów!). Sagan napisał Błękitną kropkę w 1994 r., a więc na etapie przygotowań do programu Cassini. Miło jest teraz weryfikować jego przypuszczenia na temat warunków panujących na Tytanie, jednym z najbardziej intrygujących księżyców Saturna, z tym, co odkryła sonda i próbnik Huygens. Co ciekawe - hipotezy autora okazały się w większości trafne.

Lekturę uzupełniam filmowym cyklem BBC Planety. I jestem umiarkowanie szczęśliwa...

Jakby i tego było mało, w zeszłą sobotę spędziłam niespodziewanie ekscytujący wieczór u A. Przypadkiem zastałam tam jego kolegę, którego właściwie ledwie znałam. Pogadaliśmy sobie od serca, wypiliśmy razem trochę (on whisky, ja, jak zwykle, czystą), zagraliśmy w tysiąca, gdy dołączyli do nas kolejni goście. Z innym kolegą wdaliśmy się w pasjonującą dyskusję na tematy filmowe i... kocie. Poziom magnezu uzupełni się odpowiednimi suplementami. ;)

A dziś o godzinie 5.30 obudziłam się z dwoma kotami oblegającymi moje ciało. :) Nesca spała mi na piersiach wyciągnąwszy łapki w stronę twarzy, a Ramzes ułożył się w zagłębieniu moich nóg. Rozbudzony na moment innym rytmem mojego oddechu przewrócił się na grzbiet i rozciągnął w poprzek łóżka, dokumentnie uniemożliwiając mi zmianę pozycji. Takie chwile są najcenniejsze...

czwartek, 10 września 2009
Kino Kondratiuka

Przełamałam wreszcie złą passę filmową. Przez blisko dwa tygodnie obejrzałam 14 filmów. Nałogowo oglądam ostatnio TVP Kultura, która kusi nie tylko kinem, ale też arcyciekawymi programami publicystycznymi (Trzeci punkt widzenia, Czytelnia) - przyjemnie jest słuchać ludzi, którzy ze sposobu wypowiadania się czynią sztukę.

Przypadek sprawił, że obejrzałam Gwiezdny pył Kondratiuka. Włączyłam na chwilę TVP Kultura, film się właśnie zaczynał, z ciekawości popatrzyłam na pierwsze sceny. I nie mogłam się już oderwać... Takie zaskakujące odkrycia, nagłe oczarowania sprawiają mi największą przyjemność.

Co ciekawe - okazało się, że film, albo przynajmniej jego fragmenty, musiałam widzieć jako dziecko. W pewnym momencie przypomniałam sobie bowiem scenę, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie (choć z innych niż teraz powodów) - scenę finałową. Wtedy poraziła mnie swoją niesamowitością, może wyobrażałam sobie, że taki wzmacniacz myśli rzeczywiście da się zbudować? Teraz - słuchałam wypowiadanych życzeń i... rozbeczałam się... Dawno żaden film mnie tak nie poruszył.

A jak nasz czas przyjdzie i świeczka nasza sie wypali, to ja w tę brzozę, co jest na górce się przemienię, mój mąż w ten dąb, co przy brzozie rośnie, a kotek nasz w krzak dzikiej róży, a pies w jałowiec, co tam obok rośnie...

Kondratiuka w ogóle wcześniej nie znałam, choć słyszałam o Hydrozagadce. No i tę osławioną Hydrozagadkę zaczęłam oglądać zaraz po Gwiezdnym pyle w ramach weekendu z Kondratiukiem w TVP Kultura. Odpadłam po półgodzinie. Ale może po prostu nie byłam w nastroju - trudno o bardziej rozbieżne klimaty niż Gwiezdny pył i Hydrozagadka.

Kolejny film Kondratiuka - Big Bang rozczarował mnie trochę. Zrealizowany jest w konwencji teatru TV, akcja skupia się we wnętrzach, a tworzywem jest głównie słowo. No i dobrze, lubię teatry TV. Ale! Wnioski są tak do bólu banalne, z ust natchnionych bohaterów padają wzniosłym tonem tak oklepane frazesy o ludzkiej podłości i głupocie, że zaimponować mogą chyba tylko gimnazjalistom. Zresztą... motyw spotkania ludzkości z Obcymi i gotowości człowieka na taki kontakt, pojawiał się już mnóstwo razy zarówno w filmach, jak i - jeszcze częściej - w literaturze SF. W Big Bang Kondratiuk nie wymyśla nic nowego, co gorsza - powiela najbardziej wyświechtane i ograne na wszystkie sposoby pomysły. W Gwiezdnym pyle końcowa scena sprowadzała się w sumie do podobnej refleksji, ale jakże oryginalny był koncept prezentacji owej refleksji!

Ale są i pozytywy. Sama sceneria i osadzenie fabuły na wsi przypomina mi klimat opowiadań guslarskich Bułyczowa, które uwielbiam. Patetyczne przemowy przerywa pod koniec żywiołowe wtargnięcie Igi Cembrzyńskiej w roli żony jednego z bohaterów. Rólka epizodyczna, ale nie do zapomnienia. Zresztą aktorstwo jest w ogóle mocnym punktem tej produkcji.

13:00, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 września 2009
Miszmasz depresyjny

Przyszło wreszcie załamanie pogody, a wraz z nim załamanie mojego nastroju, co było właściwie do przewidzenia. Zesztą pierwsze symptomy tego, co u przeciętnego człowieka ogranicza się do jesiennej chandry, a u mnie jest zwykle eksplozją chandry całorocznej, co najwyżej skutecznie pacyfikowanej w okresie wiosenno-letnim, ujawniły się już parę dni temu. Zamiast snu - wybuchy przytłaczającego żalu za czasem minionym lub niewykorzystanym, a najczęściej jednym i drugim naraz. Rozpacz nad tym, co się dzieje, a czemu nie mogę zaradzić, chociaż próbuję w miarę moich skromnych możliwości. Z jednej strony - chęć i wola działania, z drugiej - paraliżująca niemoc i pragnienie nieangażowania się, spokoju nawet za cenę obezwładniającego zgnuśnienia. Ta cholerna ambiwalencja moich zamierzeń, dla których nawet to określenie jest niezasłużoną nobilitacją...

Nici z kursu angielskiego w ramach szkoleń Urzędu Pracy - poinformowano mnie, że mój poziom jest zdecydowanie za wysoki i nie ma szans, by sformować grupę na poziomie Pre-CAE. Rekompensatą za zawiedzione nadzieje powinna być dla mnie ta zdecydowanie pozytywna ocena moich umiejętności, ale nie jest. Zauważam, że coraz więcej zapominam, że nie wypowiadam się już tak swobodnie na niemal każdy temat jak kiedyś, że ucieka mi coraz więcej słów, które wcześniej przychodziły mi bez wysiłku do głowy. Nie wiem jakim cudem zostałam oceniona tak wysoko po konwersacji z lektorem. Ja byłam z siebie niezadowolona.

Czytam Czarne oceany Dukaja. Pierwsze 50 stron tyleż obiecujące, co konfundujące. Chce się czytać dalej i poznawać szalenie złożony świat Dukajowej wyobraźni, a jednocześnie trzeba czytać powoli, stopniowo wgryzając się w tę niełatwą narrację. Taki właśnie jest Dukaj - rzuca od początku na głęboką wodę, niczego nie wyjaśnia, domyślaj się, czytelniku, sam - składaj swoją wizję wykreowanej rzeczywistości ze strzępów informacji, dialogów, chaotycznie rozrzuconych podpowiedzi. Nim pojmę reguły przedstawionego świata, główna intryga zdąży się pewnie zapęlić kilkukrotnie...

Coraz bardziej obojętnieję na ludzkie prowokacje i manipulacje. Wprawdzie potrafi mnie jeszcze czasem zaskoczyć czyjaś bezinteresowna złośliwość, służąca być może leczeniu własnych kompleksów, ale zaraz napięcie opada i myślę sobie, że mnie to przecież tak naprawdę nie dotyczy. W izolowaniu się, w odgradzaniu od hołoty, tkwi konieczny warunek higieny umysłowej. Można dziwić się tym, którzy z tą hołotą utrzymują dialog w nadziei, że wydobędą ją z dna głupoty, ignorancji i zarozumiałego tupetu. Tego motłochu nie można zmienić, jedyne, to odgrodzić się i trzymać na dystans. - pisał Kapuściński w Lapidarium VI. Najważniejsze to rozpoznać tę hołotę na czas (mimo pozorów wyrafinowania i subtelności języka) i nie wdawać się w jałowe dysputy w nadziei na dialog, bo o dialogu nie może być mowy tam, gdzie po drugiej stronie jest wyłącznie chęć poniżenia i stłamszenia, wykazania swojej przewagi, nawet jeśli tylko życzeniowej. A może zwłaszcza życzeniowej...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36