Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
piątek, 28 sierpnia 2009
W piątkowym rytmie

Piątek zachował dla mnie z czasów pracy zawodowej urok dnia rozpoczynającego krótki okres wypoczynku i rozrywki. To irracjonalne wrażenie utrzymuje się uporczywie, mimo że już od dawna moje piątki nie różnią się znacząco od czwartków czy poniedziałków. A jednak piątkowe poranki zawsze budzą we mnie niesprecyzowaną i nieukierunkowaną nadzieję na coś, optymizm co do przyszłości. Wyznaczają symboliczny początek czegoś nowego.

Staram się unikać sypania banałami w rodzaju życie składa się z małych przyjemności, ale jak inaczej ująć w słowa radość, jakiej potrafią mi dostarczyć np. moje poranne rytuały, jeśli tylko jestem w odpowiednim nastroju? Od kilku miesięcy oglądam sukcesywnie Dra House'a. To jeden z niewielu seriali, które jestem w stanie strawić. I chyba jedyny ze współczesnych, który mnie nie nudzi ani nie irytuje, chociaż nie należę też do rzeszy jego entuzjastów - ot, pół odcinka zastępuje mi przy śniadaniu poranną gazetę. (A propos: po zadomowieniu się w języku polskim słowa sezon w znaczeniu spełniającej przecież świetnie swoje zadanie starej dobrej serii, przyszedł teraz czas na kolejną obrzydliwą kalkę z angielskiego - epizod w zastępstwie poczciwego odcinka). W piątki przeglądam też zawsze program telewizyjny na kolejny tydzień w poszukiwaniu ciekawych propozycji filmowych i w nadziei, że wreszcie się zbiorę, obejrzę nagrane na kasetach zaległości i tym samym zwolnię miejsce na następne filmy.

Czytam ostatnio trzy książki jednocześnie. Wspinaczka na szczyt nieprawdopodobieństwa Dawkinsa chwilami jest porywająca, chwilami jednak stanowi nieco zawiły wykład na temat ewolucji, zmuszający do czytania w skupieniu, a czasem powrotu do raz już przeczytanych fragmentów. W międzyczasie sięgnęłam więc po beletrystykę - Szaleństwa Brooklynu Austera i skończyłam w trzy dni. W swoim umiłowaniu Nowego Jorku Auster jest podobny do Woody'ego Allena, a ponieważ uwielbiam zarówno ironiczny, inteligencki Nowy Jork allenowski, jak i dziwaczny, na poły metafizyczny Nowy Jork Austera, czasem mam wrażenie, że świetnie odnalazłabym się w tym mieście-molochu, w którym wszystko się może zdarzyć, a najbanalniejsze decyzje owocują niesamowitymi konsekwencjami.

Szaleństwa Brooklynu są nieco mniej niezwykłe niż ukochana przeze mnie Księga złudzeń czy Noc wyroczni, nie mówiąc już o Mr. Vertigo, klasycznym realizmie magicznym, a przecież i tak wpada się po uszy w to, co u Austera najsmaczniejsze - wątki peryferyjne. Choćby opowieść o mrocznej przeszłości Harry'ego Brightmana, obecnie nowojorskiego antykwariusza, kiedyś - chicagowskiego marszanda, sprzedającego z powodzeniem sfałszowane obrazy przedwcześnie zmarłego utalentowanego malarza, który przez kilka lat zapewniał galerii stały i wysoki dochód. Również przypadek jak zwykle odgrywa u Austera ogromną rolę. Gdyby Tom pod wpływem kaprysu nie zjechał w tamten dzień z autostrady, mała Lucy nie mogłaby wlać coli do baku starego oldsmobila, samochód nie zostałby unieruchomiony na kilka dni, podróżni nie zatrzymaliby się w Zajeździe Chowder, a Tom nie ożeniłby się z córką właściciela owego zajazdu. Przypadek... Przeraża mnie jego wszechmoc... Książka kończy się, gdy główny bohater wychodzi ze szpitala w słoneczny poranek o godzinie 8. dnia 11 września 2001 roku...

Utknęłam za to, niespodziewanie, na drugiej części wykładów Kołakowskiego O co nas pytają wielcy filozofowie. Pierwszą połknęłam w jedno popołudnie. Nie wiem, może to kwestia zniechęcenia otwierającym całość tekstem prezentującym pokrętną doktrynę św. Tomasza z Akwinu. A może akurat w ostatnich dniach nie mam nastroju na filozoficzne rozważania. Tak czy inaczej przyjdzie mi chyba oddać tę cienką książeczkę do biblioteki nieprzeczytaną, by wrócić do niej w bardziej sprzyjającym momencie.
czwartek, 20 sierpnia 2009
Z cyklu: co przedstawia obrazek



Zimą zwijamy się w kłębek, latem wywalamy brzuch.
środa, 19 sierpnia 2009
Hurtem o filmach

Niewiele ostatnio oglądam. Na kasetach zalega chyba z sześć nagranych przed co najmniej miesiącem filmów. Czekam na odpowiedni moment, bo obawiam się, że przy obecnym nastawieniu przyjemność z seansu może być żadna. Tymczasem garść wrażeń sprzed tej nieplanowanej przerwy. Może pomogą?


"Grbavica", 2006, reż. Jasmila Zbanić

Grbavica skojarzyła mi się z Życiem ukrytym w słowach. Oba filmy traktują o traumatycznych doświadczeniach kobiet podczas wojny na Bałkanach i oba o tych trudnych sprawach mówią nie wprost (przynajmniej do pewnego momentu); wspomnienia, a raczej próby ich uporczywego tłumienia, są gdzieś w tle. Na pierwszym planie jest teraźniejszość, pozór normalnego życia - praca pielęgniarki na platformie wiertniczej (Życie ukryte w słowach), kłopoty wychowawcze z nastoletnią córką (Grbavica). Ta oszczędność i zastępczość jest walorem, zniweczonym zresztą w filmie Coixet przez przegadaną i melodramatyczną scenę kulminacyjną. W Grbavicy do końca udaje się zachować umiar. A jednak film oceniam jako przeciętny. Chwilami się wyłączałam, niektóre sceny były moim zdaniem zbędne lub pozbawione logiki (jakby improwizowane). Wiem, że celem było zwiększenie realizmu, stworzenie wrażenia, że to kawałek życia. Mnie nie zawsze takie zabiegi odpowiadają, chociaż czasem bywają strzałem w dziesiątkę (4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni). Poza tym sama konkluzja i temat - oczywiście wstrząsające, ale... znane, jakkolwiek okrutnie może to brzmieć.


"M jak Morderstwo", 1954, reż. Alfred Hitchckock

M jak Morderstwo, kolejny film Hitchcocka w moim filmowym dossier. To precyzyjna układanka, ilustrująca złożoność każdego planu, nie tylko morderstwa. Świetnie pokazano jak wiele rzeczy w toku realizacji może wymknąć się spod kontroli, jak o wielu można nie pomyśleć wcześniej, do czego dochodzi jeszcze czynnik przypadkowości. Natomiast patrząc od drugiej strony, zachwyt budzi, nomen omen, mordercza logika śledztwa.


"Rosetta", 1999, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

Wyczerpujący to był seans. Naturalizm, reporterska dokładność, paradokumentalna forma (okropnie męczące wzrok skoki kamery). Dopiero ostatnie pół godziny wprowadza jakiś element celowości, bo szczerze mówiąc towarzysząc bohaterce w najbardziej banalnych czynnościach dnia codziennego, zadawałam sobie pytanie do czego to wszystko zmierza. W Dziecku bracia Dardenne nieco wzięli w karby te swoje paradokumentalne zapędy, co tylko wyszło filmowi na dobre. Z Rosetty byłaby świetna krótkometrażówka.


"99 franków", 2007, reż. Jan Kounen

Trudno mi pisać o tym filmie, bo właściwie sama nie wiem co myśleć i jak sformułować te moje rozproszone i splątane wrażenia. Jednym zdaniem można chyba określić ten obraz jako manifest antyglobalistyczny i gorzką satyrę na yuppies. Bohater to trzydziestoletni pracownik wziętej agencji reklamowej, spędzający wolny czas na wciąganiu koki, szybkim seksie i wydawaniu fortuny na markowe ciuchy. Odnoszący sukcesy w pracy, zblazowany, pewny swojej pozycji zawodowej i towarzyskiej, nawet na biznesowych spotkaniach pozwala sobie na protekcjonalność i niesubordynację. "Good to be me" - tak mógłby podsumować swoje życie. Niestety to życie w pewnym momencie przyspiesza tak bardzo, że Mr. BigEgo dostaje w końcu zadyszki. Rewelacyjna jest na wpół animowana sekwencja szaleńczej jazdy na prochach (mimo zanimowania co bardziej drastycznych fragmentów i tak robi ogromne wrażenie). Generalnie w tym filmie nie ma wiele ponad kontestację komercjalizmu, ale jest to obraz bardzo naturalistyczny, ostry i chyba właśnie w formie zawiera się nowatorstwo i siła przekazu. Początek i środek lepszy niż przewidywalny koniec (nawet wziąwszy pod uwagę alternatywny finał).


00:21, aniaposz , Kino
Link Komentarze (10) »
wtorek, 18 sierpnia 2009
Sierpniu, trwaj!

Zatrzymać ten czas sennych popołudni, łagodnych muśnięć powietrza o policzki, nieba poznaczonego pasmami postrzępionych chmur. Czas pożegnań, odlotu ptaków, palenia ognisk na polach. Zatrzymać sierpień. Tak mnie kołysze, tak koi tę moją wiecznie rozdygotaną duszę. Najbanalniejsze czynności sprawiają mi przyjemność. Wyjście do sklepu, spojrzenie za okno, kęs twardego soczystego jabłka. A dziś coś, o czym z niechęcią myślałam od jakiegoś czasu, bo wiązało się z kolejnym uszczupleniem finansów - zdobycie corocznego stempla w dowodzie rejestracyjnym. Niedaleka podróż samochodem przez rozsłonecznione ulice, a przedtem wzrok zatrzymany na przedniej szybie, na której przez noc zdążyły się już zebrać pożółkłe liście. Przed stacją kontroli - spacer po opustoszałym podwórku; spłoszone koniki polne uciekały spod moich stóp przy każdym kroku. Z dzieciństwa pamiętam te koniki - po powrocie z sierpniowych wczasów, gdy wysiadałam w Warszawie z samochodu, całymi stadami hasały po wysuszonej trawie na poboczu parkingu. Zawsze kiedy wracałam z wakacji, nie mogłam się przez pierwsze dni przyzwyczaić do mojego mieszkania, pokoju. Wszystko wydawało mi się dziwnie obce, w pewnym sensie - nowe. Z biegiem lat to wrażenie słabło. Teraz nie ma już po nim ani śladu.

Mam w sobie dużo czułości dla świata w takie sierpniowe dni. I dużo też czułości dla samej siebie... Nawet wspomnienia nie bolą. Po prostu są, jako część mnie.


Zapach siana

Szliśmy przez wieczór
jasny
jak włosy staruszki

Kopki siana były okrągłe
jak dziecinne piłki

Pachniały macierzanką
świeżym mlekiem
rumiankiem

Zapach łąką kołysał
i niebem

Upadłam na siano
z rękami rozrzuconymi
do gwiazd

Zalśniły nade mną
twoje oczy
czarne ciężkie
jak grzech

Małgorzata Hillar


***

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym sadzie, w innym lesie -
Może by inaczej zaszumiał nam las
Wydłużony mgłami na bezkresie....

Może innych kwiatów wśród zieleni bruzd
Jęłyby się dłonie dreszczem czynne -
Może by upadły z niedomyślnych ust
Jakieś inne słowa - jakieś inne...

Może by i słońce zniewoliło nas
Do spłynięcia duchem w róż kaskadzie,
Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym lesie, w innym sadzie...

Bolesław Leśmian


To chyba jakoś w sierpniu tamtego roku wszystko się zaczęło - jeszcze bardzo dyskretnie, jeszcze może nawet niezauważalnie dla mnie samej, ale już nieuchronnie. Właśnie wtedy, w te nostalgiczne sierpniowe popołudnia, gdy wychodziłam z biura, on odprowadzał mnie spojrzeniem lub - częściej - zatrzymywał rozmową, otwierając okno albo wychodząc do mnie, prowokując do opoźniania powrotu do domu. Czy wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdybym spotkała ciebie znowu pierwszy raz...?

Michał Bajor o wiośnie, o forsycjach, a mnie ten utwór kojarzy się jesiennie... Rok w rok stanowi nieodłączny element mojej prywatnej jesieni.




sobota, 15 sierpnia 2009
Siedem dni tłustych

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. A czasem nawet i to nie wystarcza. Przekonałam się już wiele razy, że bywa inaczej niż przewiduję lub niż się tego obawiam. Kiedy tkwię w wyżłobionych od miesięcy koleinach i sądzę, że wiem już jaka jestem i czego pragnę, nagle - wbrew moim początkowym oporom - ulegam czyimś naciskom, decyduję się na coś i... okazuje się, że sprawia mi to przyjemność. Poza chwilową radością z takiego obrotu rzeczy, przeraża mnie to. Bo oznacza przecież, że wciąż siebie nie znam, że niczego nie jestem pewna, że życie, jakie prowadzę wcale nie musi być tym jedynym i koniecznym, że alternatywne drogi mogą być równie dobre. Nadmiar mnie zawsze frustrował...

Tydzień spędzony w gospodarstwie agroturystycznym na Suwalszczyźnie. Już samo to brzmi niewiarygodnie w zderzeniu z moimi dotychczasowymi wakacyjnymi przeżyciami. Pierwszy od lat wyjazd bez znajomych, za to z siostrą i szwagrem A., z którymi nigdy nie byłam specjalnie blisko. A tymczasem było to niespodziewanie odświeżające doświadczenie. Wszystko czego mi brakowało podczas zimowego wypadu na narty (i o czym pisałam), tutaj otrzymałam w dwójnasób, bo w innych okolicznościach, dzięki czemu uniknęłam pogoni za cieniami; to była nowość, którą można było chłonąć bez uprzedzeń i oczekiwań. Wieczory pod gołym niebem, przy księżycu w pełni i trzaskającym ognisku, wódka w kieliszkach i w postaci drinków oraz mnóstwo śmiechu podczas gry w planowanie, zwłaszcza w ostatnich kolejkach, gdy własną kartę przykłada się do czoła, a ilość lew deklaruje patrząc na karty przeciwników. Po jednym z takich wieczorów, wracaliśmy z A. pieszo do naszej kwatery - noc była tak jasna, że nasze sylwetki rzucały cienie na asfalt drogi. Nie miałam pojęcia, że księżyc może dawać tak dużo światła! (Przypomniały mi się te wszystkie opowieści fantasy, gdy bohaterowie wędrowali nocą przy pełni księżyca...) W głowie szumiał nam alkohol, dookoła świat pulsował nocnym życiem, a my jeszcze mieliśmy szczęście zobaczyć ogniste smugi spadających meteorytów.

Popołudniami, gdy słońce stało już trochę niżej, a wiatr znad pól chłodził spocone czoło, urządzaliśmy sobie wycieczki rowerowe. Kiedy tak jechałam żwirową drogą, po obu stronach mając łąki i nieliczne gospodarstwa, kiedy wdychałam zapach skoszonej trawy i słuchałam głośnego koncertu cykad, wpadałam w niemal mistyczną ekstazę. Pofałdowany teren zmuszał do znacznego wysiłku przy wspinaniu się na wzniesienia, a potem kusił do szaleńczego zjazdu po drugiej stronie wzgórza, czemu nie mogłam się oprzeć, gdy minął już pierwszy strach i przestałam wreszcie asekurancko wciskać hamulce. Celem jednej z naszych wypraw było miejsce spotkania trzech granic - polskiej, litewskiej i rosyjskiej. Bawiliśmy się jak dzieci w nielegalne przekraczanie rosyjskiej granicy - chociaż krok za słup graniczny, chociaż chwila przebywania po drugiej stronie, tylko dla dreszczyku emocji i ekscytacji tym, co zakazane.

Przed południem trochę czytałam, trochę rozmyślałam, trochę płakałam na losem wiejskich kotów. 13-letni siostrzeniec A. bezlitośnie wyciągał mnie na ping-ponga (na początku wygrywałam w cuglach, ale 13-latki uczą się błyskawicznie :)). Urządzaliśmy też zawody w lotki (zaskoczyła mnie i własna celność, i przyjemność, jakiej dostarczyła mi ta, wcześniej prawie nieznana, gra). A pod koniec wypad na Litwę - jednodniowe zwiedzanie Wilna, a wreszcie szaleństwo w aquaparku w Druskiennikach - trzy opłacone godziny minęły zdecydowanie za szybko! Zamówiona w hotelowej restauracji pizza smakowała po tych wodnych atrakcjach jak nigdy.

Któregoś dnia (kiedy to było dokładnie?) piłam piwo w knajpce zagubionej wśród łąk gdzieś między naszą wsią a drogą nad Hańczę. Przywiązany do ogrodzenia koziołek na widok zbliżających się ludzi za każdym razem wstawał ze swojego miejsca i z cichym beczeniem domagał się uwagi. Głaskałam jego szorstką sierść i patrzyłam w przedziwne pionowe źrenice.

Przez cały ten tydzień pogoda była piękna, prawdziwie sierpniowa - było ciepło, ale nie gorąco, wieczory były już chłodne i wilgotne, parowały szyby samochodu, światło słońca przesączone przez liście straciło już letnią ostrość i moc. Te siedem dni obfitowało dla mnie w więcej wrażeń niż ostatnie pół roku. Intensywność przeżywanych emocji była chwilami aż trudna do zniesienia... I taka mi potrzebna...
czwartek, 13 sierpnia 2009
Bóg urojony

Richard Dawkins, "Bóg urojony", 2007

A więc jednak przeczytałam! Trochę z przekory, trochę z ciekawości, trochę na fali mojej niezgody na zabobony wyznawane i oznajmiane z wielkim przekonaniem przez bliskie mi i - wydawałoby się - inteligentne osoby. Dawkins rozprawia się wprawdzie w jednym z podrozdziałów także z agnostykami (a do nich bym się chyba zaliczyła, chociaż w przypadku wierzeń religijnych wszelkie etykietki są jeszcze bardziej mylące niż zwykle), ale nie czuję się obrażona. Zresztą bardziej niż Dawkinsa dowody na nieistnienie Boga, zainteresowały mnie tematy poboczne, które porusza np. fascynujący wywód o memetyce, wtręty o socjobiologii (źródła moralności), objaśnienie tzw. zasady antropicznej oraz - przede wszystkim - obnażenie absurdów i sprzeczności pewnych dogmatów wiary chrześcijańskiej. Starotestamentowego Boga Dawkins nazywa zawistnym, małostkowym i niesprawiedliwym, mściwym i żądnym krwi zwolennikiem czystek etnicznych, mizoginem, homofobem i rasistą, megalomanem i dzieciobójcą. A co ważniejsze wyliczankę tę wspiera odpowiednimi cytatami. Udowadnia chociażby, że 5. przykazanie odnosiło się pierwotnie do współwyznawców, żydów; innowierców zabijać było można, ba! nawet było trzeba, co znajduje znakomitą ilustrację w dziejach bitwy o Jerycho.

Nie zgadzam się z Dawkinsem w paru punktach, właściwie powinnam może nie zgadzać się z nim w ogóle, bo różni nas fundamentalna kwestia dotycząca przekonania o istnieniu Boga. A jednak o wiele bliższe są mi jego refleksje niż żarliwość otaczających mnie neofitów, których praktyki i poglądy niebezpiecznie przypominają myślenie magiczne: koronka o 15.00 ma wyjątkowe działanie, Biblia jest źródłem wszelkiej mądrości, albowiem wszyscy - tłumacze, kopiści, autorzy - natchnieni byli Duchem Świętym (nie ma więc mowy np. o pomyłkach translatorskich), Polacy to naród wybrany, a więc zostaną im oszczędzone klęski żywiołowe na wielką skalę etc.

Dawkins pisze też bardzo ciekawie o religijnej indoktrynacji dzieci. Otóż z jakiegoś dziwnego powodu dzieci można określać mianem chrześcijan, muzułmanów czy żydów (chociaż same są przecież jeszcze zbyt młode, by świadomie wybrać dla siebie wyznanie). Co więcej - ktoś, kto chciałby pokazać dzieciom inną drogę, choćby przedstawić argumenty za nieistnieniem Boga, zostałby najprawdopodobniej odsądzony od czci i wiary. Tymczasem nikt nie wymaga, by dzieci miały np. poglądy polityczne. Nikt nie określa ich jako lewicowców, prawicowców, konserwatystów czy liberałów. :) Wyjątkowy status religii jest z logicznego punktu widzenia zupełnie niezrozumiały. Identycznie rzecz się ma, jeśli chodzi o dyskusję. Spierać się (ostro!) można o wszystko: poglądy polityczne, gusta literackie, opinie społeczne. Ale gdy tylko próbuję wykazać absurdalność pewnych religijnych dogmatów, natychmiast spotykam się ze świętym oburzeniem: "Nie szanujesz mojej wiary!". Skąd to szczególne umiejscowienie religii? Z jakiej racji należy obchodzić się z zabobonami i nieweryfikowalnymi przekonaniami łagodniej niż z innymi wytworami ludzkiej kultury?

"Bóg urojony" Dawkinsa to przede wszystkim lektura niebywale inspirująca. Kiep ten, co się obrazi, bo się nie zgadza z autorem. Warto poszperać głębiej, zastanowić się, dostrzec znaki zapytania, które są dla mnie zawsze o wiele cenniejsze niż proste i jasne odpowiedzi.
wtorek, 14 lipca 2009
Trochę inny Hugh Laurie

Znalezione przypadkiem w sieci. Jak ja lubię brytyjski humor!





16:18, aniaposz , Kino
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 13 lipca 2009
Kupić sobie kozę

Dziś jest dobrze. Nesca śpi właśnie na brzeżku mojej kanapy, Ramzes w drugim pokoju z mamą. Ja piję kefir (to zamiast żubrówki z sokiem jabłkowym) i przeglądam najnowsze wpisy na zaprzyjaźnionych blogach. Za oknem ciepły, chociaż nie za gorący, lekko zamglony dzień. Czuję spokój i wewnętrzną harmonię. Wszystko zdaje się być na właściwym miejscu. Nic niepokojącego się nie dzieje, a moje osobiste wymyślone strachy tkwią gdzieś w zakamarkach mojej głowy na tyle głęboko, że nie pamiętam nawet jak wyglądają. Czeka mnie dziś wizyta w wypożyczalni filmów, potem podjadę może do biblioteki (lubię jeździć do biblioteki, przyjemność sprawia mi sam rytuał - przekraczania jej progu, zwrotu książek, chodzenia między półkami, przyglądania się tytułom). Potem codzienna porcja ćwiczeń (dziś pogoda sprzyja, więc pewnie zdecyduję się na trochę większy wysiłek niż zwykle), może obejrzę Smak życia II, nagrany wczoraj z TV, może dokończę Miasto w zieleni i błękicie Anny Kańtoch (chociaż po prawdzie czyta mi się opornie; przykre zaskoczenie, zważywszy na nazwisko autorki). Albo pogram w Spyro, przechodząc kilka następnych etapów. Najważniejsze, że każda z tych czynności brzmi dla mnie obiecująco, nie będzie tylko aktem zabijania czasu i próbą zajęcia się czymkolwiek, bez entuzjazmu.

Wczoraj wyjechał od nas kot, którym opiekowałam się przez ostatnie dziesięć dni podczas urlopu właścicielki (muszę dobrze zagospodarować te zarobione 200 zł). Niezbyt uciążliwa to praca, ale jednak trzeba było uważać na reakcje Neski i Ramzesa, w razie czego interweniować, poza tym nie chciałam, by koty były pozostawione całkiem bez kontroli i np. zaczęły się intensywnie nawzajem wylizywać. Lepiej dmuchać na zimne. Więc jednak trzeba było trochę mniej zajmować się sobą, pamiętać o zamykaniu drzwi od pokoju, rozdzielać na czas jedzenia itd. Dzisiaj już luz. Czyli rabin miał świętą rację, doradzając kupno kozy, gdy Mosze skarżył się na ciasnotę i hałas w domu, a następnie każąc mu tę kozę sprzedać. Błogosławiona niech będzie ludzka natura, którą tak łatwo można oszukać! Może to jest jedyny skuteczny sposób na moje wieczne malkontenctwo? Co jakiś czas utrudniać sobie życie całkiem realnie (jeśli ślepy los okaże się w tej materii zbyt opieszały), by potem odczuwać ulgę i beztroskę chociaż przez kilka dni...
niedziela, 12 lipca 2009
Saturno Contro

"Saturno Contro", 2007, reż. Ferzan Ozpetek

Oglądając filmy Ozpetka zastanawiam się jak to możliwe, że kiedy trzy lata temu byłam w Rzymie, to miasto mnie nie oczarowało. A może była to po prostu forma samoobrony, idealna sytuacja dla zastosowania techniki kwaśnych winogron. Wiedząc, że kilka dni to za mało, żeby nasycić się atmosferą wiecznego miasta i że ograniczenie stanowią także skromne w gruncie rzeczy fundusze (gdzie czas i środki na przykład na nieskrępowane korzystanie z uroków włoskich kafejek?), zamknęłam się na głębsze przeżycia, żeby nie tęsknić i nie żałować. Być może... Bo Rzym filmowany przez Ozpetka odurza. Wabi zapachem świeżej bazylii i aromatem czerwonego wina. Rozbrzmiewa melodyjną miękkością języka i przyciąga chłodem cienistych zaułków. Rodzi pragnienie innego życia...

Saturno Contro nie jest może filmem tej klasy, co poprzednie dzieła Ozpetka, a głównie On, ona i on, ale pobrzmiewają tu nadal echa tego, co dla reżysera najważniejsze i o czym z pasją opowiada od dawna: meandry międzyludzkich relacji, złożoność związków, erotyczna fascynacja, homoseksualna miłość.

Filmy Ozpetka poruszają we mnie zawsze coś, o czym żyjąc z dnia na dzień nie pamiętam albo o czym usilnie staram się nie pamiętać. Wpadł mi kiedyś w oko fragment recenzji sztuki "Markiza de Sade" autorstwa Agnieszki Fryz-Więcek: Mishima i Bradecki pokazują życie jako nieustanną huśtawkę między nudą a cierpieniem, normalnością i szaleństwem, tym co jasne i mroczne w nas. Ścieżkę pomiędzy tymi skrajnościami każdy wytycza sam. To, co staram się wypierać ze świadomości to właśnie owa skłonność do szaleństwa, chęć nagłego wywrócenia życia do góry nogami, radykalnej zmiany. Bycia kimś innym, gdzieś indziej, doznania amnezji totalnej i otrzymania szansy rozpoczęcia od nowa. A przecież wiem, że to tylko impuls; przykrość sprawia mi wszak najdrobniejsza zmiana i dłuższe niż jednodniowe rozstanie z domem i kotami. Problem w tym, że nie jestem szczęśliwa i spełniona ani po jednej ani po drugiej stronie tej linii granicznej.

Ktoś napisał o Saturno Contro, że chociaż Ozpetek wciąż bierze na warsztat te same tematy, to jednak po raz pierwszy w swojej karierze przesunął akcent z jednostki na grupę. To trafne spostrzeżenie. W poprzednich filmach skupiał się na losach i rozterkach pojedynczych osób, a tutaj interesuje go bardziej portret zbiorowy kilkorga przyjaciół. Może to jedna z przyczyn, dla których ten film trochę mnie jednak rozczarował. Zawsze wolałam perspektywę psychologiczną od socjologicznej. Ale jedna scena rekompensuje mi wszystko (minuta 5:38 do 7:51).



Antonio przychodzi do Isabelli nazajutrz po zerwaniu (jest jego kochanką, a on nie chciał dłużej okłamywać żony). Staje po prostu na ulicy i patrzy, a Isabella o nic nie pyta, nie domaga się wyjaśnień, nie robi wyrzutów. Nie liczy się dla niej to, co było wczoraj. Nie ma słów, tylko spojrzenia. I kilkadziesiąt kroków, które trzeba przejść, żeby znów być razem.

Zawsze bardziej poruszał mnie w filmach los kochanek niż zdradzanych żon i historie romansów niż małżeństw. Może dlatego, że żoną nie byłam nigdy, a kochanką bywałam... A może dlatego, że w ogóle nie wierzę w monogamię i mam wiele zrozumienia dla ludzkich słabości. I może jeszcze dlatego, że nie należę do kobiet, które za wszelkie zło i perwersję tego świata obwiniają mężczyzn. Gdy w grę wchodzą uczucia, jesteśmy chyba tak samo bezradni i zdesperowani. Namiętność potrafi ogłupić zupełnie...
18:02, aniaposz , Kino
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
LonNiedyn

China Mieville, "LonNiedyn"

Już od dawna przymierzam się do lektury Dworca Perdido Chiny Mieville'a. Nie trafiłam dotąd na negatywne recenzje; wręcz przeciwnie - wszyscy rozpływają się nad nieskrępowaną wyobraźnią autora, rozmachem i spójnością wykreowanego świata i mówią o zupełnie nowej jakości w tak skonwencjonalizowanym gatunku, jakim jest fantasy. Ponoć czym dla SF jest Dukaj, tym dla fantasy jest Mieville. Zresztą sam Dukaj Mieville'a poleca. Tymczasem zamiast po Dworzec Perdido, sięgnęłam najpierw po LonNiedyn, książkę... dla dzieci, o której recenzenci mówią, iż równie dużej frajdy dostarcza dorosłym. I dodają, że jest lepsza niż Harry Potter. Z tym ostatnim się wprawdzie nie zgadzam, ale rzeczywiście można przypomnieć sobie smak dzieciństwa.

To fantastyka, opowiadająca o świecie obok, wchodzącym w interakcje z naszym, tym dobrze znanym i do gruntu racjonalnym. Uwielbiam tę odmianę fantasy, zwłaszcza gdy dodatkowo miejscem akcji są współczesne metropolie. Doskonałym filmowym odpowiednikiem takiej literatury jest Po godzinach Martina Scorsese, a z kolei LonNiedyn nie może się nie kojarzyć z Nigdziebądź Gaimana. Dużo tych negacji w poprzednim zdaniu i nie bez kozery, bowiem LonNiedyn to, jak sama nazwa wskazuje, swego rodzaju odwrotność Londynu, coś jak świat po drugiej stronie lustra. Trafiają tam pewnego dnia dwie przyjaciółki, w tym ta, na którą w LonNiedynie czekają od wielu lat, ponieważ zgodnie ze starożytnym proroctwem ona jedna jest w stanie pokonać potężnego wroga. Jednym słowem - Wybrana. W starej i mądrej Księdze zapisane są magiczne artefakty, które Wybrana ma zdobyć, by wypełnić swoją misję. Tyle, że... nie zrobi nic, bo już na samym początku pada nieprzytomna po ataku Smoga i traci pamięć. Mieville posłużył się tu podobnym trikiem co Hitchcock w Psychozie. Misji ratowania LonNiedynu podjąć się więc musi, z braku alternatywy, NieWybrana.

Świadome igranie z konwencją i kpina ze sztampy to plusy, ale  i tak największą przyjemność sprawiała mi eksploracja świata LonNiedynu. Są tu na przykład przydasiowe domy, zbudowane z tego, co mieszkańcy Londynu wyrzucają na śmietnik, a co w LonNiedynie przyda się. Zepsute parasole trafiają do LonNiedynu jako rapasole, zyskując świadomość i nową tożsamość. W starym opactwie żyją kolonie oknotul, których kosmate odnóża przyczepione są do... okien oczywiście. Za oknami otwierają się alternatywne światy, z których szalenie trudno się wydostać. Podejrzewam, że w oryginale oknotule to black windows. Dosłowne tłumaczenie nie wchodziło w grę, ale tłumacz wybrnął chyba całkiem nieźle.

Książka kończy się tak, jakby ciąg dalszy był nieunikniony, ale Mieville twierdzi, że ma sto innych pomysłów i do LonNiedynu raczej nie wróci. No chyba, że do... BezParyża, Zgon Kongu albo Nie Jorku... (w oryginale brzmią te nazwy jeszcze lepiej: Parisn't, No York, Lost Angeles, Hong Gone).