Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
niedziela, 14 marca 2010
Antychryst

"Antychryst", 2009, reż. Lars von Trier

SPOILERY

W prologu, w zwolnionym tempie i czarno-białej stylistyce, widzimy namiętnie kochającą się parę. Ich mały synek wydostaje się w tym czasie z łóżeczka, wchodzi niezauważony do pokoju, wspina się na parapet i wypada przez okno. Zajęci sobą rodzice niczego nie zobaczyli ani nie usłyszeli. Dalsza część filmu to zmaganie się z bólem po stracie dziecka i z poczuciem winy, które zdaje się dotykać przede wszystkim kobietę. Wyjeżdżają razem do letniego domku w środku lasu, gdzie mąż, który jest także psychoterapeutą, próbuje pomóc żonie w przezwyciężeniu paraliżującej rozpaczy i nieukierunkowanych napadów panicznego lęku.

Tuż po seansie (zresztą i w trakcie) miałam w głowie mętlik. Poza pewnymi, dość oczywistymi tropami (wyrzuty sumienia, ścieżka ekspiacji przez - fizyczny - ból, czytelne kulturowe nawiązania), nie umiałam odpowiedzieć sobie na pytanie co von Trier chciał tym filmem osiągnąć, jaki jest przekaz. Wszelkie narzucające się automatycznie interpretacje ograniczały się do wyrwanych wątków i pojedynczych scen, których nie potrafiłam sklecić w sensowną całość. Sięgnęłam więc po recenzje i analizy krytyczne. I okazało się, że moja konfuzja jest całkiem uzasadniona, zetknęłam się bowiem z dwiema przeciwstawnymi interpretacjami. Podczas, gdy jedni widzą tytułowego Antychrysta w ulegającej pierwotnym instynktom kobiecie, inni twierdzą, że to raczej mężczyzna ostatecznie ulega złu, mordując żonę, a następnie paląc ją na stosie. Czy zresztą ten akt palenia zwłok nie jest kluczem do całej historii? Czy von Trier nie chce przypadkiem powiedzieć, że od wieków niewiele się zmienia, tak jeśli chodzi o ludzką (kobiecą) naturę, jak i jej społeczny odbiór? Praca dyplomowa, którą pisała wcześniej bohaterka - o prześladowaniu czarownic w średniowieczu - jest pomostem między przeszłością i teraźniejszością. Wszystkie te okropności, które miały kiedyś miejsce skupiają się tutaj ponownie - ona staje się narzędziem w rękach szatana, który jest tożsamy z siłami natury, z ludzkimi instynktami i odruchami, on w pewnym momencie zmuszony jest do morderstwa w imię mniejszego zła,  a przede wszystkim, by oddalić niebezpieczeństwo.

Znamienne są też sceny, w których to kobieta inicjuje zbliżenie, nieomal gwałci mężczyznę, który wprawdzie w pewnym momencie ulega, ale wcześniej skutecznie opiera się własnym popędom. A więc odwieczna opozycja: kobieta - natura, nieokiełznanie, autodestrukcja, mężczyzna - kultura, rozsądek, sublimacja (nie bez przyczyny jest przecież terapeutą). Jeśli tak jest w istocie, to von Trier bardzo mnie rozczarował. Można by się spodziewać, że im człowiek starszy, tym więcej odcieni dostrzega i tym ostrożniej formułuje wnioski. W przypadku jego filmowych wizji zdaje się być odwrotnie. Chociaż prawie zawsze centralną postacią jego filmów jest kobieta, to nigdy nie miałam wrażenia, że próbuje analizować kobiecość. Jego bohaterki były nośnikami idei ogólnoludzkich (tak samo zresztą, jak i u Woody'ego Allena), ucieleśniały ludzkie, a nie wyłącznie kobiece (stereotypowo kobiece) zachowania, wybory i emocje. Może dlatego film do mnie ani trochę nie przemawia... Impregnowana jestem na rojenia o odwiecznej różnicy i ubieraniu tych rojeń we wszelkiego rodzaju kulturowe archetypy, mity i freudyzmy. Jako ciekawostka historyczna, dowód na przemożny wpływ społecznego klimatu i trendów na umysły ludzi kultury - czemu nie, ale brać to na twórczy warsztat i po raz enty w tak banalny, niemal prostacki sposób antagonizować mężczyznę i kobietę? I robi to twórca tak inteligentny, przenikliwy jak von Trier?
 
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to i tutaj reżyser przeszarżował. Mam dość dużą tolerancję na wszelkie okropieństwa, nie zwykłam odwracać wzroku na makabrze, ale scena samookaleczenia kobiety, w dużym zbliżeniu, ze wszystkimi detalami, to jednak dla mnie za wiele. Pytanie też - po co aż taki naturalizm?
 
Von Trier nie kryje w wywiadach, że to film dla niego bardzo osobisty, że powstał w okresie walki z depresją, że bardziej chciał w nim wyrazić własne lęki niż opowiedzieć spójną historię. Ale w odbiorze to nie pomaga. Zgadzam się całkowicie z Tadeuszem Sobolewskim, gdy pisze:
 
W szaleńczym potoku obrazów, w aluzjach do "wiedzy tajemnej", astrologii, buddyzmu, szamanizmu, historii czarownic etc. zostają ze sobą utożsamione: kobiecość, natura, seks, śmierć i szatan. Rodzenie styka się z umieraniem. Obrazem, który von Trier ukazuje jako najbardziej odrażający, jest sarna rodząca martwy płód. Płynie z tego niewesoła myśl: może lepiej było się nie narodzić? Wizja bólu istnienia, nad którą artysta nie chciał lub nie umiał zapanować, powierzona nam na surowo, niestety, nie wstrząsa, nie boli.
 
Ma się ochotę powiedzieć: ból istnienia? Wielkie mi rzeczy! Pozostaje zakłopotane pytanie: co mu się stało? Czego przestraszył się jako dziecko? Jęku rozkoszy rodziców? Ja też go słyszałem i nie płaczę.
14:13, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
sobota, 23 stycznia 2010
Filmowe rozmaitości

Żyć się chce w takie słoneczne dni! A nawet skrobnąć co nieco o zaległych seansach filmowych...

Mniejsze niebo (1980), reż. Janusz Morgenstern - niewiele słów, sugestywność obrazów, studium samotności i nieprzystawalności bez niepotrzebnych objaśnień plus nieodżałowany Wilhelmi.

Moon (2009), reż. Duncan Jones - o tym filmie mówi się jako o powiewie świeżości w kinie SF. Nie podzielam entuzjazmu, ale to całkiem zgrabny film w oldskulowym klimacie, a ja mam słabość do opustoszałych kosmicznych lokacji i samotnych bohaterów mierzących się raczej z pułapkami własnego człowieczeństwa niż z zasadzkami kosmosu. Przypominają mi się zaraz cudowne chwile spędzone przy lekturze Lema i Zajdla.

Dwunastu gniewnych ludzi (1957), reż. Sydney Lumet - bardziej niż kwestie merytoryczne (winny czy niewinny) i bardziej nawet niż drobiazgowe roztrząsanie możliwych scenariuszy wydarzeń, interesowała mnie psychologiczna walka przysięgłych. Rewelacyjnie wprost ukazany proces przekonywania, argumentowania, przedstawiania wątpliwości i interakcji między poszczególnymi osobami o odmiennych zdaniach i osobowościach. Psychologia społeczna w pigułce.

Kuzyni (1989), reż Joel Schumacher - urocza, subtelna historia miłosna, chociaż ta historia wcale nie wysuwa się na pierwszy plan, a w każdym razie nie narzuca się bezczelnie jak to bywa w przeróżnych komediach romantycznych czy melodramatach. To taki romans bez romansu przez sporą część filmu. I chociaż perypetie dwójki bohaterów to w sumie banał (oboje uwięzieni w małżeństwach bez perspektyw), to właśnie dzięki umiarowi udało się stworzyć wrażenie oryginalności. Uroku dodaje też piękna muzyka Badalamentiego.
12:43, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
środa, 06 stycznia 2010
Charlie - moja miłość



To się zaczęło w zeszłym roku jakoś na początku marca. W pewne niedzielne przedpołudnie włączyłam TVP Kultura i zaczęłam oglądać od niechcenia czarno-biały film. Jak się później okazało - Dzisiejsze czasy Chaplina. Trafiłam na jedną z początkowych scen w fabryce, gdy Charliego ogarnia szaleństwo i zaczyna mechanicznie powtarzać ruchy przykręcania śrub, które cały dzień wykonywał stojąc przy taśmie produkcyjnej. Zupełnie jak obecnie, pomyślałam. Też można zwariować od natłoku bezmyślnych, automatycznych zadań i idiotycznych poleceń, które nie prowadzą do realnego wzrostu efektywności, pozwalają za to zlecającym poczuć się lepiej. No i wsiąkłam, bo film, choć realizowany w połowie lat 30. XX wieku, to ani trochę nie stracił na aktualności. Niestety.

Ale to jest właśnie siłą filmów Chaplina. Ponadczasowość, uniwersalizm, wieczna aktualność. Bo tak naprawdę tematem jego filmów wcale nie była wielka polityka (Dyktator), ekonomiczne trendy (Dzisiejsze czasy) ani społeczne podziały (Światła wielkiego miasta), tylko ludzka natura. Zaryzykuję stwierdzenie, że te obrazy nigdy się nie zestarzeją, a przynajmniej nie zestarzeją się dopóty, dopóki ludzie wciąż będą ludźmi ze swoimi odwiecznymi słabościami, niegodziwościami, a jednocześnie zadziwiającymi ich samych nagłymi porywami serca. To kino przenikające na wskroś istotę człowieczeństwa. Tak jakby Chaplin widział więcej, dalej i lepiej niż większość z nas.



Charlie Chaplin to jedna z tych wielkich postaci na przestrzeni dziejów ludzkości, która daje odbiorcom ogromnie dużo, której dzieła - nawet oglądane po raz setny czy po kolejnych 100 latach - zawsze będą zadziwiać psychologiczną prawdą, celnością obyczajowej obserwacji i świeżością spojrzenia. Jak komedie Moliera, jak dramaty Szekspira. W jego filmach zachwyca mnie najbardziej nie tyle sprawność realizacyjna, pomysłowość, dowcip, ile mądra refleksja, samoświadomość, klasa i głębokie pokłady humanizmu. A wszystkie swoje wizje umiał przekazać w prosty i zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną, sposób. Bawiąc i wzruszając jednocześnie i to bez popadania przy tym w naiwność i sentymentalizm.



Szkoda, że filmowa biografia Chaplin w reżyserii Richarda Attenborough jakością nawet się nie przybliża do wielkości dzieł jej bohatera. Brak jest jakiegoś rysu indywidualnego, jakiegoś niebanalnego pomysłu, który odróżniałby ją od setek innych. Życie jednego z największych geniuszy kina rozłożone na części, złożone ponownie w milusią całość i równiutko przycięte, żeby przypadkiem nic nie wystawało ponad foremkę. Ekscytujące to jak notka w encyklopedii: urodził się, ożenił, nakręcił tyle i tyle filmów, miał tyle i tyle dzieci, kropka. Przekrojowość i powierzchowność zarazem, bo więcej niekoniecznie znaczy lepiej. Dowiedziałam się paru szczegółów z życia Chaplina, ale wcale nie mam wrażenia, że dokładniej go poznałam, że jest mi bliższy. Sporo w tym filmie wykalkulowanych wzruszaczy i uproszczeń. Plusy to parę nawiązań do filmów Chaplina i bardzo dobry Robert Downey Jr. w roli tytułowej. Ale generalnie i tak najważniejszą nauką płynącą z tej biografii jest padająca w pewnym momencie z ust Chaplina kwestia: Jeśli chcesz mnie zrozumieć, obejrzyj moje filmy.



W tym swoim skupieniu na człowieku, uwadze poświęconej jego niedoskonałej naturze, ułomnościom, zaletom i sprzecznościom  Charlie Chaplin przypomina mi dwóch innych podziwianych przeze mnie twórców - Lema i Szymborską, których esencja pisarstwa to również człowiek. Ale podczas gdy Lema charakteryzuje mizantropijny humanizm, jak trafnie określił jego postawę Wojciech Orliński w książce Co to są sepulki, Chaplin w swojej analizie natury ludzkiej jest chyba jednak bliższy pogodnej zadumie.



Stanisław Janicki o Chaplinie: Charles Chaplin

W 2008 roku do repertuaru polskich kin weszły trzy filmy Chaplina: Brzdąc, Gorączka złota i Dyktator, a promujące je świetne plakaty nawiązują stylistyką do najlepszych lat polskiej szkoły plakatu - prosta forma, oszczędna kolorystyka i to, co najważniejsze, czyli pomysł wydobywający samo sedno filmowej opowieści.

11:42, aniaposz , Kino
Link Komentarze (14) »
czwartek, 31 grudnia 2009
Filmowe podsumowanie roku 2009

Wszystkich obejrzanych filmów - 325.

Największe pozytywne zaskoczenia:
Północ - północny zachód (1959), reż. Alfred Hitchcock
Gabinet doktora Caligari (1920), reż. Robert Wiene
Stalker (1979), reż. Andriej Tarkowski
Barwy ochronne (1976), reż. Krzysztof Zanussi
Garsoniera (1960), reż. Billy Wilder
Jutro idziemy do kina (2007), reż. Michał Kwieciński
Ich noce (1934), reż. Frank Capra

Największe rozczarowania:
Chinatown (1974), reż. Roman Polański
Przekładaniec (1968), reż. Andrzej Wajda
Sokół maltański (1941), reż. John Huston
Rękopis znaleziony w Saragossie (1964), reż. Wojciech Has
Avatar (2009), reż. James Cameron
Więzień nienawiści (1998), reż. Tony Kaye
Okno na podwórze (1954), reż. Alfred Hitchcock

Powtórki, które najlepiej wytrzymały próbę czasu:
Lista Schindlera (1993), reż. Steven Spielberg
Łowca androidów (1982), reż. Ridley Scott

Najlepsze filmy:
Popiół i diament (1958), reż. Andrzej Wajda
Bękarty wojny (2009), reż. Quentin Tarantino
Psychoza (1960), reż. Alfred Hitchcock
Cyrk (1928), reż. Charles Chaplin
Pół żartem, pół serio (1959), reż. Billy Wilder
Człowiek z blizną (1983), reż. Brian De Palma
Obcy - 8. pasażer "Nostromo" (1979), reż. Ridley Scott
Dzisiejsze czasy (1936), reż. Charles Chaplin
Światła wielkiego miasta (1931), reż. Charles Chaplin
Butch Cassidy i Sundance Kid (1969), reż. George Roy Hill
Dystrykt 9 (2009), reż. Neill Blomkamp

Najgorsze filmy:
28 dni później (2002), reż. Danny Boyle
Ile waży koń trojański? (2008), reż. Juliusz Machulski
Siedem dusz (2008), reż. Gabriele Muccino
Terminator: Ocalenie (2009), reż. McG
Kolor purpury (1985), reż. Steven Spielberg
Pocahontas (1995), reż. Eric Goldberg, Mike Gabriel
Harry Potter i Książę Półkrwi (2009), reż. David Yates

Wśród najlepszych filmów tylko dwa to obrazy nakręcone w ciągu ostatnich 20 lat. Z kolei najgorsze filmy to w większości XXI wiek. Tylko jedna produkcja jest sprzed roku 1990.

Poza tym mijający rok był rokiem krótkometrażowych animacji. Obejrzałam ich ponad 100. Jedną z najciekawszych jest Równowaga (1989):


13:17, aniaposz , Kino
Link Komentarze (26) »
czwartek, 03 grudnia 2009
Komedia (nie)romantyczna

"500 dni miłości", 2009, reż. Marc Webb

On - niespełniony architekt, pracujący aktualnie w firmie produkującej kartki okolicznościowe i trudniący się układaniem życzeń. Ona - nowo zatrudniona asystentka dyrektora w rzeczonej firmie. On - niepoprawny romantyk, wierzący w miłość od pierwszego wejrzenia, grom z jasnego nieba, dwie połówki pomarańczy i tym podobne szkodliwe iluzje. Ona - ceniąca niezależność, trzezwo myśląca pragmatyczka, która mężczyzn traktuje raczej instrumentalnie. On widzi ją pewnego dnia i czuje, że jest dla niego stworzona, że to właśnie ta Jedyna. Ona nie ma ochoty na stały związek i od początku stawia tę sprawę jasno. Ale on wie swoje - będą razem już do końca życia, bo czyż inaczej przeznaczenie postawiłoby mu ją na drodze?

Narrator jednak nie daje widzom złudzeń i jeszcze przed czołówką wyjaśnia: This is a story of boy meets girl. But you should know up front this is not a love story. Żadnych schematów rodem z komedii romantycznych ani utwierdzania widzów w przekonaniu, że miłość zawsze zwycięża. Kto ma ochotę na słodkie kłamstewka i bałamutne opowiastki o idealnym uczuciu, niech sobie zafunduje jakiś milusi obrazek z Meg Ryan albo Jennifer Lopez. Bliżej filmowi Webba do szczerych obserwacji Allena niż do nachalnego optymizmu "Powiedz tak" czy innej "Pokojówki na Manhattanie". To nie jest historia o cudownym odnalezieniu się dwóch bratnich dusz, zakończona niewyartykułowanym wprawdzie, ale oczywistym dla każdego "and they lived happily ever after". To historia odzierania ze złudzeń, demitologizacji miłości romantycznej i rozpadu związku. Brzmi to ponuro, ale reżyser opakował wszystko w lekką komediową formę. Zresztą dokładnie tak, jak robi to Woody Allen, gdy umieszcza gorzkie refleksje trochę z tyłu, dzięki czemu nie jest dosłowny ani mentorski. U Webba te wnioski też brzmią gdzieś w tle (co absolutnie nie znaczy, że zostały strywializowane), a na pierwszym planie rozgrywa się odwieczny dramat porzuconego kochanka, który w tym swoim żalu i nadziei, że ukochaną uda się jednak odzyskać, jest rozczulający i zabawny zarazem.

Mnóstwo w tym filmie małych rzeczy, drobnostek, które na pewno przypomną niejednemu widzowi jego własne miłosne perypetie, a zwłaszcza same początki, czas zauroczenia, gdy z jednej strony chce się za wszelką cenę zwrócić uwagę tego kogoś, a z drugiej udaje obojętność. Kiedy odmierza się dni ilością spotkań - planowanych, przypadkowych i pod pretekstem, zawsze trudnym do znalezienia. Kiedy jedno spojrzenie albo rzucona niedbale uwaga nabierają dziesiątek przeciwstawnych znaczeń. I jest dokładnie tak jak w wierszu Tetmajera:

Szukam cię - a gdy cię widzę
udaję, że cię nie widzę.

Kocham cię - a gdy cię spotkam
udaję, że cię nie kocham.

Zginę przez ciebie - nim zginę
krzyknę, że ginę przypadkiem...



Przewrotny jest to film, bo zamiast dawać odpowiedzi, mnoży pytania. Wprawdzie Tom w pewnym momencie zdaje sobie wreszcie sprawę z  beznadziejności swojej sytuacji i rzuca rozgoryczony: Destiny, soulmates, true love. All that stuff. It's nothing more than silly childhood fairy tale nonsense, isn't it?, ale dalsze losy Summer bynajmniej nie potwierdzają tej cynicznej opinii. Zarówno Tom, jak i Summer czegoś się uczą - o sobie samych i o świecie. A może jedyną nauką jest tylko to, że nigdy nie wiesz czego tak naprawdę chcesz i co cię uszczęśliwi, póki tego nie zaznasz? Że twoje wygłaszane z przekonaniem deklaracje, jakkolwiek oparte na własnych doświadczeniach, mogą okazać się za chwilę kompletnie bezwartościowe? Że przypadek nazywamy przeznaczeniem tylko dlatego, że to bardzo wygodne i pozwala nie zwariować na myśl o możliwych scenariuszach naszego życia? A może na odwrót - skoro coś się zdarzyło, to znaczy, że zdarzyć się musiało? Tak tu rozkładam ten film na czynniki pierwsze, a przecież ogląda się go z wielką przyjemnością, mimo że (a może właśnie dlatego) nikt tu nie podaje na srebrnej tacy łatwych do przełknięcia półprawd.


17:47, aniaposz , Kino
Link Komentarze (7) »
środa, 02 grudnia 2009
What left me speechless, czyli kinowe zachwyty

"Popiół i diament", 1958, reż. Andrzej Wajda

W kinie wciąż jakieś nowe odkrycia, nowe oczarowania. Sięgam po słynny tytuł, nawet bez specjalnych oczekiwań, raczej z przekonaniem, że wypada znać, bo to część kulturalnego dorobku narodowego i należałoby wyrobić sobie własne zdanie, a tymczasem dech mi zapiera z zachwytu. I dalej niemal na oślep drążę już w głąb filmowych wspomnień, jeden tytuł prowadzi do następnego, jedna dekada do kolejnej, wcześniejszej, z mroków przeszłości wyłaniają się nieznani mi do niedawna, fascynujący ludzie srebrnego ekranu.

Zaczęłam nareszcie przyglądać się kinu uważniej, doceniać to, co przedtem było dla mnie przykurzoną historią i niewartą uwagi ramotką. Może i większość miłośników kina, po pierwszym zachłyśnięciu się filmem, rozpoczyna przygodę z X muzą bardziej po akademicku. Z namaszczeniem sięgają po klasykę, odhaczają znane nazwiska, z ołówkiem w ręku poznają dekadę po dekadzie i nurt po nurcie. Ja przez bardzo długi czas kurczowo trzymałam się współczesności i dopiero niedawno zaczęłam moją podróż w czasie, najpierw stąpając bardzo ostrożnie, krok po kroku, a ostatnio coraz śmielej, biegnąc coraz szybciej i zapuszczając się coraz dalej. Polska szkoła filmowa, złota era Hollywood, czasy kina niemego... Może ta podróż nie byłaby tak ekscytująca, gdybym odbyła ją kiedyś zgodnie z ruchem wskazówek zegara?

Filmem, który tak mnie zachwycił jest Popiół i diament. Ramy czasowe ograniczone do 24 godzin (a praktycznie rzecz biorąc do 12 godzin) niesamowicie zagęszczają atmosferę. Ma się wręcz namacalne wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach. Zdjęcia hipnotyzują. Rozbudowana symbolika (której przecież nie jestem entuzjastką) wkomponowana jest w samą fabułę na tyle płynnie i subtelnie, że wydaje się niezbędnym dopełnieniem, tak jakby to sam los przewrotnie dopisywał komentarz do wydarzeń (nie czuje się obecności reżysera, scenariuszowego wyrachowania) - fałszywie brzmiący polonez, odwrócony krzyż w zrujnowanej kaplicy, biały koń. Dialogi, mimo że zupełnie nieprzypadkowe, przemyślane, ważne i niosące istotny dla fabuły przekaz, zachowują jednak autentyzm, nie sprawią wrażenia spreparowanych na potrzeby chwili. Scena podpalania wódki w kieliszkach jest jedną z najlepszych scen jakie w ogóle widziałam w kinie. Uwielbiam takie właśnie filmy - opowiadające obrazami, emocjami, a słowami tylko tyle ile trzeba, oszczędnie, ale wyraziście.

Nie bez znaczenia jest sam moment historyczny, ten jedyny w swoim rodzaju dzień (właściwie noc) tuż po zakończeniu wojny. Przełomowość tej chwili, podwójna, bo dla Polski jest to przecież nie tylko przejście od stanu wojny do pokoju, ale także (przede wszystkim?) brzemienny w skutki moment transformacji ustrojowej. W tym zawirowaniu trzech bohaterów, tak różnych od siebie, mających odmienne cele, którym ta noc także przyniesie zmiany: zasadniczy Andrzej, miotany wątpliwościami Maciek i bezwstydnie cyniczny Drewnowski. Zachwyca mnie w tym obrazie idealne wyważenie między perspektywą psychologiczną a rysem polityczno-ideologicznym. Wajda skupia się tu na małym wycinku rzeczywistości, nie ma ambicji przekrojowego prześlizgnięcia się po wszystkim, co możliwe w danym temacie (to grzech Katynia). To bezsprzecznie jeden z najlepszych filmów obejrzanych przeze mnie w tym roku. Może nawet najlepszy...


22:06, aniaposz , Kino
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 listopada 2009
Glorious bastard, czyli that's the Quentin I like!

  "Bękarty wojny", 2009, reż. Quentin Tarantino

UWAGA SPOILERY!!!

Bóstwom filmowym niech będą dzięki! Quentin znów opowiada historie! Przysiadł, wziął się porządnie do roboty, to i wyszło pełnokrwiste mięsiste kino, a nie jakieś popłuczyny, które mu się najwyrazniej przyśniły po pijaku, a na kacu je od niechcenia zrealizował (do Death Proof tu piję). Oto prawdziwe święto kina i hołd złożony X Muzie. I oto coś, co nazywam czystą rozrywką i radością z obcowania ze sztuką filmową. Film ma mnie czarować - obrazem, aktorstwem, narracją, fabułą! Jeśli niesie jakieś ważne treści, tym lepiej, ale - na litość! - najpierw i przede wszystkim ma zainteresować, omotać i wciągnąć. 2,5 godziny, a ja po napisach końcowych wyję w myślach "za krótki!". Od pierwszych kadrów i sceny przesłuchania farmera rzeczywistość zawęża się dla mnie do prostokąta ekranu, a na czas seansu niemal tracę własną tożsamość, która zastępowana jest tożsamościami poszczególnych bohaterów.

Niechże ten Tarantino daje upust swojej miłości do kina w postaci nawiązań i cytatów, w postaci nader czytelnego przekazu - w kinie wszystko jest możliwe (stokroć mocniejszego od tego, co zaprezentował Allen w Purpurowej róży z Kairu), ale niech rdzeniem filmu pozostaje opowieść. Tak jak w Pulp Fiction, Wściekłych psach, jak (jeszcze) w Kill Bill i - znów! - w Bękartach wojny. Tarantino, ku mojej wielkiej radości, nadal potrafi zaskoczyć i ślicznie zagrać wszystkim na nosie. Spodziewasz się hektolitrów krwi i brutalnych popisów tytułowych Bękartów w co drugiej scenie? A figa! Przemoc jest, owszem, ale Bękarty to tylko jeden z wątków, osnowa, tło. Nie na ich wyczynach skupia się uwaga. Bo Tarantino umie żonglować konwencjami, mieszać wszystko, rozsadzać powagę humorem i to tak, że nic nie zgrzyta. Przy scenie prezentacji Włochów prawie spadłam z krzesła. :) Gdzieś czytałam zarzuty o przegadanie. Że co proszę? Przegadany to był Death Proof, tutaj wszystkie kwestie są absolutnie niezbędne i tylko wzmagają napięcie. Jak na lubującego się w paplaninie Tarantino, to akurat ładnie utrzymał swoje skłonności w karbach.

No i ten finał, w którym wszyscy możemy się przekonać o sile i magii kina! Co tam historia, napiszemy własną, a na deser, panie i panowie, popatrzymy sobie jak Żyd rozwala Hitlerowi łeb serią z karabinu. Co za rozkosz. :)
10:02, aniaposz , Kino
Link Komentarze (9) »
niedziela, 22 listopada 2009
Animowane miniatury

W shortach najbardziej cenię pomysł, oryginalność, zaskakujący finał.





14:42, aniaposz , Kino
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 września 2009
O wojnie i o sumieniu

 "Milczenie Lorny", 2008, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

Niestety - bez SPOILERÓW nie da rady tym razem...

To chyba najlepszy, obejrzany do tej pory przeze mnie, film braci Dardenne. Nie przeginają z formą w stronę paradokumentu, nie filmują setki zbędnych czynności, historia od początku do końca jest o czymś - przez cały czas dowiadujemy się czegoś nowego, odkrywamy jakąś cząstkę prawdy. Reżyserzy zaskoczyli mnie aż trzykrotnie. Najpierw śmiercią Claudy'ego, poprzedzając informację o tym sceną, kiedy uśmiechnięty odjeżdża na rowerze. Potem - gdy Lorna odkrywa, że jest w ciąży. Wreszcie - gdy okazuje się, że nie jest, a poczucie winy może być tak wielkie i tak paraliżujące, iż uniemożliwia normalne życie, upośledza zdolność podejmowania racjonalnych decyzji, przekreśla wszelkie plany i krystalizuje się w niezwykle realistyczne urojenie.

 "Jutro idziemy do kina", 2007, reż. Michał Kwieciński

Moim zdaniem jeden z niewielu współczesnych polskich filmów, które nie są z jednej strony pretensjonalne, z drugiej - infantylne. Ciekawy pomysł na opowiadanie o wojnie... bez wojny. Zamiast niej - koncentracja na chwilach tuż przed i uczynienie bohaterami młodych ludzi, dopiero wkraczających w dorosłość. Dzięki temu udało się pokazać uniwersalność tej historii, uchwycić podobieństwo doświadczeń młodzieży współczesnej i tej sprzed 70 lat. Oglądamy ten beztroski czas pierwszych porywów serca, układania życiowych planów, chwilowych szaleństw trochę z rozczuleniem, trochę z rozbawieniem, ale przede wszystkim ze smutkiem, bo wiemy to, czego nie wiedzą bohaterowie. A poza tym, abstrahując już od wojny czającej się w tle, jest to też nostalgiczne spojrzenie we własną przeszłość. Wczoraj byliśmy młodzi - pisze w tytule swojej recenzji redaktor FW, Marcin Pietrzyk.

12:51, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 września 2009
Kino Kondratiuka

Przełamałam wreszcie złą passę filmową. Przez blisko dwa tygodnie obejrzałam 14 filmów. Nałogowo oglądam ostatnio TVP Kultura, która kusi nie tylko kinem, ale też arcyciekawymi programami publicystycznymi (Trzeci punkt widzenia, Czytelnia) - przyjemnie jest słuchać ludzi, którzy ze sposobu wypowiadania się czynią sztukę.

Przypadek sprawił, że obejrzałam Gwiezdny pył Kondratiuka. Włączyłam na chwilę TVP Kultura, film się właśnie zaczynał, z ciekawości popatrzyłam na pierwsze sceny. I nie mogłam się już oderwać... Takie zaskakujące odkrycia, nagłe oczarowania sprawiają mi największą przyjemność.

Co ciekawe - okazało się, że film, albo przynajmniej jego fragmenty, musiałam widzieć jako dziecko. W pewnym momencie przypomniałam sobie bowiem scenę, która wówczas zrobiła na mnie ogromne wrażenie (choć z innych niż teraz powodów) - scenę finałową. Wtedy poraziła mnie swoją niesamowitością, może wyobrażałam sobie, że taki wzmacniacz myśli rzeczywiście da się zbudować? Teraz - słuchałam wypowiadanych życzeń i... rozbeczałam się... Dawno żaden film mnie tak nie poruszył.

A jak nasz czas przyjdzie i świeczka nasza sie wypali, to ja w tę brzozę, co jest na górce się przemienię, mój mąż w ten dąb, co przy brzozie rośnie, a kotek nasz w krzak dzikiej róży, a pies w jałowiec, co tam obok rośnie...

Kondratiuka w ogóle wcześniej nie znałam, choć słyszałam o Hydrozagadce. No i tę osławioną Hydrozagadkę zaczęłam oglądać zaraz po Gwiezdnym pyle w ramach weekendu z Kondratiukiem w TVP Kultura. Odpadłam po półgodzinie. Ale może po prostu nie byłam w nastroju - trudno o bardziej rozbieżne klimaty niż Gwiezdny pył i Hydrozagadka.

Kolejny film Kondratiuka - Big Bang rozczarował mnie trochę. Zrealizowany jest w konwencji teatru TV, akcja skupia się we wnętrzach, a tworzywem jest głównie słowo. No i dobrze, lubię teatry TV. Ale! Wnioski są tak do bólu banalne, z ust natchnionych bohaterów padają wzniosłym tonem tak oklepane frazesy o ludzkiej podłości i głupocie, że zaimponować mogą chyba tylko gimnazjalistom. Zresztą... motyw spotkania ludzkości z Obcymi i gotowości człowieka na taki kontakt, pojawiał się już mnóstwo razy zarówno w filmach, jak i - jeszcze częściej - w literaturze SF. W Big Bang Kondratiuk nie wymyśla nic nowego, co gorsza - powiela najbardziej wyświechtane i ograne na wszystkie sposoby pomysły. W Gwiezdnym pyle końcowa scena sprowadzała się w sumie do podobnej refleksji, ale jakże oryginalny był koncept prezentacji owej refleksji!

Ale są i pozytywy. Sama sceneria i osadzenie fabuły na wsi przypomina mi klimat opowiadań guslarskich Bułyczowa, które uwielbiam. Patetyczne przemowy przerywa pod koniec żywiołowe wtargnięcie Igi Cembrzyńskiej w roli żony jednego z bohaterów. Rólka epizodyczna, ale nie do zapomnienia. Zresztą aktorstwo jest w ogóle mocnym punktem tej produkcji.

13:00, aniaposz , Kino
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16