Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
środa, 02 maja 2012
Majówka z książkami
Obudzić się w słoneczny majowy dzień przed szóstą, wstać zaraz po, zjeść pyszne śniadanie, na deser pączka i rozkoszować się długim porankiem, popijając dla ochłody gruszkowo-imbirowe piwo i słuchając RMF Classic - oto szczęście.

Mało ostatnio oglądam, dużo czytam. Chyba nadrabiam czas sprzed kilku lat, gdy potrafiłam miesiącami nie wziąć do ręki książki. Albo odłożyć po paru stronach, nie umiejąc się skupić na lekturze. Aż się wzdrygam na to wspomnienie. Życie bez książek, bez przyjemności czytania jest nie do zniesienia.

Philippa Gregory Dwie królowe. Rozczarowania na szczęście nie było - powieść prawie tak wciągająca jak Kochanice króla. Autorce udało się świetnie zróżnicować trzy bohaterki, a jednocześnie narratorki: Jane Boleyn - wdowę po Jerzym oraz dwie kolejne żony Henryka VIII - Annę Kliwijską i Katarzynę Howard. Każda ma swój własny styl opowiadania, w którym odbijają się ich odmienne osobowości, lęki, nadzieje i obsesje. Chyba najlepiej udało się to z paplaniną trzpiotowatej Katarzyny. Brawa należą się też tłumaczce. A cała reszta - wykreowana atmosfera, oddanie klimatu zagrożenia na dworze coraz bardziej nieprzewidywalnego Henryka, realia epoki - równie dobra jak w Kochanicach.

Krzysztof Rutkowski Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach. Eseje o Paryżu i jego mieszkańcach. Gawędy o znanych malarzach, literatach i muzykach. Ploteczki z życia bohemy. Opisy słynnych, a już nieistniejących miejsc, które inspirowały i pobudzały masową wyobraźnię. Ciekawostki z życia miasta. Chyba za dużo się spodziewałam, słysząc zewsząd same pochwały. Właściwie trudno mi autorowi coś zarzucić; raczej pochylam z szacunkiem głowę przed jego erudycją i gawędziarskim talentem. Nie wiem - jakieś zbyt powierzchowne i chłodne wydały mi się poszczególne teksty. Czułam niedosyt.

Jurgen Thorwald Stulecie chirurgów. Spodziewałam się solidnej dawki wiedzy z zakresu historii medycyny (a właściwie chirurgii), podanej w formie suchych faktów, gwarantujących zachowanie zdrowego dystansu, a dostałam... zbeletryzowaną opowieść, która wciąga i absolutnie nie pozwala na trzymanie emocji na wodzy...Rozpacz ogarnia, gdy czyta się o tych wszystkich geniuszach, wizjonerach i pionierach swoich czasów, którym zawdzięczamy narkozę i aseptykę oraz wiele innych nowatorskich rozwiązań chirurgii, a którzy znaleźli u współczesnych jedynie uśmieszek pobłażania, jeśli nie jawne szyderstwo i szykany... To będzie z pewnością jeden z moich czytelniczych hitów 2012. W kolejce czeka następna część, Triumf chirurgów.

Richard Dawkins Rozplatanie tęczy: Nauka, złudzenia i apetyt na cuda. Jak kocham Dawkinsa, tak ta akurat książka niespecjalnie mnie porwała. Trochę za dużo grzybów w barszcz - jest i o DNA, i o memach, i o postrzeganiu kolorów, i o teorii prawdopodobieństwa... Uff. I jeszcze o paru innych sprawach po drodze. Są interesujące fragmenty (jak choćby rozdziały na temat paranauk czy arcyciekawe akapity dotyczące strategii rozrodczej kukułek), ale jako całość książka właściwie bez głównej tezy. Chociaż i tak warto, jak wszystko co wychodzi spod pióra Dawkinsa.

Philippa Gregory Błazen królowej. Gregory jest nierówna. Świetne Kochanice króla, nudna Wieczna księżniczka, bardzo dobre Dwie królowe, a teraz znów średni Błazen królowej. Tym razem rzecz o Marii I Tudor, a w tle także o Elżbiecie, córce Anny Boleyn i przyszłej wielkiej władczyni Anglii. Narratorką natomiast jest młodziutka Żydówka, która wraz z ojcem znalazła się na Wyspach, uciekając z Hiszpanii przed religijnymi prześladowaniami. Przypadkiem dostaje się na dwór mocno już niedomagającego Edwarda, a następnie wplątana zostaje w sieć dworskich intryg i walk o władzę, stając się w międzyczasie sługą trzech panów. Zupełnie nie przekonała mnie główna bohaterka, motywy jej postępowania wydawały mi się w niektórych miejscach kompletnie niezrozumiałe. Natomiast rzetelności historycznej, jak zwykle u Gregory, trudno coś zarzucić. Ale czytałam bez zaangażowania.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Duchem i ciałem
 

Po intensywnym weekendzie - z wódeczką, wizytą w restauracji (to akurat niewypał - drogo i niesmacznie) i nocnymi Polaków rozmowami, potrzebuję wyciszenia we własnym domu i pobycia tylko we własnym towarzystwie. Lubię zarówno jeden, jak i drugi sposób spędzania czasu. I jeden bez drugiego nie miałby takiego uroku.

Wczoraj skończyłam czytać książkę Mary Roach Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego. Moim pierwszym spotkaniem z tą autorką była rzecz o o wdzięcznym i wiele mówiącym tytule Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków. Roach prezentowała tam w zabawny (!) sposób wielość i różnorodność zastosowań martwych ciał, ofiarowanych nauce za życia ich właścicieli. Tu i ówdzie czytałam zarzuty, że styl książki jest nieco zbyt frywolny jak na taką tematykę, ale myślę, że gdyby Roach wzięła się za sprawę poważniej (jeśli chodzi o ton narracji, bo naukowej skrupulatności nie można jej odmówić) nie dałoby się tego czytać. Tylko żart, śmiech stwarzają odpowiedni dystans i pozwalają czerpać z lektury przyjemność bez popadania co chwila w egzystencjalną zadumę.

Idąc za ciosem sięgnęłam po Ducha. Życie pozagrobowe i w ogóle zjawiska paranormalne to temat, w którym tyle jest domysłów, miejskich legend, plotek i fałszerstw, że trudno w tym gąszczu wyłowić jakieś fakty. Czytając pierwsze rozdziały odniosłam wrażenie, że autorka wcale tego nie ułatwia, rozbijając narrację na mnóstwo pojedynczych epizodów, anegdot i dygresji oraz dodatkowo mieszając prawdę z iluzją. Treść wydała mi się za mało merytoryczna i demaskatorska, a styl zbyt sowizdrzalski. Ale kiedy się już do tych cech prozy Roach przywyknie, czyta się szybko i gładko, zwłaszcza, że im dalej, tym ciekawiej.

Od opisów historycznych prób fizycznego poszukiwania duszy w ludzkim (i zwierzęcym) ciele oraz eksperymentów z jej ważeniem (słynne 21 gramów) przechodzimy przez czasy ektoplazmy i wirujących stolików, aż do współczesnych badań wspartych najnowszymi osiągnięciami nauki i techniki. I właśnie te ostatnie zagadnienia są najciekawsze, bo jednak w dużej części weryfikowalne (poza tymi przypadkami, w których badacze są mocno na bakier z metodologią i właściwie nie robią nic ponad potwierdzanie własnych tez w wątpliwych eksperymentach). I wtedy okazuje się na przykład, że wrażenie czyjejś obecności można wywołać poprzez odpowiednią stymulację mózgu, a wizje "duchów" mogą być całkiem prawdopodobną reakcją na nagromadzenie w danym pomieszczeniu fal elektromagnetycznych lub obecność silnego źródła infradźwięków.

Oczywiście i tak pozostaje sporo pytań, ale najogólniejsza konkluzja jest taka, że wciąż nie znaleziono bezspornego dowodu na istnienie jakichkolwiek zjawisk paranormalnych. Jest za to całe mnóstwo fałszywych tropów, zarówno będących efektem świadomej manipulacji, jak i nieświadomych urojeń. Po tej lekturze jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że cały wysiłek rzetelnych naukowców i demaskatorów i tak na nic się nie przyda, bo prawda jest tylko jedna, a fałszerstw, oszustw i bredni całe mnóstwo.
czwartek, 15 grudnia 2011
W XVI-wiecznej Anglii
 

Prześliczny ten grudzień. Wymarzony. Ciepło, słonecznie. Moje koty wygrzewają się w plamach słońca na balkonie. Ja chodzę z gołą głową i bez rękawiczek. Bardzo to rzadkie. Zwykle grudzień to jeden z najbardziej pochmurnych i ponurych miesięcy. Jak dla mnie cała zima może być równie łagodna i bezśnieżna.

Czytam Wieczną księżniczkę Philippy Gregory. O Katarzynie Aragońskiej. Nietypowość perspektywy polega na tym, że według autorki związek Katarzyny i Artura Tudora został jednak skonsumowany, a wszelkie dalsze wydarzenia prowadzące do małżeństwa z Henrykiem to konsekwencja pewnej przysięgi złożonej przez Katarzynę Arturowi. Historycy być może zżymają się mocno na taką tezę, ale czy to znowu takie karygodne uchybienie? Tam, gdzie historia zostawia sporo miejsca na domysły i wątpliwości, można chyba zapełniać luki zarówno w jedną, jak i w drugą stronę...

Opowieść nabiera kolorów i tempa dopiero od momentu, gdy Katarzyna zostaje wdową, czyli w okolicach... 230. strony. Długo brnęłam przez ten rozwleczony początek, a nie zrezygnowałam tylko dlatego, że wciąż mam w pamięci inną książkę autorstwa Gregory - Kochanice króla. Cóż to była za przygoda! Czytałam w domu, czytałam w samochodzie, czytałam w autobusie, w drodze do sklepu i w przerwie między zajęciami fitness. Rodzeństwo Boleynów - Anna, Maria i Jerzy - stało mi się tak bliskie, jakby to byli moi dobrzy znajomi. Powieść ma prawie 700 stron (drobnym drukiem!), a ja żałowałam, że nie jest dwukrotnie grubsza.

Jedna z moich wirtualnych znajomych, czytając (nie tylko moje) zachwyty nad tą powieścią, wyraziła zdziwienie, że takie zbeletryzowane biografie cieszą się aż tak dużym powodzeniem. "To nie lepiej sięgnąć po uczciwą, regularną biografię?" - spytała. A przecież to nie to samo i jedno drugiego nie zastąpi. "Uczciwą regularną biografię" czyta się "na chłodno", by uzupełnić braki w wiedzy czy przypomnieć sobie to i owo. Biografie zbeletryzowane to historia i postacie przefiltrowane przez wyobraźnię autora, to świat stworzony po to, żeby czytelnika nie tylko zainteresować, ale też wciągnąć po czubek głowy. Styl Gregory w Kochanicach króla sprawił, że postacie historyczne ożyły, nabrały własnych indywidualnych cech, a ja mogłam - zależnie od rozwoju akcji - sympatyzować z nimi lub nie.

Po lekturze długo nie byłam w stanie zabrać się za kolejną książkę. Po prostu nic nie wydawało mi się równe dobre. Zresztą nie chciałam przenosić się w inny świat i opuszczać... przyjaciół. Najchętniej zostałabym z Marią Boleyn i jej mężem w XVI-wiecznej Anglii, śledząc dalszy rozwój sytuacji na dworze Henryka VIII. Dopiero dużo później sięgnęłam po - chronologicznie pierwszą - Wieczną księżniczkę, ale póki co młoda Katarzyna pozostaje mi dość obojętna... Gdy skończę, wezmę się pewnie za wydane niedawno Dwie królowe, które zaczynają się tam, gdzie skończyły się Kochanice - to opowieść o dwóch kolejnych żonach Henryka: Annie Kliwijskiej i Katarzynie Howard. Tylko Marii Boleyn będzie mi bardzo brakowało.
piątek, 08 lipca 2011
Ryszard Kapuściński - Podróże z Herodotem


Kapuścińskiego zaczęłam poznawać trochę niekonwencjonalnie, obok głównego nurtu jego twórczości, jakim był reportaż literacki. Wprawdzie podczytywałam kiedyś zamieszczane w "Gazecie Wyborczej" fragmenty "Hebanu", ale na dobre przygodę z Kapuścińskim zaczęłam od "Lapidariów". I wsiąkłam. Zachwyciło mnie wszystko - styl pisania, w którym czytelnik zanurza się i z którego prądem płynie, refleksje, które zadziwiały mądrością, przenikliwością i precyzją sformułowań i stojący za tym wszystkim Autor - bystry obserwator, ciekawy świata dziennikarz i wielki humanista. Zaczynając od "Lapidariów", poznałam najpierw człowieka, a dopiero potem publicystę, reportera, pisarza. Stał mi się bardzo bliski, dostrzegałam wspólnotę poglądów, zbieżność perspektyw patrzenia na rzeczywistość. A mimo to "Podróże z Herodotem" przez długi czas omijałam z rezerwą. Co innego fragmenty znakomitych wykładów, refleksje, przemyślenia, reportaże z odległych miejsc i opisy własnych arcyciekawych przeżyć, a co innego branie na warsztat monumentalnego dzieła historycznego sprzed 2,5 tysiąca lat! Nigdy nie przepadałam za historią, a już za historią wojen, sojuszy, podbojów, układów i intryg - w szczególności. Kapuściński ma wprawdzie niezwykły talent gawędziarza - myślałam - ale chyba nawet jemu nie uda się zainteresować mnie czymś, od czego, wstyd się przyznać, uciekałam w szkole średniej na wagary. A jednak nie doceniłam Autora!

"Podróże z Herodotem" pochłonęły mnie już od pierwszych stron. Tytuł jest przewrotny, dwuznaczny, ponieważ wątki są dwa, prowadzone równolegle, przeplatające się i uzupełniające - pierwszy to opisy początków reporterskiej kariery Kapuścińskiego, podróży, w które zabierał swój egzemplarz "Dziejów" Herodota. Drugi wątek - to podróże, jakie odbywamy my, czytelnicy, wraz z Herodotem, po Europie i Azji połowy I tysiąclecia p.n.e., a przewodnikiem w tych podróżach jest Kapuściński. To on odkrywa dla nas Herodota i ówczesny świat, cytuje fragmenty "Dziejów", komentuje je, objaśnia i dopisuje własne przemyślenia. Jest pełen podziwu dla tego niestrudzonego reportera i kronikarza starożytności, czuje z nim pokrewieństwo dusz. Ma też mnóstwo pytań, którymi dzieli się z czytelnikami - jakim człowiekiem był Herodot, jak zbierał informacje, czy pisał swoją książkę na bieżąco, czy było to dzieło, które postanowił stworzyć pod koniec życia, gdy już nie miał sił na nieustanne wędrowanie.

Z wypiekami na twarzy czytałam o rzeczach i zdarzeniach, które na lekcjach historii kwitowałam ziewaniem albo które wkuwałam ze zbolałą miną, żeby zapomnieć czym prędzej zaraz po klasówce. Wojenne kampanie, taktyka i strategia, przebiegi bitew - to wszystko było najnudniejszą częścią i tak nudnego przedmiotu szkolnego. A tymczasem czytając Kapuścińskiego, nagle wpadam po uszy w VI w. p.n.e. i śledzę z zapartym tchem marsz perskich oddziałów na Scytów! Że o losach wojny grecko-perskiej i bitwach pod Termopilami i Salaminą nie wspomnę. Kapuściński (z Herodotem pod ramię) ożywił dla mnie ludzi i miejsca do tej pory prawie nieistniejące w mojej świadomości. Długo nie wiedziałam, jak to się dzieje, jak to możliwe, że ta sama historia raz może być nużącym ciągiem pusto brzmiących nazw i nic niemówiących dat, a kiedy indziej - pasjonującą opowieścią o ludziach z krwi i kości, których losem mogę przejąć się tak, jakby to byli moi bliscy znajomi. Aż wreszcie kluczem do odpowiedzi okazała się refleksja Kapuścińskiego na temat pisarstwa Herodota: "Pokazuje on historię świata poprzez losy jednostek, na kartach jego książki, której celem ma być utrwalenie dziejów ludzkości, są zawsze obecni konkretni ludzie, konkretny człowiek, człowiek z imieniem, wielki albo marny, łaskawy albo okrutny, zwycięski lub nieszczęśliwy". Otóż to. Perspektywa indywidualna, zogniskowanie uwagi na kimś, kto może i jest królem albo wielkim wodzem, ale przede wszystkim jest człowiekiem ze swoimi słabościami i atutami, przywarami i zaletami. Herodot wraz z Kapuścińskim kierują moje zainteresowanie najpierw w stronę człowieka, sprawiają, że zaczyna być mi on bliższy, lepiej zrozumiały, a dopiero potem wrzucają go w tryby wielkiej historii, ale wtedy już i ja śledzę z zaciekawieniem przebieg wojennych zmagań Kserksesa, bo ów Kserkses przestał być po drodze tylko nic nieznaczącym imieniem.

Przeplatając gawędę o Herodocie i jego czasach opowieścią o własnych podróżach reporterskich, Kapuściński cały czas podkreśla, jak ważne było dla niego odkrycie Herodota - "Dzieje" stały się w początkach kariery Kapuścińskiego zarówno jego wytchnieniem, jak i inspiracją. Zestawia wydarzenia sprzed wieków z tymi dziejącymi się aktualnie i pokazuje, jak w gruncie rzeczy nic się nie zmienia - ludzka natura jest wciąż taka sama. Tę wyrwę w czasie zasypuje dla niego Herodot. Dla mnie - Kapuściński. Dzięki tej lekturze zapamiętam więcej z historii starożytnej niż zapamiętałam z poświęconych jej lekcji w liceum.
piątek, 16 października 2009
Lubiewo

 Michał Witkowski, "Lubiewo"

Tak się jakoś ostatnio składa, że gdzie nie spojrzę, widzę Michała Witkowskiego. Zaczęłam od lektury Lubiewa, które czekało na przeczytanie już od dość dawna. W międzyczasie natknęłam się na felieton w "Polityce", świetnie pasujący do moich refleksji i charakteru blogowej notki.  Parę tygodni temu Witkowski był jednym z gości Kuby Wojewódzkiego. Niektórzy doszukiwaliby się w tych zbiegach okoliczności działania jakichś sił metafizycznych, inni powiedzieliby raczej, że to moje zmysły, po lekturze Lubiewa, nastawiły się na selektywny odbiór danych. Zdecydowanie zaliczam się do racjonalistów. :)

Trafiwszy kiedyś na cytaty z Lubiewa: gender czy sex, czyli lubiewo sądziłam, że będzie to zbiór refleksji na tematy homoerotyczne, jakaś próba analizy różnych związanych z tym zjawisk społecznych, w każdym razie coś bliżej publicystyki niż fabuły. Garść ocierających się miejscami o pornografię historyjek z życia erotycznego gejów (ciot?) nie jest więc tym, czego się spodziewałam po lekturze. Nie, nie zniesmaczają mnie drobiazgowe opisy seksualnych fantazji podstarzałych gejów ani nie oburzają częste wulgaryzmy. Przyjmuję tę stylistykę bez żadnych zastrzeżeń i chwilami nawet dobrze się bawię. Tylko... nie bardzo wiem co też Witkowski chciał osiągnąć. Miałażby to być jedynie prowokacja, wykalkulowane drażnienie heteryków siedzących po uszy w twardej rzeczywistości codziennej, manifest inności, o tyle skuteczny, o ile kontrowersyjny? Bo że niekoniecznie tak właśnie, jak to przedstawia Witkowski w Lubiewie, wygląda seksualność gejów, świadczy choćby ogłoszony ostatnio u Kuby Wojewódzkiego związek pisarza z Jacykowem (modelową wręcz ciotą, by posłużyć się klasyfikacją i nomenklaturą z Lubiewa).

O ile zdążyłam się zorientować wolę Witkowskiego publicystę, felietonistę niż autora fabuł. Mnie akurat nie trzeba szokować, by uświadomić istnienie odmienności. A propos - z ogromną satysfakcją obserwuję przemiany obyczajowe w naszym kraju, który - jakkolwiek pozostaje w tyle za europejską awangardą - jednak całkiem dobrze sobie na tym polu radzi. Erupcja medialnej szczerości w wykonaniu słynnych gejów (Raczek, Poniedziałek, Piróg, Szczygieł), nieskrępowane rozmowy o homoseksualnych związkach w porach niezłej oglądalności, wreszcie (na co czekać trzeba było najdłużej) homoerotyczne wątki w polskich serialach. W porównaniu z realiami Polski lat 70. i 80. opisywanymi w Lubiewie jest to siedmiomilowy krok naprzód. I znów nie wiem czy to jakaś osobliwa kokieteria ze strony Witkowskiego, gdy w Lubiewie mówi ustami jednego z bohaterów: Wszystko to zniknie zresztą w fazie postemancypacyjnej, gdy nie będzie już plaż gejowskich, barów pedalskich, pisemek... Nie będzie żadnego getta. Pedalstwo będzie tak przeźroczyste, że nikt nie zauważy na zwykłej plaży, że facet całuje się z facetem. Ale nas wtedy, Paula, na szczęście już nie będzie na świecie.



czwartek, 13 sierpnia 2009
Bóg urojony

Richard Dawkins, "Bóg urojony", 2007

A więc jednak przeczytałam! Trochę z przekory, trochę z ciekawości, trochę na fali mojej niezgody na zabobony wyznawane i oznajmiane z wielkim przekonaniem przez bliskie mi i - wydawałoby się - inteligentne osoby. Dawkins rozprawia się wprawdzie w jednym z podrozdziałów także z agnostykami (a do nich bym się chyba zaliczyła, chociaż w przypadku wierzeń religijnych wszelkie etykietki są jeszcze bardziej mylące niż zwykle), ale nie czuję się obrażona. Zresztą bardziej niż Dawkinsa dowody na nieistnienie Boga, zainteresowały mnie tematy poboczne, które porusza np. fascynujący wywód o memetyce, wtręty o socjobiologii (źródła moralności), objaśnienie tzw. zasady antropicznej oraz - przede wszystkim - obnażenie absurdów i sprzeczności pewnych dogmatów wiary chrześcijańskiej. Starotestamentowego Boga Dawkins nazywa zawistnym, małostkowym i niesprawiedliwym, mściwym i żądnym krwi zwolennikiem czystek etnicznych, mizoginem, homofobem i rasistą, megalomanem i dzieciobójcą. A co ważniejsze wyliczankę tę wspiera odpowiednimi cytatami. Udowadnia chociażby, że 5. przykazanie odnosiło się pierwotnie do współwyznawców, żydów; innowierców zabijać było można, ba! nawet było trzeba, co znajduje znakomitą ilustrację w dziejach bitwy o Jerycho.

Nie zgadzam się z Dawkinsem w paru punktach, właściwie powinnam może nie zgadzać się z nim w ogóle, bo różni nas fundamentalna kwestia dotycząca przekonania o istnieniu Boga. A jednak o wiele bliższe są mi jego refleksje niż żarliwość otaczających mnie neofitów, których praktyki i poglądy niebezpiecznie przypominają myślenie magiczne: koronka o 15.00 ma wyjątkowe działanie, Biblia jest źródłem wszelkiej mądrości, albowiem wszyscy - tłumacze, kopiści, autorzy - natchnieni byli Duchem Świętym (nie ma więc mowy np. o pomyłkach translatorskich), Polacy to naród wybrany, a więc zostaną im oszczędzone klęski żywiołowe na wielką skalę etc.

Dawkins pisze też bardzo ciekawie o religijnej indoktrynacji dzieci. Otóż z jakiegoś dziwnego powodu dzieci można określać mianem chrześcijan, muzułmanów czy żydów (chociaż same są przecież jeszcze zbyt młode, by świadomie wybrać dla siebie wyznanie). Co więcej - ktoś, kto chciałby pokazać dzieciom inną drogę, choćby przedstawić argumenty za nieistnieniem Boga, zostałby najprawdopodobniej odsądzony od czci i wiary. Tymczasem nikt nie wymaga, by dzieci miały np. poglądy polityczne. Nikt nie określa ich jako lewicowców, prawicowców, konserwatystów czy liberałów. :) Wyjątkowy status religii jest z logicznego punktu widzenia zupełnie niezrozumiały. Identycznie rzecz się ma, jeśli chodzi o dyskusję. Spierać się (ostro!) można o wszystko: poglądy polityczne, gusta literackie, opinie społeczne. Ale gdy tylko próbuję wykazać absurdalność pewnych religijnych dogmatów, natychmiast spotykam się ze świętym oburzeniem: "Nie szanujesz mojej wiary!". Skąd to szczególne umiejscowienie religii? Z jakiej racji należy obchodzić się z zabobonami i nieweryfikowalnymi przekonaniami łagodniej niż z innymi wytworami ludzkiej kultury?

"Bóg urojony" Dawkinsa to przede wszystkim lektura niebywale inspirująca. Kiep ten, co się obrazi, bo się nie zgadza z autorem. Warto poszperać głębiej, zastanowić się, dostrzec znaki zapytania, które są dla mnie zawsze o wiele cenniejsze niż proste i jasne odpowiedzi.
czwartek, 09 lipca 2009
LonNiedyn

China Mieville, "LonNiedyn"

Już od dawna przymierzam się do lektury Dworca Perdido Chiny Mieville'a. Nie trafiłam dotąd na negatywne recenzje; wręcz przeciwnie - wszyscy rozpływają się nad nieskrępowaną wyobraźnią autora, rozmachem i spójnością wykreowanego świata i mówią o zupełnie nowej jakości w tak skonwencjonalizowanym gatunku, jakim jest fantasy. Ponoć czym dla SF jest Dukaj, tym dla fantasy jest Mieville. Zresztą sam Dukaj Mieville'a poleca. Tymczasem zamiast po Dworzec Perdido, sięgnęłam najpierw po LonNiedyn, książkę... dla dzieci, o której recenzenci mówią, iż równie dużej frajdy dostarcza dorosłym. I dodają, że jest lepsza niż Harry Potter. Z tym ostatnim się wprawdzie nie zgadzam, ale rzeczywiście można przypomnieć sobie smak dzieciństwa.

To fantastyka, opowiadająca o świecie obok, wchodzącym w interakcje z naszym, tym dobrze znanym i do gruntu racjonalnym. Uwielbiam tę odmianę fantasy, zwłaszcza gdy dodatkowo miejscem akcji są współczesne metropolie. Doskonałym filmowym odpowiednikiem takiej literatury jest Po godzinach Martina Scorsese, a z kolei LonNiedyn nie może się nie kojarzyć z Nigdziebądź Gaimana. Dużo tych negacji w poprzednim zdaniu i nie bez kozery, bowiem LonNiedyn to, jak sama nazwa wskazuje, swego rodzaju odwrotność Londynu, coś jak świat po drugiej stronie lustra. Trafiają tam pewnego dnia dwie przyjaciółki, w tym ta, na którą w LonNiedynie czekają od wielu lat, ponieważ zgodnie ze starożytnym proroctwem ona jedna jest w stanie pokonać potężnego wroga. Jednym słowem - Wybrana. W starej i mądrej Księdze zapisane są magiczne artefakty, które Wybrana ma zdobyć, by wypełnić swoją misję. Tyle, że... nie zrobi nic, bo już na samym początku pada nieprzytomna po ataku Smoga i traci pamięć. Mieville posłużył się tu podobnym trikiem co Hitchcock w Psychozie. Misji ratowania LonNiedynu podjąć się więc musi, z braku alternatywy, NieWybrana.

Świadome igranie z konwencją i kpina ze sztampy to plusy, ale  i tak największą przyjemność sprawiała mi eksploracja świata LonNiedynu. Są tu na przykład przydasiowe domy, zbudowane z tego, co mieszkańcy Londynu wyrzucają na śmietnik, a co w LonNiedynie przyda się. Zepsute parasole trafiają do LonNiedynu jako rapasole, zyskując świadomość i nową tożsamość. W starym opactwie żyją kolonie oknotul, których kosmate odnóża przyczepione są do... okien oczywiście. Za oknami otwierają się alternatywne światy, z których szalenie trudno się wydostać. Podejrzewam, że w oryginale oknotule to black windows. Dosłowne tłumaczenie nie wchodziło w grę, ale tłumacz wybrnął chyba całkiem nieźle.

Książka kończy się tak, jakby ciąg dalszy był nieunikniony, ale Mieville twierdzi, że ma sto innych pomysłów i do LonNiedynu raczej nie wróci. No chyba, że do... BezParyża, Zgon Kongu albo Nie Jorku... (w oryginale brzmią te nazwy jeszcze lepiej: Parisn't, No York, Lost Angeles, Hong Gone).
piątek, 20 marca 2009
Dwa wieczory z Amelie Nothomb

 

W ciągu kilku ostatnich dni porzuciłam kino na rzecz literatury. Nagle poczułam przemożną chęć czytania. Był to impuls tak silny, że jeszcze tego samego dnia pognałam do biblioteki. Oddałam nieprzeczytane, wypożyczone przed wyjazdem w góry książki, których termin zwrotu właśnie mijał, i wzięłam kilka nowych z mocnym przekonaniem, że tym razem nie jest to słomiany zapał, że wreszcie coś drgnęło. Zdecydowałam się na zbiór opowiadań Mai Lidii Kossakowskiej "Więzy krwi", trzeci tom cyklu Silverberga o planecie Majipoor - "Valentine Pontifex", drugi tom "Pana Lodowego Ogrodu" Grzędowicza i dwie powieści Amelie Nothomb - "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" oraz "Dziennik Jaskółki".

Książki leżą na oparciu kanapy i kuszą. Znów czuję ten dawno zapomniany dreszcz niecierpliwości i ekscytacji. Szczególnie dużo obiecuję sobie po Silverbergu - mam bardzo miłe wspomnienia z lektury poprzednich tomów cyklu i liczę z jednej strony na równie ciekawą kontynuację, z drugiej - na odnalezienie smaku tamtych chwil, chociaż wiem, że z tym akurat powinnam być ostrożna i zbyt wiele się nie spodziewać.

Króciutkie powieści Nothomb przeczytałam w dwa wieczory. Uwielbiam jej styl. Tak cudownie lapidarny, bezpośredni, konkretny, treściwy. Żadnych piętrowych dygresji, żadnych sążnistych opisów; właściwa akcja zaczyna się już na pierwszych stronach. Oczywiście taki sposób pisania niesie określone konsekwencje - nie ma rozbudowanych portretów psychologicznych, wyłuszczania motywacji bohaterów, nakreślania tła społecznego. Tylko, że to wszystko u Nothomb nie jest potrzebne, bo jej proza jest kompletna i doskonała w takiej formie, w jakiej istnieje. Dla czytelnika nieważna jest przeszłość bohatera i uwarunkowania sytuacyjne; istotne jest tylko tu i teraz, ten kawałek niezwykłej rzeczywistości, któremu przygląda się właśnie autorka. Niezwykli są bohaterowie i zdarzenia, w które się wikłają. Pozornie jest to świat, jaki znamy, ale tym bardziej zaskakuje i przeraża nagła dziwaczność. Nothomb jest w tym trochę podobna do Austera, który niesamowitość swoich powieści osiąga również za sprawą elementów wprawdzie realistycznych, ale ustawionych w nietypowej konfiguracji, oglądanych pod osobliwymi kątami. Przyglądamy się wynaturzeniom, dziwactwom, zaskakującym zbiegom okoliczności, przypadkom ocierającym się prawie o metafizykę, lecz wciąż mieszczącym w granicach szeroko pojmowanej normy. Jak milczący sąsiad, codziennie o tej samej porze odwiedzający starsze małżeństwo ("Krasomówca"), jak więziona na wyspie dziewczyna, która nigdy nie przeglądała się w lustrze ("Rtęć") czy natrętny nieznajomy, który zdaje się wiedzieć wszystko o czekającym na samolot mężczyźnie ("Kosmetyka wroga").

"Dziennik Jaskółki" zaczyna się niewinnie - narrator opowiada o przeżytym właśnie zawodzie miłosnym, ale już po kilku stronach ten sympatyczny bohater przeobraża się w płatnego zabójcę, mordującego na zlecenie rosyjskiej mafii. Oczywiście nie jest to trywialny kryminał. Ani banalny thriller. Niesamowite, ale wyczekuje się następnych ofiar mordercy, następnych jego akcji z jakąś niezdrową fascynacją. Jego obsesje i niepokoje udzielają się czytelnikowi całkowicie. Dołącza się do tego pierwszoosobowa narracja, przez co ma się wrażenie podglądania czyjegoś grzesznego życia, przywileju poznania czyjegoś mrocznego sekretu. Mnożenie niewiadomych, zakrywanie detali nie zniechęca, co czasami zdarza się w zbyt przekombinowanych, rozbudowanych intrygach. Nothomb ma dar umiarkowania i powściągliwości.

Druga książka, "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" wpisuje się w nurt autobiograficzny pisarstwa Nothomb i uzupełnia relację o jej pobycie w Japonii, zapoczątkowaną powieścią "Z pokorą i uniżeniem". Tym razem Amelie dzieli się wspomnieniami o swoim związku z Japończykiem. Pisze zabawnie, refleksyjnie, odważnie i szczerze. I chociaż wyjaśnia swoje wybory, nie do końca jestem w stanie ją zrozumieć. A przecież w pryncypiach nie różnię się od niej tak bardzo. Może po prostu ona jako 22-letnia dziewczyna była dziesięć razy bardziej samoświadoma niż ja w tym samym wieku? Jedno jest pewne - nigdy swojej decyzji nie żałowała, a w chwili jej podejmowania była święcie przekonana o jej słuszności. Zazdroszczę.
wtorek, 06 stycznia 2009
Lapidarium VI

Skończyłam czytać ostatni tom "Lapidariów". Po angielsku napisałabym the last, nie the latest, bo to rzeczywiście ostatni tom; więcej już nie będzie. Na przestrzeni roku odeszło dwóch wielkich pisarzy, humanistów, niezwykle inteligentnych ludzi i przenikliwych komentatorów naszych czasów, których obecności w polskiej przestrzeni kulturalnej brakować mi będzie bardzo - Stanisław Lem (marzec 2006) i Ryszard Kapuściński (styczeń 2007). Pamiętam, że myślałam o napisaniu do nich dosłownie kilku zdań o tym, jak bardzo ich cenię, ile dla mnie znaczą i jak ważne były dla mnie ich słowa w różnych istotnych momentach życiowych. Nie zdążyłam...

Z "Lapidarium VI":

"Mało pytających. Dużo wszystkowiedzących. Jeżeli już ktoś pyta, warto poświęcić mu uwagę, bo to człowiek poszukujący, zastanawiający się, starający się coś zrozumieć, a jakże to rzadki teraz przypadek. Zwraca uwagę, że jeżeli dziś się w towarzystwie o czymś mówi, prawie nie zdarza się, aby ktoś powiedział - nie wiem, nie mam pojęcia, przeciwnie - wszyscy zabierają głos, mówią ex cathedra, twierdzą, upierają się przy swoim, monologują."

"Wybór otoczenia, środowiska jest ważny, gdyż przecież nie tylko my oddziałujemy na innych - inni także oddziaływają na nas, narzucają nam wzorce zachowań i w dużym stopniu decydują o poziomie naszego myślenia. W izolowaniu się, w odgradzaniu od hołoty, tkwi konieczny warunek higieny umysłowej.

Można dziwić się tym, którzy z tą hołotą utrzymują dialog w nadziei, że wydobędą ją z dna głupoty, ignorancji i zarozumiałego tupetu. Tego motłochu nie można zmienić, jedyne, to odgrodzić się i trzymać na dystans."

"Wiemy więcej, ale paradoks polega na tym, że im więcej wiemy, tym większą mamy świadomość naszej niewiedzy i tym głębsze przekonanie, że pomnażanie wiedzy nie jest tożsame z lepszym rozumieniem."

"Wszystko w nas jest przemieszane. W zależności od momentu historycznego, od okoliczności, od środowiska, panującej ideologii będziemy tacy albo inni. Potencjalnie w jednostce ludzkiej zawarte są wszystkie możliwości, a od różnych okoliczności będzie zależało, jacy będziemy."

"Zaczyna rozwijać się zjawisko określane jako illiberal democracy - demokracji nieliberalnej. Wcześniej takie pojęcie nie miało sensu, demokracja nieodłącznie wiązała się z przymiotnikiem liberalna. Dziś można legalnymi, formalnymi metodami wybrać demokrację o bardzo autorytarnym charakterze. Jednocześnie łatwo pokazać przykłady systemów autorytarnych, które w codziennej rzeczywistości przenikają praktyki demokratycznych zachowań. [...]

Jesteśmy świadkami hybrydyzacji systemowej, łatwiej tworzyć typologie różnych systemów hybrydycznych, niż jasno stwierdzić, że coś jest pełną demokracją, a coś dyktaturą."

"Aztekowie prowadzili wojny, aby zdobyć jeńców, których następnie składali bogom na ofiarę. Wojna była więc tu koniecznością i warunkiem przetrwania, jako że źródłem życia było słońce, a słońce czerpało swoją energię z krwi ludzkiej."

"W różnych okresach życia czyta się ten sam tekst - różnie."

"Najcenniejsze są małe zwycięstwa, ale trzeba umieć je docenić, czerpać z nich zadowolenie i siłę."

"Pierwszy dzień gdzieś na nowym miejscu to dzień oswajania się z otoczeniem, znalezienia z nim modus vivendi, dzień pozornej bezczynności, straconych godzin. A jednak te chwile przystosowania się do nowego miejsca są konieczną ofiarą, aby zostać zaakceptowanym przez lokalne bóstwa - strażników tej okolicy.

Już jutro, a najpóźniej za kilka dni, będzie się tutejszym, miejscowym, tubylcem. Bóstwa przyjmą cię do lokalnego plemienia, posiadacza tej ziemi. Trzeba tylko pokory i cierpliwości."

(Uśmiechnęłam się, kiedy przeczytałam powyższe słowa. Kiedyś, w mojej recenzji "Smaku życia" Klapischa zawarłam taką, bardzo podobną przecież refleksję na temat pierwszych dni pobytu w nowym miejscu, opartą na własnych doświadczeniach z podróży do Rzymu: "Już po kilku dniach zaczyna się rozpoznawać ulice, budynki, place, już wymawia się nowe, przedtem obco brzmiące nazwy, z większą wprawą, już jest się bardziej pewnym siebie, chodzi się środkiem, zamiast przemykać pod ścianami. Już zaczyna się mówić "dom" na tymczasowe miejsce swojego zamieszkania.")

"Działać, dokonując czynów tak niesłychanych, pomówień tak nikczemnych, że ich bezczelność aż zatyka i paraliżuje innych, przez co nawet nie są w stanie sprzeciwić się, podnieść głos protestu i oburzenia."
sobota, 15 listopada 2008
Historia zrehabilitowana

 

Felietony Ludwika Stommy czytuję czasem w Polityce, ale prawdziwą wartość jego pióra doceniłam dopiero po lekturze książki "Życie seksualne królów Polski i inne smakowitości". Krótkie kilkustronicowe teksty przybliżają miłosne perypetie naszych władców. Jest o bigamii Kazimierza Wielkiego i o erotomanii Augusta II Mocnego. Jest o szaleńczej miłości Jana III Sobieskiego do wyniosłej Marysieńki. Wszystko niezwykle barwne i zabawnie podane. Jeden z tekstów rozpoczyna się następująco:

Papież Paweł II był równym chłopem. Sam lubił pożyć i innym na to pozwalał. Festyn gonił za festynem. Karnawał, jaki urządził w 1468 r. (nie darmo był rodem z Wenecji), wręcz olśnił Rzymian. Żywe obrazy, przebierańcy, kadzie z darmowym winem, wyścigi konne i nawet nagie Murzynki. Sam papież przejeżdżał ulicami w okwieconym powozie, do którego zapraszał co piękniejsze tancerki. Efektu mógł być pewien, gdyż nawet mało mu przychylny Jean Mathieu-Rosay pisze, że "był niezwykle przystojny".

Dalej Stomma pisze:

Władysław IV oskarżany przez sejm o sprzeniewierzenie, a w każdym razie nierozliczenie wielkich sum zaciągniętych ze skarbu koronnego, dał tę dumną odpowiedź, która pozostanie na zawsze w tradycji narodowej: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał". I nie kłamał król. Nie można go przy tym obwiniać o jakowąś szczególną rozrzutność. Płacił podług górnych stawek, może trochę powyżej, ale bez ekscesów hojności. Problem w liczbie. Niejednokrotnie zdarzało się po parę panienek dziennie albo i - wstyd powiedzieć - jednocześnie. Rzecz to o tyle ciekawa, że niemal przez cały okres swego panowania był Władysław IV permanentnie ciężko chory. (...) Cóż, przyjdzie chyba uwierzyć Kochanowskiemu, iż:

I dąb choć mieścy przyschnie, choć list na nim płowy,
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy.

A w części "Inne smakowitości" można np. przeczytać, że "wojna to rzecz wesoła", dowiedzieć się dlaczego czarownice należy palić dopiero po 1. kwietnia oraz zapoznać z portretami psychologicznymi najbliższych współpracowników Joanny d'Arc, od których Hannibal Lecter mógłby się uczyć.

Wczoraj przyniosłam z biblioteki kolejną pozycję pióra Stommy "A jeśli było inaczej..." We wstępie autor pisze:

Chcemy sądzić, że to nasz świat jest "słuszny", "koherentny", "normalny". Dekretujemy więc "prawa naturalne", "odwieczne prawdy", "obiektywną moralność" etc. Jednak uczciwe spojrzenie wstecz przekonuje nas, że to tylko mity. Jedyne, co możemy stwierdzić z pewnością, to fakt, że - jak mówił Antoni Gołubiew - "zawsze było inaczej", chociaż ludzkość zawsze przekonana była też, że jest właśnie tak, jak był powinno. (...) Słowa mylą nas, bo odczytujemy je w naszym kodzie pojęciowym, a nie w tym, w jakim zostały napisane. O tych sprawach, między innymi, opowiada antropologia historii.

I to jak opowiada! Już pierwszy rozdział "Dzieciństwo" przynosi mnóstwo zaskoczeń i rozprawia się z potocznym wyobrażeniem o tym, jak było kiedyś. Bo mimo, iż każdy jest świadom, że średnia długość ludzkiego życia zwiększyła się znacznie (zwłaszcza, skokowo, na przestrzeni XIX i XX w.), a w XV w. człowiek dożywał przeciętnie 28 lat, to jednak wstrząsnęła mną informacja, że w bitwie pod Grunwaldem walczyli głównie chłopcy w wieku 14-18 lat! Oczywiście, pisząc chłopcy, myślę kategoriami współczesności. W średniowieczu to już byli mężczyźni. Wszystko przebiegało w przyspieszonym (z dzisiejszej perspektywy) tempie, bo człowiek miał mniej czasu niż obecnie. Rozwój, nauka, przygotowanie do pełnienia określonej roli społecznej rozciągnięte w dzisiejszych czasach na kilkadziesiąt lat, musiały zostać stłoczone do lat kilkunastu. Stomma pisze, że etymologicznie słowo "dziecko" (podobnie jak jego odpowiedniki w innych indoeuropejskich językach) związane jest z terminami, określającymi niemowlęctwo. Tak naprawdę dawniej owo "dzieciństwo sielskie anielskie" sprowadzało się do pierwszych 4-5 lat życia.

(...) dzieci flamandzkie w XVII w. piły piwo od czwartego roku życia. We Francji w tym samym wieku zapijały wielodaniowe posiłki winem, często w całkiem znacznych ilościach.

No proszę! A dziś... Jakie święte oburzenie wywołuje projekt posłania dzieci do szkoły o rok wcześniej.

W każdym razie im spokojniejsze czasy, im wyższy poziom życia, im bardziej stechnicyzowani i wyedukowani jesteśmy, tym bardziej wydłuża się okres dzieciństwa i młodości. Kilkaset lat temu, w wieku 34 lat, byłabym najpewniej steraną życiem kobietą z gromadką dzieci (o ile w ogóle dożyłabym takiego sędziwego wieku). Dziś biegam beztrosko w dżinsach, latem - z gołym brzuchem, a bywa, że jakiś nastolatek się za mną obejrzy. :D "Zawsze było inaczej".

A nawiązując do tytułu tej notki, muszę wyznać, że w szkole nie cierpiałam historii. Teraz już wiem dlaczego. Po prostu w szkołach uczą głównie historii wojen, sojuszy, polityki i gospodarki. Daty, nazwiska, miejsca. A mnie to zupełnie nie obchodzi. Natomiast życie codzienne, relacje społeczne, obyczaje, wynalazki, ciekawostki biograficzne - o, to jest właśnie to, co mnie fascynuje. Taką historię połykam z wypiekami na twarzy. I taką historię dostaję od Ludwika Stommy. :) A jeszcze sporo jego książek przede mną. :)

 
1 , 2 , 3