Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
czwartek, 14 lutego 2008
Stary dobry klaps

Odwiedzanie blogów na chybił trafił to całkiem niezły sposób na czerpanie inspiracji. M.in. trafiłam na wiecznie aktualny temat klapsów. Poza nieśmiertelnymi "argumentami" typu: nie wiem, co by ze mnie wyrosło, gdyby ojciec mnie od czasu do czasu nie zlał (tutaj to "nie wiem" jest może kluczowe :)) i przypominaniem, że klaps to przecież nie lanie pasem, znalazło się i coś takiego: zresztą moje dziecko woli dostać klapsa niż jakąś inną karę, np. zakaz oglądania TV. Pyszne! Jasne, że woli, bo, jak widać, nie traktuje tego jako kary. Albo przynajmniej uważa to za o wiele mniej uciążliwą represję niż kary innego rodzaju, choćby wspomniany zakaz. Tylko że kara, która tak naprawdę karą nie jest, przestaje spełniać funkcję wychowawczą. Najbardziej idiotycznym pomysłem, na jaki wpadają rodzice jest pytanie skierowane do dziecka: Wybierz sobie karę. Sam miód! :)

Dwie rzeczy są tu istotne. Jeśli zwracamy się do dziecka z taką propozycją, oznacza to, że traktujemy je poważnie. A jeśli tak, to po co w ogóle stosować kary, skoro wystarczy porozmawiać o tym, co w zachowaniu było złe i co należy zmienić. Przecież w karze nie chodzi o samą karę, tylko o jej rolę wychowawczą. Dlatego w ogóle jakiekolwiek kary instrumentalne (klaps, zakazy, nakazy) stosowane wobec dzieci starszych, nie mają sensu. To nie jest kwestia zmiany bieżącego zachowania, tylko podejścia do pewnych zjawisk i innych ludzi. Z dziećmi trzeba przede wszystkim rozmawiać i ciągle na nowo weryfikować ich ogląd rzeczywistości. Żaden klaps wymierzony 14-latkowi za przyłapanie na paleniu papierosów tu nie pomoże. Co najwyżej sprawi, że chłopak w odpowiedzi na "i żebym cię więcej na tym nie przyłapał!" będzie istotnie jeszcze bardziej ostrożny, aby zmniejszyć ryzyko owego przyłapania.

Zastanawia mnie kompletna ślepota na totalną nieskuteczność klapsów. Bo gdyby był to tak idealny środek wychowawczy, to po świecie chodziłyby istne anioły dobroci, a rodzice od pierwszych lat posiadania dziecka, nie mieliby ze swoimi pociechami żadnych kłopotów. Kilka klapsów i sprawa załatwiona. Tymczasem tak nie jest, a co więcej często klaps tylko pogarsza sprawę. A zresztą, jaka to kara, nie oszukujmy się! Przywołany na początku przykład z dzieckiem, które taką właśnie wybiera sobie karę można też poprzeć innymi, gdy dzieciak, który przed chwilą dostał od ojca, biega radośnie po domu, wrzeszcząc "nic mnie nie bolało, nie mnie nie bolało!". A rodzice gryzą palce z bezsilności.

Ja nie dostawałam regularnych klapsów, co sprawia, że każdy taki przypadek wyraźnie pamiętam. A było ich w sumie trzy. Każdemu towarzyszył wybuch emocji ze strony rodzica. Mama, która wprawdzie mnie nie uderzyła, a tylko szarpnęła za włosy. Tata, który raz uderzył mnie w twarz w sytuacji ekstremalnego napięcia pomiędzy nim a moja babcią oraz ponownie tata, gdy wróciłam późno z ogniska na wczasach, nie informując nikogo gdzie jestem. Dwa pierwsze przypadki były kompletnie przeze mnie niezawinione, wystarczył jakiś pretekst, by wściekli rodzice wyładowali na mnie swoją złość. Trzeci - postąpiłam głupio i nieodpowiedzialnie, pozwalając, żeby moi rodzice zamartwiali się o mnie. Dostałam wtedy od ojca kapciem w tyłek. Ale ten jego akt desperacji nie miał na mnie tak naprawdę żadnego wpływu. Gdybym nie rozumiała, nie widziała jak wielką przykrość i zawód sprawiłam rodzicom, ten klaps nie powstrzymałby mnie przed kolejnymi tego typu wybrykami. To widok ich udręczonych twarzy i zapłakanych oczu mamy sprawił, że więcej takich głupot nie robiłam.

11:36, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 lutego 2008
Różowe bąble

Jest taki rodzaj ludzi - żyjący-w-różowych-bąblach. Wiedzie im się nieźle albo nawet bardzo dobrze, z racji tego powodzenia obracają się w swoich własnych kastach, a życie, to powszechniejsze i bardziej przyziemne, dostrzegają tylko okazjonalnie, a i to niesamowite zdziwienie budzą u nich pewne zjawiska, dla znakomitej większości oczywiste. Karmią się złudzeniami, wiarą w "dobry świat" (co samo w sobie nie jest złe, o ile nie przekracza granicy naiwności), utwierdzani dodatkowo w swojej wyjątkowości przez innych najchętniej nie wyściubialiby nosa spod swoich iluzji.

Miałam taką koleżankę w pracy jakiś czas temu. Przez dwa dni nie mogła dojść do siebie, odkrywszy podczas jakiegoś służbowego wyjazdu, że ludzie w biurze wcale nie są jedną wielką szczęśliwą rodziną, że tworzą się kliki, są animozje, wzajemne pretensje. Nigdy nie mówiła wprost, nie nazywała rzeczy po imieniu, zamiast złośliwą i kłamliwą sukę, asystentkę prezesa, nazwać złośliwą i kłamliwą suką, mówiła: "Edyta jest specyficzna". :) Wszystkim chciała zrobić dobrze i przez wszystkich być lubianą. A, jak wiadomo, jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Ale "różowe bąble" wciąż próbują w nadziei bezbolesnego, niezaangażowanego przejścia przez życie.

Mają poglądy, a jakże, ale tylko takie, które mogą się realizować w formule "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek". Nigdy nie będą próbować dojść prawdziwych przyczyn jakiegoś konfliktu; to ludzie, od których zawsze słyszymy nieśmiertelne i ugodowe "wina, jak to zwykle bywa, leży na pewno po obu stronach". Sprawiedliwość to coś, czym zajmują się sądy. Z jednym wyjątkiem. O ile coś dotyka ich osobiście, przeistaczają się w lwy. :) Okazuje się, na ten jeden moment, że świat jednak potrafi być wredny, że to co mówią inni, niekoniecznie jest tylko złym nastawieniem i pesymistycznym oglądem rzeczywistości. Wtedy potrafią walczyć do upadłego, żeby coś osiągnąć. Ale kiedy już sytuacja się unormuje, znów powracają do swojej słodkiej ignorancji. Znów nie są w stanie stanąć zdecydowanie po którejś ze stron konfliktu, o ile dotyczy osób trzecich. Zamykają się w różowych bąblach i otaczają wianuszkiem pochlebców. Znów uśmiechają się miło i przytakują. Przy takich ludziach sensu nabiera powiedzenie "Boże, chroń mnie od przyjaciół, bo od wrogów ochronię się sam." :)

13:03, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Psychologia społeczna i Jasiu_Śmietana

Every man is like:
all other men
some other men
no other man

Tę prawdę, przeczytaną w jakimś artykule na I roku, zapamiętałam bardzo dobrze, bo zawiera się w niej cała psychologia w skrócie. :) Treść to niby banały, a co chwila się przekonuję, że ludzie albo przeceniają podobieństwa, nie doceniając różnic, albo podkreślają różnice, całkiem odrzucając uniwersalia. A dodatkowo mylą uogólnienia i stereotypy z prawidłowościami. Swoją drogą ostatnia dyskusja na pewnym blogu wyłoniła zabawny efekt: komentować konkretów nie wypada, bo nie zna się przecież szczegółów, a poza tym to nieelegancko wypowiadać się o czyimś życiu; odnosić się do reguł też nie za bardzo można, by nie być narażonym na zarzut nieuzasadnionej generalizacji. Jakie jest wyjście? Nie wychodzić poza schematy, które też są przecież niczym innym jak poruszaniem się w ramach niepełnych, a więc siłą rzeczy nie do końca prawdziwych, danych. Ale ja nie o tym.

Właśnie. Generalizacja. Ktoś dał przykład: baby są gadatliwe i głupie, faceci piją piwo i oglądają futbol. To stereotyp. A stereotyp ma to do siebie, że jest nieuzasadnioną, opartą na fałszywych przesłankach generalizacją, opinią zgodną z powszechnym przekonaniem, często nieprawdziwym. Czym innym są generalizacje wywiedzione z badań psychologicznych. Weźmy chociażby wczorajszy program "Clever" w TVN i demonstrację efektu próżniactwa społecznego (przeciąganie liny). Jestem niemal pewna, że wiele osób byłoby dotkniętych przypuszczeniem, iż będą się mniej starać w grupie niż staraliby się w pojedynkę. Oburzyłoby ich domnieniemanie, że mogą w pewnym sensie działać na szkodę grupy, dopuszczając się sabotażu. :) "Jak możesz tak sądzić? Niesprawiedliwie mnie oceniasz, nie znasz mnie przecież." Nie muszę; wystarczy, że znam ogólne reguły rządzące zachowaniami społecznymi. :) Psychologia społeczna to właśnie "every man is like all other men". Sporo eksperymentów pokazało, że w wielu sytuacjach społecznych nie mają znaczenia indywidualne cechy charakteru; każdy (lub prawie każdy, bo oczywiście są wyjątki) zachowa się mniej więcej podobnie. Na tym zresztą bazuje wszelka psychologia stosowana. Ggdyby nie było żadnych reguł, nieskuteczne byłyby reklamy, systemy motywacyjne, triki sprzedawców, w ogóle nie funkcjonowalibyśmy jako społeczeństwo. Nagroda zawsze działa lepiej niż kara, brak nagrody zawsze prowadzi do wygaszenia reakcji (dlaczego Jasiu_Śmietana, onetowy prowokator, wciąż działa i ma się dobrze, mimo iż podobno wszystkich tak irytuje? Bo ciągle ma poklask :)). Oczywiście różnice indywidualne sprawiają, że jeden zniechęci się szybciej, drugi później, ale ogóla prawidłowość pozostaje.

Fajną ilustracją podobieństw łączących ludzi i łatwości, z jaką wykorzystując wiedzę o ludzkich zachowaniach, można ludźmi manipulować, jest też film "Złap mnie, jeśli potrafisz". Polecam niedowiarkom. :)

08:32, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (6) »
sobota, 08 grudnia 2007
"Różowe lata", a właściwie o płci kulturowej :)

 "Różowe lata", 1997, reż. Alain Berliner

Z początku miałam wrażenie deja vu. Tyle już podobnych filmów widziałam, tematyka - z racji moich zainteresowań - jest mi dobrze znana, właściwie oglądałam bez emocji, zgadując mniej więcej jak potoczą się wydarzenia. Chłopiec, który chce być dziewczynką, czyli: przebieranki w dziewczęce ciuszki, konsternacja rodziców, próby "naprawienia" dziecka u psychologa, brak akceptacji ze strony sąsiadów, przechodzący wreszcie w jawną niechęć, po drodze kilka przeplatających się fragmentów obrazujących próby życia zgodnie z oczekiwaniami rodziców i nieuchronnych powrotów do życia w zgodzie ze sobą. Zainteresował mnie więc nie tyle aspekt poszukiwania tożsamości płciowej przez Ludovica, ile wymiar społeczny, reakcja ludzi na inność, choć to oczywiście też żadna nowość i bynajmniej w nowym świetle nieukazana (w przeciwieństwie do oryginalnego filmu Stuhra, "Duże zwierzę"). Mimo to zawsze czerpię jakąś perwersyjną przyjemność z piętnowania dwulicowości, małomiasteczkowej poprawności, nietolerancji, bezinteresownej zawiści, podłości i zakompleksionej przeciętności. I zawsze całym sercem staję po stronie tych zaszczutych, a wciąż mających odwagę manifestowania swojej odmienności. Myślę sobie wtedy, telepatycznie dodając odwagi bohaterom, że naprawdę nie zawsze większość ma rację i właśnie taka forma nonkonformizmu zasługuje w moich oczach na najwyższy szacunek. A jedną z moich absolutnie ukochanych piosenek jest "My way" Franka Sinatry, a może jeszcze bardziej polska wersja w tłumaczeniu Andrzeja Ozgi i wykonaniu Michała Bajora. :)

Rodzice Ludovica nie bardzo dają sobie radę z tym, co ich spotyka. Najpierw bagatelizują upodobania syna w nadziei, że to tylko dziecięcy wybryk, z którego się wyrasta, potem próbują na siłę go wyleczyć, prowadzając do psychologa, wreszcie zakazują wprost przebieranek, a ojciec postanawia spędzać z Ludovicem więcej czasu, oczekując, że męskie towarzystwo i męskie rozrywki wybiją mu z głowy głupoty. Okazuje się jednak, że Ludovic wpływa też na własnych rodziców, którzy - skonfrontowani z ludzką niechęcią i agresją - właśnie dzięki tym ekstremalnym doświadczeniom odnajdują w sobie odwagę i wolność bycia sobą, przestają zwracać tak baczną uwagę na to "co ludzie powiedzą".

Jakiś czas temu dyskutowałam na forum FW na temat "C.R.A.Z.Y", nazywając film przesłodzonym i przeestetyzowanym, na co usłyszałam kontrargument, że to taka konwencja i "Różowe lata" są pod tym względem podobne. Otóż moim zdaniem nie. "Różowe lata", poza bajkowymi odrealnionymi wstawkami, są filmem całkiem realistycznym i jak najbardziej pozbawionym lukrowanej otoczki. Gdzież tam "Różowym latom" do wymuskanego i gładziutkiego "C.R.A.Z.Y"!

A film skłonił mnie też do przemyśleń na temat płci kulturowej. Bo oczywiście fakt bycia dziewczynką lub chłopcem podkreślany jest przez całą masę atrybutów zewnętrznych: ubiór, fryzurę, rodzaj zabawek i zabaw, styl zachowania, nawet upodobania estetyczne. Nawet filmy, kładące nacisk na tolerancję i podejmujące wątek tożsamości seksualnej, mocno akcentują ten rozdział i odrębność. Skoro chłopiec chce być dziewczynką, to się maluje, ubiera w sukienki, nie chce grać w piłkę nożną, marzy o romantycznym ślubie etc. Dziewczynka o psychice chłopca ścina na krótko włosy, strzela z procy, chętnie wdaje się w bójki itd. Zastanawiające, że jak spojrzeć na dziewczynki i chłopców to wcale nie wygląda to tak dwutorowo. A jeśli nawet przyjąć, że rzeczywiście ogólny obraz jest właśnie taki, to trzeba spytać czy faktycznie, jak sądzi większość ludzi, wypływa to z jakichś naturalnych, biologicznie zdeterminowanych skłonności. Czy nie jest tak, że dziewczynki w pewnym momencie zauważają swoją przynależność do jednej z płci i dostrzegając pewne tendencje, automatycznie się dostosowują.

O tym, że męskość i kobiecość rozumiana jako pewien wzorzec zachowań to konstrukty bardziej kulturowe i społeczne niż biologiczne świadczy odmienność tych wzorców w różnych kulturach, a także ich płynność na przestrzeni wieków. Jaka na przykład twarda biologiczna cecha stoi za ubieraniem dziewczynek w sukienki, a chłopców w spodnie? Konia z rzędem temu, kto ją odkryje i udowodni. :) Pomijając już kwestię kiltów w Szkocji, spódnica czy sukienka nie jest w obecnych czasach żadnym specjalnie pożądanym atrybutem kobiecości. Większość kobiet, szczególnie zimą, chodzi w spodniach, zwracałam na to swojego czasu baczną uwagę. Długość włosów? Nie żartujmy! W historii znajdziemy dziesiątki przykładów na to, że męskość wiązała się właśnie z długimi włosami, a koronnym przykładem jest choćby zaklęta w długich włosach siła Samsona. Makijaż stosowali i starożytni Egipcjanie i Hindusi, a nieco później upudrowani i uróżowani europejscy arystokraci w perukach. Zabawki? Nie pamiętam, żebym miała jakieś szczególne upodobanie do lalek. Owszem, bawiłam się nimi właśnie dlatego, że tak bawiły się moje koleżanki, ale zawsze miałam poczucie, że to jednak jakieś takie nudne. Wolałam ganiać po drzewach i bawić się w Załogę G. A zainteresowanie lalkami tłumaczone jest niby instynktem macierzyńskim kobiet. No dobrze, ale czy ten instynkt odzywa się już u małych dziewczynek? Nie nazbyt to ryzykowna teza? Bardziej wiarygodne jest wyjaśnienie, że dziewczynki wtłoczone zostają przez samonapędzające się koło społecznych oczekiwań w schemat bycia matkami niemalże już od kołyski i... cóż, dostosowują się do tego schematu, tak jak ja się dostosowałam do pewnego stopnia. A prawda jest taka, że zgodnie z najnowszymi odkryciami, żaden instynkt macierzyński nie istnieje. Bezdzietne kobiety i bezdzietni mężczyźni mają do dzieci mniej więcej podobny stosunek, a ten stosunek zmienia się na bardziej pozytywny, gdy zostają matkami i ojcami. Czyli to fakt posiadania dziecka sprawia, że zmienia się optyka patrzenia na dzieci, a nie sam fakt bycia mężczyzną lub kobietą. Co do kobiecej agresji... Hmm, lałyśmy się z koleżankami równo, póki nam nie uświadomiono, że dziewczynki jednak tego nie robią. Ale do tej pory mam czasem ochotę komuś przyłożyć i żałuję, że nie jestem facetem, bo bym wtedy była rozgrzeszona. ;) Piłkę też kopałam w ogromnym podnieceniu (to był Mundial'82), póki nie usłyszałam, że dziewczynki nie grają w piłkę nożną. Od tamtej pory, zawstydzona i skonsternowana, piłki nogą nie dotknęłam... I tak właśnie wygląda ten rzekomo spolaryzowany biologicznie świat płci.

21:24, aniaposz , Psyche
Link Dodaj komentarz »
Pochwała obojętności

Obojętność daje siłę. Pozwala na dystans, na swobodę i nonszalancję. Na luksus bycia ponad i nieprzejmowania się. To nie odmienność płci generuje problemy i wydobywa różnice, lecz fakt zaangażowania w związek / uczucie. Jeśli tylko ktoś przestaje nam być obojętny, całkowicie zmienia się optyka, perspektywa. Wszystko się komplikuje, prostym słowom nadajemy złożone odcienie znaczeniowe, na dziesiątki sposobów interpretujemy niewinne zachowanie, czytamy między wierszami, doszukujemy się podtekstów. Czyjś uśmiech albo spojrzenie oglądamy uważnie pod światło i rozbieramy na czynniki pierwsze. Nagle okazujemy się niezwykle podatni na zranienie. Po angielsku jest na to jedno trafne słowo - "vulnerable". Byle co może wytrącić nas z równowagi. I to wcale nie jest kwestia niezrozumienia między płciami; ludzie przestają się rozumieć, kiedy się w sobie zakochują. :) Może to i kontrowersyjna teza, ale coś w tym chyba jest. Owszem, w większości przypadków miłość łączy mężczyznę i kobietę, ale to uwikłanie w związek jest kluczową sprawą, a nie odmienna płeć. Kiedy nam na kimś zależy, mamy wyostrzoną percepcję. Zresztą to może dotyczyć też przyjaźni. Ostatnio byłam zazdrosna o... koleżankę, którą bardzo lubię, a ona umawiała się na firmową imprezę z inną. Wrr... :) 

Często jest tak, że kobiety dogadują się świetnie z mężczyznami, póki łączy ich koleżeństwo. Jeśli nagle ktoś zacznie nas interesować z innego względu, cała swoboda pryska, wszystko zaczyna się gmatwać. Ale wystarczy, że się wyleczymy i znów życie jest takie proste, znów możemy sobie żartować, sięgać po aluzje bez zobowiązań, po "szpile" bez drżenia serca.

20:56, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (3) »
środa, 22 sierpnia 2007
Obiecanki-cacanki

Niedawno rozmawiałam z siostrzeńcem Artura. Chłopak ma 10 lat. Owszem, nie jest jakoś szczególnie skory do nauki czy pomocy w domu, ale chyba nie odbiega też specjalnie w tym zakresie od rówieśników. Taki typowy dzieciak, wchodzący za chwilę w okres -nastu lat. Agnieszka skarżyła mi się, że chłopak sprawia kłopoty i od dłuższego czasu nie może sobie z nim dać rady, że Maciek nie chce się uczyć, buntuje się, ciężko się z nim dogadać. Skoro tak mówi, to pewnie ma powody. Ale przy jakiejś okazji podpytałam też Maćka. To, że do matki ma żal o różne sprawy, to w końcu nie nowość, ale - co ważniejsze - ten żal jest często uzasadniony. Maciek mówił mi na przykład, że bardzo go irytuje jak mama coś obieca i nie spełnia swojej prośby, tylko stawia kolejne warunki, np. "Odrób lekcje, to będziesz mógł pograć na komputerze". Maciek odrabia i - zgodnie z danym słowem - oczekuje spełnienia obietnicy. Tymczasem matka wykorzystuje dogodną sytuację i mówi: "Wiesz co, jak już odrobiłeś i tak dobrze ci idzie, to jeszcze sprzątnij swój pokój". Każdy by się wkurzył, nie? ;) To są zachowania absolutnie niedopuszczalne, podkopują wiarę w ludzi, w moc słowa, w sensowność umów, uczą krętactw i wykorzystywania okazji, nie mówiąc już o zwykłym dojmującym poczuciu zawodu i bycia przez najbliższych ignorowanym. To zresztą rodzi też skutki natury behawioralnej - jednym słowem matka strzela sobie samobója, bo dzieciak po prostu po iluś tam razach (a dzieje się to szybciej, niż można przypuszczać) przestanie jej wierzyć i nie będzie robił już nic! Jasne, że fajnie byłoby mieć dziecko-aniołka, które samo rozumie potrzebę nauki, dba o własny pokój, pomaga rodzeństwu, zajmuje się w jakiejś części domem itp. Ale, umówmy się, takie dzieci to rzadkość, a zresztą, żeby takie dziecko mieć, trzeba je przyzwyczajać do obowiązków niemal od kołyski. Ilu rodziców ma czas i chęć na taką konsekwencję i determinację? To już prędzej matka sama sprzątnie te zabawki za malucha raz dwa! No, ale nie ma rady - kiedyś wreszcie trzeba zacząć wychowywać, a zacząć można od niepopełniania takich właśnie rażących błędów jak niedotrzymywanie danego słowa. Skoro już dziecko jest jakie jest i pewne rzeczy trzeba z nim negocjować, to warto to robić z głową, zamiast dalej psuć relacje.

08:04, aniaposz , Psyche
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 sierpnia 2007
Rodzic, czyli spec od wychowania

Nie ma w Polsce w najbliższej przyszłości widoków na racjonalne, zgodne z najnowszymi odkryciami psychologii i pedagogiki wychowywanie dzieci. Nie ma, bo skoro ludzie młodzi, przed trzydziestką i tuż po, którzy dopiero co dochowali się swoich pociech, nie mogą zrezygnować ze "starego dobrego" klapsa, to długo nic się nie zmieni. I na nic wszelkie supernianie. Program w TVN postrzegany jest jako wyreżyserowany ciąg scenek, kolejny klon wszelkich innych "szołów". Nie pomaga tłumaczenie, że przecież reakcje dzieci są autentyczne, bo trudno wyreżyserować płacz czy histerię trzylatka. Nie pomaga cierpliwe wyjaśnianie, że to wprawdzie format podlegający może irytującym czasem regułom, ale już większość stosowanych przez nianię sposobów to sensowne i wyprowadzone z badań naukowych wskazówki (choćby zawsze niezawodne warunkowanie instrumentalne). Nieakceptowalny przez współczesnych rodziców okazuje się też zakaz bicia dzieci. Jakie bicie w ogóle? Nikt nie mówi o laniu pasem, ale przecież klaps to nie bicie! Sam dostawałem od rodziców i co, wyrosłem na drania? Będę wychowywał moje dziecko tak, jak mnie wychowali moi rodzice! No i dyskutuj z takim! Tłumacz cierpliwie, że - owszem, chodzi też o pewną godność należną także dziecku, że - też, gdy ty dajesz klapsa, dziecko szybko się uczy, że widocznie to normalna i właściwia metoda "rozmowy", ale przede wszystkim klaps to wyraz bezradności i nieefektywności wychowawczej rodziców, że tak naprawdę poza chwilową przykrością i złością ze strony dziecka, kompletnie nic nie daje. Że, jeśli dochodzi do tego aktu desperacji ze strony rodzica, to znaczy, że trzeba usiąść i zastanowić się poważnie nad długofalową metodą wychowawczą, bo widocznie coś jest bardzo nie tak. Dodatkowo, po klapsie często przychodzi poczucie winy, dziecko płacze, histeryzuje, rodzicowi, który chwilowe napięcie już rozładował, "serce się kraje", dziecko zostaje zagarnięte, przytulone i wycałowane, a "na osłodę" dostaje czasem jeszcze nową zabawkę albo lizaka. Oto wyjątkowo jasny sygnał, że dziecko źle postąpiło i musi ponieść karę! Zresztą wystarczy popatrzeć na rodziny, które po pomoc superniani się zgłaszają - to są w większości normalne polskie rodziny, które od klapsów nie stronią, dzieci powinny więc być chodzącymi aniołkami, tymczasem sprawiają ogromne problemy. Z tego, co pamiętam niania kładzie nacisk na jedną, genialnie prostą rzecz: konsekwencję. Bez tego wychowania nie ma. A jak jest konsekwencja, klapsy okazują się niepotrzebne. Tylko że do tego trzeba odrobinę mniej zadufania w swoje własne metody i najwyższe wychowawcze kompetencje, które najwyraźniej zdaniem wielu zyskuje się automatycznie w momencie zostania rodzicem.

14:36, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 kwietnia 2007
"Psychopaci są wśród nas", Robert D. Hare

 

Myślę, że to co ludzi fascynuje w psychopatach (a przynajmniej mnie fascynowało podczas lektury) to ich całkowita odmienność psychiczna od reszty, złowieszcza aura obcości i braku wspólnej płaszczyzny porozumienia. Przyzwyczailiśmy się wprawdzie do tego, że ludzi są różni, że pewne osoby są do nas bardziej podobne, inne mniej, niektórych lubimy, innych niekoniecznie, ale w przypadku psychopatów jest to jakiś rodzaj bariery nie do sforsowania, nawet nie do pojęcia. To jakby zetknąć się z czymś nie z tej ziemi, nieludzkim. Podobieństwo wynikające z przynależności do tego samego gatunku jest całkowicie unieważnianie przez różnice w funkcjonowaniu i postrzeganiu rzeczywistości. Taki człowiek wydaje się zupełnie niewrażliwy na jakiekolwiek wypracowane w toku socjalizacji zabiegi i schematy postępowania, nie da się do niego w żaden sposób trafić.

Zrobiłam sobie w pamięci szybki przegląd osób, z którymi się w ciągu życia zetknęłam; przecież niewykluczone, że spotkałam kiedyś psychopatę lub psychopatkę. Pewności mieć nigdy nie można i etykietki bez gruntownej analizy przyczepiać nie należy, ale wydaje mi się, że cechy osobowości psychopatycznej mogła przejawiać moja koleżanka z pracy, wówczas asystentka prezesa, osoba niesłychanie płytka, powierzchowna, narcystyczna (przy jednoczesnych bardzo marnych kompetencjach, co nigdy nie zostało wykryte przez osoby wyżej postawione), traktująca ludzi, zwłaszcza podległe jej recepcjonistki przedmiotowo i ogólnie antypatyczna przy bliższym poznaniu. Oczywiście nie musiała być psychopatką; nie wszystkie osoby apodyktyczne, zapatrzone w siebie, narcystyczne i wykazujące chorobliwe ambicje są przecież psychopatami. Brakowało jej zresztą niektórych opisanych przez Hare cech składających się na syndrom, np. wysokiej impulsywności (choć nie było trudno wyprowadzić ją z równowagi, a wyżywała się najczęściej na dziewczynach z recepcji). Niemniej była chyba najbliższa spośród znajomych mi osób nakreślonemu przez Hare portretowi rasowego psychopaty.

Książka jest ciekawa, wnikliwie analizuje problem psychopatii, a przede wszystkim zwraca na niego uwagę, a jakoś – jak wspomina Hare – mimo, że tak niebezpieczni są psychopaci, przeciętny człowiek słyszy o nich raczej tylko przy okazji podawanych od czasu do czasu w atmosferze sensacji wiadomości na temat bezwzględnych morderstw. Tymczasem psychopaci, popełniający najcięższe przestępstwa to tylko niewielka część ogólnej ich liczby. „Psychopaci są wśród nas” to lektura solidna, ale tylko rozbudziła moją ciekawość. Hare wspomina np. o opracowanym przez siebie narzędziu do diagnozowania psychopatii – Skali Obserwacyjnej Skłonności Psychopatycznych. Aż przebieram nogami z ciekawości. ;) Strasznie chciałabym się tej skali przyjrzeć, porozmawiać o metodologii jej tworzenia, spytać o stopień rzetelności i trafności, wartość dyskryminacyjną poszczególnych itemów. Trzeba było, cholera, iść na te doktoranckie, zamiast teraz tęsknić do akademickich dysput! ;)

Robert D. Hare, "Psychopaci są wśród nas", wyd. Znak, 2006

08:18, aniaposz , Psyche
Link Komentarze (3) »