Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
sobota, 13 marca 2010
Święty kot

Był sobie dawno temu pewien klasztor, gdzie kapłani mieszkali samotnie z dala od świata, by zażywać spokoju i kontemplować Księgę. Całe dnie spędzali na rozmowach z Bogiem. Pewnego wieczoru młody Duzzah odczuł nowe wrażenia podczas głębokiej modlitwy. Było to coś ciepłego i... futrzanego. Spojrzał w dół i zobaczył kota, który leżał na jego skrzyżowanych nogach. Kot przekręcił się i potarł głową o kolano Duzzaha, głośno mrucząc. Kapłan delikatnie odsunął zwierzę i powrócił do modlitwy. Niezrażony kot podszedł wtedy do następnego modlącego się.

Bez względu na to, jak wiele drzwi i okien zamknęli kapłani, kot zawsze znalazł sposób, aby wejść do sali modlitewnej. Po miesiącu tych zuchwałości Duzzahowie mieli już dość. Chcieli pozbyć się zwierzęcia, lecz głęboka wiara zabraniała im krzywdzić je w jakikolwiek sposób lub wyganiać z klasztoru na dzikie pustkowie. Nałożyli więc kotu pięknie haftowaną obrożę i przywiązali go długą smyczą do kolumny w świątyni. Dali mu jedwabną poduszkę i każdego dnia karmili go, głaskali i bawili się z nim. Kot był bardzo zadowolony z nowego układu.

Kilka lat później stary mistrz świątyni zmarł. Na jego miejsce został mianowany Duzzah z innego klasztoru i życie dalej toczyło się spokojnym rytmem. Nowy mistrz zauważył, że czarny kot był zawsze przywiązany do północnej kolumny świątyni, otoczony wybornymi ofiarami i siedział na ozdobnie haftowanej poduszce. Nie chcąc wyglądać na ignoranta, nie pytał o powód jego obecności, przypuszczając, że jest to tradycja klasztoru.

Kiedy kot umarł, Duzzah nakazał więc znaleźć na jego miejsce innego czarnego kota i umieścić go z pełnymi honorami na miejscu poprzednika. Po pewnym czasie wymarli kapłani, którzy wiedzieli, dlaczego pierwszy kot był przywiązany do kolumny. Następne pokolenie mnichów nie znało przyczyny tego szczególnego traktowania. Jednakże tradycja wiązania kota żyła nadal i za każdym razem, gdy poprzednie zwierzę zdychało, kupowano nowe.

Po stu latach pierwszą obrożę zaczęto czcić jako relikt. Po dwustu latach mędrcy napisali wiele książek z komentarzami na temat duchowego znaczenia wiązania czarnego kota do północnej kolumny. Po trzystu latach powstały legendy o cudownych uzdrowieniach za sprawą świętego kota. Do klasztoru przybywali pielgrzymi, by kupować ozdoby z wizerunkiem zwierzęcia. Gdy po czterystu latach ktoś napisał, że zwierzę wcale nie jest święte, a źródło całej tradycji mogło być prozaiczne, wyklęto go i pobito, a cały nakład bluźnierczej księgi spalono.

Krzysztof Piskorski, "Wygnaniec", Runa, 2005


...czyli inna wersja niebiańskiego czajniczka Bertranda Russella. Iluzje, którym nader łatwo ulec, o czym świadczy np. stwierdzenie, że prawdopodobieństwo istnienia Allaha jest wyższe niż prawdopodobieństwo istnienia Zeusa. Tymczasem zarówno na istnienie Allaha (Boga monoteistycznego), jak i na istnienie Zeusa - dowodów naukowych jak na razie brak. Mówienie w tym kontekście o większym lub mniejszym prawdopodobieństwie istnienia jednego lub drugiego brzmi kuriozalnie. Oczywiście sprawa ma się z gruntu inaczej, gdy zapytamy o to muzułmanina, który głęboko wierzy w Boga Jedynego, co sprawia, że istnienie tego Boga jest w jego pojęciu nie tyle nawet bardzo prawdopodobne, co po prostu oczywiste i konieczne. Ale to się ma nijak do matematycznego sensu terminu prawdopodobieństwo. To tak jakby powiedzieć, że istnienie Świętego Mikołaja jest bardziej prawdopodobne niż Dziadka Mroza tylko dlatego, że Święty Mikołaj jest bliższy naszemu kręgowi kulturowemu i jako dzieci w niego wierzymy.
poniedziałek, 08 marca 2010
Pejzaże, portrety...

W dniu wyjazdu, jak na złość, krajobraz iście bajkowy - drogi pokryte świeżo spadłym śniegiem, skrzącym się w porannym słońcu i przyjemnie trzeszczącym pod butami w kilkustopniowym mrozie. Przez cały tydzień nie było tak pięknie. Żal wyjeżdżać. Cóż takiego jest w tych pożegnaniach, wyjazdach, że tak często przykro się je odczuwa, nawet jeśli sam pobyt nie był jakiś wyjątkowy? Dlaczego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że teraz dopiero byłoby wspaniale? Że dopiero teraz cudownie byłoby znaleźć się na stoku, jeść oscypki z grilla i pić grzane wino. Tak jakby te sześć dni, w ciągu których wszystkie te rzeczy robiłam, nie miały miejsca albo nie miały znaczenia. Ach, ta druga strona płotu, po której trawa jest zawsze bardziej zielona... Albo raczej - śnieg bielszy...

Ale z czasem i tak zostaną z tego wyjazdu same dobre wspomnienia. Na przykład czytanie Harry'ego Pottera w łóżku w świetle lampki, jeszcze przed zejściem na śniadanie, przy porannej herbacie z cytryną, kiedy cały pensjonat wciąż pogrążony był w ciszy. Lubię takie skradzione światu chwile. Nieplanowane, niespodziewane momenty intymności i błogiego spokoju...

A jednak koniecznie trzeba coś zmienić. Zaoszczędzić i wyjechać w przyszłym roku gdzieś indziej, może do Włoch, do Austrii, bo ta powtarzalność zaczyna być trudna do zniesienia. Najbliżsi znajomi też z każdym rokiem coraz dalsi. Teraz już ledwie przypominali siebie sprzed paru lat - ona łaknąca od wszystkich dookoła zachwytów nad swoją córką, on w ogóle prawie nieobecny, całkiem już podtatusiały, wiecznie przesiadujący w pokoju, zajęty dzieckiem, chociaż mam wrażenie, że trochę na pokaz. Ma 35 lat, a jakby był o 20 lat starszy...

Po powrocie, wbrew oczekiwaniom, brak mi energii. Liczyłam na naładowanie akumulatorów, a czuję się, jakbym goniła resztkami na wyczerpanych bateriach. Może przez przeziębienie, które mnie dopadło w samym środku wyjazdu i które przywiozłam do Warszawy? Chciałabym, żeby to było tylko to. Ale jest jeszcze szczera rozmowa, którą przeprowadziliśmy z A. W sumie - oczyszczająca, pozytywna. Ale czy na dłuższą metę coś rozwiązująca? Konkluzywna w jakikolwiek sposób? Jeśli ktoś zyskał na niej, to (znów) ja. Bo wiem, że jestem kochana mimo wszystko i że wszelkie wątpliwości są wątpliwościami rozumu, a nie serca. Umacnia mnie to w poczuciu bezpieczeństwa, łechce próżność, z drugiej strony wywołując wyrzuty sumienia. I ta wieczna niepewność co do przyszłości. Liczyć na przełom, na nagłe olśnienie? Bez szans. Posłuchać głosu rozsądku, a potem ryczeć po kątach przez kolejne lata, bo w desperacji zdecydowałam się na radykalną zmianę? A jeśli to tylko myśl o zmianie jest tak przerażająca, a sama zmiana okaże się wybawieniem, wyrwaniem z wieloletniego marazmu (co zdarzało się już wcześniej, na mniejszą skalę)? Skąd mam to wiedzieć? W moim przypadku prosta odpowiedź na proste z pozoru pytanie czego naprawdę chcesz, nie istnieje...


piątek, 12 lutego 2010
Getting by

Śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu. Dawno już nie było takiej zimy. Mróz, jeśli jest, to całkiem reasonable, a ten biały świeży puch zdecydowanie dodaje światu uroku, więc ta zima w mieście zrobiła się zupełnie znośna. Ba! nawet zachęcająca do spacerów czy choćby wyjścia z domu. Na podwórku ogromne czapy uprzątniętego z chodników śniegu. Takie usypiska na poboczach pamiętam z dzieciństwa - dorównywały mi albo mnie przewyższały. Ale wtedy byłam sporo niższa... Wymyślam sobie sprawy do załatwienia, żeby móc się przejść - przed chwilą wróciłam z biblioteki, przytargawszy Kroki w nieznane - tom 2, To piekielne kino Kuczoka, Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej Kopra i... Moją autobiografię Chaplina!

Chyba pierwszy raz odkąd nauczyłam się jeździć na nartach, robię sobie przed wyjazdem porządny trening. Dwa tygodnie temu zmusiłam się wreszcie do założenia łyżew. I, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, wcale nie było najgorzej. Że z początku bolały nieprzyzwyczajone nogi, to oczywiste, ale z techniką naprawdę nieźle sobie radziłam. Poza tym codziennie 40-50 minut ćwiczeń w domu. I samopoczucie lepsze, i efekty widać. Chociaż ściągnąć się za uszy każdego wieczoru z wygodnej kanapy  wcale nie jest łatwo.

Zawodowo - udowadniam sobie, że mogę przestawić się na coś zupełnie innego niż robiłam dotychczas i że to może dawać sporą satysfakcję. Korepetycje z niemieckiego udzielane średnio uzdolnionemu językowo gimnazjaliście, który na początku semestru miał w głowie kompletny mętlik, a na półrocze otarł się o czwórkę. I, zupełnie niespodziewanie, propozycja udzielania regularnych lekcji angielskiego zmotywowanemu trzydziestolatkowi (praktycznie rzecz biorąc od podstaw, bo to false beginner). Szczególnie to drugie traktuję bardzo serio i - jeśli mojemu uczniowi nie zabraknie zapału - chciałabym osiągnąć z nim poziom co najmniej intermediate, a może i upper-intermediate. Przejrzałam kilkanaście podręczników, przeczytałam kilkadziesiąt opinii na ich temat, wreszcie wybrałam New English File: Elementary. A teraz zabieram się do lektur na temat metodyki nauczania języków obcych.

Właściwie dlaczego by nie związać mojego życia zawodowego z językami, skoro tak lubię się ich uczyć? Jeśli poświęcę najbliższe miesiące na regularne i solidne przygotowania do CAE, to egzamin będę mogła zdawać w sesji jesiennej (po prawdzie mogłabym zdawać z marszu już teraz - w próbnym teście rozwiązanym w sieci zostałam oceniona na B, a oceną zaliczającą jest nawet C. No ale mnie interesuje tylko A, bo tylko A zaspokoi moją chorą językową ambicję). A potem... Potem może tłumaczenia? Choćby list dialogowych do filmów. Bo to, co czasem czytam/słyszę nasuwa wątpliwości czy tłumacze mają choćby FCE... Przykład pierwszy z brzegu - Avatar. We have a situation here, mówi dyżurny przy monitorze, sygnalizując, że widzi coś niepokojącego na obrazie z kamery. Mamy tu pewną sytuację, czytam na dole ekranu rezultat indolencji profesjonalisty.

Sporego zastrzyku wiary w siebie dostarczyła mi ostatnio ocena mojego tłumaczenia na angielski różnych papierów zawodowych (referencji, CV, opinii). Wróciły sprawdzone przez bystre oko native speakera, w dodatku dziennikarza, prawie niezmienione, a minor corrections dotyczyły ledwie interpunkcji i jednego opuszczonego the. A ja, oddając te papiery mamie, wciąż byłam niezadowolona, wciąż bym coś poprawiała, ulepszała, zmieniała. I ciągle szukałabym w tym moim tłumaczeniu dziury w całym. Gdyby nie ten przeklęty perfekcjonizm, ten wieczny brak wiary we własne możliwości, mogłabym być teraz w zupełnie innym punkcie życiowym...
czwartek, 28 stycznia 2010
Szczera nieszczerość

Poniedziałek - ja, wtorek - ja, środa - ja, czwartek - ja. Piątek. Piszę ten dziennik z niechęcią. Jego nieszczera szczerość męczy mnie. Dla kogo piszę? Jeśli dla siebie, dlaczego to idzie do druku? A jeśli dla czytelnika, dlaczego udaję, że rozmawiam ze sobą? Mówisz do siebie tak, żeby cię inni słyszeli?


Witold Gombrowicz "Dziennik"

Kwintesencja blogów. Przynajmniej niektórych. Na pewno mojego. W założeniu miał być przestrzenią, w której zapisuję to, co mi akurat przyjdzie do głowy i co uznam za warte zapisania. Miała to być raczej rozmowa z samą sobą niż chęć publicznego zaistnienia. Kiedyś pisałam pamiętnik; blog miał stać się pewnego rodzaju substytutem. Kiedy przestał pełnić jedynie tę funkcję? Wraz z pierwszym komentarzem? Wraz ze świadomością, że czyta go więcej osób? Kiedy zaczęłam na bieżąco kontrolować zamieszczane treści, z rozmysłem wprowadzając autocenzurę? I czy to naprawdę mi odpowiada? To rodzaj oszustwa. I oszukuję non-stop - czasem siebie, czasem potencjalnych czytelników. Z drugiej strony - czy w ogóle da się zrezygnować z autokreacji? Zawsze jest się kimś na potrzeby danej chwili. Wiecznie miotam się między pragnieniem intymności i zamknięcia w sobie a byciem z innymi i dla innych. A to zamykanie się w sobie to rzeczywista potrzeba czy raczej racjonalizacja? Nieszczera szczerość tego mojego pisania... Albo może jeszcze dosadniej - szczera nieszczerość...

Ale kiedy pod wpływem nagłego impulsu otwieram nową notkę, żeby się przed samą sobą porządnie wyżalić, odkryć emocjonalnie i być uczciwą do cna, zwykle rezygnuję i nie piszę nic. I wcale nie dlatego, że powstrzymuje mnie świadomość ogólnej dostępności bloga. Po prostu nie mam chęci ani siły. Nie chce mi się mozolnie ubierać w słowa tego, co czuję. Może to też forma obrony. Łatwiej jest mi zasłaniać się banałami i uprawiać chit-chat. Zajmuje to czas, myśli, a bywa, że kogoś zainteresuje. Same plusy. Autopsychoanaliza jest zbyt kosztowna.
piątek, 22 stycznia 2010
Przy południowej herbatce
Od rana cudny zimowy wyż. Czyste niebo, słońce odbijające się w drobinach śniegu. Trzaskający mróz mogę ignorować... dopóki nie otwieram okna, a ostre powietrze nie wciska mi się nagle w płuca, zatrzymując na chwilę oddech. Nieprzyjazna ta zima w bezpośrednim kontakcie... Próbuję wyprzeć ze świadomości obrazy marznących, głodnych kotów, których nigdy nie spotkam i którym nigdy nie pomogę. Mam dziś dobry nastrój, usilnie staram się więc korzystać z dobrodziejstw mechanizmów obronnych. Tymczasem przysuwam stołek do kaloryfera i przykrywam go miękką poduszką - Nesca uwielbia układać się tu na pośniadaniową drzemkę. Przedtem siedzi czasem na parapecie i przygląda się światu zza szyby, później myje się długo i dokładnie, a wreszcie zapada w mocny, bezpieczny sen, z łapkami opartymi o żeberka kaloryfera. Ramzes zwinięty w kłębek na kanapie w drugim pokoju. Przed chwilą wycałowany przeze mnie w nagłym przypływie poczucia szczęścia, że tamtej niedzieli przypadkiem wyszłam do sklepu i trafiłam na płaczącego na drzewie kociaka. I że zdecydowałam się wziąć go do domu. Mimo ogromnych wątpliwości i fochów Neski. Moje życie bez Ramzesa? No way.



Na przełomie lutego i marca - narty. W tym roku jakoś bardziej mi się chce i mam niejasne wrażenie, że bez względu na zachowanie znajomych, sprawi mi ten wyjazd radość. Już myślę nad lekturami, które najlepiej komponować się będą z zimowym górskim klimatem (znów Auster? a może jakaś saga fantasy?), już wyobrażam sobie siebie wieczorem w świetlicy, jedzącą pyszne sałatki i popijającą zimne piwo. Zasłużony odpoczynek po narciarskich całodziennych szaleństwach i zbieranie sił na kolejny dzień. Właśnie. Trzeba wreszcie się zebrać i poćwiczyć porządnie, żeby wzmocnić mięśnie nóg i nie wyzionąć ducha przy pierwszym zjeździe.

Opornie idą mi Piramidy; jestem dopiero na 100. stronie. Strasznie trudno było mi się wciągnąć w fabułę: postać Teppica nie wydała mi się szczególnie interesująca, nużył mnie ciągnący się w nieskończoność egzamin i drażniły wplecione retrospekcje z czasów nauki w Gildii Skrytobójców. Miary dopełniał szarpany styl Pratchetta, urywane zdania i niedopowiedzenia, które w połączeniu z niezajmującą mnie fabułą męczyły podwójnie. Na szczęście teraz, kiedy akcja przeniosła się wreszcie do Djelibejbi i rozpoczęła się budowa piramidy - jest znacznie lepiej.

Kac Vegas. Filmowa niespodzianka. W ogóle nie rozważałam sięgnięcia po ten tytuł. Sądziłam, że to coś w stylu American Pie czy innych tego typu żenująco nieśmiesznych produkcji. Tymczasem to jedna z niewielu współczesnych komedii, na których się śmiałam. Nie bardzo rozumiem zarzuty np. o prostacki humor. Jest wręcz przeciwnie. Novum polega tu m.in. na tym, że wiele rzeczy jedynie zasugerowano, pozostawiwszy wyobraźni widza. Upojną imprezę, a więc to, co zwykle w takich komediach jest mielone przez prawie cały seans w różnych wariantach, widzimy tylko w fotograficznych migawkach na końcu. Moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Ktoś gdzieś napisał, że z czego tu się śmiać, skoro wszystko, co najlepsze, mamy w pierwszych 20 minutach. Tygrys w łazience, kura w pokoju, dziecko w szafie. Jak kogoś śmieszą takie pomysły... to ok, ale dla mnie cały wic polega na tym, że odkrywamy wraz z bohaterami skąd, u licha, się to wszystko wzięło. Zabawne są sytuacje, które do tego doprowadziły, a nie efekt końcowy. Kac Vegas z pewnością  znajdzie się na mojej liście pozytywnych zaskoczeń roku 2010.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Make a change

I'm starting with the man in the mirror

I'm asking him to change his ways
And no message could have been any clearer
If you wanna make the world a better place
Take a look at yourself and then make a change

                               Michael Jackson, "Man In The Mirror"

Jakoś tak jaśniej mi ostatnio. Miewam wprawdzie dalej te swoje chwile melancholii, ale nawet one przybierają raczej formę łagodnego odrętwienia niż dotkliwego smutku. Nie wierzę w żadne znaki, przepowiednie, horoskopy itd., ale ten rok rzeczywiście zaczął się nieźle. I to zupełnie bez konkretnej przyczyny. Począwszy od przyjemnie spędzonych świąt u rodziny A. (i kto to mówi? Ja - dzik).

Część tego dobrego samopoczucia przypisuję paru rzeczom, które w zeszłym roku zrobiłam, całkiem niespodziewanie zresztą i z początkową niechęcią. Broniłam się jak mogłam przed zaangażowaniem w kocie sprawy, bo wiedziałam, że wszelkie niepowodzenia będę znosić bardzo źle; moja (nad)wrażliwość nie pozwala mi działać - tak myślałam. Tymczasem, choć rzeczywiście parę spraw mogłam załatwić szybciej czy lepiej (a może nie mogłam?), a przy kilku innych okazałam się bezsilna, to jednak summa summarum czuję ogromną satysfakcję. Każde uratowane kocie życie czy tego życia zwiększony komfort to poczucie, że coś ode mnie zależy, że mogę zmienić czyjś los tylko dzięki dobrej woli i odrobinie wysiłku.

Świata nie zmienisz
- to najgorsza postawa, jaką można przyjąć wobec otaczających nas nieszczęść. Zresztą takie przekonanie znika jak sen, gdy się człowiek wreszcie odważy zmieniać świat, mimo pozornego braku wpływu na bieg zdarzeń czy znikomości tego wpływu. I wcale nie trzeba się zaraz porywać z motyką na słońce. Naprawdę można (a nawet trzeba) zacząć od drobnostek, na miarę naszych aktualnych chęci i możliwości. Dla kotki z mojego bloku, którą wysterylizowałam, to ogromna różnica, że nie musi już rodzić co chwila i może troszczyć się wreszcie wyłącznie o siebie (co dla bezdomnego zwierzęcia nie jest przecież sprawą prostą). Dla czterech oswojonych kotów z działek, którym znalazłam fajne domy i nie muszą już marznąć na dworze, to też zmiana kolosalna. Jasne, że nie zmienię losu wszystkich kotów na świecie, ale zmieniłam los tych, które stanęły na mojej drodze. Już się nie boję działać. Nawet jeśli czasem boli, gdy jakiemuś kotu nie uda się pomóc lub gdy któryś nagle znika bez śladu...

Niesamowita jest ta zdolność człowieka do przekraczania własnych ograniczeń, gotowość do zmian mimo przekonania, że to niemożliwe i niewykonalne, ta rekonfiguracja pewnych postaw i struktur myślenia. Sporo nauczyłam się o sobie w ciągu zeszłego roku. Może antidotum na ból egzystencji jest skupienie się na pomocy innym istotom? Może sposobem na odzyskanie poczucia własnej wartości i sensu życia jest zerwanie z tym ogłupiającym egocentryzmem?

W kocim raju nie ma martwych myszy,
Zimnych piwnic i okrutnych dzieci,
Płaczu kociąt, których nikt nie słyszy,
Resztek jadła wrzuconych do śmieci.

W kocim raju nie mieszka się w brudzie,
Nikt nie bije i zły pies nie warczy,
W kocim raju są po prostu dobrzy ludzie,
I to kotom za niebo wystarczy.

                        Franciszek Klimek, "Koci raj"
sobota, 16 stycznia 2010
So quiet...

Who says I can't get stoned?
Turn off the lights and the telephone
Me and my house alone
Who says I can't get stoned?

Who says I can't be free?
From all of the things that I used to be
Re-write my history
Who says I can't be free?

               John Mayer, "Who says"

Za oknem uparcie biało. Nieustępliwie mroźno. Już od ponad dwóch tygodni. Lubię takie jasne zimowe przedpołudnia. Mogę wtedy bez wyrzutów sumienia zamknąć się w moim domu, skulić w sobie i poddać iluzji, że nie będę już więcej musiała stawiać życiu czoła, starać się ani wysilać, że nigdy nie przyjdzie wiosna z jej bezlitosnymi wymogami spacerów, spotkań, śmiechu i dobrego humoru. Że zapanuje wieczna zima. A z drugiej strony, patrząc na pokryte grubą warstwą zmrożonego śniegu ulice i trawniki, drżę o te wszystkie biedne kocie istnienia, skulone gdzieś z zimna przed zamkniętymi na głucho lub zakratowanymi z premedytacją piwnicznymi okienkami. U mnie na działce mają przynajmniej uchylone drzwi i mogą bez problemu wejść przez kratę do domku, a tam ogrzać się w wyściełanych poduszkami i kocami fotelach. I jedzenie mają w miskach. I moją uwagę. Chociaż tyle.

U Marka N. dziś lekko, łagodnie i wspomnieniowo. Bardzo odpowiednio do tej zimowej aury. Ewa Demarczyk, Bryan Adams,  Kate Bush, Ruby z Don't Take Your Love To Town, America i Horse With No Name. Żadnego ostrego rocka ani mocnych jazzowych rytmów. Muzyka brzmi jak wygenerowana wprost spod śnieżnego puchu. Idealnie zestrojona z tym cichym nieruchomym pejzażem.



Dziś chyba nie ruszę się z domu na krok. Po wczorajszej wizycie w bibliotece mam teraz obok siebie stosik lektur, którego napoczęcie odkładam z perwersyjną przyjemnością, bo nie zdecydowałam się jeszcze po którą książkę najpierw sięgnąć. Piramidy Pratchetta, Opowieści z Ziemiomorza Le Guin czy może ostatni tom Harry'ego Pottera? Po okresie czytania głównie publicystyki i eseistyki znów mam wielką ochotę zanurzyć się w całkiem zmyślony świat i dać porwać czystej rozrywce. Chociaż Heban Kapuścińskiego też czeka na swoją kolej.

A w ramach filmowych seansów i u mnie nostalgicznie. Ostatnio głównie przypominam sobie filmy oglądane po raz pierwszy kilka lub kilkanaście lat temu. I przy okazji odkrywam jak się zmieniłam. American Beauty, obraz, który w roku 1999 wbrew powszechnemu zachwytowi przyjęłam bardzo sceptycznie, teraz ukazał mi zupełnie nowe treści i wyzwolił nieobecne wcześniej emocje. Rewelacyjny Kevin Spacey, ale też dyskretny humor i bezlitośnie trafna diagnoza międzyludzkich relacji. Titanic, tak jak podejrzewałam, dalej nie wzrusza cokolwiek powierzchownym i w przyspieszonym tempie rozegranym romansem (chociaż Di Caprio wyczynia cuda, żeby go uwiarygodnić i do pewnego stopnia mu się udaje), ale za to cała sekwencja tragicznego końca Titanica - naprawdę godna nagród. No i poza tym ten seans znakomicie wpisuje się w moje ostatnie zainteresowanie i fascynację początkami XX wieku. Za to Przesłuchanie Bugajskiego rozczarowało po latach. Temat już tak nie szokuje, a wykonanie pełne jest klisz i zgranych chwytów. Plus sztuczna i nadmiernie czasem rozhisteryzowana Janda.

Dziś wieczorem zafunduję sobie powtórkę Pamięci absolutnej. Chociaż nie wiem czy powinnam, bo to ponoć męska rzecz, jak głosi tytuł cyklu w ramach którego TVP1 nadaje ten film... Hm.
wtorek, 29 grudnia 2009
O zaletach niewrażliwości

- Bywa pan szczęśliwy?

- Pochlebiam sobie, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Zadowolenie z życia bierze się z sumy przyjemności, jakich potrafimy doświadczyć, od tych najdosadniejszych, jak seks czy dobre jedzenie, do najsubtelniejszych, jak przeżywanie sztuki. Szczęście natomiast to poczucie spełnienia w życiu i niezmącona wiara w jego sens i celowość, jak również bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata. W moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Pochlebiam sobie, że nie wchodzi w rachubę.

(fragment wywiadu Doroty Wodeckiej z Eustachym Rylskim, zamieszczonego w którymś z lipcowych wydań Gazety Wyborczej)

Ze mną jest chyba podobnie. Z każdym rokiem zakres mojej słodkiej ignorancji coraz bardziej się zawęża. Oczywiście, wciąż jeszcze umiem odwrócić wzrok, udawać, że nie wiem albo z uporem starać się o czymś nie pamiętać, bo bez takich iluzji nie sposób byłoby normalnie żyć. Ale potrafię też dręczyć się pół nocy wyrzutami sumienia i katować wspomnieniami własnego lenistwa i egoizmu.

Przeraża mnie ludzka obojętność, chociaż wiem, że w znacznej części wynika ona z niewiedzy i wygodnictwa raczej niż ze złej woli. Czyli z tego wszystkiego od czego przecież i ja nie jestem wolna. Ale kiedy patrzę na siebie sprzed 10 lat i porównuję z sobą dzisiejszą to widzę wyraźnie, że mało mam wspólnego z tą beztroską, wierzącą w sprawiedliwy i dobry świat osobą, której największym zmartwieniem były cotygodniowe spotkania w pracy, gdzie występowała w roli tłumaczki. A przecież nie byłam na tyle naiwna, by nie zdawać sobie z pewnych rzeczy sprawy. Natomiast o wiele skuteczniej umiałam je od siebie odsuwać, wierząc, że jacyś drudzy wyręczą mnie w naprawianiu świata. Może starzenie się polega między innymi na tym, że traci się tę bezduszną odporność, to błogie poczucie wygodnego usadowienia w codzienności?

Z drugiej strony - wciąż to usilne pragnienie normalności, zadowolenia, o którym mówi Rylski. Takiego zwyczajnego, bez ciągłego przypominania sobie o tym, co zaniedbaliśmy, albo czego nie zdążyliśmy zrobić. Całe to desperackie sięganie po małe uciechy, które mają zagłuszyć coraz bardziej dojmujące poczucie upływającego czasu i własnej bezsilności wobec praw wszechświata. A więc jutrzejszy wypad do kina na głośny Avatar z A., jego szwagrem i dwoma siostrzeńcami, potem może łyżwy na Stegnach (po kilkuletniej przerwie, czyli łatwo nie będzie). W domu czekają dwie książki - Andrzej Bobkowski Z dziennika podróży i Krzysztof Rutkowski Paryskie pasaże - których czytane w bibliotece urywki zwiastują świetną lekturę. I dzięki temu jakoś udaje się żyć. Odwlekając przy tym ciągle i ciągle te najważniejsze decyzje... Ich niepodejmowanie to też zresztą jakaś decyzja. Nie wiem czy dobra. Szkoda, że nie można zajrzeć w przyszłość. Albo sprawdzić konsekwencji pewnych działań na jakichś symulatorach życia. Kilka alternatywnych rozwiązań i wyskakuje wynik. Dobry pomysł na opowiadanie sf. Chociaż pewnie już ktoś coś takiego napisał.

Wracając do Eustachego Rylskiego - cały wywiad jest jednym z najpiękniejszych, najmądrzejszych i najgłębszych tekstów, jakie zdarzyło mi się w życiu przeczytać.
czwartek, 17 grudnia 2009
Piesek/kotek pod choinkę

Nadchodzi czas prezentów, w tym, niestety, nietrafionych żywych prezentów, które w najlepszym razie skończą w i tak już przepełnionych schroniskach, a w najgorszym zostaną bezceremonialnie wyrzucone na mróz - tymi samymi rękami, które kilka dni wcześniej składały się do modlitwy przy wigilijnym stole... No cóż, ostatecznie w czasie świąt rozprawia się dużo tylko o miłości blizniego - o zwierzętach wspomina się raczej w kontekście ich walorów smakowych lub podczas rozważania kwestii gwiazdkowych podarunków. Zwierzęta ponoć mówią w noc wigilijną, ale ich skarg nikt nigdy nie słyszał.

Zwierzak w domu - świetna strona dla tych, którzy zwierzaka mają i dla tych, którzy chcieliby mieć, ale zanim się zdecydują, powinni wiedzieć, że to decyzja na całe życie, a nie chwilowy kaprys.




piątek, 18 września 2009
Umiarkowane szczęście

To moje umiarkowane szczęście ma dziś smak Heinekena, kolor czystego wrześniowego nieba, wabi obietnicą słonecznego weekendu, który spędzę najpewniej na działce, z książką, delektując się tym jedynym w swoim rodzaju wczesnojesiennym spokojem, kiedy wydaje się, że czas się zatrzymał, a nieporuszane najlżejszym powiewem wiatru liście nigdy nie pożółkną i nie opadną. Takie chwile po latach pamięta się najwyraźniej, mimo ich iluzoryczności i krótkotrwałości.

Podreperowałam ostatnio moje finanse dochodami ze sprzedaży paru książek na Allegro (książki kupowałam kiedyś niemal kompulsywnie, wydałam na nie fortunę, której część chciałabym teraz odzyskać) i wynagrodzeniem za kolejny cat-sitting, w dodatku aż jedenastodniowy (święta prawda, że praktyka czyni mistrza - za trzecim razem to już prawie rutyna, zero stresu). Generalnie coraz częściej myślę o podejmowaniu się jakichś dorywczych zajęć - może korepetycje, może ankiety. Z jednej strony oczywiście ze względu na pieniądze, które są mi przecież potrzebne, z drugiej (co przynajmniej równie ważne) chciałabym się sprawdzić w czymś zupełnie nowym, udowodnić samej sobie, że potrafię działać wbrew własnym dotychczasowym doświadczeniom, że yes, I can! W obliczu mojego chronicznego braku wiary w siebie może to być całkiem niezła terapia.

Sporego zastrzyku pozytywnej energii dostarczają mi też ostatnio lektury i filmy. W ogóle wiele najpiękniejszych wspomnień wiąże się u mnie właśnie z chwilami poświęcanymi na czytanie i oglądanie, z wrażeniami okołokulturalnymi. Mężczyźni i tzw. sprawy sercowe są jednak na dalszym miejscu (chyba nawet nie na drugim...). Michał Witkowski w swoim felietonie w "Polityce" okazał się idealnym wyrazicielem moich odczuć, pisząc: Bardziej od akcji poszczególnych książek pamiętam samą sytuację czytania i reakcje na tekst małego Michałka. Fizjologię lektury (co za genialne określenie!). Zimowy wieczór w łóżku, z landrynkami i herbatą, z perspektywą sprawdzianu z chemii dnia następnego. Czytanie w chorobie, czytanie z poczuciem wyrzutów sumienia, że się do tego sprawdzianu nie uczy (tak właśnie czytałam Zapomnianie bestie z Eldu Patricii McKillip zamiast uczyć się do kolokwium z konstruowania narzędzi diagnostycznych), uciekanie przed zimą w wakacyjny świat jezior, ostry zapach wodorostów. Głód wywołany opisem smażenia nad ogniskiem świeżo złowionego leszcza. Szukanie w kuchni czegokolwiek, co choć trochę przypominałoby świeżo złowioną rybę, i zadowalanie się kawałkiem chleba (mnie nieodmiennie nęci aromat czerwonego wina, którym raczą się co kilka stron bohaterowie fantasy, ewentualnie - zwłaszcza w mroźne zimowe wieczory -  cierpki smak grzanego piwa korzennego podawanego w przydrożnych oberżach  :)). Dopiski ołówkiem poczynione przez poprzednich czytelników, bo książka z biblioteki (Lubię. I sama bazgrzę na marginesach, choć to jednak zabronione). Fałszywy akord - brak dwóch kartek w miejscu dla akcji najważniejszym. Głośny dźwięk motorówki, zapach trawy, rozgrzanego igliwia, tajemnicza sceneria podejrzanych interesów w kawiarni Honoratka, tajemnicza autostopowiczka pozostawiająca po sobie w strasznym domu niedopałki papierosów Syrena.

Michał Witkowski wspomina wprawdzie dzieciństwo i książki Nienackiego, ale przecież fizjologia lektury dotyczy całości czytelniczego doświadczenia. W każdym razie w moim przypadku rzecz ma się dokładnie tak samo teraz, jak i wtedy, gdy w wieku 13-14 lat kochałam się w Boce, płakałam po Nemeczku, pisałam przepełnione uwielbieniem i egzaltacją wypracowania na temat Kamieni na szaniec, towarzyszyłam bohaterom Szwedów w Warszawie w ich niesamowitej wędrówce przez miejskie podziemia, drżąc z niecierpliwości na myśl o tym, co czai się za następnym zakrętem, odkrywałam wraz z Awaru tajemnice Atlantydy - wyspy ognia, wreszcie (a Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren to chyba najwspanialsza książka mojego dzieciństwa) z całych sił wspierałam Jonatana i Sucharka w ich walce z Tengilem i Katlą. Nigdy nie odważę się powrócić do tych książek w obawie, że pryśnie czar. I tylko żałuję ogromnie, że jednak niewiele w sumie czytałam jako dziecko. Ominęło mnie całe mnóstwo wzruszeń i emocji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11