Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
środa, 11 lipca 2007
Kawka, herbatka... kelnereczka

W moim biurze większość stanowią mężczyźni. Kobiet jest łącznie ze mną 5 na 21 mężczyzn. Nie ma osoby, której obowiązkiem jest obsługa gości pod kątem zaopatrywania ich w napoje wszelakie (aczkolwiek niektórzy roili sobie na samym początku, że taką osobą powinnam być ja, co jednak szybko wybiłam im z głowy, zresztą zgodnie z tym, co sam szef mi kiedyś zakomunikował - "każdy będzie obsługiwał swoich gości sam"). Trochę szkoda, bo ruch coraz większy, potrzeby w tym zakresie coraz bardziej palące i jestem w stanie zrozumieć moich współpracowników, gdy narzekają na konieczność samoobsługi. Napomykałam o tym zresztą szefowi, mówiłam o zalegających w salach konferencyjnych brudnych filiżankach, których nikomu nie chce się odnosić do kuchni, o braku koordynacji spotkań i opieki nad gośćmi, ale szef twierdzi, że "jakoś to będzie". I rzeczywiście - jakoś jest z naciskiem na "jakoś". A jak konkretnie? Choćby tak, że gdy w spotkaniu bierze udział jakaś kobieta, to ona jest wysyłana po kawkę i herbatkę dla gości. B. usłyszała nawet od swojego kolegi tego rodzaju tłumaczenie: "No wiesz, przecież ja tam nie wejdę serwować im kawę, jak by to wyglądało. A kobieta to jakoś tak naturalnie..." Strzelić od razu w pysk czy wdać się jednak w dyskusję? ;) Czyli niby każdy troszczy się o swoich gości sam, ale kobiety bardziej. Stara sprawdzona orwellowska zasada. To również a propos dyskusji, jaką toczyłam niedawno z moim kolegą z biura, który twierdził, że męski szowinizm i nierówność płciowa to pieśń przeszłości i co najwyżej pojedyncze odosobnione przypadki.

piątek, 18 maja 2007
"Nie mam dziecka, bo..."

Wśród czynników wymienianych najczęściej jako przyczyny niskiego przyrostu naturalnego są m.in. strach kobiet o utrzymanie posady, kulawa polityka prorodzinna państwa, a co za tym idzie trudności w godzeniu roli matki i pracownicy, kiepska sytuacja finansowa młodych małżeństw i inne jeszcze, nazwijmy to ekonomiczne powody odsuwania decyzji o rodzicielstwie (macierzyństwie). Do jednego przyznawać się nie wypada - do tego, że się po prostu nie chce mieć dzieci. Takie postawienie sprawy oburza, zawstydza i żenuje. Oczywiście tylko wówczas, gdy padnie z ust kobiety, naturalnie predestynowanej do bycia matką (mężczyzna już naturalnie predestynowany do bycia ojcem nie jest; ciekawe, że zazwyczaj jednak nim bywa - całkiem naturalnie w dodatku). Byłam kiedyś świadkiem rozmowy dwóch pań, z których jedna zarzucała współczesnym kobietom wygodnictwo i egoizm i w tym upatrywała przyczynę nierodzenia dzieci, a druga w ich obronie wysuwała argumenty natury społeczno-ekonomicznej ("Jakie wygodnictwo? Pani wie, jak ciężko jest teraz młodym ludziom? Nie mają własnych mieszkań, po studiach nie mogą znaleźć pracy!"). I to jest właśnie sedno sprawy. Świadoma decyzja o nieposiadaniu dzieci, jawna deklaracja na ten temat jest nie do przyjęcia, bo z jednej strony wywołuje zaciekłe oburzenie, z drugiej - zażenowanie, czego efektem jest zaprzeczanie i wstydliwe przykrywanie tych wynaturzonych kobiecych kaprysów schludnym płaszczykiem doraźnych problemów społecznych. Nie neguję ich realnego istnienia, nie twierdzę, że takie problemy nie mają wpływu na decyzje kobiet w kwestii macierzyństwa, ale mam niejasne wrażenie, że nie mówi się całej prawdy. Że nadal na pytanie "dlaczego wciąż nie macie dzieci"? prędzej padnie odpowiedź "czekamy, aż będzie nas stać" niż "bo na razie nie chcemy". W ogóle, jeśli kobieta mówi o dzieciach, czasownik "chcieć" może być użyty tylko w zdaniu twierdzącym, co najwyżej z jakimś zastrzeżeniem "ale", dotyczącym rzecz jasna spraw obiektywnych, uporczywie stających na drodze ku wypełnieniu naturalnego posłannictwa kobiety.