Definiują mnie rzeczy, które kocham: książki, kino, teatr, muzyka baroku, koty, jesień, góry, poezja. Psychologia i filozofia. Feminizm. To jest mój świat, gdziekolwiek jestem.

statystyka
Kategorie: Wszystkie | Druga płeć | Dziennik | I śmieszno i straszno | Kino | Książki | Muzyka | Odłamki | Psyche | Strofy
RSS
niedziela, 01 lutego 2009
Kryzys wieku średniego?

Jeden z moich byłych chłopaków odnalazł Jezusa. Nie poznaję go zupełnie. Szkoda, że zgłupiał do szczętu, bo przyjemnie nam się od czasu do czasu gawędziło - o sztuce, o starych dobrych czasach, o miłosnych nadziejach i rozczarowaniach. Rzadko, bo rzadko, ale jednak dzwoniliśmy do siebie, czasem się spotkaliśmy. Dwa lata temu zorganizowaliśmy spotkanie ad hoc i przez pół nocy piliśmy wódkę i słuchaliśmy Bacha, wypłakując się sobie nawzajem w rękaw.

Pośród sporej liczby ważniejszych i mniej ważnych facetów z mojej wczesnej młodości, A. zajmował zawsze szczególne miejsce. Był pierwszym chłopakiem, z którym połączyła mnie ściślejsza więź duchowa. On zachwycał się moimi wierszami, ja - jego grą na gitarze i śpiewem. To było coś innego niż poprzedni związek, który sprowadzał się głównie do szalonej młodzieńczej fascynacji. To była wspólnota zainteresowań, filozofii życiowej, razem odkrywaliśmy smak seksu. Rozstaliśmy się z mojego powodu, bo zawsze byłam egoistką i wówczas ważniejszy był dla mnie wyjazd zagranicę i łapanie każdej okazji niż miłość, która - jak uznałam -  może poczekać. Nie poczekała, bo uniosła się słuszną dumą, choć nie obeszło się bez bólu. Po kilku latach potrafiliśmy już mówić o tym ze spokojem, a nasza relacja zaczęła przypominać coś na kształt niezobowiązującej przyjaźni.

Zawsze uważałam A. za rozsądnego człowieka, chociaż w ostatnich latach odnosiłam wrażenie, że o ile ja posuwam się jakoś do przodu, on stoi w miejscu. Coraz bardziej raziły mnie jego infantylne poglądy na niektóre sprawy. Tak jakby zatrzymał się na pewnym etapie, który stanowi kres jego możliwości. Ja jestem pod pewnymi względami zupełnie inną osobą niż w wieku 18 lat. Inaczej postrzegam rzeczywistość, inaczej tłumaczę zdarzenia, pod zupełnie innym kątem rozpatruję różne zjawiska. On - jakby wiele się nie zmienił. Dwa lata temu zaskoczył mnie opinią o filmie "Piła", który ja uważam za szmirowaty gore z pseudomorałem dla opornych, a on na serio się tym zachwycał, odnajdując pokłady głębokiej mądrości. Ale to oczywiście tylko drobny przykład szerszego zjawiska.

Powyższe można było jednak znieść, traktując zresztą jak kolejny temat do intelektualnych sporów. Ale kiedy ostatnio oświadczył mi przez telefon, że został gorliwym katolikiem, zaniemówiłam na minutę. Pisze mi w mailach, że będzie się za mnie modlił (bo, wierząc w reinkarnację, zostałam zmanipulowana przez szatana), pisze, jakim to wielkim grzechem jest seks przedmałżeński, nakłania do czytania Biblii i twierdzi, że odrzucając Słowo Boże prawdopodobnie nie będę zbawiona. Wszelkie moje próby racjonalnej dyskusji i sceptyczne uwagi odbiera jako atak na siebie i brak szacunku dla jego wiary. Ech...
piątek, 03 października 2008
Pracownik (nie)zaangażowany

Oto zbliża się w naszej firmie druga edycja badania zaangażowania pracowników. Pośrednio jest to również ocena szefa. Niestety wnioski, jakie szefowie wyciągają, są z gruntu fałszywe, a działania, jakie podejmują, by poprawić sytuację idą w odwrotnym kierunku. Szef danego zespołu, jeśli ten zespół wypada w badaniu słabo, brany jest na dywanik przez swojego z kolei szefa. Do tej pory niby wszystko zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Gorzej, że szef zespołu uznaje, iż to nie jego działania wygenerowały tak słaby wynik, tylko zła wola podwładnych. Zaangażowanie rozumiane jest powierzchownie i nikt nie pyta o prawdziwe przyczyny jego braku. Jeśli np. na pytanie czy swoje obowiązki uważam za jasno określone przez firmę/przełożonego odpowiadam zgodnie z moim odczuciem nie, to przełożeni uznają, że jestem niewystarczająco zaangażowana w wykonywaną pracę, zamiast zastanowić się wreszcie nad wprowadzeniem zakresów obowiązków.

Zaangażowanie rzadko ma swoje źródło jedynie w predyspozycjach osobowościowych, o wiele częściej - w poczuciu bycia docenionym i potrzebnym. Nawet najbardziej zaangażowany pracownik, gdy notorycznie spotyka się z niezrozumieniem i niedocenieniem, w końcu da sobie spokój z zaangażowaniem. I jest to reakcja jak najbardziej naturalna i ludzka. Pojawi się zniechęcenie, wypalenie. Nic nie dzieje się bez przyczyny i nie można wymagać wiele (ciągle więcej), nie dając nic w zamian. Przykre, że zamiast skorzystać z okazji i wyciągnąć wnioski na własny temat, firma traktuje wyniki badań tylko jako barometr nastrojów. A przecież tak naprawdę jest to wskazówka dla przełożonych i sygnał konieczności przeprowadzenia poważnych zmian w organizacji.

czwartek, 05 czerwca 2008
"Dobry Niemiec to martwy Niemiec"

W związku ze zbliżającym się meczem Polska-Niemcy, takie właśnie komentarze (jak w tytule) słyszy się ostatnio przy porannej kawie w moim biurze. I nie są to bynajmniej cytowane żartobliwie, choć ze świadomością ich niestosowności, popularne powiedzonka. Bo gdy podrążyć temat, okazuje się również, że:
- Polak i Niemiec nigdy się nie dogadają;
- Niemcy to szuje - mają to w naturze:
- Byle tylko Niemcom dokopać!
- A przez kogo wybuchła wojna?
- My ich nienawidzimy i oni nas nienawidzą.

Osoby wyrażające te opinie to w większości młodzi ludzie z wyższym wykształceniem.

piątek, 01 lutego 2008
Euro 2012 nie będzie

Gdy zaraz po ogłoszeniu decyzji UEFA, napisałam na jakimś forum, że tu płakać trzeba, a nie się cieszyć, to oczywiście byłam w mniejszości. Rzucili się na mnie wszelcy podnieceni radosną nowiną patrioci, wzburzeni moim brakiem wiary w sukces i "typowo polskim malkontenctwem". Well, ja bym siebie nazwała raczej realistką. Wczoraj się nie urodziłam, trochę człowiek się rozgląda wokół siebie, to i widzi, że z podejmowaniem ważnych decyzji i osiąganiem wszelkich kompromisów i dochodzeniem do konsensusu w Polsce raczej kiepsko. U nas gdzie dwóch się bije, tam dziesięciu traci. Jedną z naszych narodowych chorób jest chroniczna niezdolność do współdziałania. Nikt nie patrzy dalej niż czubek własnego nosa i kilka miesięcy naprzód. Od kilkunastu lat odłogiem leżą ważne społeczne kwestie typu służba zdrowia, edukacja, rozwiązania dotyczące pozycji kobiet, nie mówiąc o 'drobniejszych', bardziej lokalnych sprawach jak choćby ślimacze tempo budowy dróg, mimo unijnych dotacji czy brak porozumienia w sprawie trasy zjazdowej na Gubałówce. I gdzie tu mówić o tak wielkim, potrzebującym ponadpartyjnego porozumienia i sprawnej koordynacji przedsięwzięciu jak organizacja Euro! Rzecz nie do udźwignięcia!

Tak więc Euro nie będzie. :) A jak nie będzie, to jeszcze nas czeka fajne widowisko wzajemnego oskarżania się kto zawinił. Wrócę do tego wpisu, jak już nam odbiorą prawo organizacji mistrzostw. :P

czwartek, 17 stycznia 2008
Medialne kurioza cd.

Nagłówek w onet.pl: "Wypadek na Heathrow. Są ranni". A w tekście: "Wszyscy ze 136 pasażerów zostali ewakuowani i są bezpieczni. Trzy osoby odniosły w wypadku lekkie obrażenia [...]"

"Przebić tą skorupę"

"Człowiek głębokiej wiary, a jednak homoseksualista. Jak to możliwe, twoim zdaniem?" - pyta Drzyzga osobę z widowni. Ja wiem, że to taka dziennikarska prowokacja, tylko, u diabła, czemu tak do cna pozbawiona sensu?! Mimo wszystko, co ma piernik do wiatraka? Czy to homoseksualizm wyklucza "głęboką wiarę" czy może odwrotnie? 

"Rada" z widowni pod adresem zaproszonego do studia geja w temacie jak "wyleczyć się" z homoseksualizmu: "Za mało się pan modli i tyle."

Kolejna dobra rada: "Niech pan idzie na psychoterapię. Siła psychiki jest tak wielka, że naprawdę można przebić tą skorupę."

sobota, 06 października 2007
Nelly "żadnej-pracy-sięnieboję" Rokita

Pomijam całą szopkę z publicznym wyznaniem miłości i wewnętrzną małżeńską schizmą. Jak tam było, tak tam było, tylko zainteresowani znają prawdę. Ale chroń mnie Boże przed taką doradczynią ds. kobiet. "Kobjjjeta bez rodzieny nie istnieje", twierdzi doradczyni. No proszę, a ja istnieję i mam się dobrze. Jak to, kurczę, możliwe, że kobieta, która bez rodziny nie istnieje, strzela w stopę własnemu małżeńskiemu stadłu? Żeby choć jeszcze faktycznie miała coś do powiedzenia! Ale Frau Rokita jest idealną ilustracją złotej myśli ze "Szpitala na peryferiach": "Gdyby głupota miała skrzydła, fruwałaby pani jak gołębica". Nelly, którą miałam wątpliwą przyjemność widzieć w "Kropce nad i" jakiś czas temu, jest za, a nawet przeciw. Jest trochę za PiS, ale bardziej i jednocześnie mniej za PO. Jest za wolnym wyborem kobiet, ale i za prawnymi sankcjami. Jest trochę tu, a trochę tam. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Jestem wprawdzie głupia, ale znana. I to wystarczy. 

piątek, 10 sierpnia 2007
"Moda na Rydzyka", odc. 1056

W najnowszym Przekroju - mini-wywiad z ks. Józefem Klochem, rzecznikiem prasowym Episkopatu Polski (w nawiasach kursywą moje własne komentarze):

- Dlaczego biskupi boją się ojca Rydzyka?
- A to jest pana teza. Na jakiej podstawie pan ją formułuje? (Jasne, nie ma przecież absolutnie żadnych podstaw! Zgrywa idiotę czy naprawdę nim jest? W sumie bez znaczenia.)
- Od skandalicznych wypowiedzi dyrektora Radia Maryja na temat żony prezydenta Kaczyńskiego i Żydów minął prawie miesiąc, a Episkopat nadal milczy.
- Pierwszym przełożonym ojca Rydzyka jest prowincjał zakonu redemptorystów, a nie Episkopat Polski. Tak było, jest i będzie w Kościele, bo tak stanowi prawo kanoniczne. Ojciec Zdzisław Klafka niemal natychmiast powołał zespół do zbadania sprawy, a potem opublikował oświadczenie [w którym napisał, że "wszystko ma znamiona poważnej prowokacji i manipulacji medialnej" - przyp. red.]. (Ach, cóż to musi być za profesjonalny zespół ekspertów!)
- Sądzę jednak, że wierni chcieliby wiedzieć także, co na ten temat mają do powiedzenia biskupi. Wypowiedzi ojca Rydzyka kładą się cieniem na całym Kościele.
- To, co pan sądzi w tej kwestii to mniej istotna sprawa. (Jakaż kultura wypowiedzi i szacunek dla rozmówcy!) Proszę pamiętać, że niedawno prokuratura otrzymała od tygodnika "Wprost" nagranie i zapewne dokona stosownych ekspertyz, zanim sama wypowie się na ten temat. Nie przypuszczam, by Konferencja Episkopatu Polski zajęła stanowisko - jeśli w ogóle zajmie - dopóki prokuratura nie stwierdzi, że nagranie jest autentyczne. (No jak to? Po co Episkopat czeka na opinię prokuratury, skoro ma własny panel ekspertów, który już dokonał niezbędnych analiz?!) Jeśli reagować to poważnie i spokojnie.

Żyję w tym kraju już tyle lat, a wciąż jeszcze coś potrafi mnie wyprowadzić z równowagi.

piątek, 06 lipca 2007
O żenującym braku kompetencji, czyli "Rozmowy w toku"

Niewiele jest rzeczy, które denerwują mnie w równym stopniu, co rozkoszne paplanie o sprawach, o których nie ma się pojęcia i to z poczuciem wypełniania misji. Wczoraj przypadkiem zahaczyłam pilotem o TVN w porze "Rozmów w toku". Fakt, że Drzyzga rok w rok otrzymuje telekamerę (czy jak to się tam nazywa) nawet mnie nie dziwi - w końcu pop-wyróżnienia przyznaje pop-widownia. Kiedy jednak już wydaje mi się, że ten program i głupota prowadzącej sięgnęły dna, okazuje się, że dno jest jednak trochę głębiej niż sądziłam.

We wczorajszym programie zaproszona do studia pani opowiadała o swoim związku, którego dramatycznym finałem była próba zabójstwa ze strony jej partnera. Wszystko rozumiem - ogromne zaskoczenie, trauma, rozpacz, ból. I odnosić się do sfery emocjonalnej wcale nie zamierzam. Chodzi mi tu tylko o podejście poznawcze i zdolność do logicznego pojmowania faktów. Pani, odpowiadając na pytania Drzyzgi, mówiła coś w tym rodzaju: "Nie, związek był bardzo udany, nic nie wskazywało na to, co się miało zdarzyć. Także w dniu, gdy to się stało, niczego nie podejrzewałam". Już w tym momencie zapaliła mi się w głowie lampka z napisem: "choroba psychiczna", co znalazło potwierdzenie w dalszej relacji: "On nagle rzucił się na mnie ze słowami, że Bóg każe mu mnie zabić, bo nadchodzi koniec świata". Tymczasem pani dalej brnęła w temat, opowiadając o zdarzeniu tak, jakby nie chodziło o schizofrenika w ostrym epizodzie psychotycznym, tylko o człowieka w pełni władz umysłowych, który zaatakował ją np. w napadzie zazdrości. Stwierdziła: "Do tej pory nie potrafię sobie tego wytłumaczyć". A zaraz potem poinformowała, że jej były partner wylądował w szpitalu z rozpoznaniem schizofrenii. Czyli niby koło, ale jednak kwadrat. :/ Dobra, abstrahując od reakcji skrzywdzonej kobiety, Drzyzga też drążyła temat w kategoriach winy lub niewinności tego człowieka, ewentualnego przebaczenia mu etc.! Puk puk, halo, my tu mówimy o schizofrenii! O chorobie psychicznej, o psychozie, a więc dysfunkcji uniemożliwiającej odróżnienie rzeczywistości obiektywnej od wytworów własnego umysłu. W tym przypadku, jakkolwiek tragiczne w skutkach byłyby działania chorego, trudno mówić o nim i jego czynach językiem zarezerwowanym dla ludzi zdrowych i poczytalnych. Ostatnio w cyklu "Untold stories of the ER" relacjonowana była historia człowieka, który pojawił się na izbie przyjęć ze szpikulcem w głowie. Okazało się, że sam go sobie wepchnął do środka przez ucho. Słyszał głosy demonów i chciał je w ten sposób zagłuszyć. Może, biorąc przykład z Drzyzgi, też powinniśmy rozpatrywać jego zachowanie, pytając np. jak mógł nie pomyśleć o tym, że może go to zabić albo że będzie to potem piekielnie trudno wyjąć.

Wracając do "Rozmów w toku", wreszcie pani frasobliwa-prowadząca zadała jakże istotne pytanie: "Czy fakt, że był chory, ani trochę go nie tłumaczy?" Bingo! Wreszcie coś ocierającego się odrobinę o clou problemu. Ale zaraz potem eks-partnerka smutno pokręciła głową na "nie" i na tym odległym etapie zatrzymało się zbliżanie do meritum. Zastanawiam się tylko czy tym razem był w studiu psycholog, a jeśli był, to dlaczego słowem się nie odezwał, że ta dyskusja jest w ogóle nieadekwatna do opisywanej sytuacji.

czwartek, 14 czerwca 2007
O podatności uczuć religijnych na obrazę

Wczoraj w jakimś porannym programie TV pojawiła się wiadomość o stronie internetowej oferującej wirtualną spowiedź. Nie wiem jak to działa w praktyce (po prawdzie mało mnie to interesuje, bo do spowiedzi w realu też nie chadzam), ale ja bym to rozpatrywała wyłącznie w kategoriach żartu czy kulturalnej ciekawostki. Ale to ja, parszywa nihilistka, sfrustrowana feministka i porąbana lewaczka. Jakiś pan natomiast trafił na tę stronę i poczuł się obrażony w swoich uczuciach religijnych! Cóż, zdarza się, głupich nie orzą, nie sieją i gdyby na tym się skończyło, sprawa niewarta byłaby wzmianki. Ale pan poszedł dalej, a mianowicie postanowił zadośćuczynić swoim religijnym uczuciom przed sądem. W sumie - też nic nowego. Polska pieniaczami stoi od wieków. Co najciekawsze w całej tej historii to fakt, że sąd przyznał panu rację, stronę kazał zamknąć, a na autora nałożył karę w wysokości 2000 zł! Komentować? Eee, tam...

Drugi z absurdów miał miejsce na allegro kilka tygodni temu. Ktoś sprzedawał coś związanego z Janem Pawłem II (kto mi przypomni co to było?). Znów kilka osób było urażonych, zawiadomiło administratorów serwisu, po czym niezwłocznie aukcję zablokowano. Na jakiej podstawie, ja się pytam? Jeśli kogoś handel relikwiami obraża, niech nie kupuje, ale w żaden sposób nie narusza on prawa, co najwyżej czyjeś poczucie smaku. Już bardziej niemoralne jest żerowanie na ludzkiej naiwności (a nierzadko desperacji) przez różnej maści wróżów, tarocistki i inne mistycyzujące kreatury, odpowiadające na pełne obaw pytania np. o zdrowie syna cynicznymi ogólnikami i gładkimi frazesami. A za ten proceder nikt się jakoś zabrać nie chce.

Kiedy słyszę o takich absurdach w świeckim podobno państwie, mam ochotę rzucić się natychmiast na książkę Dawkinsa "Bóg urojony", chociaż z tego, co czytałam w recenzjach, Dawkins rozprawia się z ideą Boga w dość bezceremonialny sposób, a do misyjności w każdej postaci podchodzę raczej z rezerwą. No, ale co zrobić, kiedy rzeczywistość jest tak groteskowa. Może faktycznie przeciwwagą jest tylko walenie z grubej rury? Rozprawę Dawkinsa z Bogiem przeczytam, chociaż jego stanowisko wcale nie jest mi tak bliskie, jak mogłoby się wydawać komuś po przeczytaniu niniejszej notki. :)